22. Festiwal Filmu Niemego - relacja i ciekawostki z prasy z okolic premiery

22. Festiwal Filmu Niemego - relacja i ciekawostki z prasy z okolic premiery

W filmach niemych to ciała aktorów stanowią jeden z fundamentów przekazu emocjonalnego filmu. Cielesna ekspresja była w tym roku motywem przewodnim krakowskiego festiwalu.

Miałem przyjemność zobaczyć w tym roku na tym festiwalu trzy filmy stacjonarnie: Kobietę na Księżycu (film otwarcia), Opium oraz Cienie. Resztę repertuaru obejrzałem na własną rękę, czego niezmiernie żałuję. Każdy seans filmu niemego z muzyką na żywo, to jakby oglądać go na nowo. Dobrze dobrana muzyka (a tak się dzieje niezmiennie na FFN) bardzo często potrafi namieszać w interpretacji czy gamie towarzyszących emocji, nawet jeśli film widziało się wcześniej. Każdy seans jest wyjątkowy, jednak seanse takie jak te, które przeżyłem w Krakowie są unikalne w swojej wyjątkowości, nie tylko dzięki kameralnej Sali Czerwonej w Kinie pod Baranami, nie tylko dzięki zbiorowemu doświadczeniu filmu z innymi widzami, ale dzięki tym koncertom właśnie zapamiętuję te pokazy na długo. Szczególnie jeden zapadł mi w sercu głęboko. Jaki? Zapraszam do relacji z festiwalu oraz krótkich wrażeń po zobaczeniu filmów z tegorocznej edycji, w połączeniu z wycinkami z prasy z okolic premiery filmów.

Oczywiście nie wstawiłem wszystkich wycinków prasowych. Wybrałem te najciekawsze i/lub najbardziej estetyczne (kadry z Alicji w Krainie Czarów, Kobieta na Księżycu i Kobieta znikąd!). Pod tym -> LINKIEM znajdziecie prasówkę w wersji PDF, z której można teksty kopiować. Przyda się to dla osób, które nie rozumieją języka, w których zostały te teksty opublikowane. A mamy tutaj oprócz języka angielskiego, niemiecki, francuski i hiszpański. Załączyłem tam też instrukcję jak najszybciej można usunąć entery  w celu dokładniejszej translacji. Wynik automatycznego tłumaczenia nigdy nie będzie rewelacyjny, jednak najważniejszy jest kontekst. Uważam, że to super opcja, bo w tej sytuacji, archiwa prasowe w zasadzie nie posiadają ograniczeń językowych. Ściągałem gazety głównie z najobszerniejszego archiwum prasowego w domenie publicznej https://lantern.mediahist.org/

Zapraszam Was do lektury tej prasówki. Ułożone chronologicznie, układają się w ciekawą opowieść, a lektura zamienia się w niesamowitą podróż w przeszłość. Na pewno nie jest to rzecz na jeden dzień. Trzeba to sobie rozłożyć na kilka tygodni. Jednak na pewno warto wracać!

Mój blog pełnił funkcję patrona medialnego festiwalu w Krakowie.



Frau im mond (Kobieta na Księżycu, 1929, reż. Fritz Lang)

Pierwsze filmowe sci-fi pełną gębą.

Pierwsza filmowa podróż na Księżyc autorstwa Meliesa, była przedłużeniem podstawowej działalności mistrza - iluzji. Klasyk kina atrakcji nigdy nie miał ambicji naukowych. Jak cała twórczość iluzjonisty-pioniera (w tej kolejności), Podróż na księżyc miała być kinoatrakcyjnym festiwalem tricków filmowych wystrzelonych w kosmos, w których naukowe osiągnięcia astronomów tamtych czasów byłyby zbędne (pomijam tutaj ograniczenie długości taśmy filmowej). Lang miał ambicje stworzenia filmu silnie osadzonego w aktualnych osiągnięciach naukowych. Potwierdzenie znajdziecie w poniższej prasówce, natomiast dość powiedzieć, że na potrzeby tego filmu została powołana naukowa rada doradcza, której przewodził profesor Herman Oberth, zajmujący się możliwymi sposobami eksploracji kosmosu.

Po seansie nietrudno było zrozumieć skąd przypuszczenia Tomasza Kłysa w książce Dekada doktora Mabuse, o tym czy Fritz Lang mógł w głębi duszy sympatyzować z nazistami. Fascynacja postępem, technologią czy psychoanalizą są w tym filmie silnie odczuwalne. Langowi nigdy tych fascynacji nie udowodniono, ale czytając wspomnianą książkę, można stwierdzić że ewidentnie coś jest na rzeczy. A seanse Metropolis  czy właśnie Kobiety na Księżycu tylko to potwierdzają.

Z kolei seans w Muzeum Sztuki Sztuki i techniki Japońskiej Mangghaa z muzyką SARAPATY & Marceli Rybskiej dostarczył poziom emocji odpowiedni do poziomu patosu wylewającego się z ekranu. Siedziałem w pierwszym rzędzie! ❤

 

  • 1. Informacja o zdjęciach do Kobiety... w Obserwatorium w Mount Wilson w hrabstwie Los Angeles, dokąd Lang z ekipą dotarli z Nowego Jorku.
  • 2. Wyjątkowo kiepsko zeskanowany artykuł, ale w samym finale autor/ka zwraca uwagę na osiągnięcia kobiet w przeciągu ostatnich dwudziestu lat.
  • 3. / 4. / 16. / 17. / 20. Niemieckie magazyny są jednymi z najładniejszych i najlepiej ustrukturyzowanych jakie miałem okazję przeglądać w trakcie prasówki. Na ostatnim screenie, widać kawałek utworu, który mógł być grany w trakcie wyświetlania filmu. Może ktoś rozpoznaje? Mnie nie udało się znaleźć.
  • 5. Ogólna notka na temat współpracy reżysera z aktorami. Bez wzmianki o Langu, za to ze zdjęciem z planu Kobiety... z reżyserem i Margarete Kupfer, która zagrała panią Hippolt.
  • 6. W tej krótkiej notce zwraca się uwagę na to, że Lang unikał elementów fantastycznych w filmie (mimo fantazji o złocie po niewidocznej stronie Księżyca - wkład autorki scenariusza a zarazem opowiadania, na podstawie, której powstał film, Thei von Harbou) i gdzie mógł opierał się na aktualnych dokonaniach naukowych. Wspomina się również o trudności z przetransportowaniem piasku na plan.
  • 7. / 11. W pierwszej notce jest informacja o wykładzie połączonym z eksperymentami, finansowanymi przez UFA, producenta filmu. Wykład miał poprowadzić profesor Hermann Oberth który pracował jako główny doradca naukowej rady doradczej filmu Langa. Druga notka mówi o tym, że w związku z wystrzeleniem rakiety dalekiego zasięgu przez profesora ogłoszono, „że w trakcie swoich eksperymentów dokonał kilku ważnych odkryć, które pozwolą(...) przeprowadzić pierwszą próbę pocisku dalekiego zasięgu. Składanie pierwszego pocisku dalekiego zasięgu, o którym wiadomo, że przenika stratosferę, rozpocznie się za około osiem dni, a profesor Oberth spodziewa się, że będzie w stanie wystrzelić start około 20 listopada, w zależności od warunków pogodowych." Teraz już wiemy, że wystrzelenie tej rakiety nie powiodło się zgodnie z planem. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, byłaby to kampania reklamowa, którą ludzkość zapamiętałaby na zawsze,
  • 8. Niby wyżej zachwalałem niemieckie magazyny, ale jest jedna rzecz, której nie umiem zrozumieć: ilustrowanie tekstu fotosami z filmów, które są w tym tekście niewspominane. Akurat tutaj tekst o kostiumach aktorów w Hollywood. Słabo się kopiuje. Polecam korzystać ze skanera translatora google.
  • 9. / 10. Pełna zachwytów recenzja Kobiety... . Wymieniono wszystkie ważniejsze role, szczególną uwagę zwracając uwagę na tytułową rolę Gerdy Maurus, która udowodniła, że liczy się nie tylko zewnętrze, ale przede wszystkim gra aktorska. Zwraca się również uwagę, że ten film udowadnia, że film niemy ma się dobrze i dźwięk mu nie grozi. Na koniec zaznaczono, że muzyka skomponowana przez Willy'ego Schmidta-Gentner, jakkolwiek niezła, zapada w pamięć po seansie.
  • 12. / 13. Refleksyjny tekst na temat synergii materii naukowej i filmowej w przypadku Kobiety... i dokonań, które zostały osiągnięte w międzyczasie przez Obertha. Dość trzeźwo wskazuje się, że nie ma szans na, to by rakieta doleciała do Ameryki, a co dopiero do na Księżyc. Jednak spodziewany jest przełom, bo to ledwie początek serii prób.
  • Recenzja filmu Langa, w którym obraża się Juliusza Verne'a (#ironicfont). Jules Verne nie był wielkim narratorem, bajka jego książek jest sucha i pouczająca jak katalog techniczny, tak że nie ma nic więcej do powiedzenia nam, którzy już dawno doświadczyli spełnienia jego technicznych fantazji. Kto jeszcze w dobie radia używa wiadomości w butelce? - pisze autor/ka recenzji. Jakkolwiek, by te słowa nie raniły mej duszy (jestem wielkim fanem Verne'a), te słowa pokazują jaka wielka była wiara w naukę i postęp w tamtym czasie, w Niemczech. Chwilę później pojawia się istotny fragment, o tym jak traktowano medium filmowe, nie tylko w omawianym filmie, ale w ogóle w ojczyźnie Langa:

Zadaniem filmu jest także przekształcenie obrazów, które twórca widział w swoim umyśle, w realizm obrazu filmowego. Film jest jedynym fenomenem, który potrafi zamienić sztuczki techniczne w sztukę. To, co zostało wynalezione w trakcie mozolnych godzin w studio, zbudowane i utrwalone za pomocą skomplikowanych sztuczek, na pierwszy rzut oka wydaje się być rzeczywistością sfotografowaną na płótnie.

Przedstawiciele pierwszej awangardy filmowej we Francji (o których więcej w akapicie o Kobiecie znikąd), również chcieli osadzić swoje filmy maksymalnie w rzeczywistości. A jak różne filmy otrzymaliśmy!

  • 18. / 19. Fritz Lang opisał tutaj pokrótce przebieg pracy nad filmem. Jak pisze zainspirowały go wierzenia Chińczyków, nazywających siebie Synami Niebios, mówiące o tym, że obywatele Państwa Środka przybyli z kosmosu. Zaznaczając jednocześnie, brak podstaw by temu wierzyć, pomyślał o sytuacji odwrotnej: a może to ludzie kiedyś zaczną kolonizować kosmos? Żadnej Utopii! - pisze dalej - Żadnego Verne'a! Ewidentnie chciał nie chciał, by film kojarzono z kinem przygodowym, zabawą, itp. To miało być poważne kino sci-fi. Ważne: pojawia się spoiler dotyczący tego ile osób wraca w finale na Ziemię. Oczywiście Lang adoptował książkę/opowiadanie swojej żony, Thei von Harbou. Opowiadanie, jak zauważa sam Lang, było wtedy powszechnie znane i popularne, ale prawem reżysera jest iść swoją drogą. Nie wiem jak wtedy podchodzono do kwestii bycia wiernym względem oryginalnych tekstów, jednak wydaje mi się, że można to traktować, z współczesnego punktu widzenia, jak całkiem potężny spoiler. Którym jak widać nie przejmował się ani reżyser, ani redakcja Film-Magazin.


La femme de nulle part (Kobieta znikąd, 1922, reż. Louis Delluc)

Nowatorski film nakręcony w impresjonistycznym stylu, odniósł spory sukces krytyczny, poniósł klęskę frekwencyjną.

Delluc nie miał bogatego filmowego. Nakręcił łącznie siedem filmów. Jednak jego myśl filmowa, wespół z innymi impresjonistami, jak L'Herbier, Dulac czy Gance, miała spory wpływ na kino awangardowe, jak głównego nurtu w swoim czasie. Jednak śledząc francuską prasę, wyraźnie można odczuć, że wśród publiczności Kobieta znikąd cieszyła się miernym zainteresowaniem, mimo bardzo zachęcających recenzji krytycznych, przed premierą.

Impresjoniści filmowi postulowali skupienie się na emocjonalnej warstwie filmu, przekazywanej nie za pomocą scenografii czy grze aktorskiej zahaczającej o pantomimę (jak w przypadku ekspresjonizmu filmowego, w kontrze, którego poniekąd wyrósł ruch impresjonizmu). Impresjonizm filmowy miał u swoich fundamentów założenie karkołomne. Postulował przenoszenie na ekran ulotności: przy pomocy minimalistycznych technik filmowych, bez ingerencji w scenografię, opierając się na samej realistycznej grze aktorskiej, próbowano przekazać emocje tkwiące w bohaterach.

Kobieta... to film z jednej strony o fatalizmie losu, kary za pomyłki z przeszłości a z drugiej o wierze, że można naprawić skutki fałszywych podszeptów serca, naprawiając cudze życie. Dojmujący to film, przepięknie zagrany przez Eve Francis, w roli tytułowej. Jej postać z przeszłości, przeplata się z teraźniejszością jak w deliriach, co jest realizacyjnie niezmiernie nowatorskie, a jednocześnie łatwo mogło zostać zamienione w rolę karykatury wampa, czy histerycznej kobiety upadłej. Tymczasem Francis bez żadnej szarży, odegrała smutek, samotność i bezsilność, w sposób, który w kinie rzadko można było oglądać.

