10. Festiwal Kamera Akcja - podsumowanie

21 Festiwal Nowe Horyzonty - relacja

Przedziwny to był dla mnie festiwal. Nigdy wcześniej nie miałem okazji być na stacjonarnej edycji Nowych Horyzontów.

Rok temu obejrzałem kilkanaście filmów w ramach pandemicznej edycji online, łączonej z American Film Festiwal. Jednak wiadomo, że stacjonarne festiwale to zupełnie inna bajka. W każdym razie do Wrocławia przyjechałem po kilkudniowych włóczeniu się po Wiedniu, z przerwą na jedną noc w domu. W dodatku w sobotę musiałem czasowo podzielić się między festiwal a konkurs Gali Twórców, którego byłem finalistą w swojej kategorii. Nie miałem parcia na oglądanie na siłę, byle więcej, a tak by było gdybym miał karnet – kupiłem bilety na wybrane filmy. To była edycja skupiona głównie na spotykaniu ze znajomymi i jedzeniu. Dziennie tylko dwa, trzy filmy. Lubię festiwalowy stan wyczerpania i filmowego przebodźcowania, ale i taka forma, jak się okazało, również mi odpowiada.

Był to również pierwszy raz, kiedy tak długo musiałem mieć maseczkę na twarzy. Nie sądziłem, że się przyzwyczaję, ale poszło zaskakująco łatwo. Pozdrawiam z tej strony wszystkich malkontentów narzekających, że muszą nosić kagańce na twarzy i prezydent Duda pozwolił nie nosić. Wykazywaliście się kompletnym brakiem zrozumienia dla organizatorów i wolontariuszy wykonujących polecenia tych pierwszych. O bezpieczeństwu osób, z którymi macie styczność, nie wspominając.

W ramach 21. Festiwalu Nowe Horyzonty, obejrzałem dziesięć filmów – osiem stacjonarnie, dwa online. Jakkolwiek podczas pandemii długo ceniłem sobie intymność domowych seansów, tak po jakimś czasie zaczęło mi to niezmiernie uwierać. Dlatego z przyjemnością raz po raz wracałem do Kina Nowe Horyzonty czy do Capitolu na kolejne projekcje. Jednak możliwość zobaczenia filmów online jest świetnym uzupełnieniem repertuaru wydarzeń stacjonarnych. Dlatego tak chętnie skorzystałem z takiej możliwości zobaczenia dodatkowych dwóch filmów festiwalowych, już po powrocie do domu.

Poniżej przeczytacie kilka zdań moich wrażeń z każdego seansu. Kolejność odpowiada kolejności oglądania.

Hiacynt, reż. Piotr Domalewski, reż. 2021

W momencie gdy piszę to zestawienie to dzień wcześniej Hiacynt zdobył Złotego Lwa za scenariusz i Złotego Klakiera na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. To każe mi zrewidować moje „meh” po seansie. Siedząc we wrocławskim Capitolu zachwyciłem się zdjęciami Piotra Sobocińskiego jra. Film wyprodukował Netflix. Wizualnie filmy z tej stajni są do siebie niezmiernie podobne, jakby operatorzy używali zestawu tych samych filtrów, kadrowania, itd. Sobociński wyszedł z tego obronną ręką, dzięki czemu Hiacynt wygląda obłędnie. Paleta kolorów raz przywoływała skojarzenia z tlącym się w nocy ogniskiem, a gdzie indziej szaroburym betonem pokrytym brudnym lodem. W połączeniu ze scenografią (Jagna Janicka) i kostiumami (Aleksandra Staszko) nie ma się wrażenia stylizacji, a świetnie zrozumianej minionej epoki. Jakkolwiek film Domalewskiego wygląda fantastycznie, to sposób przedstawienia historii wydał mi się dość nieporywający. Może na małym ekranie będę miał niebawem okazję zrewidować swoją ocenę. Premiera na Netfliksie 16 października.

 

Titane, reż. Julia Ducournau, 2021

Tegoroczny zwycięzca Cannes. Bardzo spodobały mi się wizualne metafory zawarte w tym filmie. Starzejący się facet cały czerwony z nienaturalnego nadmiaru testosteronu, różne próby zawłaszczania genderowo męskich artefaktów i w ogóle płynność pojęcia płciowości ujęta w Titane jest bardzo satysfakcjonująca. Jednak mnogość tematów jakie bierze na siebie film Julii Ducournau jest tak duży, że część z nich traktuje zbyt powierzchniowo. Tyle się tam działo, że po seansie poczułem się bardzo zmęczony. Prędko nie wrócę, ale kiedyś to zrobię.

Mandibules, reż. Quentin Dupieux, 2020

Doceniam Morderczą oponę. Był to jakiś powiew świeżości w swoim czasie. Absurdalny koncept i humor trafiły do mnie, chociaż nie bez zastrzeżeń. Dałem Dupieux kredyt zaufania. Liczyłem, że w Mandibules Francuz rozwinie się w sposobie kreowania humoru w filmie, będzie nieco bardziej kreatywny. Nic z tych rzeczy. Znowu dostałem mało kreatywny, wtórny film, który powiela błędy debiutu. Widzę próby stylizowania na epizodyczną komedią slapstickową i pierwsze pół godziny ma się naprawdę rewelacyjne: bohaterowie to najwięksi durnie od czasów Głupiego i Głupszego co generuje cała masę onirycznych, nierealnych i absurdalnych gagów i innych komicznych sytuacji. Z czasem, tak jak na filmie z bitumicznym zabójcą, odczuwałem coraz większe zmęczenie brakiem pomysłu na umiejętne kreowanie sytuacji humorystycznych. Podobnie jak debiutowi, dam temu filmowi jeszcze kilka szans, bo czuję w nim potencjał. Chociaż może to być moje myślenie życzeniowe, że tak ciekawy twórca jak Dupieux, nie zatrzymał się w miejscu i ciągle się rozwija.

 

Pleasure, reż. Ninja Thyberg, 2021

Podczas tegorocznych Nowych Horyzontów obejrzałem dziesięć filmów z czego większość pokazywała jak beznadziejni (delikatnie ujmując) potrafią być mężczyźni i/lub jak okropnym systemem, na którym traci każdy, jest patriarchat. Jakkolwiek by to nie było kliszowe stwierdzenie, to taka ilość filmów biorąca na tapet takie tematy świadczy o tym, że długo jeszcze takie filmy będą musiały powstawać. Pleasure łączy te dwie rzeczy w historii typu „po trupach do celu”, tym razem osadzając ją w środowisku pornograficznym. Męczący, niekomfortowy, unikający dosłowności, świetnie zrealizowany film.

 

A-ha – The Movie (pol. A-ha), Thomas Robsahm, 2021

A-ha – The movie to największy zawód tegorocznej edycji. Nigdy nie miałem serca do synth popu, jednak norweski zespół od zawsze do mnie przemawiał. Ich najwcześniejsze płyty doceniam, ale to ostatnie dokonania uwielbiam najbardziej. Lifelines, Summer Moved On czy Forever Not Yours do dzisiaj wywołują we mnie gęsią skórkę i są jednymi z tych kawałków, do których wracam najczęściej. Jednak doceniam w całości a nostalgiczny klimat ich utworów naznaczył sporą część mojego nastolęctwa. Po tym filmie sporo oczekiwałem i chyba dlatego to co otrzymałem tak mnie zabolało. Spodziewałem się, że konieczne będzie odhaczenie pewnych niezbędnych punktów: skrócone biografie członków zespołu, tego jak się spotkali, itd. Tymczasem im dalej film trwał, tym bardziej przekonywałem się, że to kolejna ekranizacja wpisu z Wikipedii. Chociaż piosenki przyjemne. Otrzymałem prawie żadne osadzenie w kontekście czasów w jakim przyszło działać zespołowi, żadnej wzmianki o warstwie tekstowej piosenek. Zamiast tego obejrzałem sztampową historię zespołu, która jak po sznurku punktuje najważniejsze wydarzenia. Gdyby nie drobna wzmianka, że najwięksi wykonawcy popowi inspirowali się ich twórczością, można by sądzić, że jest to historia zupełnie osobna i wyizolowana od reszty rynku muzycznego. Czy naprawdę potrzebujemy takich niewiele wnoszących filmów? Film parówka – śladowe ilości zniuansowania, które zbyłem wzruszeniem ramion i rzekłem po seansie: „To wszystko? Aha. No, szkoda trochę”.

 

Redoubt (pol. Reduta), reż. Matthew Barney, 2019

Wypełniona tańcem współczesnym adaptacja mitu o Dianie i Akteonie. Niewiele więcej mogę dodać. Kino bardzo kontemplacyjne, dość nudne. Diana i jej dwie towarzyszki Dziewice to ktoś w rodzaju żołnierek broniących swojego terytorium, a Akteon i jego partnerka to artyści, wykonujący (chyba) miedzioryty. Film na niezłe spanko. Ilekroć otworzycie oczy podczas seansu Wasze oczy ucieszą przepiękne sfilmowane góry i lasy.

 

Golden Eighties (pol. Złote lata '80), reż. Chantal Akerman, 1986

Mój ulubiony film tegorocznej edycji. filmowa laurka o latach ’80, zrobiona w latach ’80. Tytułowa dekada w filmie Chantal Akerman to czasy, w których zderzają się rozterki dwóch pokoleń: tych którzy doświadczyła groza II Wojny Światowej i Holocaustu oraz tych już oderwanych od problemów swoich dorosłych, skupiona bardziej na sobie. Wydawałoby się, że dorosłe osoby z bagażem, często trudnych doświadczeń, będą lepiej od młodszych radziły sobie z plątaniną uczuć. Tymczasem Akerman portretuje bohaterów z ogromną czułością, pozwalając im na błądzenie, smutek i na popełnianie tych samych pomyłek, by ostatecznie wyciągnęli jakieś wnioski. Młodzieńcza energia, rozszczebiotanie dziewczyn i pozerstwo chłopaków (podbite przez musicalowe fragmenty), uzupełnia się goryczą wymieszaną z niepokojem o jutro u dorosłych.

