Konstantin Märska - najważniejszy estoński pionier filmowy

Konstantin Märska - najważniejszy estoński pionier filmowy

Obudziłem się dzisiaj rano i pomyślałem: "Ale co z Estonią? Co z estońskim kinem niemym?"

No i jak się fortunnie składa akurat dzisiaj mija 123. rocznica urodzin największego estońskiego pioniera filmowego, Konstantina Märska.

Film, który możecie obejrzeć powyżej, dokumentujący życie na tallińskim rynku, wygląda trochę jak jeden z filmów Dżigi Wiertowa. W dniu premiery, 27 sierpnia 1926 był reklamowany jako „pierwszy trikowy film w historii kina estońskiego". Autorem zdjęć był właśnie Märska. Film został nakręcony dla firmy produkcyjno-dystrybucyjnej Estonia Film, którą Konstantin prowadził wraz ze swoim bratem Theodorem oraz fotografami-braćmi Parikasedami. Wyprodukowano tutaj jedną z najważniejszych serii filmów dokumentalnych w estońskim kinie pt. „Filmikaameraga läbi Eestimaa" („Z kamerą przez Estonię"), która dokumentowała życie estońskiej społeczności. Dla EF zrobiono również w 1930 roku pierwszy estoński film dźwiękowy "Kuldämblik" ("Złoty Pająk").

Märska, który już jako piętnastolatek był kinooperatorem, był autorem większości zdjęć w filmach kręconych dla EF, chociaż zdarzało mu się pojedyncze filmy reżyserować.

EF zostało z czasem przekształcone i znacjonalizowane w Eesti Kultuurfilm. Dla niej został nakręcony "Kalurid"
 Jeden z filmów z serii dokumentów "Z kamerą przez Estonię".

Dzień Matki - „Gribiche" (1926), reż. Jacques Feyder

Dzień Matki - „Gribiche" (1926), reż. Jacques Feyder

Z okazji Dnia Matki chciałbym wszystkim gorąco polecić francuski film „Gribiche" z 1926 roku, z rewelacyjną rolą Jeana Foresta, którego postać przypomina trochę Brzdąca z filmu Chaplina (do którego zresztą odwołuje się jawnie jeden z plakatów w pokoju głównego bohatera).

Pochodzący z klasy robotniczej bohater, żyje z samotnie wychowującą go matką i mimo niezamożności stara się czerpać radość z życia. Belgijski reżyser Jacques Feyder umiejętnie kontrastuje w swoim filmie bogatą burżuazję z biedną warstwą robotniczą. Ciepłe i przytulne rodzinne mieszkanie tytułowego chłopca, zestawia z chłodnym stylem art deco, w którym został wybudowany dom bogatej wdowy, która adoptowała chłopaka. Nie zrażajcie się symboliką - jej lekkość i subtelność plasuje „Gribiche'a" bardziej w okolicach feel good movie niż gdzieś przy melodramatach.

Ale przede wszystkim to film o rodzicielskiej (tutaj: matczynej) miłości, której siła wznosi się ponad status materialny bohaterów, udowadniając, że nie on stanowi o jej wielkości.

Wszystkiego najlepszego wszystkim mamom 


„Upadający kot" (1894), reż. James Searle Dawley

„Upadający kot" (1894), reż. James Searle Dawley

Z okazji #caturday pierwszy (umownie) kot w historii filmu.

Autorem „Upadającego kota" jest Étienne-Jules Marey francuski naukowiec, któremu zawdzięczamy spore odkrycia w dziedzinie kardiologii.

Étienne-Jules jest uznawany za jednego z ojców fotografii i jednego z najbardziej wpływowych pionierów kina. To jego dorobkiem inspirowali się bracia Lumière czy Thomas Edison.