  • 1. Długo musiałem się myśleć nad tym, jakiej sceny dotyczy ta wzmianka. Myślałem, że może była wystawiana sztuka z tą samą historią (co nie byłoby tak od rzeczy, bo rzecz jest dość kameralna). Tymczasem scena tańca trwa ledwie kilkadziesiąt sekund. Ujmuje mnie, że nawet taki detal okazał się na tyle istotny, żeby mu poświęcić wzmiankę w gazecie. Otóż tancerka Edmonde Guy (która na co dzień tańczyła scenie teatro-kawiarni Bataclan) zatańczyła układ autorstwa Ernesta Van Diérena (nie znalazłem niczego na jego temat). Akompaniował Jeana Wiénera. Z drugiej strony Guy musiała być całkiem rozpoznawalną gwiazdą, bo za chwilę pojawi się w prasówce ponownie. Jedno z moich ulubionych odkryć. Mały-wielki akapit.
  • 2. Wnętrza domu, do którego wróciła tytułowa kobieta, udekorowany był obrazami Henry'ego Ottmana, który odniósł sukces na wystawie w Salonie Jesiennym
  • 3. W związku ze zbliżającą się premierą filmu Delluca, ogłoszono konkurs na plakat do trzech filmów, w tym Kobiety znikąd. Miały zostać zorganizowane specjalne pokazy dla uczestników konkursu a plakaty opublikowane w Cinea. Podane są wymagane wymiary prac i wysokość głównej nagrody pieniężnej.
  • 4. / 5. / 6. / 12. Standardowo film reklamowano twarzami gwiazd grającymi główne role. Gwiazdami, którą chyba nie była Gene Avril, grająca młodą kobietę kuszoną przez młodzieńca do ucieczki od męża.
  • 7. / 8. Robi się nerwowo. Wg ogłoszeń były jakieś problemy z ustaleniem pokazu filmu i w związku z tym rozstrzygnięciem konkursu na plakat.
  • 9. Informacja o prywatnym pokazie Kobiety..., na którym pojawiła się śmietanka francuskiej awangardy filmowej. Film został znakomicie przyjęty.
  • 10. Wstęp do entuzjastycznej recenzji, której rozwinięcie niebawem się pojawi, w następnym numerze Cinea. Recenzent zachwyca się, mimo drobnych potknięć, świeżością filmu i tytułową rolą Eve Francis.
  • 13. 14. / 15. + plakat 16. Wybrane przez redakcję plakaty Kobiety..., które brały udział w konkursie. Konkursowe plakaty z innych filmów w PDF'ie.
  • 11. Zbiór opinii redaktorów różnych francuskich gazet. Prosty, jednocześnie poetycki, fotogeniczny, autentyczny psychologicznie, melancholijny, piękny - takie przymiotniki się w nich pojawiają. Sporo z nich osadza Kobietę znikąd w kontekście twórczości Delluca, która miała wyznaczyć nowy kierunek w twórczości reżysera. Jacques Berthet zwraca uwagę na konstrukcję filmu, który miesza przeszłość z teraźniejszością. Mimo to nie tylko nie przeszkadza w odbiorze, a wręcz wzmacnia emocjonalny odbiór filmu. Z kolei Marce Achard zwraca uwagę na psychologiczną wiarygodność każdej z odgrywanych postaci. Polecam lekturę. Nawet tę niedoskonałą, z translatorów.
  • 16. Jak się okazuje tytułowa rola była przeznaczona dla włoskiej aktorki, Eleonory Duse. Ze względu na problemy zdrowotne, rolę tę przejęła Ève Francis. Z tego co rozumiem Francis (w chwili produkcji filmu - 36 lat), miała grać młodszą, a Duse (lat 62) jej współczesną wersję bezimiennej kobiety znikąd. Duse zmarła dwa lata po premierze.
  • 17. Lionel Landry, rozwija swoją myśl z pkt. 10. Niestety nie znalazłem nic na temat tego krytyka, ale znalazłem antologię francuskiej krytyki filmowej z lat 1907-1929 (TUTAJ), wnioskuję więc że był osobą w środowisku poważaną. Wnosząc po powyższej recenzji - nie dziwię się. Bardzo mi się podoba ta recenzja. Wspominałem, że Cinea był magazynem, którego naczelnym był Delluc? To by teoretycznie tłumaczyło recenzenckie zachwyty, które gromadził dotychczas na jego łamach. Otóż tekst Landry'ego przełamuje ten schemat, co jest całkiem odważne ze strony Delluca, który potrafił docenić dobrą robotę krytyczno-filmową, ale niekoniecznie w stu procentach pozytywną, ale też pokazuje jakim zaufaniem cieszył się sam autor tekstu. Landry narzeka trochę na nieobecność Rogera Karla, który grał męża młodej kobiety. Zwraca uwagę również na niezdecydowanie realizatorskie: czasem pokazuje za dużo, czasem za mało, ale nigdy nie robi tego źle. (Na marginesie:: to chyba pierwszy tekst recenzencki w ogóle z jakim znalazłem, w którym ktoś wymienia z nazwiska operatora kamery!). Poza tym Landry w pięknym stylu rozpływa się nad arcydzielnością Kobiety...
  • 18. Według angielskiej Wikipedii oficjalna premiera we Francji miała miejsce 26 lipca, 1922 roku. W paryskich kinach wtedy żadnego pokazu nie było, więc jak sądzę sierpniowy wysyp recenzji jest wynikiem jakieś pokazu prasowego, albo czegoś w tym stylu. To jest trochę sprawa dla reportera, bo mogę wychodzić z błędnego założenia, że skoro filmu nie wyświetlano w wcześniej w Paryżu, to nie wyświetlano nigdzie we Francji. W każdym razie wyjątkowo zrobiłem screen z wynikami wyszukiwania tytułu filmu, żeby było widać ilość zaplanowanych seansów w paryskich kinach...
  • 19. ...tymczasem dwa tygodnie później miał miejsce tylko jeden seans. Film okazał się kompletną porażką. Do końca istnienia magazynu (1923) nie było wzmianki o Kobiecie... . Nawet w repertuarach kin w Paryżu go już nie wyświetlono. Mogę sobie tylko wyobrazić co czuł wtedy Delluc. Szczególnie, że przy tak fantastycznej recepcji krytycznej, nic nie zapowiadało takiej klęski. Współcześnie uważa się go za arcydzieło awangardy filmowej.
  • Na osłodę pozytywna recenzja, autorstwa René Jeanne'a. opublikowana w magazynie, którego, tak na marginesie Delluc kiedyś również był naczelnym redaktorem. W zasadzie nie ma tu niczego, co by się nie pojawiło w innych tekstach. Zastanawiająca jest tylko ostatnia uwaga. Czy to może być prztyczek w kierunku Louisa Feuillade'a i jego seriali kinowych?


Das cabinet des dr. Caligari (Gabinet doktora caligari, 1920, reż. Robert Wiene)

To jeden z największych hitów, w chwili premiery, z puli filmów tegorocznej edycji Festiwalu Filmu Niemego.

W prasie można było odczuć, że ten film ukształtuje historię. Recenzenci nie mieli wcześniej z czymś podobnym do czynienia. W Stanach porównywano film Wiene do prozy Edgara Alan Poego i a scenografię do obrazów Picassa. Z drugiej strony wybuchły protesty, nawołujące do bojkotu tego filmu, który miał zajmować czas ekranowy rodzimym produkcjom. Znalazłem artykuł pokazujący absurd tych protestów. Polecam zerknąć.

  • 1. Zaczynamy nieco zabawnym, z dzisiejszej perspektywy newsem z amerykańskiego magazynu. Meble są stawiane do góry nogami, fururystyczny film czy Drzwi otwierają się na boki - takie tajemnicze określenia pokazują, że do Stanów miał być niebawem film radykalnie różniący się od tego co dotychczas oglądali Amerykanie.
  • 2. Pierwsza wskazówka, że rozpoczęło się poruszenie na amerykańskim rynku filmowym, w związku z importowanymi z zagranicy (w domyśle z głównie z Europy) filmów. Studzi się emocje wskazując, że nie będą one miały większego wpływu na frekwencję na filmach produkcji amerykańskiej, zresztą większość z nich i tak nie przechodzi przez cenzurę, która obowiązuje w wielu stanach.
  • 3. Recenzentkę, Marion Russell film rozczarował, ale domniemuje, że to co przyciąga tak bardzo widzów do kin to fantastyczna aura filmu i jego zwroty akcji. Dwukrotnie zwraca uwagę, że film Wienego nie nadaje się dla kobiet i dzieci, którzy mogą źle znieść drastyczność filmu. Kolejny raz pokazuje, że publiczność amerykańska nie była przyzwyczajona do tak mrocznych obrazów i mierzyła się z czymś nowym czego jeszcze na ekranach kin nie widziała.
  • 4. Amerykański/a redaktor/ka konstatuje z pewną rezerwą, że w ekspresjonizmie filmowym widać pewien potencjał, jednak jest on dotychczas niewykorzystany i trudno na podstawie kilku tytułów wyrokować, w którą stronę on się rozwinie. Podaje również nazwisko artysty, który był autorem scenografii opartej na zakrzywionej perspektywie, jednak nie udało mi się nic o nim znaleźć. Pani ze zdjęcia jeszcze w prasówce wróci.
  • 5. Agnes Smith jest Caligarim  z b i t a  z  t r o p u. Zaznacza, że widownia musi się przygotować na wpływ jaki będzie miał ten film również na kinematografię amerykańską., nazywając go najważniejszą i najbardziej znaczącą produkcją roku. Zaznacza prawdopodobne inspiracje malarskie oraz już drugi raz w tej prasówce pojawia się odwołanie do twórczośći Edgara Alana Poego. Wskazuje również na unikalną pespektywę narracji - osoby psychicznie chorej, czego do tej pory nikt na ekranie w USA nie oglądał.
    (w gratisie otrzymujecie recenzję filmu z bohaterką innej edycji Festiwalu Filmu Niemego - Gypsy blood >>u nas znany pod tytułem Carmen<< z Polą Negri w reżyserii Lubitscha). Trochę mnie rozbawiło dodanie kategorii wartość rozrywkowa a jeszcze bardziej przyporządkowanie.
  • 6. W tekście zwrócono uwagę, że nie jest to pozycja, po której można spodziewać się szczęśliwego zakończenia i generalnie jest to film dość przygnębiający. Znowu pada nazwisko Poego a scenografię określono jako prawie namacalną. Pojawia się również ciekawe spostrzeżenie, że film wygląda tak świetnie przy niewielkim budżecie, tymczasem amerykańscy producenci wydają spore pieniądze na pojedyncze tylko sceny.
  • 7. Oho, mamy to! Prawdziwe oburzenie, że niemieckie, miernej jakości filmy zalewają amerykańskie kina a rodzimych produkcji nikt nie chce oglądać. Bardzo zjadliwy tekst, na którego weryfikację nie am możliwości. Trzeba by sprawdzić czy faktycznie było tak jak pisze autor z miernym poziomem tych filmów i czy faktycznie zalegały niesprzedane stosami na półkach. Jednak histeryczny ton ten wypowiedzi, zahaczający w jednym miejscu o ksenofobię każe mi traktować ten tekst z dystansem. Polecam przeczytać całość.
  • 8. Całkiem zabawna, krótka notka. Uwielbiam ten cytat:

Being a reasonably calm, ordinary sort of individual we left the theater believing strongly that the author of the picture was a little mad, the director a little madder, the actors engaged quite mad indeed.

Oprócz tego pojawia się obowiązkowo nazwisko pewnego znanego amerykańskiego pisarza.

  • 9. O! Jakże piękny komentarz do tekstu z punktu siódmego. Przy okazji na samym początku dowiadujemy się o protestach w Los Angeles, które wybuchły przy okazji wprowadzenia Gabinetu... do amerykańskich kin. Dodam w najbliższym czasie dokładną datę tych protestów. A, poza tym po prostu polecam tekst.
  • 10. / 11. / 12. Bardzo ciekawy artykuł napisany przez S. S. Van Dine'a, piszącego tutaj pod swoim stałym pseudonimem - Willard Huntington Wright. Jest to bardzo wnikliwa analiza scenografii Gabinetu doktora Caligari.
  • 13. Proponuję zabawę: znajdźcie tytuł reklamowanego tutaj filmu 😂 Zastanawia mnie czy taka forma reklamy przykuwała uwagę odbiorcy. Z drugiej strony, reklamy kiedyś diametralnie różniły się od tego co otrzymujemy teraz, więc i percepcja widza była trochę inna.
  • 14. Jeszcze jedna wzmianka o protestach.
  • 15. Wparcie estetyczne. Jedno z wielu dla tego filmu w europejskiej prasie.


Mocny człowiek (1929, reż. Henryk Szaro)

Szaro, czy raczej Chmara, jak sugerują wycinki prasowe, byli pod ewidentnym wpływem ekspresjonizmu niemieckiego, chociaż niektóre techniki zastosowane w tym filmie (takie jak liczne przenikania obrazu) przywołują na myśl rosyjską szkołę filmową. Kto by pomyślał, że Szaro, kojarzony głównie z komediami ma w dorobku tak szalony a zarazem spójny realizacyjnie film.

Uważam za skandal, że ten tytuł nie doczekał się jak dotąd jakiegoś porządnego wznowienia na Blu-Ray. Film został wydany x-lat temu na DVD z muzyką nagraną przez Macieja Maleńczuka. Muzyka ta jest nagrana jakby do zupełnie innego filmu, kompletnie nie oddająca klimatu tego co się dzieje w filmie. Na płycie dołączono miernej jakości dodatki (chociaż jak na tamte czasy do i tak dużo). Fizyczne egzemplarze sprzedawane są na aukcjach za ceny dochodzące tysiąca złotych. Czy doczekamy się w końcu jakiegoś sensownego wydania?

Screeny otrzymałem od Michała Pieńkowskiego, za co mu serdecznie dziękuję. Przekopywanie się przez polskie archiwa gazetowe wydłużyłoby pracę nad tym projektem o kilka tygodni.

  • 1. / 2. Kino polskie wstaje mozolnie z kolan. We wstępie tej krótkiej oceny recenzent wskazuje, że to już czas, by oczekiwać dobrych filmów całościowo i nie trzeba zachwycać się pojedynczymi scenami. Poza jednym aspektem, film Szaro wypadł całkiem nieźle. Recenzent wskazał również możliwy wkład Grzegorza Chmary (Bielecki) w ostateczny wygląd filmu, który w oku piszącego nadał mu jakąś trochę obcą fizjonomię.
  • 3. Wywiad z odtwórca głównej roli, Grzegorzem Chmarą. Ujmuje mnie akapit bezpośrednio poprzedzający pierwszą wypowiedź. Aktor opowiada o pracy przy filmie Szaro i doświadczeniu przy pracy z Raskolnikowem Wiene.
  • 4 Wywiad z Andrzejem Strugiem, który opracował tekst Mocnego... . Opowiedział trochę o koniecznych zmianach w konstrukcji głównego bohatera, w stosunku do oryginału literackiego. Swoją drogą co to oznacza, że opracował? Przygotował tekst oryginału do spisania scenariusza?
  • 5. Reżyser o mękach jakie przeżywał przy montażu Mocnego człowieka.
  • 6. Streszczenie z króciutką oceną. Zwróćcie uwagę na opis przy Charakter filmu!
  • 7. Wywiady z Arturem Sochą (Górski) i Marią Madrowicz (Nina). Aktor i aktorka opowiedzieli o swoich przygotowaniach do roli.
  • 8. Streszczenie filmu plus gwarancja wyniesienia jakości filmu polskiego na wyższy poziom. Pojawia się nazwisko włoskiego operatora filmowego, który pracował wcześniej przy Quo Vadis.
  • 9. Krótkie omówienie podstawy literackiej filmu Szaro. Dotychczasowe dokonania tego reżysera, każą wierzyć w powodzenie tego filmu.
  • 10. Krótka wzmianka o filmie ze wskazaniem jego walorów artystycznych.
  • 11. Reklama repertuaru. Bonus: Jackie Coogan w filmie dla dorosłych pt. Jackie u ludożerców 🤣
  • 12. Jedyna, ale jakże ciekawa wzmianka o Mocnym człowieku w amerykańskiej prasie do jakiej udało mi się dotrzeć. Zastępca komisarza ds. handlu, Gilbert Redfren pisze o trudnościach z jakimi boryka się polski przemysł filmowy. Trudnościach związanych z tendencją do udźwiękowiania filmów. Redfren wskazuje jednakże, że jest również dużo korzyści w związku z tym opóźnieniem. Gdyby ktoś chciał się o tym więcej dowiedzieć polecam wykład dr. hab. Nataszy Korczarowskiej-Różyckiej z 2017 roku. Do zobaczenia TUTAJ.

La Passion de Jeanne d'Arc (Męczeństwo Joanny d'Arc, 1928, reż. Carl Theodor Dreyer)

Przyznam się Wam w tajemnicy, że obejrzałem ten film na przyspieszeniu, w celu spisania swoich wrażeń w kilku zdaniach na potrzeby tej prasówki. Nie wiem czy w prędkości standardowej nie będzie mnie nużył (jak niektórych recenzentów poniżej), jednak zrobił na mnie ogromnie wrażenie. Słyszałem oczywiście wcześniej, że te film jest emocjonalnie trudny do zniesienia, dlatego też tak długo odwlekałem seans. Kiedy film się skończył, dochodziłem do siebie kilka minut. Nie byłem przygotowany na tak emocjonalny finał. Jego montaż to mistrzostwo budowania napięcia. Obejrzałem całość będąc niemożebnie smutnym, a koniec dodatkowo oglądałem na skraju kanapy.