Memoria, reż. Apichatpong Weerasethakul, 2021

Drugi po Wujku Boonmee… film Apichatponga Weerasethakula, który widziałem. Tego też nie zrozumiałem. Jednak nauczyłem się czegoś o sobie podczas tego seansu – oglądając takie filmy w kinie totalnie wsiąkam w ten świat i niepotrzebne jest mi rozumienie, wystarczy mi atmosfera, wynikająca z tempa tajemniczej narracji czy statycznych kadrów. Jak powiedział kiedyś Jakub Dem  Dębski, bycie zakładnikiem przestrzeni sali kinowej, ma w trakcie tego typu filmów ogromne plusy. Chyba dlatego mój porzedni seans filmu tego reżysera, na laptopie, okazał się fiaskiem. Nie miał zwyczajnie szans mną zawładnąć. Wujka… będę musiał sobie kiedyś powtórzyć w kinie, jeśli tylko nadarzy się okazja, a tymczasem Memorię serdecznie Wam polecam. Najlepiej na wielkim ekranie. Idealne zamknięcie stacjonarnego etapu festiwalu.

 

Sexual Drive, reż. Kôto Yoshida, 2021

Tak się złożyło, że ostatnie japońskie filmy, które oglądałem krążyły wokół seksu i jedzenia. Siłą rzeczy takie mam pierwsze skojarzenia kiedy myślę o tej kinematografii. Zaznaczam to, ponieważ wg rozmowy Łukasza Mańkowskiego, którą przeprowadził z reżyserem Sexual Drive, Kôtą Yoshidą (do przesłuchania TUTAJ, przeprowadzoną na potrzeby 21. Edycji festiwalu Nowe Horyzonty), japońscy reżyserzy rzadko łączą te dwa tematy w swoich filmach. Jednym z tych wyjątków jest Tampopo (1985) w reżyserii Jûzô Itamiego, z którym film Yoshidy, który obejrzałem, często jest porównywany.

Film Yoshidy to trzy nowele, które łączy postać Kurity – kimś w rodzaju trockstera nie z tego świata. Gra go fantastyczny, trochę diaboliczny Tateto Serizawa. Bardzo przyjemny, zmysłowy a miejscami niezmiernie zabawny film.

PS Po seansie zapragnąłem zjeść natto, potrawę z pierwszej noweli. Akurat w wege sklepie w moim mieście była ostatnia sztuka. Pachnie jak piwo, smakuje tak jak możecie sobie wyobrazić jak smakuje sfermentowane ziarno soi. Zjedzone, odhaczone. Jest to intrygujące, ale fanem nie zostanę. Zostało mi za to do spróbowania bardzo pikantne mapo tofu ze środkowej noweli. Jadł ktoś?

Strawberry Mansion (pol. Rezydencja Pod Truskawką), reż. Kentucker Audley / Albert Birney, 2021

Mój drugi seans online, a zarazem ostatni w ramach 21. Nowych Horyzontów. Świat Rezydencji pod Truskawką jest zawieszony między przeszłością a przyszłością. Na kasety VHS nagrywa się wspomnienia, które podlegają państwowej kontroli i podatkom. Retrofuturystyczny klimat wygląda jak wyciągnięty z serialu Tam gdzie rosną stokrotki, a gdzie indziej jak z kart powieści Przygód Guliwera. Na płaszczyźnie fabularnej jest tu trochę Matrixa i MirrorMask Dave’a McKeana. Finalnie otrzymałem kociołek z mnóstwem inspiracji, motywów, wątków. Filmowi nie zawsze jednak to wychodzi na dobre. Antykapitalistyczny wydźwięk twórcy starają się tu wysuwać do przodu, ale nie potrafią go tak poprowadzić, by mógł odpowiednio, mniej eksplicytnie, a w sposób bardziej zniuansowany wybrzmieć. Cudownie z kolei działa retro-futurystyczny realizm magiczny tego filmu. Zachwyciłem się jego pastelowymi kolorami, ale też historią o poszukiwaniu miłości, opowiedzianą trochę w stylu Alicji w krainie czarów.

 


Rusalka (1977), reż. Petr Weigl

Rusalka (1977), reż. Petr Weigl


Přemysl Kočí jako Wodnik, ojciec Rusałki. Charakteryzacja i kostiumy w tym filmie są obłędnie piękne. Film jest dostępny z angielskimi napisami na portalu YouTube pod TYM linkiem.

Jeszcze całkiem niedawno nikt nie dopuszczał możliwości, że pojęcie „festiwal online” wejdzie na stałe do słownika każdego kinomana. Tymczasem rzeczywistość zmienia się na naszych oczach i najpierw Festiwal Kamera Akcja a w zeszłym tygodniu Festiwal Nowe Horyzonty zebrały fantastyczne frekwencje. A przed nami kolejne edycje kolejnych festiwali. Dzisiaj na przykład zobaczyłem wiadomość, że Festiwal Filmu Niemego również przenosi się do eteru, co mnie ogromnie cieszy. Cieszyński festiwal nie pozostaje w tyle i po wielu perturbacjach rozpoczął swoją kolejną, dwudziestą drugą (omg!) edycję.

Ponad półtora roku temu odbył się 21. Przegląd Filmowy Kino na Granicy  / Kino na Hranici w Cieszynie. Po powrocie do domu obiecałem sobie, że napiszę tutaj kiedyś o kilku filmach, które tam obejrzałem. Teraz nadarza się idealna okazja, by sobie o jednym z nich przypomnieć.

Idąc na Rusałkę Petra Weigla (1977) myślałem, że to jakaś czechosłowacka baśń filmowa. W swoim festiwalowym nierozgarnięciu nie doczytałem, że to filmowa opera, co sprawdziłem po kilkunastu minutach od rozpoczęcia seansu. „Nie może być! Kurde, pomyliłem filmy”. „No, nie. Panie Klatek, jesteś pan nieogarem. Teraz cierp”. Możliwe, że nie tylko ja tego nie doczytałem, bo po jakimś czasie widzowie zaczęli wychodzić
z sali Centrum Kultury Strzelnica po czeskiej stronie Cieszyna. Czemu się nie dziwię, bo opera (nieważne czy filmowa, czy w wersji tradycyjnej) to niełatwa rzecz do oglądania. Mój problem polegał na tym, że następny film, który chciałem zobaczyć, zaczynał się dopiero za kilka godzin, a inne tytuły nie wchodziły w grę, ponieważ z nim kolidowały, albo właśnie się rozpoczynały. Skoro byłem „skazany” na ten film, uznałem, że muszę coś z tego wyciągnąć dla siebie. Zacząłem przypatrywać się realizacji, grze aktorskiej, kostiumom i nagle mnie olśniło.

Wysoki poziom dramaturgii, duże zbliżenia na twarze aktorów czy ich bardzo ekspresyjna gra to przecież elementy bardzo przypominające kino nieme! Oczywiście nie chodzi o świadome zapożyczenia, bo w do tej relacji należałoby dodać jeszcze teatr i związki ten „kulturalny trójkąt” wzajemnie się przenikał w historii. W każdym razie tego momentu (po jakiejś pół godziny filmu) zacząłem czerpać ogromną przyjemność z seansu. Tak bardzo, że jeśli na początku byłem o krok od wyjścia z perspektywą kilkugodzinnego włóczenia się po Cieszynie (piękne miasto, kocham, ale to jednak za małe miasto na takie spacery), to po tym „odkryciu” przestawiłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Co scena – zachwyt. Co kolejny zwrot akcji – coraz większe zaangażowanie. Obłędne charakteryzacje, świetne efekty specjalne a nawet przepiękne plenery… Wszystko mnie w tym filmie zaczęło nagle zachwycać. Jakby przestawił mi się przełącznik w głowie. Gdyby nie to jedno spostrzeżenie doceniłbym zapewne kilka jego elementów, a film dostałby ode mnie łatkę „niezłe, ale nie dla mnie”.

Filmo-opera Weigla, oparta jest na libretcie opery Antonína Dvořáka pod tym samym tytułem. Libretto do niej napisał Jaroslav Kvapila. Rusalka uważana jest za jedno z arcydzieł czeskiej opery w historii. Można w niej odnaleźć motywy m.in. z Jeziora łabędziego i Syrenki Andersena. Nie będę tu streszczał całej fabuły, tym bardziej, że od seansu minęło sporo czasu. Możecie go przeczytać na czeskiej Wikipedii [LINK] (Google translator daje radę).

Ruzena Maturova jako Rusalka. Fotos zrobiony na potrzeby reklamy premiery spektaklu w roku 1901. Więcej zdjęć i projekty kostiumów TUTAJ.

Powyższa obserwacja zaprowadziła mnie do wniosku, że jeżeli ktoś chciałby przekonać się do opery, ale boi się wysokiego progu wejścia, to filmowe wersje takich spektakli wydają mi się nadawać idealne jako początek przygody z tym medium. Wszystko co „filmowe” (montaż, praca kamery) w takich pozycjach sprawia, że opera wydaje mi się bardziej przystępna dla kogoś, kto jest przywiązany do estetyki filmu. Jak widać nie są to też wnioski specjalnie odkrywcze. Przecież w tym przypadku działa ten sam mechanizm, dzięki któremu wielu widzom (w tym i mnie) spektakle Teatru Telewizji, lepiej się oglądają niż spektakle sceniczne. I przez „lepiej” nie mam na myśli jakości, ale kwestię przyzwyczajenia do obcowania, jak sądzę, z jednym typem medium kulturowym i braku możliwości wzniesienia się ponad to przyzwyczajenie. Jestem typem odbiorcy, którego percepcja potrzebuje innego typu dynamiki. Przekonałem się o tym idąc na operę na podstawie opowiadania Powiatowa Lady Makbet Leskowa. Dzięki powyższym obserwacji o nieintencjonalnym związku  opery z kinem niemym na pewno mogłem spektakl docenić bardziej. Jednak ten rodzaj sztuki to ciągle „nie moja bajka”.