Wynalazł chronotograf, urządzenie przypominające pistolet, które pozwalało na wykonanie dwunastu klatek na jednym obrazie. „Upadający kot" jest wykonany właśnie za pomocą chronotografu. Każdy z nas zadaje sobie pytanie "Czy koty są płynem?", "Czy koty ZAWSZE upadają na cztery łapy?", itp. Étienne-Jules zapewne też zadawał sobie takie pytania kiedy przystępował do realizacji filmu. Ba! "problem spadającego kota" i "odruch prostowania kota" to naukowe terminy (serio, skopiujcie sobie do gugla, koty obracają się na planie trójkąta IKS DE). Kiedy sobie pomyślę ile razy ten kociak był podnoszony na różne wysokości i opuszczany plecami w dół... wyrażenie "męczenie kota" nabiera nowego wymiaru


„Frankenstein" (1910), reż. James Searle Dawley

„Frankenstein" (1910), reż. James Searle Dawley

15 listopada 2018 roku, The Library of Congress wydało nową, odrestaurowaną wersję „Frankenstein".

Dzisiaj mija 142 rocznica urodzin Jamesa Searle'a Dawley'a, reżysera pierwszej filmowej adaptacji książki Marry Shelley „Frankenstein".

Searle, był uczniem Edwina Portera, jednego z największych pionierów filmowych w historii (pisałem o nim tutaj: „The night before Christmas”). Ostatecznie preferował metody kręcenia zgoła odmienne od swojego mistrza. Porter lubował się opowiadaniem historii za pomocą języka filmu, głównie przez cięcia montażowe oraz zbliżenia. Searle wolał natomiast kamerowanie statycznymi, długimi ujęciami, redukując cięcia do minimum. Nadawało to jego filmom klimat przedstawień teatralnych.
Edison, dla którego studia „Frankenstein" był kręcony, stworzył specjalną grupę cenzorską, która miała eliminować z treści powstających u niego filmów elementy mogące zbytnio szokować ówczesną publiczność. Jednak filmowi Searle'a wcale to nie pomogło w recepcji u widowni a przez to w kinowym sukcesie. Pomimo ciepłego przyjęcia przez krytykę filmową, dla publiczności tajemniczy mistycyzm, którym jest przesiąknięty film stał się bardzo problematyczny i błyskawicznie o nim zapomniano.
Dopiero po latach możemy docenić ten film. Poza wspomnianym mistycyzmem (potwór Frenkesteina, jako odbicie skrytych pragnień doktora, potwór jako postać tragiczna) zachwyciło mnie w jak fantastyczny sposób Searle poszerzył przestrzeń kadrową, ustawiając wielkie lustro w takim miejscu, żeby kamera z operatorem nie byli w nim widoczni. Następnie to samo lustro w finale służy bardzo pomysłowemu efektowi specjalnemu, który doprecyzował symboliczny wydźwięk filmu.


„Wyjście robotników z fabryki" (1895), reż. bracia Lumière

„Wyjście robotników z fabryki" (1895), reż. bracia Lumière

Czy może być lepszy film z okazji piąteczku niż „Wyjście robotników z fabryki" od braci Lumière z 1895 roku?

Są trzy wersje tego filmu. Ta, którą zamieszczam to wersja z dwoma końmi w zaprzężonymi do powozu. Uznałem, żew taki dzień musi być na bogato. Wersje biedniejsze (z jednym koniem i bez żadnego konia), nie nadają się do zamieszczenia tutaj, kiedy świętuje się weekendu początek.
Co więcej: Film ten miał swoją premierę 22 marca w roku 1895, ale był również pokazywany 28 grudnia tego samego roku. Tego dnia była sobota  Podczas symbolicznych narodzin kina, które nastąpiły w weekend, widzowie oglądali robotników mających fajrant. I taką symbolikę to ja szanuję 


„Uśmiechnięta Pani Beudet" (1923), reż. Germaine Dulac

„Uśmiechnięta Pani Beudet" (1923), reż. Germaine Dulac

Skoro #czwarteczek, to feminizm. Bo czemu nie.

Film, który linkuję o ironicznym, biorąc pod uwagę fabułę, tytule wyreżyserowała jedna z najbardziej kreatywnych twórczyń epoki kina niemego, Germaine Dulac. Ironicznym, gdyż tytułowa bohaterka ani razu w filmie nie uśmiecha się, co doprowadza do wściekłości jej męża. Co jest tylko jednym z punktów, na długiej liście co panu Beudet w jego żonie nie odpowiada. Jego ciągłe niezadowolenie, doprowadza bohaterkę do ostateczności.