Czy podobne emocje towarzyszyły krytykom w okolicach premiery? Polecam sprawdzić, znalazłem bardzo ciekawe teksty.


 

  • 1. / 2. Filmowe cierpienie jeszcze nigdy nie było tak blisko fizycznego terroru - pisze Pierre Audard.
  • 3. / 4. / 5. / 6. Dla równowagi negatywne oceny Męczeństwa... . Pierwsza w ramach recenzji Jedenastego Wiertowa, filmu bezpośrednio poprzedzającego Człowieka z kamerą. Nie lubię filmów które mnie nudziły - pisze. Autor obiecał rozwinąć dlaczego nienawidzi tego fałszywego filmu. Niestety niczego nie znalazłem. Drugi tekst autorstwa Denisa Mariona jest rozliczeniem z dokonaniami awangardzistów francuskich takich Epstein, Dulac czy L'Herbier. Ciekawy tekst będący dowodem na to, na jakim etapie była ówczesna wrażliwość krytyczno-filmowa we Francji w tamtym czasie.
  • 7. W tym newsie film Dreyera określony jest jako najlepszy film wyświetlany w brytyjskim kinie Roxy.
  • 8. Kilka ciekawych faktów dotyczących  filmu Dreyera - długość trwania zdjęć, nazwisko ich autora, budżet.
  • 9. / 10. / 11. Grafiki promujące Męczeństwo..., jako niezwykłe osiągnięcie filmowe i superprodukcja z Francji, tej samej produkcji, która dała światu Napoleona Gance'a.
  • 12. Recenzentowi film generalnie się podobał, chociaż jego monotonna narracja momentami go/ją nużyła. Zwraca uwagę również, że film zyskałby na płynności, gdyby był nakręcony z dźwiękiem. Jak myślicie?
  • 13. Trochę kuriozalny tekst, o tym że co jakiś czas będzie się kręcić na nowo historię Joanny d'Arc i jedna z nich będzie w kolorze, żeby pokazać jej piękny (chyba?). Ostatniego zdania kompletnie nie rozumiem. Zostawiam jako ciekawostkę 🤷‍♂️
  • 14. Znane są problemy filmu z amerykańską cenzurą. W tym newsie można wyczytać, że Męczeństwo... zostało zaakceptowane. Swój wkład w akceptację miał krytyk i pisarz George Bernard Shaw, autor sztuki opartej o życie męczenniczki, której film Dreyera nie jest adaptacją. Pojawia się również komentarz pisarza odnośnie filmu.
  • 15. / 16. / 17. / 18. Kolejne złoto, które znalazłem w magazynie o jakże znamiennym tytule. Długi analityczny tekst, autorstwa Wernera Klingera dotyczący technik filmowej narracji zastosowanych w filmie Dreyera. Swoją drogą to znamienne, że tekst został napisany w kraju, w którym narodził się niemiecki ekspresjonizm.
  • Recenzja z literówką w tytule. Tekst dotyczy nowej wersji Męczeństwa..., która była dystrybuowana na terenie USA w lektorem tłumaczącym narrację. Z dzisiejszej perspektywy można odbierać taki zabieg jak profanację, jednak na tamtym etapie odbiorcy odczuwali zmęczenie kinem niemym. Wg tekstu z punktu 12. taka wersja była pożądana, a autor powyższej recenzji był z powstałego efektu zadowolony. Trudno wyrokować na podstawie jednej wypowiedzi czy był to zdanie większości krytyki / odbiorców. Temat do rozwinięcia. Na BluRay'u Criterion Collection jest dokument poświęcony różnym wersjom tego filmu. 


Alice in wonderland (Alicja w krainie czarów, reż. W.W. Young, 1915)

Idealny film by z nim dorastać.

Jak zresztą sama książka, której film jest całkiem dokładną ekranizacją. Świat dorosłych w tym filmie, jest enigmatyczny, niebezpieczny i mroczny. Dla najmłodszych widzów będzie dziwaczny, może nawet trochę zabawny, dla nastolatków będzie uosabiał sporo lęków związanych z dorastaniem a starsi widzowie, mogą wpaść w zadumę, nad uniwersalnymi, niemal filozoficznymi, problemami przedstawionymi w filmie Younga. Swoją drogą Young był (wg IMDB) psychologiem dziecięcym, z dorobkiem dwóch filmów w karierze. Drugim był Mistery of life z 1930 roku. Twórcy zależało chyba na zadawaniu ważkich egzystencjalnych pytań, sądząc po doborze tematu swoich filmów. Szkoda, że tak mało informacji o nim można znaleźć.

Najważniejsze w kontekście tego filmu to obłędne kostiumy i charakteryzacje. Czekam kiedy film wyjdzie w lepszej jakości, żeby się napatrzeć na detale. W prasówce troszkę tego widać.

  • 1. Recenzentka zachwyca się filmem Younga. Rolą Savoy, zabawnym królikiem czy sprytną myszą. Według autorki film jest idealny dla dzieci.
  • 2. Tutaj z kolei wskazuje się na mnogość następujących po sobie wątków, a jednocześnie wskazuje na wspaniałą realizację.
  • 3. Informacja o pokazie zorganizowanym dla sierot oraz o zwrocie kosztów biletu dla harcerzy w kinie niedaleko Nowego Jorku.
  • 4. Przyznaję: nie rozumiem tego akapitu. Myers ma bogaty dorobek, ale Alicja... do niego nie należy. Do poprawy, zastąpię to jakimś innym screenem.
  • 5. Kilka miesięcy po premierzy filmu w lutym, zmarła Lotta Savoy (lub Savey) matka aktorki grającej tytułową rolę, Violi. Nie jest znana dokładna pisownia nazwiska. Więcej szczegółów TUTAJ
  • 6. Reklama filmu zachęcająca m.in. rekomendowanie filmu dla dzieci w szkołach publicznych.
  • 7. Kolejna pochwała w kierunku ekranizacji bajki Lewisa Carrolla. Wskazuje się na wierność oryginałowi i rysunkom, które do książkowej wersji wykonał John Tenniel.
  • 8. / 9. 10. / 11. / 12. Wersja filmu, którą możecie zobaczyć w internecie, jest w jakości DVD (720p), co odbiera trochę przyjemność z oglądania. Dlatego zazdroszczę osobom, które miały okazję oglądać ten film na krakowskim festiwalu. Tutaj widać namiastkę, tego jak wygląda film w dobrej jakości. Dwie strony wybranych najciekawszych kadrów z filmu Younga w dobrej jakości. 


Assunta Spina
(1915, reż. Francesca Bertini, Gustavo Serena)

Bertini uważała się za prekursorkę neorealizmu włoskiego. Na pewno w powyższym filmie pokazała podobną wrażliwość. Assunta Spina to portret jednostki żyjącej w małym miasteczku, którego rytm wyznaczają posiłki, religia, praca. Bohaterka cały czas jest portretowana na tle krajobrazów, budynków miejskich czy wśród tłumu.

Niestety włoska prasa, która wspomina film Bertini jest w trzymana w koszmarnej jakości na archive,org a druga baza jest ciągle zamknięta i nie mam do niej dostępu. Mimo wszystko, coś udało się znaleźć. W pliku PDF znajdziecie jeszcze opowiadanie i sztukę, które stały się podstawą do nakręcenia tego filmu.

A jeżeli ktoś chciałby posłuchać czegoś więcej na temat filmu, zapraszam do odsłuchu odcinka Accademii Filmu Włoskiego od Diany Dąbrowskiej, z moim skromnym udziałem. LINK

  • 1.  Cine Mundial to hiszpańskojęzyczna wersja magazynu Motion Picture News, na Amerykę Łacińską. Tutaj Ricardo Marino pisze o trudnościach związanych z dystrybucją filmów w Ameryce Łacińskiej. Wymienia filmy Bertini w tym Assuntę Spinę w gronie tych, które odniosły sukces w Hawanie w Meksyku, przy okazji wychwalając aktorstwo włoskiej diwy. Zapowiada również wyświetlanie kolejnych filmów z jej udziałem.
  • 2. I wracamy do artykułu, którego fragment był widoczny przy okazji tekstu o Caligarim. Ciekawy tekst analizujący współpracy włoskich i amerykańskich dystrybutorów. Amerykanie nie otrzymują filmów, za które rzekomo zapłacili, a Włosi mają nazywać kolegów po fachu złodziejami. I tak to się kręci. Polecam tekst.


Opium (1919, reż. Robert Reinert)

Ciekawy film, chociaż z dość nużącymi i powtarzalnymi retrospekcjami. Gdyby je ograniczyć film mógłby być piętnaście minut krótszy i byłby dużo bardziej zwarty narracyjnie. A tak widz jest prowadzony za rączkę, żeby przypadkiem się nie zgubił w opowieści. Ciekawy przypadek filmu ekspresjonistycznego z wątkiem przestrogi przed braniem narkotyków.

To mógłby być nieoficjalna pierwsza część historii Gabinetu Doktora Caligari. Grają tutaj zarówno Werner Krauss jak i Conrad Veidt. Widzę to tak: chiński diler opium wychodzi z więzienia i wskrzesza Richarda, który w Opium zginął. Czyni go somnambulikiem-zombie-mordercą na własnych usługach. Caligari, bo takie nazwisko przyjął handlarz, stał się żądnym zemsty na świecie człowiekiem, za krzywdy, które mu wyrządzono odbierając środki do życia.

  • 1. / 2. Najmocniejszy film jaki kiedykolwiek wyprodukowano w Niemczech - wiem, że reklama rządzi się swoimi prawami, ale znajduję to całkiem zabawnym. Mocne słowa, jak na film, który miał prawie zerową promocję w prasie. Ale za to jest to jedyna reklama w tej prasówce, która zajmuje aż cztery strony magazynu (po dwie w różnych częściach tego samego numeru).


Schatten - eine nächtliche halluzination (Cienie, reż. Arthur Robison, 1923)

Mój ulubiony film tej edycji krakowskiego festiwalu. Film bez plansz dialogowych, w całości opierających się na ekspresjonistycznej grze aktorów. Tytułowe cienie są tutaj odpowiednikiem emocji bohaterów. Czasem są rozmyte, często przerastają swoich właścicieli, czasem pełnią funkcję przedstawienia magicznego, który działa jak nośnik emocji w kierunku widza. Takich autotematycznych wątków jest tu kilka. Na nich również opiera się finałowy twist, będący zaskakującą afirmacją ludzkiej natury - nawet jeśli targają nami sprzeczne emocje, to odpowiednio poprowadzone emocje (w filmie przez kogoś na kształt bożka Hermesa lub Amora) odkrywają naturalne piękno ludzkiej duszy. Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale jest to dość unikalne podejście w ekspresjonizmie, który meandrował mroki ludzkiego umysłu. Czy to nie brzmi jak idealny film na święta? 😁

Seans Cieni w Czerwonej Sali w Kinie Pod Baranami ilustrowany był absolutnie fantastyczną muzyką na żywo autorstwa duetu Eta Hox & Pruski. Miks niskich basów na pierwszym planie z wysokimi na drugim, dał odpowiednio niepokojący efekt, ilustrujący to co dzieje się w duszach bohaterów filmu Robisona. Chapeau bas!

Niestety, film był prawdopodobnie bardzo niszową produkcją, gdyż jego promocja w ówczesnej prasie była znikoma. A szkoda, bo reklamy z kadrami filmów mogłyby wyglądać całkiem zacnie i przykuć uwagę widzów.

 

  • 1. Pierwszą ciekawszą wzmiankę o filmie Robisona znalazłem w amerykańskim Variety. Cienie według autora/ki są niepodobne do jakiegokolwiek filmu, który wcześniej powstał i z pewnością nikogo nie pozostawi obojętnym. Zwraca również uwagę, że w Wielkiej Brytanii trzeba było czekać, aż dwa lata na wprowadzenie tego filmu do kin.
  • 2. Sekcja, w której pojawia się wzmianka o Cieniach nazywa się Co myślicie? Wasze poglądy i nasze. Tymczasem trochę mi zajęło co tutaj jest poglądem redakcji. Czytelnik pyta czy jest szansa na poświęcenie całej strony niemieckiemu filmowi, rozpisując swoją interpretację, będącą alegorią napięć między państwami w tamtym czasie. Odpowiedź redakcji: Genialna sugestia. Tekstu poświęconego Cieniom w tym magazynie nie znalazłem, ale poszukam kiedyś.
  • 3. Nie znalazłem żadnej informacji o tej organizacji. Na pewno nie jest ona powiązana z BFI, które powstało w 1933 roku. Na pewno ten akapit pokazuje, że istniała silna potrzeba wprowadzania do brytyjskich kin filmów o wysokim walorze artystycznym, a do takich zaliczają się tutaj Cienie czy Caligari

Test projektora Epson EF-12

 

Test projektora Epson EF-12


źródło: epson.pl

Miałem niedawno przyjemność testować laserowy projektor Epson EF-12.

Dotychczas nie przeżyłem wielu seansów z użyciem projektorów, ucieszyłem się zatem na taką możliwość. To co podoba mi się najbardziej w tym sposobie wyświetlania filmów, to fakt, że jest to doświadczenie wypełniające lukę pomiędzy oglądaniem na ekranie monitora a seansem kinowym. Uchwycenie namiastki kina w domu było niesamowitym uczuciem.

Projektor, który używałem do testu od razu przykuł moją uwagę swoim retro wyglądem. Jego prosta, czarna budowa, przypomina trochę stare projektory szpulowe, ale bez samych szpul.

Nie przypominam sobie, żebym chociaż raz zajrzał do instrukcji obsługi. Sama „instalacja” była banalnie prosta i szybka. Uruchomienie i kalibracja urządzenia również nie przysporzyła większych problemów. Dużym ułatwieniem jest automatyczna trapezowa korekcja obrazu, szczególnie kiedy obraz nie będzie wyświetlany prostopadle na ścianę, ale tak jak u nas, stać będzie na stole i na wysuwanej nóżce, która pozwalała na podniesienie przedniej części projektora. Oczywiście istnieje możliwość ustalenia indywidualnej korekcji położenia narożników, ale w naszym przypadku nie była ona potrzebna. Zaskoczony byłem jednak tym jak blisko ściany musi być postawiony projektor. Urządzenie jest leciutkie (2,1 kg), więc stawienie i przenoszenie nie sprawiało problemów. Najbardziej uciążliwe w tym kontekście były kable zasilające i HDMI, plątające się pod nogami :D W każdym razie, tak bliskie ustawienie projektora w stosunku do ściany jest sporym ułatwienie, ponieważ można dzięki temu uniknąć kombinowania z montowaniem tego na półce po przeciwnej stronie ściany, na której mają być projekcje czy jeszcze gorzej, montowanie samej półki. Również w tej kwestii, dzięki niewielkiej wadze, projektor EPSON'a jest bezproblemowy.