Odkrycie, że opera może mi się podobać była jednym z najważniejszych odkryć z pogranicza świata filmu. Czy w tym roku doznam równie ważnych przeżyć? Zapowiada się dobrze. Zdążyłem obejrzeć wnikliwy dokument o rasowych uprzedzeniach wśród Czechów, na podstawie grupki nastoletnich hokeistów, którzy wyjechali do Maroka w poczuciu wyższości, że to oni będą uczyć grać hokeja tych „z Afryki co to śniegu na oczy nie widzieli”. Zobaczyłem film dyplomowy łódzkiej filmówki pt. Nic nie ginie, której seans był mi bardzo potrzebny w tych parszywych czasach. Kilka historii ludzi spotykających się na terapeutycznej grupie wsparcia bardzo podniosło mnie na duchu. Zostałem też zaproszony do świata czechosłowackiej poezji. W filmie  Samotni biegacze poznałem historię grupy poetów, którzy działali w tamtym okresie w tym kraju. Nawet jeśli nie jest to dokument idealny (stylizacja na przypadkowość bywa niezamierzenie zabawna), to ma on ogromny urok a sam film jest dowodem, że są przyjaźnie, których chemia potrafi przetrwać dziesiątki lat. Wreszcie, jeśli Czechosłowacja to i surrealizm. Pani czarodziejka ze zjawiskową Jolantą Umecką to intrygujący film, obśmiewający męską chuć, interpretowaną w kontekście freudowskich instynktów. A, to przecież nie wszystko. Była rewelacyjna Kontrola, bolesna i wzruszająca Nasza klątwa a kiedy to piszę kończę oglądać interesujący Słodki czas Kaimagdory, portret człowieka, którego rytm życia wyznaczają pory roku. Co przyniosą kolejne dni festiwalu? Czekam z niecierpliwością!

PS Czy ktoś mógłby polecić jakąś książkę o relacjach teatru-opery-filmu w historii?


10. Festiwal Filmu Niemego - relacja z dnia drugiego

10. Festiwal Filmu Niemego - relacja z dnia drugiego


Identyfikacja graficzna: BLEKA | www.bleka.pl

Odwiedzanie małych festiwali jest jak wizyta u starego dobrego znajomego: choćbyście się nie widzieli całe lata już u progu odczuwasz rozkosze gościnności przygotowane dla Ciebie przez gospodarza.

Organizatorzy Festiwalu Filmu Niemego w Krakowie, który w tym roku obchodził swój jubileusz, sprawili, że mimo chłodnych murów Kino Pod Baranami, było bardzo przytulnie i swojsko. Nie ważne czy jesteś imigrantem, bokserem, policjantem, czy nawet kozą! Nieme kino w tym roku każdego zaprowadziło w podróż na Księżyc a potem jeszcze wyżej! W trakcie tej edycji była okazja zobaczyć największych klasyków filmowej burleski Chaplin, Keaton, Lloyd, Normand… . Ze szczęścia można było dostać gorączki oglądając taką ilość filmowego złota. Na festiwalu można było zobaczyć nie jeden film. Ba! Można było zobaczyć nawet jeden nie-film.
Chciałbym życzyć organizatorom kolejnych dwustu lat na kolejne edycje!

Mimo tego, że byłem obecny tylko na piątkowych seansach to powyższy akapit, w który wplotłem część tytułów, które można było zobaczyć w trakcie tegorocznej edycji (PEŁNY PROGRAM) dokładnie oddaje moje odczucia co do krakowskiej imprezy.
Jak zawsze na takich festiwalach robotę robili taperzy. Szczególnie przypadła mi do gustu muzyka autorstwa Semi-Invented Trio, którzy grali na żywo do „Siedmiu lat nieszczęść" Maksa Lindera. Panowie cudownie połączyli klasykę z nowoczesnością. Połączyli tradycyjne nuty z filmów slapstickowych, które możemy zobaczyć w internecie, z prawie industrialnymi klimatami.
Mam jednak dwa drobne zarzuty. Ułożenie programu festiwalu tak, że dwugodzinny filmowy esej pt. „Nie-film" Schneidera, balansujący na granicy teorii filmu i filozofii, zaczyna się o godzinie 23 jest pomyłką. Seans takiego filmu jest bardzo wymagający i choćby nie wiem jak ciekawy nie był (a jest niezmiernie interesującą pozycją), nie sposób mi było o tej godzinie na nim nie przysypiać. Dodatkowo część napisów wyświetlana była na białym tle, co czyniło je kompletnie nieczytelnymi. Może dałoby radę pomyśleć nad popularnym w takich sytuacjach żółtym kolorem fontu lub wyświetlaniem ich pod ekranem? Być może stały za tym kwestie leżące poza kompetencjami organizatorów, np. jeśli napisy były wbudowane w kopię filmu, to faktycznie niewiele da się zrobić. Natomiast są to tak naprawdę drobne niedogodności i nie zaburzyły one w większym stopniu megapozytywnego odbioru. Razem z warszawskim Świętem Niemego Kina są cudowną ucztą dla fanów niemych filmów w Polsce. Z ogromną przyjemnością odwiedzę Kraków za rok i jeśli tylko będzie możliwość zostanę na dłużej

Nie byłbym sobą, gdybym nie napisał jak niezmiennie rozczula i dodaje sił fakt, iż kino nieme stale widzów fascynuje i pociąga. I za podtrzymywanie tych emocji należą się organizatorom osobne podziękowania od Pana Klatka <3

 

 


Rozmowa z Łukaszem „Universo" Maszczyńskim

„Filmy nieme mają w sobie cząstkę psychodelii, której szukam również w muzyce." Rozmowa z Łukaszem Maszczyńskim

Pierwotnie ten wywiady miały ukazać się w Reflektor. Rozświetlamy Kulturę niestety RIP [*], ale takie soczyste teksty nie czekają zbyt długo na publikację. 16mm przyjęło go do siebie i wszyscy są szczęśliwi.

Wywiad z Łukaszem Universo Maszczyńskim, DJ'em i producentem muzycznym zrobiłem parę lat na Bytom Film Festival, przed filmem Halka w reżyserii Meglickiego z 1930 roku. Sam film jest koszmarnie nudny, ale to co robił Łukasz z muzyką to był jakiś obłęd. Ten koncert zapamiętam na długo. Był technicznie niesamowicie trudny (zmiana muzyki co paręnaście sekund w zależności od przestrzeni, gdzie odbywała się akcja filmu), jak również fantastyczny dźwiękowo (psychodelia wjechała wtedy na niezłym kwasie). Polecam uwadze tego pana

Zapraszam do lektury!

Ja: Często bierzesz udział w takich projektach, gdzie grasz muzykę na żywo do filmów niemych, jak np. rok temu na Bytom Film Festiwal?
Łukasz Maszczyński: Niezbyt często, ale kilka razy miałem już okazję w Krakowie zagrać muzykę na żywo podczas Festiwalu Kina Niemego.

Ja: Jakie to były filmy?
Ł.M: Pierwszym filmem był polski „Mocny Człowiek”, drugi to „Alicja w Krainie Czarów” z 1915 roku a trzeci film to francuski “Droga do Ernoa” z 1921 roku.

Ja: Kto wybiera filmy: Ty czy organizator festiwalu?
Ł.M: Organizator. Dostaję wcześniej film i wybieram do niego muzykę. I te występy to występy stuprocentowo didżejskie, czyli gram sety z płyt winylowych dostosowując utwory do poszczególnych scen.

Ja: W jakim stopniu Twoje występy są improwizowane, a ile z Twoich działań podporządkowane jest ścisłemu planowi? Jak się przygotowujesz do takich wydarzeń?
Ł.M: Z improwizacją w trakcie takich seansów jest taki problem, że muszę mieć czas na wyciągnięcie płyty winylowej, więc nie jestem w stanie zareagować dźwiękiem w ciągu ułamka sekundy. Żeby muzyka dobrze współgrała z obrazem to jednak muszę się do tego wcześniej przygotować. Jako że gram z płyt winylowych, w trakcie takiego seta, muszę taką płytę wyciągać, położyć na gramofonie, opuścić ramię z igłą, a następnie sprawdzić na słuchawce moment od którego chcę ją puścić. Nie ma takiej możliwości żebym mógł zareagować na obraz w taki sposób jak na przykład grając jakiś dźwięk na klawiszu lub innym instrumencie. Dlatego muzycy mają większe pole do popisu jeśli chodzi o improwizację. Często jednak na drobne improwizacje sobie pozwalam. Czasami są takie momenty kiedy miksuję ze sobą dwa utwory i patrząc na obraz mogę fragmentami tych utworów w pewien sposób manipulować np. używając jakichś efektów na mikserze – ograniczają mnie tutaj tylko możliwości sprzętu z którego gram. Natomiast utwory które gram, wybieram wcześniej i dopasowuję do każdej ze scen w filmie.

Ja: W Internecie można wyczytać, że jesteś kojarzony głownie z nutami ambientowymi. Czy taką muzykę również dobierasz podczas seansów na żywo?
Ł.M: Głównie tak. Choć staram się nie ograniczać do jednego gatunku, to jednak w mojej opinii ambient czy szeroko pojęta muzyka eksperymentalna w tej dziedzinie zdaje egzamin. W zależności od tego jaki jest to film i jakie są w nim sceny, staram się coś z mojej kolekcji do tego dopasować.