Dulac zainteresowała się kinem, za namową Stasi Napierkowskiej, słynnej towarzyszki filmowej Maxa Lindera.

Jej drugim najważniejszym filmem jest „Muszelka i Pastor" - jeden z pierwszych filmów surrealistycznych w historii kina.

To jeden z pierwszych wyraźnie profeministycznych filmów w historii kina. Bardzo lubię do niego wracać (pomimo karykaturalnej postaci męża). To kino jednej aktorki. Germaine Dermoz w roli pani Beudet, jest absolutnie rewelacyjna. Jej minimalistyczna mimika, czyni w mojej opinii, film Dulac ogromnie immersyjnym. Pani Beudet jest osobą o zdeptanej osobowości, bez szans na rozwijanie swoich zainteresowań. Dulac nie zdecydowała się na tanie szokowanie. Jej bohaterka nie jest kobietą, która nienawidzi mężczyzn. To doprowadzona na skraj rozpaczy osoba, która próbuje ratować siebie. Nie dający nadziei finał nadaje  smutnie aktualne przesłanie.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień szósty i siódmy

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień szósty i siódmy

Na zdjęciu moje cieszyńskie zdobycze (które mnie cieszą, rzecz jasna) i Gracjan. Kociak i zdobycze leżą na poduszkach. Kupiłem je u pani, która sprzedaje je za śmieszne dwa złote za sztukę. Pani przesiaduje na ulicy Głębokiej w Cieszynie. Często od godziny dziesiątej, przy księgarni Mole Mole, ale też nie zawsze. Trzeba wypatrywać. Cieszynianie i drodzy turyści odwiedzający to piękne miasto: pomóżcie tej pani i kupujcie te poduszki. Każda z nich służy mi i moim kotom, kiedy siedzimy na twardych krzesłach. Pomóżcie tej Pani uzbierać na potrzebne leki, na których kupno nie może sobie pozwolić z pieniędzy z renty. Dobre słowo i chwila wolnego czasu na pewno też będą pomocne.

W czwarteczek było #króciutko, jednocześnie #szybciutko. Bardzo krótkie seanse, ale przerwy między projekcjami były tak krótkie, że obiad zjadłem dopiero o godzinie dwudziestej #sohealthy #zyciefestiwalowicza.

1. „Książę i Dybuk" (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski  – Jedna z pozycji na moim stosie wstydu sprzed dwóch lat. Niesamowity portret wyalienowanego pasjonata, Miszo Waksa, znanego bardziej jako Michał Waszyński. A był to człowiek fascynujący i tajemniczy, którego życie przebiegało prawdopodobnie pod znakiem ciągłej autokreacji i wyparcia swojego „ja”. Piszę „prawdopodobnie”, gdyż mnóstwo informacji nie jest podana jako stuprocentowy pewnik. Aura tajemnicy unosząca się nad postacią reżysera czyni ten film trzymającą w napięciu opowieścią o tytanie pracy, który był jednocześnie (idąc za Piotrem Czerkawskim) rzeczywistym wcieleniem Zeliga. Niewiera i Rosołowski wykonali potężny risercz, by wydobyć na światło dzienne fotografie i wspomnienia pojedynczych osób, które pamiętały jeszcze Waszyńskiego.

2. Drugi blok krótkich metraży Jana Švankmajera – w sobotę zobaczyłem cztery filmy: „Ogród" (1968), „Mieszkanie"(1968), „Don Juan" (1969), oraz „Zamek Ontarntski (1977). W drugim bloku znalazło się pięć „szortów”: „Upadek domu Usherów" (1980), „Wymiary dialogu" (1983), „Wahadło, studnia i nadzieja" (1983), „Koniec stalinizmu w Czechach" (1990), „Jedzenie" (1992).