Postanowiłem z okazji testu zorganizować rodzinny seans z bardzo młodą 2,5-letnią widzką. Obejrzeliśmy, więc kilka odcinków przepięknej i uroczej animacji Lucas the Spider oraz dwie animacje ze studia SE-MA-FOR, które znajdziecie na ninateka.pl. Pan Piórko i Rozbitka Edwarda Sturlisa. Ten drugi miał obłędnie piękne kolory, co widać świetnie na zdjęciach.

Po połączeniu projektora z moim kontem Google (możliwość połączenia z Chromecast) okazało się, że wśród dostępnych platform vod nie ma do Netfliksa. Jest HBO Go, Amazon Prime, ale tej najpopularniejszej na tym projektorze nie ma. Trochę uciążliwe było ciągłe podpinanie laptopa (dwa wejścia HDMI) do projektora, ale innej opcji nie było, bo nie można było nawet wyszukać tej aplikacji w Sklepie Google Play. To jedyny minus jaki dostrzegłem, który pewnie wynika z umów między producentem a platformami.

Podczas większości seansów towarzyszyły mi koty w kadrze jako wartość dodana do filmów. Tutaj na tle Gadających główPodwójnego życia Weroniki Kieślowskiego.

By maksymalnie zbliżyć tego typu doświadczenie do kinowego potrzebny by był odpowiedni zestaw głośników. Nie posiadając takowych byłem bardzo mile zaskoczony jak świetnie radzi sobie wbudowany w projektor głośnik marki Yamaha. Jak na takie maleństwo dźwięk wydobywający się z głośnika był przyjemnie przestrzenny i z głębokim basem.

Najważniejsza w tego typu projekcjach jest jakość obrazu. I tutaj również się nie zawiodłem. Obejrzałem na projektorze sporą część filmów Krzysztofa Kieślowskiego, krótkie animacje na Ninatece i sporą część komedii z Busterem Keatonem wydaną w boksie przez Lorber Films, kilka odcinków Przyjaciół i dwa filmy z tegorocznej edycji Festiwalu Nowe Horyzonty. Część z tych filmów miała jakość Blu Ray. Sam projektor jest przygotowany maksymalnie na jakość HD, ale nawet przy 4K dawał radę. Obejrzałem sporo filmów w wyższej jakości i mimo, że projektor nie ma konstrukcyjnie możliwości dociągnięcia jakości BD i tak zaskakująco świetnie dawał sobie radę, mimo paru momentów kiedy w kadrze pojawiało się niebo i pojawiały się charakterystyczne granice między odcieniami. Nie było to jednak uciążliwe i nie odbierało mi to przyjemności z seansu. Wysoka jakość obrazu jest wynikiem zastosowania technologii 3LCD, która (za stroną producenta):

zapewnia równie wysokie natężenie światła białego oraz barwnego, dzięki czemu obrazy są nawet trzykrotnie jaśniejsze niż w przypadku porównywalnych, jednoukładowych projektorów DLP⁵.

Pandemia i kolejne lockdowny sprawiły, że wielu z nas zatęskniło za seansami kinowymi. Projektor może być dobrym kompromisem, a wybór Epson EF-12 będzie super opcją.

Więcej informacji technicznych o projektorze TUTAJ

PS Pierwszy raz w życiu oglądałem film na suficie! Polecam gorąco. Niesamowity komfort, chociaż z początku jest to dość dziwne uczucie. Szczególnie przydatna opcja, kiedy to jedyna większa przestrzeń w mieszkaniu, mogąca nam posłużyć za miejsce do projekcji.


21. Festiwal Nowe Horyzonty - relacja

21 Festiwal Nowe Horyzonty - relacja

Przedziwny to był dla mnie festiwal. Nigdy wcześniej nie miałem okazji być na stacjonarnej edycji Nowych Horyzontów.

Rok temu obejrzałem kilkanaście filmów w ramach pandemicznej edycji online, łączonej z American Film Festiwal. Jednak wiadomo, że stacjonarne festiwale to zupełnie inna bajka. W każdym razie do Wrocławia przyjechałem po kilkudniowych włóczeniu się po Wiedniu, z przerwą na jedną noc w domu. W dodatku w sobotę musiałem czasowo podzielić się między festiwal a konkurs Gali Twórców, którego byłem finalistą w swojej kategorii. Nie miałem parcia na oglądanie na siłę, byle więcej, a tak by było gdybym miał karnet – kupiłem bilety na wybrane filmy. To była edycja skupiona głównie na spotykaniu ze znajomymi i jedzeniu. Dziennie tylko dwa, trzy filmy. Lubię festiwalowy stan wyczerpania i filmowego przebodźcowania, ale i taka forma, jak się okazało, również mi odpowiada.

Był to również pierwszy raz, kiedy tak długo musiałem mieć maseczkę na twarzy. Nie sądziłem, że się przyzwyczaję, ale poszło zaskakująco łatwo. Pozdrawiam z tej strony wszystkich malkontentów narzekających, że muszą nosić kagańce na twarzy i prezydent Duda pozwolił nie nosić. Wykazywaliście się kompletnym brakiem zrozumienia dla organizatorów i wolontariuszy wykonujących polecenia tych pierwszych. O bezpieczeństwu osób, z którymi macie styczność, nie wspominając.

W ramach 21. Festiwalu Nowe Horyzonty, obejrzałem dziesięć filmów – osiem stacjonarnie, dwa online. Jakkolwiek podczas pandemii długo ceniłem sobie intymność domowych seansów, tak po jakimś czasie zaczęło mi to niezmiernie uwierać. Dlatego z przyjemnością raz po raz wracałem do Kina Nowe Horyzonty czy do Capitolu na kolejne projekcje. Jednak możliwość zobaczenia filmów online jest świetnym uzupełnieniem repertuaru wydarzeń stacjonarnych. Dlatego tak chętnie skorzystałem z takiej możliwości zobaczenia dodatkowych dwóch filmów festiwalowych, już po powrocie do domu.

Poniżej przeczytacie kilka zdań moich wrażeń z każdego seansu. Kolejność odpowiada kolejności oglądania.

Hiacynt, reż. Piotr Domalewski, reż. 2021

W momencie gdy piszę to zestawienie to dzień wcześniej Hiacynt zdobył Złotego Lwa za scenariusz i Złotego Klakiera na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. To każe mi zrewidować moje „meh” po seansie. Siedząc we wrocławskim Capitolu zachwyciłem się zdjęciami Piotra Sobocińskiego jra. Film wyprodukował Netflix. Wizualnie filmy z tej stajni są do siebie niezmiernie podobne, jakby operatorzy używali zestawu tych samych filtrów, kadrowania, itd. Sobociński wyszedł z tego obronną ręką, dzięki czemu Hiacynt wygląda obłędnie. Paleta kolorów raz przywoływała skojarzenia z tlącym się w nocy ogniskiem, a gdzie indziej szaroburym betonem pokrytym brudnym lodem. W połączeniu ze scenografią (Jagna Janicka) i kostiumami (Aleksandra Staszko) nie ma się wrażenia stylizacji, a świetnie zrozumianej minionej epoki. Jakkolwiek film Domalewskiego wygląda fantastycznie, to sposób przedstawienia historii wydał mi się dość nieporywający. Może na małym ekranie będę miał niebawem okazję zrewidować swoją ocenę. Premiera na Netfliksie 16 października.

 

Titane, reż. Julia Ducournau, 2021

Tegoroczny zwycięzca Cannes. Bardzo spodobały mi się wizualne metafory zawarte w tym filmie. Starzejący się facet cały czerwony z nienaturalnego nadmiaru testosteronu, różne próby zawłaszczania genderowo męskich artefaktów i w ogóle płynność pojęcia płciowości ujęta w Titane jest bardzo satysfakcjonująca. Jednak mnogość tematów jakie bierze na siebie film Julii Ducournau jest tak duży, że część z nich traktuje zbyt powierzchniowo. Tyle się tam działo, że po seansie poczułem się bardzo zmęczony. Prędko nie wrócę, ale kiedyś to zrobię.

Mandibules, reż. Quentin Dupieux, 2020

Doceniam Morderczą oponę. Był to jakiś powiew świeżości w swoim czasie. Absurdalny koncept i humor trafiły do mnie, chociaż nie bez zastrzeżeń. Dałem Dupieux kredyt zaufania. Liczyłem, że w Mandibules Francuz rozwinie się w sposobie kreowania humoru w filmie, będzie nieco bardziej kreatywny. Nic z tych rzeczy. Znowu dostałem mało kreatywny, wtórny film, który powiela błędy debiutu. Widzę próby stylizowania na epizodyczną komedią slapstickową i pierwsze pół godziny ma się naprawdę rewelacyjne: bohaterowie to najwięksi durnie od czasów Głupiego i Głupszego co generuje cała masę onirycznych, nierealnych i absurdalnych gagów i innych komicznych sytuacji. Z czasem, tak jak na filmie z bitumicznym zabójcą, odczuwałem coraz większe zmęczenie brakiem pomysłu na umiejętne kreowanie sytuacji humorystycznych. Podobnie jak debiutowi, dam temu filmowi jeszcze kilka szans, bo czuję w nim potencjał. Chociaż może to być moje myślenie życzeniowe, że tak ciekawy twórca jak Dupieux, nie zatrzymał się w miejscu i ciągle się rozwija.

 

Pleasure, reż. Ninja Thyberg, 2021

Podczas tegorocznych Nowych Horyzontów obejrzałem dziesięć filmów z czego większość pokazywała jak beznadziejni (delikatnie ujmując) potrafią być mężczyźni i/lub jak okropnym systemem, na którym traci każdy, jest patriarchat. Jakkolwiek by to nie było kliszowe stwierdzenie, to taka ilość filmów biorąca na tapet takie tematy świadczy o tym, że długo jeszcze takie filmy będą musiały powstawać. Pleasure łączy te dwie rzeczy w historii typu „po trupach do celu”, tym razem osadzając ją w środowisku pornograficznym. Męczący, niekomfortowy, unikający dosłowności, świetnie zrealizowany film.

 

A-ha – The Movie (pol. A-ha), Thomas Robsahm, 2021

A-ha – The movie to największy zawód tegorocznej edycji. Nigdy nie miałem serca do synth popu, jednak norweski zespół od zawsze do mnie przemawiał. Ich najwcześniejsze płyty doceniam, ale to ostatnie dokonania uwielbiam najbardziej. Lifelines, Summer Moved On czy Forever Not Yours do dzisiaj wywołują we mnie gęsią skórkę i są jednymi z tych kawałków, do których wracam najczęściej. Jednak doceniam w całości a nostalgiczny klimat ich utworów naznaczył sporą część mojego nastolęctwa. Po tym filmie sporo oczekiwałem i chyba dlatego to co otrzymałem tak mnie zabolało. Spodziewałem się, że konieczne będzie odhaczenie pewnych niezbędnych punktów: skrócone biografie członków zespołu, tego jak się spotkali, itd. Tymczasem im dalej film trwał, tym bardziej przekonywałem się, że to kolejna ekranizacja wpisu z Wikipedii. Chociaż piosenki przyjemne. Otrzymałem prawie żadne osadzenie w kontekście czasów w jakim przyszło działać zespołowi, żadnej wzmianki o warstwie tekstowej piosenek. Zamiast tego obejrzałem sztampową historię zespołu, która jak po sznurku punktuje najważniejsze wydarzenia. Gdyby nie drobna wzmianka, że najwięksi wykonawcy popowi inspirowali się ich twórczością, można by sądzić, że jest to historia zupełnie osobna i wyizolowana od reszty rynku muzycznego. Czy naprawdę potrzebujemy takich niewiele wnoszących filmów? Film parówka – śladowe ilości zniuansowania, które zbyłem wzruszeniem ramion i rzekłem po seansie: „To wszystko? Aha. No, szkoda trochę”.

 

Redoubt (pol. Reduta), reż. Matthew Barney, 2019

Wypełniona tańcem współczesnym adaptacja mitu o Dianie i Akteonie. Niewiele więcej mogę dodać. Kino bardzo kontemplacyjne, dość nudne. Diana i jej dwie towarzyszki Dziewice to ktoś w rodzaju żołnierek broniących swojego terytorium, a Akteon i jego partnerka to artyści, wykonujący (chyba) miedzioryty. Film na niezłe spanko. Ilekroć otworzycie oczy podczas seansu Wasze oczy ucieszą przepiękne sfilmowane góry i lasy.

 

Golden Eighties (pol. Złote lata '80), reż. Chantal Akerman, 1986

Mój ulubiony film tegorocznej edycji. filmowa laurka o latach ’80, zrobiona w latach ’80. Tytułowa dekada w filmie Chantal Akerman to czasy, w których zderzają się rozterki dwóch pokoleń: tych którzy doświadczyła groza II Wojny Światowej i Holocaustu oraz tych już oderwanych od problemów swoich dorosłych, skupiona bardziej na sobie. Wydawałoby się, że dorosłe osoby z bagażem, często trudnych doświadczeń, będą lepiej od młodszych radziły sobie z plątaniną uczuć. Tymczasem Akerman portretuje bohaterów z ogromną czułością, pozwalając im na błądzenie, smutek i na popełnianie tych samych pomyłek, by ostatecznie wyciągnęli jakieś wnioski. Młodzieńcza energia, rozszczebiotanie dziewczyn i pozerstwo chłopaków (podbite przez musicalowe fragmenty), uzupełnia się goryczą wymieszaną z niepokojem o jutro u dorosłych.

Memoria, reż. Apichatpong Weerasethakul, 2021

Drugi po Wujku Boonmee… film Apichatponga Weerasethakula, który widziałem. Tego też nie zrozumiałem. Jednak nauczyłem się czegoś o sobie podczas tego seansu – oglądając takie filmy w kinie totalnie wsiąkam w ten świat i niepotrzebne jest mi rozumienie, wystarczy mi atmosfera, wynikająca z tempa tajemniczej narracji czy statycznych kadrów. Jak powiedział kiedyś Jakub Dem  Dębski, bycie zakładnikiem przestrzeni sali kinowej, ma w trakcie tego typu filmów ogromne plusy. Chyba dlatego mój porzedni seans filmu tego reżysera, na laptopie, okazał się fiaskiem. Nie miał zwyczajnie szans mną zawładnąć. Wujka… będę musiał sobie kiedyś powtórzyć w kinie, jeśli tylko nadarzy się okazja, a tymczasem Memorię serdecznie Wam polecam. Najlepiej na wielkim ekranie. Idealne zamknięcie stacjonarnego etapu festiwalu.

 

Sexual Drive, reż. Kôto Yoshida, 2021

Tak się złożyło, że ostatnie japońskie filmy, które oglądałem krążyły wokół seksu i jedzenia. Siłą rzeczy takie mam pierwsze skojarzenia kiedy myślę o tej kinematografii. Zaznaczam to, ponieważ wg rozmowy Łukasza Mańkowskiego, którą przeprowadził z reżyserem Sexual Drive, Kôtą Yoshidą (do przesłuchania TUTAJ, przeprowadzoną na potrzeby 21. Edycji festiwalu Nowe Horyzonty), japońscy reżyserzy rzadko łączą te dwa tematy w swoich filmach. Jednym z tych wyjątków jest Tampopo (1985) w reżyserii Jûzô Itamiego, z którym film Yoshidy, który obejrzałem, często jest porównywany.

Film Yoshidy to trzy nowele, które łączy postać Kurity – kimś w rodzaju trockstera nie z tego świata. Gra go fantastyczny, trochę diaboliczny Tateto Serizawa. Bardzo przyjemny, zmysłowy a miejscami niezmiernie zabawny film.