Ja: Czy podczas pierwszych występów na Święcie Kina Niemego odczuwałeś stres w związku z nowym wyzwaniem?
Ł.M: Kiedy dostałem pierwsze zaproszenie do zagrania na żywo na Festiwal Kina Niemego w Krakowie od jakiegoś czasu grzebałem w muzyce eksperymentalnej i psychodelicznej, więc wydawało mi się to odpowiednim wyzwaniem biorąc pod uwagę moje obece zainteresowania muzyczne. Natomiast sam występ na pewno w jakimś stopniu stresujący był. Trochę jak z jazdą samochodem. Kiedy wsiada się pierwszy raz za kierownice stres jest nieunikniony i tak samo było z pierwszym występem na żywo do filmu. Była to dla mnie zupełnie nowa forma grania seta, gdzie nie chodzi o zgrywanie utworów w opcji “bit do bitu” tylko dokładne dopasowanie utworów i pojawiających się w nich dźwięków do każdej ze scen.

Ja: Jak Ty, jako muzyk odczuwasz kino nieme? Oglądając takie filmy zastanawiasz się jakich dźwięków byś do nich użył?
Ł.M: Nie znam kina niemego zbyt dobrze, ale te filmy które widziałem mają w sobie jakąś cząstkę psychodelii i wydaje mi się, że to czego ja szukam obecnie w muzyce doskonale pasuje do tych filmów.

Ja: Czy byłbyś w stanie zagrać takie psychodeliczne dźwięki, na przykład do jakiegoś filmu Chaplina? Taki zabieg zmieniłby znacznie wydźwięk filmu. Czy uważasz, że muzyka jest w stanie wpłynąć na odbiór filmu i zmienić jego przekaz?
Ł.M: Muzyka do takich filmów niekoniecznie musi być infantylna i myślę, że dałbym radę coś takiego zrobić. Co do drugiego pytania, jak najbardziej. Myślę, że czegoś takiego udało mi się dokonać w Krakowie przy okazji seansu „Alicji w Kranie Czarów”. Sięgnąłem wtedy po dość dziwne płyty, których nigdy nie zagrałbym w innych warunkach, a wtedy doskonale dopasowały się do niektórych scen, i w mojej opinii nadały temu filmowi zupełnie nowej jakości. Pamiętam, że bardzo ładnie to wtedy „siadło”.

Ja: Uważam, że to co robisz i to co robią w ogóle ludzie, którzy zajmują się graniem muzyki na żywo do filmów wykonują bardzo ważna pracę. W końcu ich autorska i niepowtarzalna ścieżka dźwiękowa może znacząco wpływać na odbiór filmu o czym przed chwilą wspomnieliśmy. Czy odczuwasz wagę takich przedsięwzięć? A może wiążesz z tą działalnością swoją karierę zawodową?
Ł.M: To jest dobre pytanie, ponieważ od dłuższego czasu mam w sobie ogromną chęć, żeby produkować muzykę do filmów. Tylko nie jestem niestety typem osoby która szukałaby tego typu opcji, nie wiem też za bardzo do których drzwi pukać. Natomiast gdyby ktoś się do mnie zgłosił i złożył mi taką ofertę, bez wahania bym ją przyjął.

Ja: Jakie są Twoje muzyczne inspiracje?
Ł.M: Nie lubię mówić o swoich inspiracjach, ponieważ swoją muzyczną historię postrzegam jako podróż, i tych inspiracji przez ostatnie kilkanaście lat zgromadziło się bardzo dużo. Nie potrafię skupić się na jednym konkretnym brzmieniu, lubię różnorodność i eklektyzm.

Ja: Często grasz muzykę eksperymentalną?
Ł.M: I tak, i nie. Na co dzień w klubach gram muzykę taneczną, z wyraźnym, zazwyczaj prostym bitem, choć z drugiej strony często jest ona na swój sposób eksperymentalna i psychodeliczna. Czasami zdarzają mi się eventy niedzielne, na które ludzie przychodzą się wyciszyć, i posłuchać np. ambientu. Na marginesie dodam, że w Off Radio Kraków prowadzę audycję “Rotacje”, której formuła jest taka że gram głównie elektronikę eksperymentalną nieprzeznaczoną do klubów.

Ja: Można tych audycji posłuchać w formie podcastów?
Ł.M: Niestety nie. Póki co można posłuchać na żywo, w każdy poniedziałek o 22.


Wywiad z Michałem Oleszczykiem

„Krytyka filmowa może być wielką przygodą." Rozmowa z Michałem Oleszczykiem

Pierwotnie ten wywiady miały ukazać się w Reflektor. Rozświetlamy Kulturę niestety RIP [*], ale takie soczyste teksty nie czekają zbyt długo na publikację. 16mm przyjęło go do siebie (w nieco okrojonej wersji, tutaj jest pełna) i wszyscy są szczęśliwi.

Wywiad z Michałem, jest dla mnie, człowieka aspirującego do bycia częścią światka krytyczno-filmowego, szczególnie szczególnie ważny. To człowiek, który w doskonałych proporcjach potrafi wyważyć pokorę i bezkompromisowość, którą sam chciałbym osiągnąć, a która moim zdaniem, powinna cechować jakiegokolwiek krytyka kultury. Rozmawialiśmy o jego gdyńskiej spuściźnie i roli krytyka filmowego w dzisiejszych czasach. Będę wracał do tego tekstu w czasach kryzysów twórczych. Bardzo pomocny, dla mnie ma wymiar wręcz terapeutyczny.

Zapraszam do lektury!

Ja: Jako rodowity Bytomianin zawsze chciałem ci zadać pytanie czy  masz wspomnienia filmowe związane z Bytomiem?
Michał: Między rokiem 1997 a 2001, czyli przez całe liceum, jeździłem dużo po kinach śląskich. W Tarnowskich Górach było tylko kino Europa, w którym bywałem bardzo często. Grano tam tylko filmy mainstreamowie, które oczywiście oglądałem, ale było to dla mnie za mało. Zmuszało mnie to, zwłaszcza w weekendy, do odwiedzin regionalnych kin, które wyświetlały filmy innych dystrybutorów. Na pierwszym miejscu był zawsze „Światowid” w Katowicach. „Gloria” oczywiście też była na tej liście, byłem tu wiele razy. Seansem, który najbardziej zapamiętałem w tym kinie był „Titanic” Jamesa Camerona, którego zobaczyłem w marcu ’98 roku, czyli… ponad 20 lat temu. Jednak pamiętam ten film bardzo dobrze. Sala była wypełniona po brzegi, a sam film zrobił na mnie duże wrażenie. W „Glorii” widziałem też między innymi „Wonderland” Michaela Winterbottoma.

Ja: Pamiętam, że na 4. edycji Bytomskiego Festiwalu Filmowego wybrałeś polskie kino dokumentalne jako temat swoich warsztatów. Dlaczego akurat ten?
M.O.: Fascynuję się kinem dokumentalnym. Polskie kino dokumentalne bardzo mnie inspiruje. Oprócz tego odkryłem w trakcie różnych warsztatów, że krótkometrażowe polskie dokumenty dobrze uruchamiają publiczność. Sprawiają, że widzowie swobodnie dzielą się swoimi obserwacjami. Poza tym uważam, że filmy, które wtedy pokazałem czyli 24 godziny Jadwigi L. Krystyny Gryczełowskiej,  Moje miejsce Łozińskiego czy Siedem kobiet w różnym wieku Kieślowskiego, to wszystko dzieła naprawdę wybitne.

Ja: Wiele osób, w tym i ja, kojarzy cię bardziej z kinem amerykańskim, niż polskim. Czemu nie zdecydowałeś się na ten kierunek?
M.O.:  Bywam tak kojarzony, ale paradoksalnie przez długi czas prowadziłem zajęcia z kina polskiego dla Amerykanów w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, więc czuję się przez to jak popularyzator polskiego kina. Również m.in. dzięki gdyńskiemu festiwalowi, dla którego pracowałem trzy lata, oraz organizacji Polish Filmmakers New York City, gdzie programowałem pokazy. Kino polskie jest mi zatem bardzo bliskie.

Ja: Słówko wyjaśnienia ode mnie. Wiąże cię z kinem amerykańskim, bo pierwsze twoje teksty, które przeczytałem dotyczyły właśnie tej kinematografii i wydaje mi się, że ciągle więcej twoich tekstów, które są publikowane są o kinie amerykańskim.
M.O.: To prawda. Kino amerykańskie zawsze bardziej mnie fascynowało. Doktorat robiłem na amerykanistyce UJ. I na pewno ze wszystkich kinematografii na kinie amerykańskim najbardziej się znam i najbardziej swobodnie czuje się na tym obszarze. No i same Stany Zjednoczone odegrały w moim życiu rolę inspirującą i motywującą, więc USA zawsze gdzieś na moim horyzoncie się znajduje.

Ja: Wróćmy do kina polskiego. Byłeś trzy lata dyrektorem artystycznym Festiwalu Filmów Fabularnych Gdyni. Stworzyłeś kategorię Inne spojrzenie. Dyrektora artystycznego festiwal aktualnie nie posiada, funkcja ta została połączona z kilkoma innymi.  I ta osoba przez kilka lat obsadzała filmy w Innym spojrzeniu, które de facto jest twoją spuścizną. Jaki był twój pomysł na tę sekcję? Oraz od razu drugie pytanie: czy czujesz, że Inne spojrzenie realizowało swój pierwotny cel z jakim zostały stworzone?
M.O.: Inne spojrzenie miało szansę odegrać ważną rolę, ale konkurs został zlikwidowany zanim mógł rozwinąć skrzydła. Festiwal w Gdyni jest w głębokim kryzysie, o czym świadczyła ostatnia edycja i zamieszanie wokół selekcji. Festiwal powinien mieć dyrektora artystycznego i kropka.