I to właśnie ta ostatnia pozycja przypadła mi szczególnie do gustu. Odebrałem ją jako przezabawną krytykę kapitalizmu, przez pryzmat trzech posiłków: śniadania, obiadu i kolacji. Śniadanie to tutaj wyzysk człowieka przez człowieka. Obiad to szpila wbita w różnice klasowe, gdzie niższe klasy próbują bezskutecznie aspirują do wyższych poziomów drabiny ekonomicznej, podczas gdy bogatsi głodni sukcesów, choćby po trupach osiągną swój cel. Kolacja z kolei jest tutaj satyrycznym przedstawieniem snobizmu i wynikającego z niego ekshibicjonizmu wyższych klas społecznych.
To moja interpretacja a przecież każdy ma swój surrealizm. Napiszcie w komentarzach czym dla Was jest „Jedzenie" Švankmajera!

3. „Love express. Zaginięcie Waleriana Borowczyka" (2018), reż. Kuba Mikurda – to kolejna poważna zaległość w zakresie dokumentów z ostatnich lat. Podszedłem do tego filmu będąc kompletnie zielonym ze znajomości twórczości Borowczyka. Pomimo, że jest to jeden najważniejszych twórców nurtu surrealizmu (nie tylko filmowego) w Polsce, jego dorobek filmowy zupełnie mnie jako widza ominął. I jako zachęta do zapoznania się z jego filmami ten dokument sprawdza się doskonale. Z filmu Mikurdy wyłania się człowiek, którego ogromne pokłady kreatywności zniszczyły oczekiwania producentów. Łatka „reżysera filmów soft porno”, którą reżyser w LOVE EXPRESS stara się zerwać, ciążyła Borowczykowi do końca jego kariery filmowej. Świetny film o fascynującej osobie. Z wielką chęcią zasiadłem do seansu „Dzieje grzechu" w dniu następnym.

Ostatni dzień Kinie Na Granicy. I tylko dwa filmy.

1. „Coś z Alicji" (1988), reż. Jan Švankmajer – ostatni film tego reżysera na festiwalu. Adaptacja książki Lewisa Carrolla, w formie sennej mary na oko dziewięcio~, dziesięcioletniej Alicji. Koszmar będącej u progu dojrzewania dziewczynki najeżony jest subtelnymi, acz wywołujących dyskomfort odwołaniami do Freuda*. To był ten seans, na którym stwierdziłem, że tak długi odpoczynek od surrealizmu sprawił, że moje ulubione filmy Švankmajera to te najbardziej przystępne w odbiorze (czyt. „najłatwiej poddające się szybkiej i prostej analizie). Jednak po przeczytaniu artykułu Adriany Prodeus na łamach kwietniowego wydania Kina przypomniałem sobie, dlaczego tak bardzo fascynuje mnie ten nurt w kulturze. U jego podstaw leży wywoływanie dyskomfortu, szokowanie, ale przede wszystkim wymykanie się różnym próbom jego analizy. Wygląda na to, że moja podświadomość bardzo się rozleniwiła.

*Książkowe przygody Alicji bywają interpretowane w duchu Freuda, jako seksualne dojrzewanie młodych dziewczyn. Fascynujący trop.

2. „Dzieje grzechu" (1975), reż. Walerian Borowczyk – Jeden z tych filmów, które doceniam za niesamowitą spójność realizacyjną, scenariuszową, aktorską, a jednak jego estetyka nie do końca do mnie przemówiła. Film Borowczyka odebrałem jako groteskową dekonstrukcję kruchego męskiego ego, o przewrotnie profeministycznym wydźwięku. I wszystko mi się tu składa i do siebie pasuje, nic nie zgrzyta a jednak barokowa poetyka zupełnie do mnie nie trafia. Co mnie irytuje, bo nie potrafię tego rozgryźć. Może konieczny jest kolejny seans, żeby docenić tę barokową estetykę?
Wiem jedno: przeczytaniu recenzji Michała Oleszczyka, nabrałem ochotę na powtórny seans: „CARNAL KNOWLEDGE: "STORY OF SIN" COMES TO BLU-RAY". Może i Was zachęci do obejrzenia (w całości na YouTube), po jego lekturze tego tekstu.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień piąty

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień piąty

Na zdjęciu widać zza okna, na Cieszyńską Wenecję Flipa i Flapa <3

Dzień piąty na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici i trzy filmy. Wynik 2/3, więc jest całkiem dobrze.