PS Po seansie zapragnąłem zjeść natto, potrawę z pierwszej noweli. Akurat w wege sklepie w moim mieście była ostatnia sztuka. Pachnie jak piwo, smakuje tak jak możecie sobie wyobrazić jak smakuje sfermentowane ziarno soi. Zjedzone, odhaczone. Jest to intrygujące, ale fanem nie zostanę. Zostało mi za to do spróbowania bardzo pikantne mapo tofu ze środkowej noweli. Jadł ktoś?

Strawberry Mansion (pol. Rezydencja Pod Truskawką), reż. Kentucker Audley / Albert Birney, 2021

Mój drugi seans online, a zarazem ostatni w ramach 21. Nowych Horyzontów. Świat Rezydencji pod Truskawką jest zawieszony między przeszłością a przyszłością. Na kasety VHS nagrywa się wspomnienia, które podlegają państwowej kontroli i podatkom. Retrofuturystyczny klimat wygląda jak wyciągnięty z serialu Tam gdzie rosną stokrotki, a gdzie indziej jak z kart powieści Przygód Guliwera. Na płaszczyźnie fabularnej jest tu trochę Matrixa i MirrorMask Dave’a McKeana. Finalnie otrzymałem kociołek z mnóstwem inspiracji, motywów, wątków. Filmowi nie zawsze jednak to wychodzi na dobre. Antykapitalistyczny wydźwięk twórcy starają się tu wysuwać do przodu, ale nie potrafią go tak poprowadzić, by mógł odpowiednio, mniej eksplicytnie, a w sposób bardziej zniuansowany wybrzmieć. Cudownie z kolei działa retro-futurystyczny realizm magiczny tego filmu. Zachwyciłem się jego pastelowymi kolorami, ale też historią o poszukiwaniu miłości, opowiedzianą trochę w stylu Alicji w krainie czarów.

 


Rusalka (1977), reż. Petr Weigl

Rusalka (1977), reż. Petr Weigl


Přemysl Kočí jako Wodnik, ojciec Rusałki. Charakteryzacja i kostiumy w tym filmie są obłędnie piękne. Film jest dostępny z angielskimi napisami na portalu YouTube pod TYM linkiem.

Jeszcze całkiem niedawno nikt nie dopuszczał możliwości, że pojęcie „festiwal online” wejdzie na stałe do słownika każdego kinomana. Tymczasem rzeczywistość zmienia się na naszych oczach i najpierw Festiwal Kamera Akcja a w zeszłym tygodniu Festiwal Nowe Horyzonty zebrały fantastyczne frekwencje. A przed nami kolejne edycje kolejnych festiwali. Dzisiaj na przykład zobaczyłem wiadomość, że Festiwal Filmu Niemego również przenosi się do eteru, co mnie ogromnie cieszy. Cieszyński festiwal nie pozostaje w tyle i po wielu perturbacjach rozpoczął swoją kolejną, dwudziestą drugą (omg!) edycję.

Ponad półtora roku temu odbył się 21. Przegląd Filmowy Kino na Granicy  / Kino na Hranici w Cieszynie. Po powrocie do domu obiecałem sobie, że napiszę tutaj kiedyś o kilku filmach, które tam obejrzałem. Teraz nadarza się idealna okazja, by sobie o jednym z nich przypomnieć.

Idąc na Rusałkę Petra Weigla (1977) myślałem, że to jakaś czechosłowacka baśń filmowa. W swoim festiwalowym nierozgarnięciu nie doczytałem, że to filmowa opera, co sprawdziłem po kilkunastu minutach od rozpoczęcia seansu. „Nie może być! Kurde, pomyliłem filmy”. „No, nie. Panie Klatek, jesteś pan nieogarem. Teraz cierp”. Możliwe, że nie tylko ja tego nie doczytałem, bo po jakimś czasie widzowie zaczęli wychodzić
z sali Centrum Kultury Strzelnica po czeskiej stronie Cieszyna. Czemu się nie dziwię, bo opera (nieważne czy filmowa, czy w wersji tradycyjnej) to niełatwa rzecz do oglądania. Mój problem polegał na tym, że następny film, który chciałem zobaczyć, zaczynał się dopiero za kilka godzin, a inne tytuły nie wchodziły w grę, ponieważ z nim kolidowały, albo właśnie się rozpoczynały. Skoro byłem „skazany” na ten film, uznałem, że muszę coś z tego wyciągnąć dla siebie. Zacząłem przypatrywać się realizacji, grze aktorskiej, kostiumom i nagle mnie olśniło.

Wysoki poziom dramaturgii, duże zbliżenia na twarze aktorów czy ich bardzo ekspresyjna gra to przecież elementy bardzo przypominające kino nieme! Oczywiście nie chodzi o świadome zapożyczenia, bo w do tej relacji należałoby dodać jeszcze teatr i związki ten „kulturalny trójkąt” wzajemnie się przenikał w historii. W każdym razie tego momentu (po jakiejś pół godziny filmu) zacząłem czerpać ogromną przyjemność z seansu. Tak bardzo, że jeśli na początku byłem o krok od wyjścia z perspektywą kilkugodzinnego włóczenia się po Cieszynie (piękne miasto, kocham, ale to jednak za małe miasto na takie spacery), to po tym „odkryciu” przestawiłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Co scena – zachwyt. Co kolejny zwrot akcji – coraz większe zaangażowanie. Obłędne charakteryzacje, świetne efekty specjalne a nawet przepiękne plenery… Wszystko mnie w tym filmie zaczęło nagle zachwycać. Jakby przestawił mi się przełącznik w głowie. Gdyby nie to jedno spostrzeżenie doceniłbym zapewne kilka jego elementów, a film dostałby ode mnie łatkę „niezłe, ale nie dla mnie”.

Filmo-opera Weigla, oparta jest na libretcie opery Antonína Dvořáka pod tym samym tytułem. Libretto do niej napisał Jaroslav Kvapila. Rusalka uważana jest za jedno z arcydzieł czeskiej opery w historii. Można w niej odnaleźć motywy m.in. z Jeziora łabędziego i Syrenki Andersena. Nie będę tu streszczał całej fabuły, tym bardziej, że od seansu minęło sporo czasu. Możecie go przeczytać na czeskiej Wikipedii [LINK] (Google translator daje radę).

Ruzena Maturova jako Rusalka. Fotos zrobiony na potrzeby reklamy premiery spektaklu w roku 1901. Więcej zdjęć i projekty kostiumów TUTAJ.

Powyższa obserwacja zaprowadziła mnie do wniosku, że jeżeli ktoś chciałby przekonać się do opery, ale boi się wysokiego progu wejścia, to filmowe wersje takich spektakli wydają mi się nadawać idealne jako początek przygody z tym medium. Wszystko co „filmowe” (montaż, praca kamery) w takich pozycjach sprawia, że opera wydaje mi się bardziej przystępna dla kogoś, kto jest przywiązany do estetyki filmu. Jak widać nie są to też wnioski specjalnie odkrywcze. Przecież w tym przypadku działa ten sam mechanizm, dzięki któremu wielu widzom (w tym i mnie) spektakle Teatru Telewizji, lepiej się oglądają niż spektakle sceniczne. I przez „lepiej” nie mam na myśli jakości, ale kwestię przyzwyczajenia do obcowania, jak sądzę, z jednym typem medium kulturowym i braku możliwości wzniesienia się ponad to przyzwyczajenie. Jestem typem odbiorcy, którego percepcja potrzebuje innego typu dynamiki. Przekonałem się o tym idąc na operę na podstawie opowiadania Powiatowa Lady Makbet Leskowa. Dzięki powyższym obserwacji o nieintencjonalnym związku  opery z kinem niemym na pewno mogłem spektakl docenić bardziej. Jednak ten rodzaj sztuki to ciągle „nie moja bajka”.

Odkrycie, że opera może mi się podobać była jednym z najważniejszych odkryć z pogranicza świata filmu. Czy w tym roku doznam równie ważnych przeżyć? Zapowiada się dobrze. Zdążyłem obejrzeć wnikliwy dokument o rasowych uprzedzeniach wśród Czechów, na podstawie grupki nastoletnich hokeistów, którzy wyjechali do Maroka w poczuciu wyższości, że to oni będą uczyć grać hokeja tych „z Afryki co to śniegu na oczy nie widzieli”. Zobaczyłem film dyplomowy łódzkiej filmówki pt. Nic nie ginie, której seans był mi bardzo potrzebny w tych parszywych czasach. Kilka historii ludzi spotykających się na terapeutycznej grupie wsparcia bardzo podniosło mnie na duchu. Zostałem też zaproszony do świata czechosłowackiej poezji. W filmie  Samotni biegacze poznałem historię grupy poetów, którzy działali w tamtym okresie w tym kraju. Nawet jeśli nie jest to dokument idealny (stylizacja na przypadkowość bywa niezamierzenie zabawna), to ma on ogromny urok a sam film jest dowodem, że są przyjaźnie, których chemia potrafi przetrwać dziesiątki lat. Wreszcie, jeśli Czechosłowacja to i surrealizm. Pani czarodziejka ze zjawiskową Jolantą Umecką to intrygujący film, obśmiewający męską chuć, interpretowaną w kontekście freudowskich instynktów. A, to przecież nie wszystko. Była rewelacyjna Kontrola, bolesna i wzruszająca Nasza klątwa a kiedy to piszę kończę oglądać interesujący Słodki czas Kaimagdory, portret człowieka, którego rytm życia wyznaczają pory roku. Co przyniosą kolejne dni festiwalu? Czekam z niecierpliwością!

PS Czy ktoś mógłby polecić jakąś książkę o relacjach teatru-opery-filmu w historii?


10. Festiwal Filmu Niemego - relacja z dnia drugiego

10. Festiwal Filmu Niemego - relacja z dnia drugiego


Identyfikacja graficzna: BLEKA | www.bleka.pl

Odwiedzanie małych festiwali jest jak wizyta u starego dobrego znajomego: choćbyście się nie widzieli całe lata już u progu odczuwasz rozkosze gościnności przygotowane dla Ciebie przez gospodarza.

Organizatorzy Festiwalu Filmu Niemego w Krakowie, który w tym roku obchodził swój jubileusz, sprawili, że mimo chłodnych murów Kino Pod Baranami, było bardzo przytulnie i swojsko. Nie ważne czy jesteś imigrantem, bokserem, policjantem, czy nawet kozą! Nieme kino w tym roku każdego zaprowadziło w podróż na Księżyc a potem jeszcze wyżej! W trakcie tej edycji była okazja zobaczyć największych klasyków filmowej burleski Chaplin, Keaton, Lloyd, Normand… . Ze szczęścia można było dostać gorączki oglądając taką ilość filmowego złota. Na festiwalu można było zobaczyć nie jeden film. Ba! Można było zobaczyć nawet jeden nie-film.
Chciałbym życzyć organizatorom kolejnych dwustu lat na kolejne edycje!

Mimo tego, że byłem obecny tylko na piątkowych seansach to powyższy akapit, w który wplotłem część tytułów, które można było zobaczyć w trakcie tegorocznej edycji (PEŁNY PROGRAM) dokładnie oddaje moje odczucia co do krakowskiej imprezy.
Jak zawsze na takich festiwalach robotę robili taperzy. Szczególnie przypadła mi do gustu muzyka autorstwa Semi-Invented Trio, którzy grali na żywo do „Siedmiu lat nieszczęść" Maksa Lindera. Panowie cudownie połączyli klasykę z nowoczesnością. Połączyli tradycyjne nuty z filmów slapstickowych, które możemy zobaczyć w internecie, z prawie industrialnymi klimatami.
Mam jednak dwa drobne zarzuty. Ułożenie programu festiwalu tak, że dwugodzinny filmowy esej pt. „Nie-film" Schneidera, balansujący na granicy teorii filmu i filozofii, zaczyna się o godzinie 23 jest pomyłką. Seans takiego filmu jest bardzo wymagający i choćby nie wiem jak ciekawy nie był (a jest niezmiernie interesującą pozycją), nie sposób mi było o tej godzinie na nim nie przysypiać. Dodatkowo część napisów wyświetlana była na białym tle, co czyniło je kompletnie nieczytelnymi. Może dałoby radę pomyśleć nad popularnym w takich sytuacjach żółtym kolorem fontu lub wyświetlaniem ich pod ekranem? Być może stały za tym kwestie leżące poza kompetencjami organizatorów, np. jeśli napisy były wbudowane w kopię filmu, to faktycznie niewiele da się zrobić. Natomiast są to tak naprawdę drobne niedogodności i nie zaburzyły one w większym stopniu megapozytywnego odbioru. Razem z warszawskim Świętem Niemego Kina są cudowną ucztą dla fanów niemych filmów w Polsce. Z ogromną przyjemnością odwiedzę Kraków za rok i jeśli tylko będzie możliwość zostanę na dłużej

Nie byłbym sobą, gdybym nie napisał jak niezmiennie rozczula i dodaje sił fakt, iż kino nieme stale widzów fascynuje i pociąga. I za podtrzymywanie tych emocji należą się organizatorom osobne podziękowania od Pana Klatka <3

 

 


Rozmowa z Łukaszem „Universo" Maszczyńskim

„Filmy nieme mają w sobie cząstkę psychodelii, której szukam również w muzyce." Rozmowa z Łukaszem Maszczyńskim

Pierwotnie ten wywiady miały ukazać się w Reflektor. Rozświetlamy Kulturę niestety RIP [*], ale takie soczyste teksty nie czekają zbyt długo na publikację. 16mm przyjęło go do siebie i wszyscy są szczęśliwi.

Wywiad z Łukaszem Universo Maszczyńskim, DJ'em i producentem muzycznym zrobiłem parę lat na Bytom Film Festival, przed filmem Halka w reżyserii Meglickiego z 1930 roku. Sam film jest koszmarnie nudny, ale to co robił Łukasz z muzyką to był jakiś obłęd. Ten koncert zapamiętam na długo. Był technicznie niesamowicie trudny (zmiana muzyki co paręnaście sekund w zależności od przestrzeni, gdzie odbywała się akcja filmu), jak również fantastyczny dźwiękowo (psychodelia wjechała wtedy na niezłym kwasie). Polecam uwadze tego pana

Zapraszam do lektury!

Ja: Często bierzesz udział w takich projektach, gdzie grasz muzykę na żywo do filmów niemych, jak np. rok temu na Bytom Film Festiwal?
Łukasz Maszczyński: Niezbyt często, ale kilka razy miałem już okazję w Krakowie zagrać muzykę na żywo podczas Festiwalu Filmu Niemego.

Ja: Jakie to były filmy?
Ł.M: Pierwszym filmem był polski „Mocny Człowiek”, drugi to „Alicja w Krainie Czarów” z 1915 roku a trzeci film to francuski “Droga do Ernoa” z 1921 roku.

Ja: Kto wybiera filmy: Ty czy organizator festiwalu?
Ł.M: Organizator. Dostaję wcześniej film i wybieram do niego muzykę. I te występy to występy stuprocentowo didżejskie, czyli gram sety z płyt winylowych dostosowując utwory do poszczególnych scen.