Ja: Jakiś czas temu gruchnęła wieść, że kapituła oscarowa chce wprowadzić kategorię kina popularnego, z której bardzo szybko się wycofano. Ty swoją kategorią zrobiłeś coś odwrotnego. Stworzyłeś kategorię dla filmów jak sam wspomniałeś stworzonych na uboczu, filmów które nie są nastawione na bycie popularnymi. Czy nie uważasz, że Inne spojrzenie mogło doprowadzić do sztucznego podziału na polskie kino eksperymentalne i mainstreamowe?
M.O.: Nie, nie uważam tak.  My jesteśmy kinematografią, która ciągle szuka swojej tożsamości i jest w niej miejsce na tego rodzaju eksperyment. Nie chodziło mi o stworzenie pewnego rodzaju getta, tylko o pokazanie widzom, że istnieje innego rodzaju kino. Pokazanie, że istnieje w Polsce kino poza głównym nurtem: jak np. „Arbiter uwagi” Jakuba Polakowskiego, albo „Photon” Normana Leto. W Gdyni istnieje napięcie pomiędzy środowiskowością tego festiwalu a próbami wprowadzenia jakiejś polityki autorskiej dyrektorów. Przede mną dyrektorem był Michał Chaciński i też był tylko przez trzy lata, z kolei teraz nie ma dyrektora artystycznego. I jest to napięcie pomiędzy wizją tego festiwalu jako przeglądu a perspektywą, którą można modyfikować przez lata. Ciągłe zmiany i obecny brak dyrektora artystycznego pokazuje, że to napięcie jest realne i jest problem z oddaniem tej osobie większego wpływu na kształt festiwalu.

Ja: To byłoby pierwsze miejsce popularyzacji sztuki filmowej, czyli festiwale na poziomie decyzyjności dyrektorów artystycznych, którzy zderzają w programach różne wrażliwości filmowe. Drugie to dyskusje o filmie. W naszym kraju istnieją chęci do dyskutowania o filmach, ale brakuje nam często narzędzi do tego. Jak prowadzić dyskusje o kinie, żeby rozmówca nie odczuł, że człowiek, który takie narzędzia posiada, traktuje go protekcjonalnie.
M.O.: Wiem, o czym mówisz. Myślę, że ktoś kto przychodzi do DKF-u, by porozmawiać o kinie, chce jednak pogłębić swoją wiedzę. Wszystko zależy od stylu prowadzącego rozmowę. Można prowadzić rozmowę w taki sposób, że każdy się czegoś nauczy. Łącznie z prowadzącym. Ale można to też dyskusję poprowadzić w takich sposób, że publiczność poczuje się gorzej, poczuje się „niedouczona”. Ja oczywiście jestem za tą pierwszą wersją. To jest bardzo trudne, bo jesteśmy zapracowanym narodem, mamy mało czasu wolnego, czasu na zgłębianie hobby. Jeżeli już ktoś to robi, to często wyrywa ten czas z bardzo zajętego dnia. I mało kto ma taki luksus, by np. filmowe hobby zgłębiać. Tym większa rola ekspertów, którzy nasiąkli jakąś wiedzą i potrafią ją przekazywać, przynajmniej w jakichś kawałeczkach. Nie mogą tego robić brutalnie i arogancko. Brałem udział w wielu dyskusjach, które dla wszystkich obecnych były ciekawe. Wszystko jest kwestią stylu obcowania z drugim człowiekiem innym od naszego zestawie kompetencji.

Ja: To o czym mówimy teraz to relacja krytyk-odbiorca. Natomiast jest jeszcze relacja krytyk-krytyk. W USA istnieje tradycja polemik krytyczno-filmowych na łamach popularnych gazet. Widzisz szanse na zaszczepienie takiej formy wymiany myśli w naszym kraju?
M.O.: To już się kończy. Krytycy są zabiegani i zapracowani. Kiedyś istniała bogata kultura filmowa w formie polemik, obecnie nikt nie ma na to czasu. Każdy stara się przetrwać. Ludzie tworzą własne  blogi czy vlogi, które utrzymują całkowicie non profit, natomiast ich źródłami utrzymania są różne inne prace pozafilmowe. Jest jeszcze jedna kwestia. Ludzie mają różny zasób wiedzy, interesują się różnymi obszarami kina. I nagle okazuje się, że każdy żyje w swojej bańce i miłośnik jednego gatunku kina nie bardzo rozumie miłośnika innych filmów. Myślę, że pewna epoka krytyki filmowej po prostu się skończyła. Epoka, w której ilość osób, która się tym zajmowała była niewielka, dostęp do filmów był ograniczony, a poczucie misji w tym zawodzie było dużo większe. I w żadnym wypadku nie przemawia tutaj przeze mnie nostalgia i gorycz, że coś przeminęło. Ta forma również miała swoje minusy. Była bardzo dobra, jednak dla bardzo wąskiej grupy ludzi. A teraz mamy takie czasy, że każdy może stać się krytykiem filmowym. Najlepsi krytycy, których ja śledziłem w ostatnich latach, werbowali się nie z filmoznawstwa, tylko z zupełnie innych światów. Dla mnie jednym z najlepszych obecnie jest Jakub Dębski. Ma ogromny talent literacki, świetnie mówi, ma super bystrość obserwacji, pracuje w medium wizualnym jakim jest komiks, czyli czuje opowieść wizualną. Jego „Tycie osądy”, które kręcił do niedawna, trwają trzy minuty. I zawsze mówi w nich coś ciekawego. A ktoś może napisać tekst na trzy strony i nie powie nic. Ja jestem zwolennikiem tego co się teraz dzieje w krytyce filmowej, choć za jej wielką słabość uważam zanik myślenia historycznego i absolutne niemal uwięzienie w doraźności i terrorze chwilowych emocji programowanych przez filmy często w sposób dość cyniczny.

Ja: Jak myślisz: czy podobne czasy nadeszły też dla samych filmowców? Czy dzisiaj, żeby zrobić film trzeba mieć wykształcenie filmowe?
M.O.: Myślę, że dzisiaj nie trzeba kończyć szkoły filmowej, by być filmowcem. Autor jednego z najciekawszych kanałów na YouTubie ostatnich lat, czyli Krainy Grzybów w ogóle nie skończył szkoły filmowej, a wszystkiego nauczył się w Internecie.
Ten świat już się kończy. Świat, w którym instytucje muszą ci dać stempelek potwierdzający, że jesteś kimś. Możesz po prostu zostać tym kimś. Najważniejsze tylko, żeby znaleźć swojego mistrza. A dzisiaj kogoś takiego można znaleźć w Internecie. Jednak coraz trudniej będzie zaistnieć jednostkom jako gwiazdom. Konkurencja jest gigantyczna. Na festiwale dociera setki filmów z całego świata. Nikt nie jest w stanie tego wszystkiego obejrzeć. Jest mnóstwo przypadków, że polityka decyduje kto zostaje festiwalowym pupilkiem. Nie ma żadnej gwarancji. Na to składają się rozmowy z producentami, szefami festiwali, telewizjami, wytwórniami… . To jest biznes i przebicie się w tym ze swoim filmem jest coraz trudniejsze. Żeby zaistnieć filmowiec-debiutant ma za konkurencje tak naprawdę cały świat.

Ja: Jak w naszym kraju wygląda relacja na linii krytyk-filmowiec?
M.O.: To zawsze był trochę love-hate relationship. Z jednej strony filmowcy kultywują w sobie pewną ironię w stosunku do krytyków, jako ludzi, którzy nigdy nie stanęli na planie filmowym, nigdy nie zetknęli się z żywiołem a swoje teksty piszą w komforcie swojego mieszkania. Z drugiej strony krytycy oglądają o wiele więcej filmów w porównaniu do reżyserów. Krytycy mają więc o wiele większą paletę odniesień i wyczucia tego, co się dzieje aktualnie w kinie światowym. Ale dlaczego krytycy są krytykami? Dlatego, że kochają kino, które tworzą filmowcy. Musi być w tym miłość, ale jest też i nienawiść [śmiech]. Są też krytycy, którzy przekraczają rubikon i stają się filmowcami. Na przykład Michał Chaciński został współscenarzystą „Juliusza”, którego uważam za jedną z lepszych polskich komedii ostatnich lat. Oprócz tego filmowcy często proszą o zdanie krytyków w różnych kwestiach. Wielokrotnie mi się zdarzało, że ktoś mnie prosił o przeczytanie scenariusza, podanie jakiejś referencji filmowej w celu znalezienie odpowiedniej inspiracji — pracuję zresztą obecnie jako konsultant scenariuszowy. Filmowcy to ludzie, którzy spędzają mnóstwo czasu ubiegając się o dofinansowania, co czyni ten zawód bardzo męczącym i wymagającym hartu ducha. FIlmowcy muszą cały czas bronić swojej wizji w rozmowach z decydentami, którzy często nie mają pojęcia o sztuce filmowej. Muszą stale pokazywać, że wiedzą jak opowiedzieć swoją historię. Historii, która została napisana kilka lat temu, więc też nie wiadomo czy film na siebie zarobi.

Ja: Jak myślisz czy istnieje dzisiaj coś takiego jak etos pracy krytyka filmowego, czy jest to kwestia bardzo rozmyta?
M.O.: Myślę, że jest to w dużej mierze rozmyte. Myślę, że krytycy filmowi cieszą się, jeśli dostają wynagrodzenie za swoją pracę. Wielu pisze za darmo. Znam dwóch, może trzech krytyków, którzy naprawdę żyją wyłącznie z tego fachu i nie mają żadnych tzw dodatkowych fuch. I ja nie należę do tej grupy; nigdy do niej należałem. Nie udało mi się nigdy utrzymywać z działalności krytyczno-filmowej. Zawsze musiałem robić coś dodatkowo czy to w postaci pracy na festiwalach, czy na uczelni.