1. „Fuga" (2018), reż. Agnieszka Smoczyńska  - Miałem szczękę na podłodze po seansie. Szczęka znaleziona, ma się dobrze. Wrażenie niesamowitości pozostało. Skoro wreszcie w polskim kinie dostaliśmy film zrobiony przez kobiety, podejmujący się m.in. tematu oczekiwań społecznych wobec kobiet właśnie, nie pozostaje mi nic innego jak oddać głos krytyczce filmowej. Polecam zatem lekturę tekstu autorstwa Magdaleny Wichrowskiej opublikowanej na łamach Czasopismo EKRANy: http://ekrany.org.pl/odkrycia/fuga/ - podpisuję się pod każdym słowem tej recenzji.
Pozwolę sobie też na drobną dygresję. Na Mediakrytyk autorami recenzji filmu Smoczyńskiej to w dużej większości mężczyźni. Z kolei pod wszystkimi recenzjami z najniższymi ocenami (pięć oraz sześć na dziesięć) widnieją męskie nazwiska. Drobny szczegół a jak wiele mówi, prawda?

2. „Wielka majówka", reż. Krzysztof Rogulski (1981) - kontestacyjne kino drogi z klasycznym zderzeniem przeciwstawnych charakterów: romantycznego nastolatka i nieco starszego od cwanego mitomana. Buntują się przeciw zasadom stworzonym przez pokolenie ich rodziców. Kiedy świat zamyka drogę do marzeń, a negocjacje przestają mieć sens, jedyną dostępną formą buntu jest ciągła ucieczka. Film Rogulskiego jest także krytyką kapitalizmu. Młodzi żyją chwilowymi podnietami a starsi niby mają świadomość niepewnej przyszłości ekonomicznej, ale nikt im nie pokazał jak się przed nią zabezpieczyć. Wielce prorocze przemyślenia tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego.
Po latach można dostrzec jeszcze jednego bohatera „Wielkiej majówki". Jest nim Warszawa. Mamy jako widzowie, często młodzi, okazję zobaczyć stolicę od strony jak na tamte czasy luksusowej, a jednak z dzisiejszej perspektywy nieco przaśnej.
Chcecie się więcej dowiedzieć o tym fascynującym (i chyba jedynym) przykładzie kina kontestacji z czasów PRL? polecam tekst Patrycji: „Wielka majówka".

3. „Piwnica" (2018), reż. Igor Vološin - Táni pracuje w hodowli bydła. Przeczuwa, że Milan jej mąż i muzyk rockowy ma romans, ale ona ciągle ma nadzieję na uratowanie małżeństwa. Gdyby nie córka pewnie już dawno by się rozwiedli. Kiedy po suto zakrapianej imprezie znika Milan postanawia ja odnaleźć na własną rękę...
Macie wrażenie, że już widzieliście ten film? Coś z Liamem Neesonem? Byłoby fajnie, ale to nie jest przypadek tego filmu. Nawet kiedy wydaje się, że wjedzie klimat rodem z LABIRYNTU Villenueva, to szybko ta nadzieja zostaje pogrzebana. To najgorszy typ kina - nijaki. „Ostry nóż", który widziałem dzień wcześniej poruszał podobną tematykę. Można było zobaczyć kolokwialnie mówiąc „bez bólu" - to sprawnie, chociaż przewidywalne poprowadzony dramatem rodziny, borykającej się że stratą zamordowanego przez neonazistów syna. Ojciec był megairytującym bohaterem, ale był jakiś. Jedyne co wzbudziła we mnie Piwnica" to znużenie.
Nauczka na przyszłość: jeżeli chcesz coś obejrzeć, a dzień festiwalowy dobiegł końca, kup sobie dostęp do jakiegoś filmu na vod. Zaufaj swojej intuicji.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień czwarty

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień czwarty

Słów kilka o filmach, które zobaczyłem we wtorek na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici.