Ja: W jakim stopniu Twoje występy są improwizowane, a ile z Twoich działań podporządkowane jest ścisłemu planowi? Jak się przygotowujesz do takich wydarzeń?
Ł.M: Z improwizacją w trakcie takich seansów jest taki problem, że muszę mieć czas na wyciągnięcie płyty winylowej, więc nie jestem w stanie zareagować dźwiękiem w ciągu ułamka sekundy. Żeby muzyka dobrze współgrała z obrazem to jednak muszę się do tego wcześniej przygotować. Jako że gram z płyt winylowych, w trakcie takiego seta, muszę taką płytę wyciągać, położyć na gramofonie, opuścić ramię z igłą, a następnie sprawdzić na słuchawce moment od którego chcę ją puścić. Nie ma takiej możliwości żebym mógł zareagować na obraz w taki sposób jak na przykład grając jakiś dźwięk na klawiszu lub innym instrumencie. Dlatego muzycy mają większe pole do popisu jeśli chodzi o improwizację. Często jednak na drobne improwizacje sobie pozwalam. Czasami są takie momenty kiedy miksuję ze sobą dwa utwory i patrząc na obraz mogę fragmentami tych utworów w pewien sposób manipulować np. używając jakichś efektów na mikserze – ograniczają mnie tutaj tylko możliwości sprzętu z którego gram. Natomiast utwory które gram, wybieram wcześniej i dopasowuję do każdej ze scen w filmie.

Ja: W Internecie można wyczytać, że jesteś kojarzony głownie z nutami ambientowymi. Czy taką muzykę również dobierasz podczas seansów na żywo?
Ł.M: Głównie tak. Choć staram się nie ograniczać do jednego gatunku, to jednak w mojej opinii ambient czy szeroko pojęta muzyka eksperymentalna w tej dziedzinie zdaje egzamin. W zależności od tego jaki jest to film i jakie są w nim sceny, staram się coś z mojej kolekcji do tego dopasować.

Ja: Czy podczas pierwszych występów na Święcie Kina Niemego odczuwałeś stres w związku z nowym wyzwaniem?
Ł.M: Kiedy dostałem pierwsze zaproszenie do zagrania na żywo na Festiwal Filmu Niemego w Krakowie od jakiegoś czasu grzebałem w muzyce eksperymentalnej i psychodelicznej, więc wydawało mi się to odpowiednim wyzwaniem biorąc pod uwagę moje obece zainteresowania muzyczne. Natomiast sam występ na pewno w jakimś stopniu stresujący był. Trochę jak z jazdą samochodem. Kiedy wsiada się pierwszy raz za kierownice stres jest nieunikniony i tak samo było z pierwszym występem na żywo do filmu. Była to dla mnie zupełnie nowa forma grania seta, gdzie nie chodzi o zgrywanie utworów w opcji “bit do bitu” tylko dokładne dopasowanie utworów i pojawiających się w nich dźwięków do każdej ze scen.

Ja: Jak Ty, jako muzyk odczuwasz kino nieme? Oglądając takie filmy zastanawiasz się jakich dźwięków byś do nich użył?
Ł.M: Nie znam kina niemego zbyt dobrze, ale te filmy które widziałem mają w sobie jakąś cząstkę psychodelii i wydaje mi się, że to czego ja szukam obecnie w muzyce doskonale pasuje do tych filmów.

Ja: Czy byłbyś w stanie zagrać takie psychodeliczne dźwięki, na przykład do jakiegoś filmu Chaplina? Taki zabieg zmieniłby znacznie wydźwięk filmu. Czy uważasz, że muzyka jest w stanie wpłynąć na odbiór filmu i zmienić jego przekaz?
Ł.M: Muzyka do takich filmów niekoniecznie musi być infantylna i myślę, że dałbym radę coś takiego zrobić. Co do drugiego pytania, jak najbardziej. Myślę, że czegoś takiego udało mi się dokonać w Krakowie przy okazji seansu „Alicji w Kranie Czarów”. Sięgnąłem wtedy po dość dziwne płyty, których nigdy nie zagrałbym w innych warunkach, a wtedy doskonale dopasowały się do niektórych scen, i w mojej opinii nadały temu filmowi zupełnie nowej jakości. Pamiętam, że bardzo ładnie to wtedy „siadło”.

Ja: Uważam, że to co robisz i to co robią w ogóle ludzie, którzy zajmują się graniem muzyki na żywo do filmów wykonują bardzo ważna pracę. W końcu ich autorska i niepowtarzalna ścieżka dźwiękowa może znacząco wpływać na odbiór filmu o czym przed chwilą wspomnieliśmy. Czy odczuwasz wagę takich przedsięwzięć? A może wiążesz z tą działalnością swoją karierę zawodową?
Ł.M: To jest dobre pytanie, ponieważ od dłuższego czasu mam w sobie ogromną chęć, żeby produkować muzykę do filmów. Tylko nie jestem niestety typem osoby która szukałaby tego typu opcji, nie wiem też za bardzo do których drzwi pukać. Natomiast gdyby ktoś się do mnie zgłosił i złożył mi taką ofertę, bez wahania bym ją przyjął.

Ja: Jakie są Twoje muzyczne inspiracje?
Ł.M: Nie lubię mówić o swoich inspiracjach, ponieważ swoją muzyczną historię postrzegam jako podróż, i tych inspiracji przez ostatnie kilkanaście lat zgromadziło się bardzo dużo. Nie potrafię skupić się na jednym konkretnym brzmieniu, lubię różnorodność i eklektyzm.

Ja: Często grasz muzykę eksperymentalną?
Ł.M: I tak, i nie. Na co dzień w klubach gram muzykę taneczną, z wyraźnym, zazwyczaj prostym bitem, choć z drugiej strony często jest ona na swój sposób eksperymentalna i psychodeliczna. Czasami zdarzają mi się eventy niedzielne, na które ludzie przychodzą się wyciszyć, i posłuchać np. ambientu. Na marginesie dodam, że w Off Radio Kraków prowadzę audycję “Rotacje”, której formuła jest taka że gram głównie elektronikę eksperymentalną nieprzeznaczoną do klubów.

Ja: Można tych audycji posłuchać w formie podcastów?
Ł.M: Niestety nie. Póki co można posłuchać na żywo, w każdy poniedziałek o 22.


Wywiad z Michałem Oleszczykiem

„Krytyka filmowa może być wielką przygodą." Rozmowa z Michałem Oleszczykiem

Pierwotnie ten wywiady miały ukazać się w Reflektor. Rozświetlamy Kulturę niestety RIP [*], ale takie soczyste teksty nie czekają zbyt długo na publikację. 16mm przyjęło go do siebie (w nieco okrojonej wersji, tutaj jest pełna) i wszyscy są szczęśliwi.

Wywiad z Michałem, jest dla mnie, człowieka aspirującego do bycia częścią światka krytyczno-filmowego, szczególnie szczególnie ważny. To człowiek, który w doskonałych proporcjach potrafi wyważyć pokorę i bezkompromisowość, którą sam chciałbym osiągnąć, a która moim zdaniem, powinna cechować jakiegokolwiek krytyka kultury. Rozmawialiśmy o jego gdyńskiej spuściźnie i roli krytyka filmowego w dzisiejszych czasach. Będę wracał do tego tekstu w czasach kryzysów twórczych. Bardzo pomocny, dla mnie ma wymiar wręcz terapeutyczny.

Zapraszam do lektury!

Ja: Jako rodowity Bytomianin zawsze chciałem ci zadać pytanie czy  masz wspomnienia filmowe związane z Bytomiem?
Michał: Między rokiem 1997 a 2001, czyli przez całe liceum, jeździłem dużo po kinach śląskich. W Tarnowskich Górach było tylko kino Europa, w którym bywałem bardzo często. Grano tam tylko filmy mainstreamowie, które oczywiście oglądałem, ale było to dla mnie za mało. Zmuszało mnie to, zwłaszcza w weekendy, do odwiedzin regionalnych kin, które wyświetlały filmy innych dystrybutorów. Na pierwszym miejscu był zawsze „Światowid” w Katowicach. „Gloria” oczywiście też była na tej liście, byłem tu wiele razy. Seansem, który najbardziej zapamiętałem w tym kinie był „Titanic” Jamesa Camerona, którego zobaczyłem w marcu ’98 roku, czyli… ponad 20 lat temu. Jednak pamiętam ten film bardzo dobrze. Sala była wypełniona po brzegi, a sam film zrobił na mnie duże wrażenie. W „Glorii” widziałem też między innymi „Wonderland” Michaela Winterbottoma.

Ja: Pamiętam, że na 4. edycji Bytomskiego Festiwalu Filmowego wybrałeś polskie kino dokumentalne jako temat swoich warsztatów. Dlaczego akurat ten?
M.O.: Fascynuję się kinem dokumentalnym. Polskie kino dokumentalne bardzo mnie inspiruje. Oprócz tego odkryłem w trakcie różnych warsztatów, że krótkometrażowe polskie dokumenty dobrze uruchamiają publiczność. Sprawiają, że widzowie swobodnie dzielą się swoimi obserwacjami. Poza tym uważam, że filmy, które wtedy pokazałem czyli 24 godziny Jadwigi L. Krystyny Gryczełowskiej,  Moje miejsce Łozińskiego czy Siedem kobiet w różnym wieku Kieślowskiego, to wszystko dzieła naprawdę wybitne.

Ja: Wiele osób, w tym i ja, kojarzy cię bardziej z kinem amerykańskim, niż polskim. Czemu nie zdecydowałeś się na ten kierunek?
M.O.:  Bywam tak kojarzony, ale paradoksalnie przez długi czas prowadziłem zajęcia z kina polskiego dla Amerykanów w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, więc czuję się przez to jak popularyzator polskiego kina. Również m.in. dzięki gdyńskiemu festiwalowi, dla którego pracowałem trzy lata, oraz organizacji Polish Filmmakers New York City, gdzie programowałem pokazy. Kino polskie jest mi zatem bardzo bliskie.

Ja: Słówko wyjaśnienia ode mnie. Wiąże cię z kinem amerykańskim, bo pierwsze twoje teksty, które przeczytałem dotyczyły właśnie tej kinematografii i wydaje mi się, że ciągle więcej twoich tekstów, które są publikowane są o kinie amerykańskim.
M.O.: To prawda. Kino amerykańskie zawsze bardziej mnie fascynowało. Doktorat robiłem na amerykanistyce UJ. I na pewno ze wszystkich kinematografii na kinie amerykańskim najbardziej się znam i najbardziej swobodnie czuje się na tym obszarze. No i same Stany Zjednoczone odegrały w moim życiu rolę inspirującą i motywującą, więc USA zawsze gdzieś na moim horyzoncie się znajduje.

Ja: Wróćmy do kina polskiego. Byłeś trzy lata dyrektorem artystycznym Festiwalu Filmów Fabularnych Gdyni. Stworzyłeś kategorię Inne spojrzenie. Dyrektora artystycznego festiwal aktualnie nie posiada, funkcja ta została połączona z kilkoma innymi.  I ta osoba przez kilka lat obsadzała filmy w Innym spojrzeniu, które de facto jest twoją spuścizną. Jaki był twój pomysł na tę sekcję? Oraz od razu drugie pytanie: czy czujesz, że Inne spojrzenie realizowało swój pierwotny cel z jakim zostały stworzone?
M.O.: Inne spojrzenie miało szansę odegrać ważną rolę, ale konkurs został zlikwidowany zanim mógł rozwinąć skrzydła. Festiwal w Gdyni jest w głębokim kryzysie, o czym świadczyła ostatnia edycja i zamieszanie wokół selekcji. Festiwal powinien mieć dyrektora artystycznego i kropka.

Ja: Jakiś czas temu gruchnęła wieść, że kapituła oscarowa chce wprowadzić kategorię kina popularnego, z której bardzo szybko się wycofano. Ty swoją kategorią zrobiłeś coś odwrotnego. Stworzyłeś kategorię dla filmów jak sam wspomniałeś stworzonych na uboczu, filmów które nie są nastawione na bycie popularnymi. Czy nie uważasz, że Inne spojrzenie mogło doprowadzić do sztucznego podziału na polskie kino eksperymentalne i mainstreamowe?
M.O.: Nie, nie uważam tak.  My jesteśmy kinematografią, która ciągle szuka swojej tożsamości i jest w niej miejsce na tego rodzaju eksperyment. Nie chodziło mi o stworzenie pewnego rodzaju getta, tylko o pokazanie widzom, że istnieje innego rodzaju kino. Pokazanie, że istnieje w Polsce kino poza głównym nurtem: jak np. „Arbiter uwagi” Jakuba Polakowskiego, albo „Photon” Normana Leto. W Gdyni istnieje napięcie pomiędzy środowiskowością tego festiwalu a próbami wprowadzenia jakiejś polityki autorskiej dyrektorów. Przede mną dyrektorem był Michał Chaciński i też był tylko przez trzy lata, z kolei teraz nie ma dyrektora artystycznego. I jest to napięcie pomiędzy wizją tego festiwalu jako przeglądu a perspektywą, którą można modyfikować przez lata. Ciągłe zmiany i obecny brak dyrektora artystycznego pokazuje, że to napięcie jest realne i jest problem z oddaniem tej osobie większego wpływu na kształt festiwalu.

Ja: To byłoby pierwsze miejsce popularyzacji sztuki filmowej, czyli festiwale na poziomie decyzyjności dyrektorów artystycznych, którzy zderzają w programach różne wrażliwości filmowe. Drugie to dyskusje o filmie. W naszym kraju istnieją chęci do dyskutowania o filmach, ale brakuje nam często narzędzi do tego. Jak prowadzić dyskusje o kinie, żeby rozmówca nie odczuł, że człowiek, który takie narzędzia posiada, traktuje go protekcjonalnie.
M.O.: Wiem, o czym mówisz. Myślę, że ktoś kto przychodzi do DKF-u, by porozmawiać o kinie, chce jednak pogłębić swoją wiedzę. Wszystko zależy od stylu prowadzącego rozmowę. Można prowadzić rozmowę w taki sposób, że każdy się czegoś nauczy. Łącznie z prowadzącym. Ale można to też dyskusję poprowadzić w takich sposób, że publiczność poczuje się gorzej, poczuje się „niedouczona”. Ja oczywiście jestem za tą pierwszą wersją. To jest bardzo trudne, bo jesteśmy zapracowanym narodem, mamy mało czasu wolnego, czasu na zgłębianie hobby. Jeżeli już ktoś to robi, to często wyrywa ten czas z bardzo zajętego dnia. I mało kto ma taki luksus, by np. filmowe hobby zgłębiać. Tym większa rola ekspertów, którzy nasiąkli jakąś wiedzą i potrafią ją przekazywać, przynajmniej w jakichś kawałeczkach. Nie mogą tego robić brutalnie i arogancko. Brałem udział w wielu dyskusjach, które dla wszystkich obecnych były ciekawe. Wszystko jest kwestią stylu obcowania z drugim człowiekiem innym od naszego zestawie kompetencji.