Ja: Żeby jednak nie zrazić do krytyki filmowej czytelników, którzy chcieliby nimi zostać, trzeba powiedzieć, że ma ona też swoje dobre strony.
M.O.: Jak najbardziej. Krytyka filmowa może być przede wszystkim wielką przygodą. To tak naprawdę pisanie o sobie; o swoim sposobie doświadczania świata. Krytyka artystyczna próbą opisania świata, w którym żyjemy. Jednak rozstajemy się obecnie ze światem, w którym jest to w pełnym znaczeniu tego słowa „profesja”. My wciąż nie odżałowaliśmy, pewnej wizji, która powstała w zamożnych społeczeństwach zachodnich po wojnie w latach ’60 i ’70, w której postać krytyka filmowego została uromantyczniona. To był w pewnym momencie bardzo atrakcyjny styl życia, który przedstawił w filmie „Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody Allen. Szczególnie w latach ’70 funkcjonowała ekscytująca kultura filmowa. I wydawało się w pewnym momencie, że to jest pomysł na życie. To było seksowne. To było ciągłym intelektualnym wyzwaniem i przygodą. I ten moment ekonomicznego prosperity, gdy okazało się że rynek pracy nie pomieści tylu młodych ludzi, którzy chcieliby żyć tym intelektualnym stylem życia. W pewnym momencie trzeba było dokonywać wyborów, żeby dopiąć budżet i mieć za co żyć. Dzisiaj w Polsce nikt o tym głośno nie mówi, a krytyka żyje w konwulsjach, karmiąc się ciągle wizją tamtej romantycznej wizji, do której powrót jest już niemożliwy. Zobacz, jakie wyżyny histerii osiągane są w mediach społecznościowych, gdzie non-stop trwa podkręcanie entuzjazmu oczekiwania na kolejne premiery — co chwilę czytam, że ktoś „nie może się na coś doczekać”, że „jara się”, po czym spotkam tę samą osobę na mieście i słyszę narzekania na to, że deadline’y duszą i że honoraria są śmiesznie niskie. I że tak naprawdę osoba nie może się doczekać wolnego weekendu i chwili odpoczynku, a niekoniecznie którejś z około 300 premier, jakie mamy w Polsce co roku.

Ja: Dodatkowo współcześnie dąży się do syntezy sztuk a sztuka filmowa krzyżuje się z różnymi dziedzinami sztuki audiowizualnej. Skutkuje to tym, że krytyk często musi być wyczulony także na inne media, by o pewnych wydarzeniach pisać.
M.O.: Ale nie ma na to po prostu czasu. Doba jest za krótka. Codziennie słyszymy o premierach kilkunastu nowych filmów, o publikacjach kilkudziesięciu nowych książek. Nikt nie jest w stanie tego „przetrawić”. Był taki czas kiedy wydawało się, że to będzie możliwe, że obejrzymy i przeczytamy „wszystko”. Jest taki film Bertrand Bliera „Przygotujcie chusteczki” z 1978 roku, który zresztą dostał Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Świetnie tam sparodiowano taki model życia zachodniego krytyka intelektualisty, który zabiera w pewnym momencie dziewczynę do swojego mieszkania. Pokazuje jej tam swoją kolekcję książek klasyków literatury w wydaniu kieszonkowym. Chwalił się, że przeczytał je wszystkie i ułożył je wszystkie numerami od pierwszego do bodaj trzysta dwudziestego. Biler uchwycił moment, kiedy wydawało się, że ten zachodni intelektualista będzie w stanie poznać „całą kulturę”; ogarnąć ją i jeszcze opowiedzieć o niej coś ciekawego. Dzisiaj jest to absolutnie niemożliwe. Już wchodząc na Facebooka czytając kolejne posty krytyków o filmach, którymi się zachwycili, dodatkowo posty serwisów streamingowych reklamujących kolejne hity, zostajesz z listą filmów „do obejrzenia”, której nie sposób obejrzeć, gdyż analogicznych (i równie obiecujących) list codziennie pojawia się kilka.

Ja: A jednak krytyka, mimo wizji z trudem dopinanego co miesiąc budżetu, takiego przykrego stanu permanentnego niedocenienia, mimo to jest to zajęcie w jakiś sposób dla wielu pociągające. Nie widać tendencji odwrotnej, żeby krytyków ubywało. Bynajmniej, jest ich coraz więcej. Ludzie w to brną w pełni świadomi konsekwencji. To o czym tutaj rozmawiamy nie jest niczym odkrywczym.
M.O.: Myślę, że teraz wchodzi pokolenie bardziej przedsiębiorcze, które rozpoznaje bardziej tę rynkową rzeczywistość. To, co mnie pociesza i co wydaje mi się istotnym spoiwem łączącym społeczność krytyków, to festiwalowa rzeczywistość. Mimo wszystkich swoich wad, festiwale dostarczają platformy do spotkania pasjonatów, z którymi można porozmawiać wspólnym językiem, toczyć spory przy piwie czy kawie. To miejsca, które pozwalają wyjść poza naszą internetową bańkę. Utrzymuję, że największą zaletą krytyki filmowej jest budowanie wspólnoty przyjaciół, w której jedną z platform porozumienia są międzynarodowe kody smaku i gustu osobistego.

Ja: Powiedzieliśmy tutaj sporo gorzkich słów na temat rzeczywistości z jaką muszą się zmagać krytycy filmowi. Czy odradziłbyś zatem komuś podjęcie się tego zajęcia?
M.O.: Nie odradziłbym, ani nie poleciłbym. Natomiast chęć dzielenia się swoimi myślami po filmie, nie powinna być tłumiona. To jest rodzaj pisania pamiętnika, spisania swoich uczuć. Niektórym to wychodzi najlepiej, kiedy mogą się oprzeć na czyimś dziele. Potrafią wtedy lepiej ująć swoje patrzenie na świat. Koniec końców po co czytamy krytyków? Szukamy ludzi, którzy ciekawie patrzą na świat, którzy dają mi coś z siebie, kawałek swojego życia. I jeśli miałbym to sprowadzić do jednej kategorii to filmy i krytyka były dla mnie całe życie sposobem na poznawanie nowych ludzi. I jestem wdzięczny, że tylu przyjaciół pojawiło się na mojej drodze właśnie dzięki krytyce filmowej.

Ja: Skoro poznałeś tylu ludzi i sam tak długo jesteś krytykiem na pewno znasz najczęściej pojawiające się problemy z jakimi borykają się ludzie zajmujący się pisaniem recenzji filmowych. Jakie rady dałbyś komuś kto chciałby pisać tego typu teksty, ale brakuje mu odwagi? Co powinno charakteryzować dobrego krytyka filmowego?
M.O.: Odwagę trzeba z siebie wykrzesać. Trzeba to samemu w sobie wywalczyć, niemal po Nietzscheańsku. Trzeba zaczaić się na samego siebie: na ten moment, kiedy mamy w sobie najmniej lęku i wtedy zaatakować. Usiąść do komputera i napisać tekst. Spotkałem w życiu wielu krytyków i bardzo niewielu z nich mówiło o sobie, że są osobami niewrażliwymi, pozbawionymi neuroz i wzorcowo „dostosowanymi” do realiów życia w ponowoczesności. Często to właśnie wrażliwi ludzie zostają krytykami. Ludzie, którzy są wyczuleni na rzeczywistość i nie akceptują jej w stu procentach — często płacąc za to neurozami, ale i wypłacając światu dywidendę z wrażliwej obserwacji i pięknie ukutej frazy. Między innymi dzięki temu można w ogóle poczuć solidarność w tym środowisku — gdybyśmy wszyscy „ogarniali”, bylibyśmy grupą społeczną nie do zniesienia. Krytyka filmowa tworzy archipelag ludzi wrażliwych i pełnych wątpliwości — i to jest jej wielka wartość. Natomiast najgorsze co krytycy mogą robić to udawać, że wszystko jest w porządku z naszym światem i z nami samymi. Wolałbym, żeby krytycy łatwiej się otwierali  i mówili o tym, co ich uwiera w tym świecie. Myślę, że lepiej jest wtedy, kiedy dzielimy się swoimi lękami. Kiedy możemy usiąść, ponarzekać, a potem nacieszyć się wspaniałym filmem. Nie obraziłbym się, gdyby ktoś opisał krytykę filmową jako formę zbiorowej terapii jednostek nadwrażliwych i trzymających się w sposób niemalże bohaterski przekonania, że sztuka może zmieniać i koić świat.

Ja: I do tego zachęcamy. Dziękuję serdecznie za wywiad.
M.O.: Dziękuję.


10. Festiwal Kamera Akcja - podsumowanie

10. Festiwal Kamera Akcja - podsumowanie

Kolejna edycja Festiwal Kamera Akcja zakończył się w niedzielę. Ciągle wracam myślami do atmosfery tam panującej, do długich dyskusji, do seansów… i już zaczynam tęsknić. Nie ma drugiego festiwalu, po którym mam tak ogromny zapas energii do tworzenia tekstów o filmach. Zawsze kiedy wracam z Łodzi, moja głowa eksploduje od nowych pomysłów na popularyzowanie kina niemego/slapstickowego. Organizatorzy zapowiadają gruntowne zmiany przy okazji kolejnych edycji Kamery Akcji. Biorąc pod uwagę moje dotychczasowe doświadczenia z tym festiwalem, jestem z pewnością zaintrygowany, ale spokojny jednocześnie.