źródło: https://kinonagranicy.pl/pl/film/ostrym-nozem

1. „Ostrym nożem" (2019), reż. Theodor Kuhn - mocno średnia i miejscami niepotrzebnie stereotypowa historia rodziców, stających w obliczu morderstwa ich syna. Oczywiście sprawa w sądzie zostaje umorzona, więc nie kto inny a ojciec zamordowanego chłopca próbuje dochodzić na własną rękę sprawiedliwości w organach państwowych, co zmusza go do walki z bezdusznym prawem karnym. Jak się okazuje, rodzice prawie nie znali swojego syna, a dzięki śledztwu wychodzą na jaw kolejne tajemnice. Całej sprawie nie pomaga fakt trudnych relacji na linii ojciec - syn. Jeśli dołożymy do tego fakt, że to matka pełni funkcję głosu rozsądku, kompletnie pozbawiając ją osobniczych cech charakteru, to będziemy mieli mniej więcej nakreśloną fabułę filmu jakich powstało całe mnóstwo.
Szkoda, że twórcy nie wykorzystali potencjału tkwiącego w postaci córki. Całkowicie pominięto tutaj jej cierpienie w związku z utratą brata. To świetny casting, więc istnieje spora szansa, że dziewczyna (nie potrafię znaleźć jej imienia aktorki) podołałaby temu aktorskiemu wyzwaniu.
Podobało mi się również pokazanie jak sobie radzą z utratą bliskich społeczności wiejskie, w scenie sekwencji pobytu rodziny u matki jednego z rodziców. Twórcy sportretowali intymny świat modlitw żałobnych w malutkim wiejskim kościółku. Szkoda, że brakło miejsca na więcej takich niuansów.
Jednak trzeba oceniać film, który się widziało. A mimo sprawnej realizacji (dobre zdjęcia i praca kamery) „Ostrym nożem" jest filmem przewidywalnym i niewiele wynoszącym do tematu żałoby po tragicznie zmarłych najbliższych.

„Szaleni", byli czeskim kandydatem do Oscara w 2006 roku. Niestety nie zakwalifikował się nawet do głównego konkursu. Nawet w Czechach film otrzymał Czeskie Lwy tylko za kostiumy i plakat filmowy, autorstwa Evy Švankmajerovej, który możecie zobaczyć powyżej.

2. „Szaleni" (2005), reż. Jan Švankmajer- surrealistyczna interpretacja postaci Markiza de Sade na podstawie opowiadań Markiza i opowiadań Poego. Historia opowiedziana jest z punktu widzenia Berlota, którego nękają koszmary o tym, że pracownicy szpitala psychiatrycznego siłą zakładają mu kaftan bezpieczeństwa.
Żyjemy w takich czasach, że ktoś spokojnie mógłby pozwać Švankmajera o obrazę uczuć religijnych po premierze tego filmu przez organizacje religijne (a może został? ktoś coś?). Są tu momenty, przy których określenie „jazda po bandzie" to bezpieczny spacerek chodnikiem. Reżyser nie pierdoli się w tańcu, nie bierze jeńców i w pierwszej części filmu serwuje widzom czarną mszę połączoną z orgią i stekiem bluźnierstw. I kiedy wydaje się, że pionki na planszy są już rozstawione, akcja przenosi się do psychiatryka, przejętego siłą przez de Sade (rewelacyjna rola Jana Třískawy) wyniku czego zmieniony został w siedlisko hedonizmu w najgorszym guście, gdzie spełnia się najdziwniejsze zachcianki pacjentów.
Švankmajer hołdując zasadzie "każdemu po równo", skierował fabułę w stronę kafkowskiej dezorientacji. Zagubiony Berlot, podobnie jak widz nie wie po czyjej stanąć stronie: sadystycznych (sic!) lekarzy, czy pielęgnującego fobie pacjentów, Markiza. Mniejsze zło? A co jeżeli nawet takiego wyboru nie ma?
To co początkowo wydaje się być filmem obliczonym na tanie szokowanie widza, płynnie zmienia się w groteskową wizję świata, w którym dobro nie ma racji bytu. Czymże jest kropla czystej wody, w obliczu rwącego potoku ścieków? Dla mnie był to bardzo (hehe) odświeżający seans, mimo że jak to bywa z filmami tego reżysera, bywał męczący.