Ja: To o czym mówimy teraz to relacja krytyk-odbiorca. Natomiast jest jeszcze relacja krytyk-krytyk. W USA istnieje tradycja polemik krytyczno-filmowych na łamach popularnych gazet. Widzisz szanse na zaszczepienie takiej formy wymiany myśli w naszym kraju?
M.O.: To już się kończy. Krytycy są zabiegani i zapracowani. Kiedyś istniała bogata kultura filmowa w formie polemik, obecnie nikt nie ma na to czasu. Każdy stara się przetrwać. Ludzie tworzą własne  blogi czy vlogi, które utrzymują całkowicie non profit, natomiast ich źródłami utrzymania są różne inne prace pozafilmowe. Jest jeszcze jedna kwestia. Ludzie mają różny zasób wiedzy, interesują się różnymi obszarami kina. I nagle okazuje się, że każdy żyje w swojej bańce i miłośnik jednego gatunku kina nie bardzo rozumie miłośnika innych filmów. Myślę, że pewna epoka krytyki filmowej po prostu się skończyła. Epoka, w której ilość osób, która się tym zajmowała była niewielka, dostęp do filmów był ograniczony, a poczucie misji w tym zawodzie było dużo większe. I w żadnym wypadku nie przemawia tutaj przeze mnie nostalgia i gorycz, że coś przeminęło. Ta forma również miała swoje minusy. Była bardzo dobra, jednak dla bardzo wąskiej grupy ludzi. A teraz mamy takie czasy, że każdy może stać się krytykiem filmowym. Najlepsi krytycy, których ja śledziłem w ostatnich latach, werbowali się nie z filmoznawstwa, tylko z zupełnie innych światów. Dla mnie jednym z najlepszych obecnie jest Jakub Dębski. Ma ogromny talent literacki, świetnie mówi, ma super bystrość obserwacji, pracuje w medium wizualnym jakim jest komiks, czyli czuje opowieść wizualną. Jego „Tycie osądy”, które kręcił do niedawna, trwają trzy minuty. I zawsze mówi w nich coś ciekawego. A ktoś może napisać tekst na trzy strony i nie powie nic. Ja jestem zwolennikiem tego co się teraz dzieje w krytyce filmowej, choć za jej wielką słabość uważam zanik myślenia historycznego i absolutne niemal uwięzienie w doraźności i terrorze chwilowych emocji programowanych przez filmy często w sposób dość cyniczny.

Ja: Jak myślisz: czy podobne czasy nadeszły też dla samych filmowców? Czy dzisiaj, żeby zrobić film trzeba mieć wykształcenie filmowe?
M.O.: Myślę, że dzisiaj nie trzeba kończyć szkoły filmowej, by być filmowcem. Autor jednego z najciekawszych kanałów na YouTubie ostatnich lat, czyli Krainy Grzybów w ogóle nie skończył szkoły filmowej, a wszystkiego nauczył się w Internecie.
Ten świat już się kończy. Świat, w którym instytucje muszą ci dać stempelek potwierdzający, że jesteś kimś. Możesz po prostu zostać tym kimś. Najważniejsze tylko, żeby znaleźć swojego mistrza. A dzisiaj kogoś takiego można znaleźć w Internecie. Jednak coraz trudniej będzie zaistnieć jednostkom jako gwiazdom. Konkurencja jest gigantyczna. Na festiwale dociera setki filmów z całego świata. Nikt nie jest w stanie tego wszystkiego obejrzeć. Jest mnóstwo przypadków, że polityka decyduje kto zostaje festiwalowym pupilkiem. Nie ma żadnej gwarancji. Na to składają się rozmowy z producentami, szefami festiwali, telewizjami, wytwórniami… . To jest biznes i przebicie się w tym ze swoim filmem jest coraz trudniejsze. Żeby zaistnieć filmowiec-debiutant ma za konkurencje tak naprawdę cały świat.

Ja: Jak w naszym kraju wygląda relacja na linii krytyk-filmowiec?
M.O.: To zawsze był trochę love-hate relationship. Z jednej strony filmowcy kultywują w sobie pewną ironię w stosunku do krytyków, jako ludzi, którzy nigdy nie stanęli na planie filmowym, nigdy nie zetknęli się z żywiołem a swoje teksty piszą w komforcie swojego mieszkania. Z drugiej strony krytycy oglądają o wiele więcej filmów w porównaniu do reżyserów. Krytycy mają więc o wiele większą paletę odniesień i wyczucia tego, co się dzieje aktualnie w kinie światowym. Ale dlaczego krytycy są krytykami? Dlatego, że kochają kino, które tworzą filmowcy. Musi być w tym miłość, ale jest też i nienawiść [śmiech]. Są też krytycy, którzy przekraczają rubikon i stają się filmowcami. Na przykład Michał Chaciński został współscenarzystą „Juliusza”, którego uważam za jedną z lepszych polskich komedii ostatnich lat. Oprócz tego filmowcy często proszą o zdanie krytyków w różnych kwestiach. Wielokrotnie mi się zdarzało, że ktoś mnie prosił o przeczytanie scenariusza, podanie jakiejś referencji filmowej w celu znalezienie odpowiedniej inspiracji — pracuję zresztą obecnie jako konsultant scenariuszowy. Filmowcy to ludzie, którzy spędzają mnóstwo czasu ubiegając się o dofinansowania, co czyni ten zawód bardzo męczącym i wymagającym hartu ducha. FIlmowcy muszą cały czas bronić swojej wizji w rozmowach z decydentami, którzy często nie mają pojęcia o sztuce filmowej. Muszą stale pokazywać, że wiedzą jak opowiedzieć swoją historię. Historii, która została napisana kilka lat temu, więc też nie wiadomo czy film na siebie zarobi.

Ja: Jak myślisz czy istnieje dzisiaj coś takiego jak etos pracy krytyka filmowego, czy jest to kwestia bardzo rozmyta?
M.O.: Myślę, że jest to w dużej mierze rozmyte. Myślę, że krytycy filmowi cieszą się, jeśli dostają wynagrodzenie za swoją pracę. Wielu pisze za darmo. Znam dwóch, może trzech krytyków, którzy naprawdę żyją wyłącznie z tego fachu i nie mają żadnych tzw dodatkowych fuch. I ja nie należę do tej grupy; nigdy do niej należałem. Nie udało mi się nigdy utrzymywać z działalności krytyczno-filmowej. Zawsze musiałem robić coś dodatkowo czy to w postaci pracy na festiwalach, czy na uczelni.

Ja: Żeby jednak nie zrazić do krytyki filmowej czytelników, którzy chcieliby nimi zostać, trzeba powiedzieć, że ma ona też swoje dobre strony.
M.O.: Jak najbardziej. Krytyka filmowa może być przede wszystkim wielką przygodą. To tak naprawdę pisanie o sobie; o swoim sposobie doświadczania świata. Krytyka artystyczna próbą opisania świata, w którym żyjemy. Jednak rozstajemy się obecnie ze światem, w którym jest to w pełnym znaczeniu tego słowa „profesja”. My wciąż nie odżałowaliśmy, pewnej wizji, która powstała w zamożnych społeczeństwach zachodnich po wojnie w latach ’60 i ’70, w której postać krytyka filmowego została uromantyczniona. To był w pewnym momencie bardzo atrakcyjny styl życia, który przedstawił w filmie „Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody Allen. Szczególnie w latach ’70 funkcjonowała ekscytująca kultura filmowa. I wydawało się w pewnym momencie, że to jest pomysł na życie. To było seksowne. To było ciągłym intelektualnym wyzwaniem i przygodą. I ten moment ekonomicznego prosperity, gdy okazało się że rynek pracy nie pomieści tylu młodych ludzi, którzy chcieliby żyć tym intelektualnym stylem życia. W pewnym momencie trzeba było dokonywać wyborów, żeby dopiąć budżet i mieć za co żyć. Dzisiaj w Polsce nikt o tym głośno nie mówi, a krytyka żyje w konwulsjach, karmiąc się ciągle wizją tamtej romantycznej wizji, do której powrót jest już niemożliwy. Zobacz, jakie wyżyny histerii osiągane są w mediach społecznościowych, gdzie non-stop trwa podkręcanie entuzjazmu oczekiwania na kolejne premiery — co chwilę czytam, że ktoś „nie może się na coś doczekać”, że „jara się”, po czym spotkam tę samą osobę na mieście i słyszę narzekania na to, że deadline’y duszą i że honoraria są śmiesznie niskie. I że tak naprawdę osoba nie może się doczekać wolnego weekendu i chwili odpoczynku, a niekoniecznie którejś z około 300 premier, jakie mamy w Polsce co roku.

Ja: Dodatkowo współcześnie dąży się do syntezy sztuk a sztuka filmowa krzyżuje się z różnymi dziedzinami sztuki audiowizualnej. Skutkuje to tym, że krytyk często musi być wyczulony także na inne media, by o pewnych wydarzeniach pisać.
M.O.: Ale nie ma na to po prostu czasu. Doba jest za krótka. Codziennie słyszymy o premierach kilkunastu nowych filmów, o publikacjach kilkudziesięciu nowych książek. Nikt nie jest w stanie tego „przetrawić”. Był taki czas kiedy wydawało się, że to będzie możliwe, że obejrzymy i przeczytamy „wszystko”. Jest taki film Bertrand Bliera „Przygotujcie chusteczki” z 1978 roku, który zresztą dostał Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Świetnie tam sparodiowano taki model życia zachodniego krytyka intelektualisty, który zabiera w pewnym momencie dziewczynę do swojego mieszkania. Pokazuje jej tam swoją kolekcję książek klasyków literatury w wydaniu kieszonkowym. Chwalił się, że przeczytał je wszystkie i ułożył je wszystkie numerami od pierwszego do bodaj trzysta dwudziestego. Biler uchwycił moment, kiedy wydawało się, że ten zachodni intelektualista będzie w stanie poznać „całą kulturę”; ogarnąć ją i jeszcze opowiedzieć o niej coś ciekawego. Dzisiaj jest to absolutnie niemożliwe. Już wchodząc na Facebooka czytając kolejne posty krytyków o filmach, którymi się zachwycili, dodatkowo posty serwisów streamingowych reklamujących kolejne hity, zostajesz z listą filmów „do obejrzenia”, której nie sposób obejrzeć, gdyż analogicznych (i równie obiecujących) list codziennie pojawia się kilka.

Ja: A jednak krytyka, mimo wizji z trudem dopinanego co miesiąc budżetu, takiego przykrego stanu permanentnego niedocenienia, mimo to jest to zajęcie w jakiś sposób dla wielu pociągające. Nie widać tendencji odwrotnej, żeby krytyków ubywało. Bynajmniej, jest ich coraz więcej. Ludzie w to brną w pełni świadomi konsekwencji. To o czym tutaj rozmawiamy nie jest niczym odkrywczym.
M.O.: Myślę, że teraz wchodzi pokolenie bardziej przedsiębiorcze, które rozpoznaje bardziej tę rynkową rzeczywistość. To, co mnie pociesza i co wydaje mi się istotnym spoiwem łączącym społeczność krytyków, to festiwalowa rzeczywistość. Mimo wszystkich swoich wad, festiwale dostarczają platformy do spotkania pasjonatów, z którymi można porozmawiać wspólnym językiem, toczyć spory przy piwie czy kawie. To miejsca, które pozwalają wyjść poza naszą internetową bańkę. Utrzymuję, że największą zaletą krytyki filmowej jest budowanie wspólnoty przyjaciół, w której jedną z platform porozumienia są międzynarodowe kody smaku i gustu osobistego.

Ja: Powiedzieliśmy tutaj sporo gorzkich słów na temat rzeczywistości z jaką muszą się zmagać krytycy filmowi. Czy odradziłbyś zatem komuś podjęcie się tego zajęcia?
M.O.: Nie odradziłbym, ani nie poleciłbym. Natomiast chęć dzielenia się swoimi myślami po filmie, nie powinna być tłumiona. To jest rodzaj pisania pamiętnika, spisania swoich uczuć. Niektórym to wychodzi najlepiej, kiedy mogą się oprzeć na czyimś dziele. Potrafią wtedy lepiej ująć swoje patrzenie na świat. Koniec końców po co czytamy krytyków? Szukamy ludzi, którzy ciekawie patrzą na świat, którzy dają mi coś z siebie, kawałek swojego życia. I jeśli miałbym to sprowadzić do jednej kategorii to filmy i krytyka były dla mnie całe życie sposobem na poznawanie nowych ludzi. I jestem wdzięczny, że tylu przyjaciół pojawiło się na mojej drodze właśnie dzięki krytyce filmowej.

Ja: Skoro poznałeś tylu ludzi i sam tak długo jesteś krytykiem na pewno znasz najczęściej pojawiające się problemy z jakimi borykają się ludzie zajmujący się pisaniem recenzji filmowych. Jakie rady dałbyś komuś kto chciałby pisać tego typu teksty, ale brakuje mu odwagi? Co powinno charakteryzować dobrego krytyka filmowego?
M.O.: Odwagę trzeba z siebie wykrzesać. Trzeba to samemu w sobie wywalczyć, niemal po Nietzscheańsku. Trzeba zaczaić się na samego siebie: na ten moment, kiedy mamy w sobie najmniej lęku i wtedy zaatakować. Usiąść do komputera i napisać tekst. Spotkałem w życiu wielu krytyków i bardzo niewielu z nich mówiło o sobie, że są osobami niewrażliwymi, pozbawionymi neuroz i wzorcowo „dostosowanymi” do realiów życia w ponowoczesności. Często to właśnie wrażliwi ludzie zostają krytykami. Ludzie, którzy są wyczuleni na rzeczywistość i nie akceptują jej w stu procentach — często płacąc za to neurozami, ale i wypłacając światu dywidendę z wrażliwej obserwacji i pięknie ukutej frazy. Między innymi dzięki temu można w ogóle poczuć solidarność w tym środowisku — gdybyśmy wszyscy „ogarniali”, bylibyśmy grupą społeczną nie do zniesienia. Krytyka filmowa tworzy archipelag ludzi wrażliwych i pełnych wątpliwości — i to jest jej wielka wartość. Natomiast najgorsze co krytycy mogą robić to udawać, że wszystko jest w porządku z naszym światem i z nami samymi. Wolałbym, żeby krytycy łatwiej się otwierali  i mówili o tym, co ich uwiera w tym świecie. Myślę, że lepiej jest wtedy, kiedy dzielimy się swoimi lękami. Kiedy możemy usiąść, ponarzekać, a potem nacieszyć się wspaniałym filmem. Nie obraziłbym się, gdyby ktoś opisał krytykę filmową jako formę zbiorowej terapii jednostek nadwrażliwych i trzymających się w sposób niemalże bohaterski przekonania, że sztuka może zmieniać i koić świat.

Ja: I do tego zachęcamy. Dziękuję serdecznie za wywiad.
M.O.: Dziękuję.


10. Festiwal Kamera Akcja - podsumowanie

10. Festiwal Kamera Akcja - podsumowanie

Kolejna edycja Festiwal Kamera Akcja zakończył się w niedzielę. Ciągle wracam myślami do atmosfery tam panującej, do długich dyskusji, do seansów… i już zaczynam tęsknić. Nie ma drugiego festiwalu, po którym mam tak ogromny zapas energii do tworzenia tekstów o filmach. Zawsze kiedy wracam z Łodzi, moja głowa eksploduje od nowych pomysłów na popularyzowanie kina niemego/slapstickowego. Organizatorzy zapowiadają gruntowne zmiany przy okazji kolejnych edycji Kamery Akcji. Biorąc pod uwagę moje dotychczasowe doświadczenia z tym festiwalem, jestem z pewnością zaintrygowany, ale spokojny jednocześnie.