Kolejna edycja Festiwal Kamera Akcja zakończył się w niedzielę. Ciągle wracam myślami do atmosfery tam panującej, do długich dyskusji, do seansów… i już zaczynam tęsknić.W ciągu 5 nocy przespałem 21 godzin, co daje trochę ponad 4 godziny na dzień. Czyni to tę edycję najbardziej wyczerpującym festiwalem w moim życiu.
2 – w tylu warsztatach brałem udział. Pierwszy dotyczący programowania festiwali. Dobrze uporządkował wiedzę; podczas drugich miałem przyjemność słuchać jak tworzyć podcast/vlog filmowy. Dowiedziałem się, że podcast o kinie niemym „to już byłaby jakaś perwersja”, z czym się w zupełności zgadzam. Mam wiele inspirujących przemyśleń oraz pomysłów na przyszłość mojego bloga.
1 – tyle kubków wygrałem w trakcie całonocnej dyskusji w spontanicznym konkursie (za zadanie było odgadnąć filmowy kalambur, a chodziło o JOKERA); dyskusja ta, nawiasem, przyczyniła się prawdopodobnie do mojego skrajnego wyczerpania na festiwalu.
10 – tyle filmów zobaczyłem w trakcie festiwalu. Kilka zdań przemyśleń w pod każdym kadrem/plakatem w albumie.
0 – tylu filmom NIE dałem serduszka na Filmwebie. Zapytacie o pokaz z VHS HELL, no ale helo. Serduszko musi być 
1 – to pierwszy festiwal, na którym nie zobaczyłem słabego filmu (seansu VHS Hell w to nie wliczam). Klucz do sukcesu? Zaufałem osobie, która zna się na rzeczy, która dopieściła swój cykl filmów coming of age, czyli Patrycja Mucha aka Filmowe odloty. Dodatkowo zdałem się na nazwisko Melville'a (dzięki za kontekst w prelekcjach Sebastiana Smolińskiego czułem się dużo bezpieczniej w trakcie seansów), którego filmy i tak już dawno miałem nadrobić. Przy Zahlerze trochę ryzykowałem, ale koniec końców opłaciło się.
Rok – tyle muszę czekać na kolejną edycję 

Dodatkowo: Największa "gwiazda" wśród obsługi festiwalu, ze względu na ogromne niewyspanie, nieogarnięcie życiowe: JA. Oczywiście zapomniałem odebrać nagrody.

Za korektę dziękuję Kornelii i Patrycji 

Obraz może zawierać: 3 osoby, ludzie siedzą i w budynku

Dzień pierwszy
„Milczenie morza" (1949), reż. Jean-Pierre Melville – urzeka mnie poziom poetyckiego dramatyzmu na granicy pretensjonalności. Potęga kulturowa Francji, jest tutaj tym silniejsza, gdyż ukazana z punktu widzenia wroga. Jak wielka musi być siła kraju skoro uwiodła nazistę? Plus: większość nazistów była zła, ale świetnie się ubierali.

Obraz może zawierać: 1 osoba

Dzień drugi
„Szpicel"(1962), reż. Jean-Pierre Melville – poziom skomplikowania jest równy powieściom le Carre'a. W pewnym momencie przestałem śledzić fabułę, gdyż jej zaplątanie przekroczyło moją zdolność połączenia tego wszystkiego w sensowną całość. Szczególnie o dziesiątej rano po kilku godzinach snu. Ciut zbyt przeciągnięty finał. Mimo tego oglądałem „Szpicla" z ogromną przyjemnością. Jest pewien urok w tym jak bardzo Francuzi byli wtedy zapatrzeni w amerykańskie kino gangsterskie.

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i tekst

Dzień drugi
„Diego" (2019), reż. Asif Kapadia – nie znałem wcześniej zupełnie historii Diego Maradony. Ciągle tylko słyszałem, że jak chcę poznać styl gry tego piłkarza to powinienem zobaczyć dwie bramki, które strzelił Anglii na Mundialu w ’86. Kapadia nie ukrywa, że jeden z największych piłkarzy w historii futbolu kryształowym człowiekiem nie był. Mimo to film w finale wzruszył mnie do łez. Świetny dokument.

Obraz może zawierać: 2 osoby, zbliżenie

Dzień drugi
„Chłopczyca" (2011), reż. Céline Sciamma – 11-letnia dziewczynka poszukuje swojej tożsamości płciowej. Konfrontuje się z oczekiwaniami swoich rówieśników i rodziny. Mało odkrywcze ale ładne, subtelne (zazwyczaj), bez łatwych odpowiedzi. Uwielbiam tutaj, siedmioletnią wówczas, Malonn Lévana’e, która gra rezolutną i przeuroczą siostrę głównej bohaterki.

 

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i ludzie stoją

Dzień trzeci
„W kręgu zła" (1970), reż. Jean-Pierre Melville – Podobno najlepszy film Mellville’a. Z czterech, które widziałem zdecydowanie jest to tytuł słuszny. Poziom niewymówionej nigdy lojalności spowodował, że serce mnie bolało na finale. Scena napadu wykręciła ze mnie siódme poty ze stresu. Ostatnio czułem się podobnie na seansie „Serpico" de Palmy, na scenie w klubie bilardowym.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień szósty i siódmy

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień szósty i siódmy

Na zdjęciu moje cieszyńskie zdobycze (które mnie cieszą, rzecz jasna) i Gracjan. Kociak i zdobycze leżą na poduszkach. Kupiłem je u pani, która sprzedaje je za śmieszne dwa złote za sztukę. Pani przesiaduje na ulicy Głębokiej w Cieszynie. Często od godziny dziesiątej, przy księgarni Mole Mole, ale też nie zawsze. Trzeba wypatrywać. Cieszynianie i drodzy turyści odwiedzający to piękne miasto: pomóżcie tej pani i kupujcie te poduszki. Każda z nich służy mi i moim kotom, kiedy siedzimy na twardych krzesłach. Pomóżcie tej Pani uzbierać na potrzebne leki, na których kupno nie może sobie pozwolić z pieniędzy z renty. Dobre słowo i chwila wolnego czasu na pewno też będą pomocne.

W czwarteczek było #króciutko, jednocześnie #szybciutko. Bardzo krótkie seanse, ale przerwy między projekcjami były tak krótkie, że obiad zjadłem dopiero o godzinie dwudziestej #sohealthy #zyciefestiwalowicza.

1. „Książę i Dybuk" (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski  – Jedna z pozycji na moim stosie wstydu sprzed dwóch lat. Niesamowity portret wyalienowanego pasjonata, Miszo Waksa, znanego bardziej jako Michał Waszyński. A był to człowiek fascynujący i tajemniczy, którego życie przebiegało prawdopodobnie pod znakiem ciągłej autokreacji i wyparcia swojego „ja”. Piszę „prawdopodobnie”, gdyż mnóstwo informacji nie jest podana jako stuprocentowy pewnik. Aura tajemnicy unosząca się nad postacią reżysera czyni ten film trzymającą w napięciu opowieścią o tytanie pracy, który był jednocześnie (idąc za Piotrem Czerkawskim) rzeczywistym wcieleniem Zeliga. Niewiera i Rosołowski wykonali potężny risercz, by wydobyć na światło dzienne fotografie i wspomnienia pojedynczych osób, które pamiętały jeszcze Waszyńskiego.

2. Drugi blok krótkich metraży Jana Švankmajera – w sobotę zobaczyłem cztery filmy: „Ogród" (1968), „Mieszkanie"(1968), „Don Juan" (1969), oraz „Zamek Ontarntski (1977). W drugim bloku znalazło się pięć „szortów”: „Upadek domu Usherów" (1980), „Wymiary dialogu" (1983), „Wahadło, studnia i nadzieja" (1983), „Koniec stalinizmu w Czechach" (1990), „Jedzenie" (1992).

I to właśnie ta ostatnia pozycja przypadła mi szczególnie do gustu. Odebrałem ją jako przezabawną krytykę kapitalizmu, przez pryzmat trzech posiłków: śniadania, obiadu i kolacji. Śniadanie to tutaj wyzysk człowieka przez człowieka. Obiad to szpila wbita w różnice klasowe, gdzie niższe klasy próbują bezskutecznie aspirują do wyższych poziomów drabiny ekonomicznej, podczas gdy bogatsi głodni sukcesów, choćby po trupach osiągną swój cel. Kolacja z kolei jest tutaj satyrycznym przedstawieniem snobizmu i wynikającego z niego ekshibicjonizmu wyższych klas społecznych.
To moja interpretacja a przecież każdy ma swój surrealizm. Napiszcie w komentarzach czym dla Was jest „Jedzenie" Švankmajera!

3. „Love express. Zaginięcie Waleriana Borowczyka" (2018), reż. Kuba Mikurda – to kolejna poważna zaległość w zakresie dokumentów z ostatnich lat. Podszedłem do tego filmu będąc kompletnie zielonym ze znajomości twórczości Borowczyka. Pomimo, że jest to jeden najważniejszych twórców nurtu surrealizmu (nie tylko filmowego) w Polsce, jego dorobek filmowy zupełnie mnie jako widza ominął. I jako zachęta do zapoznania się z jego filmami ten dokument sprawdza się doskonale. Z filmu Mikurdy wyłania się człowiek, którego ogromne pokłady kreatywności zniszczyły oczekiwania producentów. Łatka „reżysera filmów soft porno”, którą reżyser w LOVE EXPRESS stara się zerwać, ciążyła Borowczykowi do końca jego kariery filmowej. Świetny film o fascynującej osobie. Z wielką chęcią zasiadłem do seansu „Dzieje grzechu" w dniu następnym.

Ostatni dzień Kinie Na Granicy. I tylko dwa filmy.

1. „Coś z Alicji" (1988), reż. Jan Švankmajer – ostatni film tego reżysera na festiwalu. Adaptacja książki Lewisa Carrolla, w formie sennej mary na oko dziewięcio~, dziesięcioletniej Alicji. Koszmar będącej u progu dojrzewania dziewczynki najeżony jest subtelnymi, acz wywołujących dyskomfort odwołaniami do Freuda*. To był ten seans, na którym stwierdziłem, że tak długi odpoczynek od surrealizmu sprawił, że moje ulubione filmy Švankmajera to te najbardziej przystępne w odbiorze (czyt. „najłatwiej poddające się szybkiej i prostej analizie). Jednak po przeczytaniu artykułu Adriany Prodeus na łamach kwietniowego wydania Kina przypomniałem sobie, dlaczego tak bardzo fascynuje mnie ten nurt w kulturze. U jego podstaw leży wywoływanie dyskomfortu, szokowanie, ale przede wszystkim wymykanie się różnym próbom jego analizy. Wygląda na to, że moja podświadomość bardzo się rozleniwiła.

*Książkowe przygody Alicji bywają interpretowane w duchu Freuda, jako seksualne dojrzewanie młodych dziewczyn. Fascynujący trop.