 

3. „Rusałka" (1977), reż. Petr Weigl - czechosłowacka filmowa adaptacja "opery do libretta Jaroslava Kvapila o tragicznej miłości rusałki księcia" - tak brzmi opis filmu w katalogu festiwalowym. Podjąłem się ryzyka w imię poszerzania horyzontów, gdyż opera leży daleko poza spektrum moich zainteresowań.
Opłaciło się. To zdecydowanie największe zaskoczenie tego festiwalu. Absolutnie niesamowite doświadczenie filmowe. Będzie pisane

.

 


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień trzeci

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień trzeci.

Czy temat bananów w internetach jest już przebrzmiały w kontekście pozytywnego rozwiązania tego cyrku z cenzurą sztuki? Zaryzykuję, bo mam zaiste suchą opowiastkę będącą kolejnym przykładem mojego życiowego nieogaru. Otóż dwa razy kupiłem dwa kilogramy bananów, których, bo miałem sporo rabatu (aż 1,50 PLN) - za pierwszym razem zapomniałem go użyć, więc żeby się nie zmarnował zrobiłem zakupy ponownie. Tym samym na festiwal wziąłem ze sobą cztery kilogramy tych owoców i sieję zgorszenie na ulicach Cieszyna. Taka historia.

Poniżej słów kilka o poniedziałku na 20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici. Trzy filmy i jeden wykład.

1. „Czas sług" (1989), reż. I. Pavlaskova  - czas na #ciarkiżenady. Film jest próbą dekonstrukcji patriarchatu jako systemu opartego na pieniądzach i manipulacji, w czasach komunistycznego reżimu w Czechosłowacji. Główną bohaterką jest Ivana, skupiająca w sobie wszystkie stereotypowe cechy jędzy ostatecznej. Jak sama mówi o sobie mądry mężczyzna to ten, który ją podziwia, a piękny jest ten, który chce ją poślubić. Nie dziwota, że wizja sukcesu feministek jest jej bardzo nie w smak. Poznajemy ją jako nieśmiałą studentkę ostatniego roku medycyny. Bierze ślub z chłopakiem swojej przyjaciółki, aby zrobić na złość donżuanowi, który niedawno ją porzucił dla innych kobiet. Papierowi małżonkowie zakochują się w sobie, mimo jasnych symptomów niestabilności psychicznej Ivany. Ze sceny na drugą, toksyczne uczucie staje się w pełni odwzajemnionym i płomiennym, bo tego wymaga fabuła.

Jest tu spory potencjał na kampowy film. Trzeba by tylko zostawić pomysł wyjściowy o toksycznej, niezrównoważonej kobiecie, która niszczy wszystkich, aby osiągnąć swój cel, a całość nakręcić w konwencji „Mody na sukces". Może, może wtedy dałoby się to oglądać. Przez seans tego pokracznego filmidła zrezygnowałem z zaplanowanego seansu. Pozwoliłem mojemu mózgowi ostygnąć po dwugodzinnym gotowaniu. Zamiast tego wybrałem...

2. ...wykład o filmie polskim po '89 roku Janusza Zaorskiego.
Reżyser „Matki królów" to bez wątpienia osoba o ogromnym doświadczeniu twórczym i charyzmie. Jednocześnie jest to człowiek o ogromnym uroku osobistym i świetnym poczuciu humoru. Dzięki temu wykład słuchało z ogromną przyjemnością. Reżyser opowiadał o swoim i znajomych po fachu, poczuciu zagubienia w nowej rzeczywistości po upadku żelaznej kurtyny. O nadziei jaką niósł ze sobą początek XX wieku, z utworzeniem PISF'u na czele. Mówił wreszcie o sukcesach polskiego kina obecnie, które triumfuje coraz częściej poza granicami naszego kraju. Co ciekawe reżyser pominął tak ważnych dla pokoleń "ejtisów" i "najntisów" reżyserów jak Machulski, czy Pasikowski. A to przecież ci twórcy właśnie na początku w latach '90 kształtowali kino popularne w naszym kraju, a wiele z nich jest dla przedstawicieli tych pokoleń określanych jako "kultowe". Podoba mi się, że pan Janusz docenia świeżą krew wśród reżyserów i reżyserek filmowych.