Kolejna edycja Festiwal Kamera Akcja zakończył się w niedzielę. Ciągle wracam myślami do atmosfery tam panującej, do długich dyskusji, do seansów… i już zaczynam tęsknić.W ciągu 5 nocy przespałem 21 godzin, co daje trochę ponad 4 godziny na dzień. Czyni to tę edycję najbardziej wyczerpującym festiwalem w moim życiu.
2 – w tylu warsztatach brałem udział. Pierwszy dotyczący programowania festiwali. Dobrze uporządkował wiedzę; podczas drugich miałem przyjemność słuchać jak tworzyć podcast/vlog filmowy. Dowiedziałem się, że podcast o kinie niemym „to już byłaby jakaś perwersja”, z czym się w zupełności zgadzam. Mam wiele inspirujących przemyśleń oraz pomysłów na przyszłość mojego bloga.
1 – tyle kubków wygrałem w trakcie całonocnej dyskusji w spontanicznym konkursie (za zadanie było odgadnąć filmowy kalambur, a chodziło o JOKERA); dyskusja ta, nawiasem, przyczyniła się prawdopodobnie do mojego skrajnego wyczerpania na festiwalu.
10 – tyle filmów zobaczyłem w trakcie festiwalu. Kilka zdań przemyśleń w pod każdym kadrem/plakatem w albumie.
0 – tylu filmom NIE dałem serduszka na Filmwebie. Zapytacie o pokaz z VHS HELL, no ale helo. Serduszko musi być 
1 – to pierwszy festiwal, na którym nie zobaczyłem słabego filmu (seansu VHS Hell w to nie wliczam). Klucz do sukcesu? Zaufałem osobie, która zna się na rzeczy, która dopieściła swój cykl filmów coming of age, czyli Patrycja Mucha aka Filmowe odloty. Dodatkowo zdałem się na nazwisko Melville'a (dzięki za kontekst w prelekcjach Sebastiana Smolińskiego czułem się dużo bezpieczniej w trakcie seansów), którego filmy i tak już dawno miałem nadrobić. Przy Zahlerze trochę ryzykowałem, ale koniec końców opłaciło się.
Rok – tyle muszę czekać na kolejną edycję 

Dodatkowo: Największa "gwiazda" wśród obsługi festiwalu, ze względu na ogromne niewyspanie, nieogarnięcie życiowe: JA. Oczywiście zapomniałem odebrać nagrody.

Za korektę dziękuję Kornelii i Patrycji 

Obraz może zawierać: 3 osoby, ludzie siedzą i w budynku

Dzień pierwszy
„Milczenie morza" (1949), reż. Jean-Pierre Melville – urzeka mnie poziom poetyckiego dramatyzmu na granicy pretensjonalności. Potęga kulturowa Francji, jest tutaj tym silniejsza, gdyż ukazana z punktu widzenia wroga. Jak wielka musi być siła kraju skoro uwiodła nazistę? Plus: większość nazistów była zła, ale świetnie się ubierali.

Obraz może zawierać: 1 osoba

Dzień drugi
„Szpicel"(1962), reż. Jean-Pierre Melville – poziom skomplikowania jest równy powieściom le Carre'a. W pewnym momencie przestałem śledzić fabułę, gdyż jej zaplątanie przekroczyło moją zdolność połączenia tego wszystkiego w sensowną całość. Szczególnie o dziesiątej rano po kilku godzinach snu. Ciut zbyt przeciągnięty finał. Mimo tego oglądałem „Szpicla" z ogromną przyjemnością. Jest pewien urok w tym jak bardzo Francuzi byli wtedy zapatrzeni w amerykańskie kino gangsterskie.

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i tekst

Dzień drugi
„Diego" (2019), reż. Asif Kapadia – nie znałem wcześniej zupełnie historii Diego Maradony. Ciągle tylko słyszałem, że jak chcę poznać styl gry tego piłkarza to powinienem zobaczyć dwie bramki, które strzelił Anglii na Mundialu w ’86. Kapadia nie ukrywa, że jeden z największych piłkarzy w historii futbolu kryształowym człowiekiem nie był. Mimo to film w finale wzruszył mnie do łez. Świetny dokument.

Obraz może zawierać: 2 osoby, zbliżenie

Dzień drugi
„Chłopczyca" (2011), reż. Céline Sciamma – 11-letnia dziewczynka poszukuje swojej tożsamości płciowej. Konfrontuje się z oczekiwaniami swoich rówieśników i rodziny. Mało odkrywcze ale ładne, subtelne (zazwyczaj), bez łatwych odpowiedzi. Uwielbiam tutaj, siedmioletnią wówczas, Malonn Lévana’e, która gra rezolutną i przeuroczą siostrę głównej bohaterki.

 

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i ludzie stoją

Dzień trzeci
„W kręgu zła" (1970), reż. Jean-Pierre Melville – Podobno najlepszy film Mellville’a. Z czterech, które widziałem zdecydowanie jest to tytuł słuszny. Poziom niewymówionej nigdy lojalności spowodował, że serce mnie bolało na finale. Scena napadu wykręciła ze mnie siódme poty ze stresu. Ostatnio czułem się podobnie na seansie „Serpico" de Palmy, na scenie w klubie bilardowym.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień szósty i siódmy

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień szósty i siódmy

Na zdjęciu moje cieszyńskie zdobycze (które mnie cieszą, rzecz jasna) i Gracjan. Kociak i zdobycze leżą na poduszkach. Kupiłem je u pani, która sprzedaje je za śmieszne dwa złote za sztukę. Pani przesiaduje na ulicy Głębokiej w Cieszynie. Często od godziny dziesiątej, przy księgarni Mole Mole, ale też nie zawsze. Trzeba wypatrywać. Cieszynianie i drodzy turyści odwiedzający to piękne miasto: pomóżcie tej pani i kupujcie te poduszki. Każda z nich służy mi i moim kotom, kiedy siedzimy na twardych krzesłach. Pomóżcie tej Pani uzbierać na potrzebne leki, na których kupno nie może sobie pozwolić z pieniędzy z renty. Dobre słowo i chwila wolnego czasu na pewno też będą pomocne.

W czwarteczek było #króciutko, jednocześnie #szybciutko. Bardzo krótkie seanse, ale przerwy między projekcjami były tak krótkie, że obiad zjadłem dopiero o godzinie dwudziestej #sohealthy #zyciefestiwalowicza.

1. „Książę i Dybuk" (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski  – Jedna z pozycji na moim stosie wstydu sprzed dwóch lat. Niesamowity portret wyalienowanego pasjonata, Miszo Waksa, znanego bardziej jako Michał Waszyński. A był to człowiek fascynujący i tajemniczy, którego życie przebiegało prawdopodobnie pod znakiem ciągłej autokreacji i wyparcia swojego „ja”. Piszę „prawdopodobnie”, gdyż mnóstwo informacji nie jest podana jako stuprocentowy pewnik. Aura tajemnicy unosząca się nad postacią reżysera czyni ten film trzymającą w napięciu opowieścią o tytanie pracy, który był jednocześnie (idąc za Piotrem Czerkawskim) rzeczywistym wcieleniem Zeliga. Niewiera i Rosołowski wykonali potężny risercz, by wydobyć na światło dzienne fotografie i wspomnienia pojedynczych osób, które pamiętały jeszcze Waszyńskiego.

2. Drugi blok krótkich metraży Jana Švankmajera – w sobotę zobaczyłem cztery filmy: „Ogród" (1968), „Mieszkanie"(1968), „Don Juan" (1969), oraz „Zamek Ontarntski (1977). W drugim bloku znalazło się pięć „szortów”: „Upadek domu Usherów" (1980), „Wymiary dialogu" (1983), „Wahadło, studnia i nadzieja" (1983), „Koniec stalinizmu w Czechach" (1990), „Jedzenie" (1992).

I to właśnie ta ostatnia pozycja przypadła mi szczególnie do gustu. Odebrałem ją jako przezabawną krytykę kapitalizmu, przez pryzmat trzech posiłków: śniadania, obiadu i kolacji. Śniadanie to tutaj wyzysk człowieka przez człowieka. Obiad to szpila wbita w różnice klasowe, gdzie niższe klasy próbują bezskutecznie aspirują do wyższych poziomów drabiny ekonomicznej, podczas gdy bogatsi głodni sukcesów, choćby po trupach osiągną swój cel. Kolacja z kolei jest tutaj satyrycznym przedstawieniem snobizmu i wynikającego z niego ekshibicjonizmu wyższych klas społecznych.
To moja interpretacja a przecież każdy ma swój surrealizm. Napiszcie w komentarzach czym dla Was jest „Jedzenie" Švankmajera!

3. „Love express. Zaginięcie Waleriana Borowczyka" (2018), reż. Kuba Mikurda – to kolejna poważna zaległość w zakresie dokumentów z ostatnich lat. Podszedłem do tego filmu będąc kompletnie zielonym ze znajomości twórczości Borowczyka. Pomimo, że jest to jeden najważniejszych twórców nurtu surrealizmu (nie tylko filmowego) w Polsce, jego dorobek filmowy zupełnie mnie jako widza ominął. I jako zachęta do zapoznania się z jego filmami ten dokument sprawdza się doskonale. Z filmu Mikurdy wyłania się człowiek, którego ogromne pokłady kreatywności zniszczyły oczekiwania producentów. Łatka „reżysera filmów soft porno”, którą reżyser w LOVE EXPRESS stara się zerwać, ciążyła Borowczykowi do końca jego kariery filmowej. Świetny film o fascynującej osobie. Z wielką chęcią zasiadłem do seansu „Dzieje grzechu" w dniu następnym.

Ostatni dzień Kinie Na Granicy. I tylko dwa filmy.

1. „Coś z Alicji" (1988), reż. Jan Švankmajer – ostatni film tego reżysera na festiwalu. Adaptacja książki Lewisa Carrolla, w formie sennej mary na oko dziewięcio~, dziesięcioletniej Alicji. Koszmar będącej u progu dojrzewania dziewczynki najeżony jest subtelnymi, acz wywołujących dyskomfort odwołaniami do Freuda*. To był ten seans, na którym stwierdziłem, że tak długi odpoczynek od surrealizmu sprawił, że moje ulubione filmy Švankmajera to te najbardziej przystępne w odbiorze (czyt. „najłatwiej poddające się szybkiej i prostej analizie). Jednak po przeczytaniu artykułu Adriany Prodeus na łamach kwietniowego wydania Kina przypomniałem sobie, dlaczego tak bardzo fascynuje mnie ten nurt w kulturze. U jego podstaw leży wywoływanie dyskomfortu, szokowanie, ale przede wszystkim wymykanie się różnym próbom jego analizy. Wygląda na to, że moja podświadomość bardzo się rozleniwiła.

*Książkowe przygody Alicji bywają interpretowane w duchu Freuda, jako seksualne dojrzewanie młodych dziewczyn. Fascynujący trop.

2. „Dzieje grzechu" (1975), reż. Walerian Borowczyk – Jeden z tych filmów, które doceniam za niesamowitą spójność realizacyjną, scenariuszową, aktorską, a jednak jego estetyka nie do końca do mnie przemówiła. Film Borowczyka odebrałem jako groteskową dekonstrukcję kruchego męskiego ego, o przewrotnie profeministycznym wydźwięku. I wszystko mi się tu składa i do siebie pasuje, nic nie zgrzyta a jednak barokowa poetyka zupełnie do mnie nie trafia. Co mnie irytuje, bo nie potrafię tego rozgryźć. Może konieczny jest kolejny seans, żeby docenić tę barokową estetykę?
Wiem jedno: przeczytaniu recenzji Michała Oleszczyka, nabrałem ochotę na powtórny seans: „CARNAL KNOWLEDGE: "STORY OF SIN" COMES TO BLU-RAY". Może i Was zachęci do obejrzenia (w całości na YouTube), po jego lekturze tego tekstu.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień piąty

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień piąty

Na zdjęciu widać zza okna, na Cieszyńską Wenecję Flipa i Flapa <3

Dzień piąty na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici i trzy filmy. Wynik 2/3, więc jest całkiem dobrze.

1. „Fuga" (2018), reż. Agnieszka Smoczyńska  - Miałem szczękę na podłodze po seansie. Szczęka znaleziona, ma się dobrze. Wrażenie niesamowitości pozostało. Skoro wreszcie w polskim kinie dostaliśmy film zrobiony przez kobiety, podejmujący się m.in. tematu oczekiwań społecznych wobec kobiet właśnie, nie pozostaje mi nic innego jak oddać głos krytyczce filmowej. Polecam zatem lekturę tekstu autorstwa Magdaleny Wichrowskiej opublikowanej na łamach Czasopismo EKRANy: http://ekrany.org.pl/odkrycia/fuga/ - podpisuję się pod każdym słowem tej recenzji.
Pozwolę sobie też na drobną dygresję. Na Mediakrytyk autorami recenzji filmu Smoczyńskiej to w dużej większości mężczyźni. Z kolei pod wszystkimi recenzjami z najniższymi ocenami (pięć oraz sześć na dziesięć) widnieją męskie nazwiska. Drobny szczegół a jak wiele mówi, prawda?

2. „Wielka majówka", reż. Krzysztof Rogulski (1981) - kontestacyjne kino drogi z klasycznym zderzeniem przeciwstawnych charakterów: romantycznego nastolatka i nieco starszego od cwanego mitomana. Buntują się przeciw zasadom stworzonym przez pokolenie ich rodziców. Kiedy świat zamyka drogę do marzeń, a negocjacje przestają mieć sens, jedyną dostępną formą buntu jest ciągła ucieczka. Film Rogulskiego jest także krytyką kapitalizmu. Młodzi żyją chwilowymi podnietami a starsi niby mają świadomość niepewnej przyszłości ekonomicznej, ale nikt im nie pokazał jak się przed nią zabezpieczyć. Wielce prorocze przemyślenia tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego.
Po latach można dostrzec jeszcze jednego bohatera „Wielkiej majówki". Jest nim Warszawa. Mamy jako widzowie, często młodzi, okazję zobaczyć stolicę od strony jak na tamte czasy luksusowej, a jednak z dzisiejszej perspektywy nieco przaśnej.
Chcecie się więcej dowiedzieć o tym fascynującym (i chyba jedynym) przykładzie kina kontestacji z czasów PRL? polecam tekst Patrycji: „Wielka majówka".

3. „Piwnica" (2018), reż. Igor Vološin - Táni pracuje w hodowli bydła. Przeczuwa, że Milan jej mąż i muzyk rockowy ma romans, ale ona ciągle ma nadzieję na uratowanie małżeństwa. Gdyby nie córka pewnie już dawno by się rozwiedli. Kiedy po suto zakrapianej imprezie znika Milan postanawia ja odnaleźć na własną rękę...
Macie wrażenie, że już widzieliście ten film? Coś z Liamem Neesonem? Byłoby fajnie, ale to nie jest przypadek tego filmu. Nawet kiedy wydaje się, że wjedzie klimat rodem z LABIRYNTU Villenueva, to szybko ta nadzieja zostaje pogrzebana. To najgorszy typ kina - nijaki. „Ostry nóż", który widziałem dzień wcześniej poruszał podobną tematykę. Można było zobaczyć kolokwialnie mówiąc „bez bólu" - to sprawnie, chociaż przewidywalne poprowadzony dramatem rodziny, borykającej się że stratą zamordowanego przez neonazistów syna. Ojciec był megairytującym bohaterem, ale był jakiś. Jedyne co wzbudziła we mnie Piwnica" to znużenie.
Nauczka na przyszłość: jeżeli chcesz coś obejrzeć, a dzień festiwalowy dobiegł końca, kup sobie dostęp do jakiegoś filmu na vod. Zaufaj swojej intuicji.