źródło: https://kinonagranicy.pl/pl/film/lekcja-fausta

3. „Lekcja Fausta" (1993), reż. Jan Švankmajer - po kilku filmach tego czołowego współczesnego surrealisty-filmowca można bez problemu stwierdzić jak bardzo wszechstronnym tematycznie twórcą jest Švankmajer. „Spiskowcy rozkoszy" są filmem dekonstruującym obsesje seksualne w duchu freudyzmu; w „Małym Otiku" czeski twórca wziął na tapet temat macierzyństwa; „Don Juan" z kolei jest grosteskową parodią szekspirowskich dramatów. Oczywiście każdy z tych filmów ma swoje elementy wspólne, po których bardzo szybko można rozpoznać styl i inspiracje czeskiego surrealisty: teatr, pomieszanie porządków narracyjnych (teatralnej i filmowej), grosteska, czy silna anty-religijność. Švankmajer jest oczywiście kojarzony również z teatrem kukiełkowym. Po kilku jego filmach mogę spokojnie stwierdzić, że to najbardziej męczący element jego filmów. A w surrealistycznej interpretacji „Fausta" Goethego, drewniane kukiełki zajmują połowę czasu ekranowego. I jeśli męczyłem się podczas wspomnianego trzydziestominutowego Don Juana", to możecie sobie wyobrazić co czułem na ponad półtoragodzinnej Lekcja Fausta". Natomiast w żadnym wypadku nie był to słaby film! Znowu groteska, autotematyzm (teatr w filmie) i silny deliryzm królują. Jednak po takiej ogromnej dawce tego wszystkiego, stwierdziłem, że po seansie „Małym Otiku" mogą mnie wynieść w kaftanie z kina...

źródło: http://bombafilm.pl/glos-pana-na-podst-stanislawa-lema-jesienia-w-kinach/

4. „Głos Pana" (2018), György Pálfi  - ...dlatego wybrałem się na najnowszy film twórcy „Panie i panowie: ostatnie cięcie". Tamten film jest uważany przez wielu za symboliczne zakończenie filmowej epoki postmodernizmu, jako nostalgiczny wideoesej ostateczny, którego narracja utworzona została z ogromnej ilości wycinków scen z różnych znanych filmów (do zobaczenia w całości na YouTube). Z „Głosem Pana", będący adaptacją opowiadania Stanisława Lema, łączy go właśnie ta wideoeseistyczna energia. Jednocześnie jest to film trudny do zakwalifikowania. Pálfi stosuje różne sposoby przekazu informacji wizualnej: filmu kręconego ręczną kamerą, przez komunikatory video, po obraz z nawigacji satelitarnej. W dodatku ilość i sposób wtrąceń montażowych, często nie mających nic wspólnego z fabułą, czyni film nieokreśloną hybrydą filmowo-wideoeseistyczną. Zapytacie, czy idzie za tym jakaś treść. Szczerze? Nie wiem. Porusza się tu co prawda temat poświęcenia rodziny na rzecz nauki i ochrony ludzkości, ale sami przyznacie, że brzmi to zbyt ogólnikowo. Co więcej, dotychczasowa zagraniczna recepcja krytyczno-filmowa nie jest zbyt pochlebna. Natomiast ten seans był ostatnim tego dnia, więc moje możliwości percepcji były już mocno ograniczone do samych wizualiów. Pozwoliłem, więc omamić się formą realizacji filmu i dał mi ogromną frajdę. Liczę na jakieś seanse w naszym kraju Bomba Film musicie. Ale kto wie? Może pojawi się na Festiwal Kamera Akcja? Tam lubi się wyświetlać takie smakowite kąski. Anyway: warto. Pálfi czuje tętno pulsu współczesnej widowni i współczesnych czasów. Polujcie na film w kinach studyjnych.

 


Privacy Preference Center