2. „Dzieje grzechu" (1975), reż. Walerian Borowczyk – Jeden z tych filmów, które doceniam za niesamowitą spójność realizacyjną, scenariuszową, aktorską, a jednak jego estetyka nie do końca do mnie przemówiła. Film Borowczyka odebrałem jako groteskową dekonstrukcję kruchego męskiego ego, o przewrotnie profeministycznym wydźwięku. I wszystko mi się tu składa i do siebie pasuje, nic nie zgrzyta a jednak barokowa poetyka zupełnie do mnie nie trafia. Co mnie irytuje, bo nie potrafię tego rozgryźć. Może konieczny jest kolejny seans, żeby docenić tę barokową estetykę?
Wiem jedno: przeczytaniu recenzji Michała Oleszczyka, nabrałem ochotę na powtórny seans: „CARNAL KNOWLEDGE: "STORY OF SIN" COMES TO BLU-RAY". Może i Was zachęci do obejrzenia (w całości na YouTube), po jego lekturze tego tekstu.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień piąty

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień piąty

Na zdjęciu widać zza okna, na Cieszyńską Wenecję Flipa i Flapa <3

Dzień piąty na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici i trzy filmy. Wynik 2/3, więc jest całkiem dobrze.

1. „Fuga" (2018), reż. Agnieszka Smoczyńska  - Miałem szczękę na podłodze po seansie. Szczęka znaleziona, ma się dobrze. Wrażenie niesamowitości pozostało. Skoro wreszcie w polskim kinie dostaliśmy film zrobiony przez kobiety, podejmujący się m.in. tematu oczekiwań społecznych wobec kobiet właśnie, nie pozostaje mi nic innego jak oddać głos krytyczce filmowej. Polecam zatem lekturę tekstu autorstwa Magdaleny Wichrowskiej opublikowanej na łamach Czasopismo EKRANy: http://ekrany.org.pl/odkrycia/fuga/ - podpisuję się pod każdym słowem tej recenzji.
Pozwolę sobie też na drobną dygresję. Na Mediakrytyk autorami recenzji filmu Smoczyńskiej to w dużej większości mężczyźni. Z kolei pod wszystkimi recenzjami z najniższymi ocenami (pięć oraz sześć na dziesięć) widnieją męskie nazwiska. Drobny szczegół a jak wiele mówi, prawda?

2. „Wielka majówka", reż. Krzysztof Rogulski (1981) - kontestacyjne kino drogi z klasycznym zderzeniem przeciwstawnych charakterów: romantycznego nastolatka i nieco starszego od cwanego mitomana. Buntują się przeciw zasadom stworzonym przez pokolenie ich rodziców. Kiedy świat zamyka drogę do marzeń, a negocjacje przestają mieć sens, jedyną dostępną formą buntu jest ciągła ucieczka. Film Rogulskiego jest także krytyką kapitalizmu. Młodzi żyją chwilowymi podnietami a starsi niby mają świadomość niepewnej przyszłości ekonomicznej, ale nikt im nie pokazał jak się przed nią zabezpieczyć. Wielce prorocze przemyślenia tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego.
Po latach można dostrzec jeszcze jednego bohatera „Wielkiej majówki". Jest nim Warszawa. Mamy jako widzowie, często młodzi, okazję zobaczyć stolicę od strony jak na tamte czasy luksusowej, a jednak z dzisiejszej perspektywy nieco przaśnej.
Chcecie się więcej dowiedzieć o tym fascynującym (i chyba jedynym) przykładzie kina kontestacji z czasów PRL? polecam tekst Patrycji: „Wielka majówka".

3. „Piwnica" (2018), reż. Igor Vološin - Táni pracuje w hodowli bydła. Przeczuwa, że Milan jej mąż i muzyk rockowy ma romans, ale ona ciągle ma nadzieję na uratowanie małżeństwa. Gdyby nie córka pewnie już dawno by się rozwiedli. Kiedy po suto zakrapianej imprezie znika Milan postanawia ja odnaleźć na własną rękę...
Macie wrażenie, że już widzieliście ten film? Coś z Liamem Neesonem? Byłoby fajnie, ale to nie jest przypadek tego filmu. Nawet kiedy wydaje się, że wjedzie klimat rodem z LABIRYNTU Villenueva, to szybko ta nadzieja zostaje pogrzebana. To najgorszy typ kina - nijaki. „Ostry nóż", który widziałem dzień wcześniej poruszał podobną tematykę. Można było zobaczyć kolokwialnie mówiąc „bez bólu" - to sprawnie, chociaż przewidywalne poprowadzony dramatem rodziny, borykającej się że stratą zamordowanego przez neonazistów syna. Ojciec był megairytującym bohaterem, ale był jakiś. Jedyne co wzbudziła we mnie Piwnica" to znużenie.
Nauczka na przyszłość: jeżeli chcesz coś obejrzeć, a dzień festiwalowy dobiegł końca, kup sobie dostęp do jakiegoś filmu na vod. Zaufaj swojej intuicji.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień czwarty

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień czwarty

Słów kilka o filmach, które zobaczyłem we wtorek na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici.

źródło: https://kinonagranicy.pl/pl/film/ostrym-nozem

1. „Ostrym nożem" (2019), reż. Theodor Kuhn - mocno średnia i miejscami niepotrzebnie stereotypowa historia rodziców, stających w obliczu morderstwa ich syna. Oczywiście sprawa w sądzie zostaje umorzona, więc nie kto inny a ojciec zamordowanego chłopca próbuje dochodzić na własną rękę sprawiedliwości w organach państwowych, co zmusza go do walki z bezdusznym prawem karnym. Jak się okazuje, rodzice prawie nie znali swojego syna, a dzięki śledztwu wychodzą na jaw kolejne tajemnice. Całej sprawie nie pomaga fakt trudnych relacji na linii ojciec - syn. Jeśli dołożymy do tego fakt, że to matka pełni funkcję głosu rozsądku, kompletnie pozbawiając ją osobniczych cech charakteru, to będziemy mieli mniej więcej nakreśloną fabułę filmu jakich powstało całe mnóstwo.
Szkoda, że twórcy nie wykorzystali potencjału tkwiącego w postaci córki. Całkowicie pominięto tutaj jej cierpienie w związku z utratą brata. To świetny casting, więc istnieje spora szansa, że dziewczyna (nie potrafię znaleźć jej imienia aktorki) podołałaby temu aktorskiemu wyzwaniu.
Podobało mi się również pokazanie jak sobie radzą z utratą bliskich społeczności wiejskie, w scenie sekwencji pobytu rodziny u matki jednego z rodziców. Twórcy sportretowali intymny świat modlitw żałobnych w malutkim wiejskim kościółku. Szkoda, że brakło miejsca na więcej takich niuansów.
Jednak trzeba oceniać film, który się widziało. A mimo sprawnej realizacji (dobre zdjęcia i praca kamery) „Ostrym nożem" jest filmem przewidywalnym i niewiele wynoszącym do tematu żałoby po tragicznie zmarłych najbliższych.

„Szaleni", byli czeskim kandydatem do Oscara w 2006 roku. Niestety nie zakwalifikował się nawet do głównego konkursu. Nawet w Czechach film otrzymał Czeskie Lwy tylko za kostiumy i plakat filmowy, autorstwa Evy Švankmajerovej, który możecie zobaczyć powyżej.

2. „Szaleni" (2005), reż. Jan Švankmajer- surrealistyczna interpretacja postaci Markiza de Sade na podstawie opowiadań Markiza i opowiadań Poego. Historia opowiedziana jest z punktu widzenia Berlota, którego nękają koszmary o tym, że pracownicy szpitala psychiatrycznego siłą zakładają mu kaftan bezpieczeństwa.
Żyjemy w takich czasach, że ktoś spokojnie mógłby pozwać Švankmajera o obrazę uczuć religijnych po premierze tego filmu przez organizacje religijne (a może został? ktoś coś?). Są tu momenty, przy których określenie „jazda po bandzie" to bezpieczny spacerek chodnikiem. Reżyser nie pierdoli się w tańcu, nie bierze jeńców i w pierwszej części filmu serwuje widzom czarną mszę połączoną z orgią i stekiem bluźnierstw. I kiedy wydaje się, że pionki na planszy są już rozstawione, akcja przenosi się do psychiatryka, przejętego siłą przez de Sade (rewelacyjna rola Jana Třískawy) wyniku czego zmieniony został w siedlisko hedonizmu w najgorszym guście, gdzie spełnia się najdziwniejsze zachcianki pacjentów.
Švankmajer hołdując zasadzie "każdemu po równo", skierował fabułę w stronę kafkowskiej dezorientacji. Zagubiony Berlot, podobnie jak widz nie wie po czyjej stanąć stronie: sadystycznych (sic!) lekarzy, czy pielęgnującego fobie pacjentów, Markiza. Mniejsze zło? A co jeżeli nawet takiego wyboru nie ma?
To co początkowo wydaje się być filmem obliczonym na tanie szokowanie widza, płynnie zmienia się w groteskową wizję świata, w którym dobro nie ma racji bytu. Czymże jest kropla czystej wody, w obliczu rwącego potoku ścieków? Dla mnie był to bardzo (hehe) odświeżający seans, mimo że jak to bywa z filmami tego reżysera, bywał męczący.

 

3. „Rusałka" (1977), reż. Petr Weigl - czechosłowacka filmowa adaptacja "opery do libretta Jaroslava Kvapila o tragicznej miłości rusałki księcia" - tak brzmi opis filmu w katalogu festiwalowym. Podjąłem się ryzyka w imię poszerzania horyzontów, gdyż opera leży daleko poza spektrum moich zainteresowań.
Opłaciło się. To zdecydowanie największe zaskoczenie tego festiwalu. Absolutnie niesamowite doświadczenie filmowe. Będzie pisane

.

 


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień trzeci

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień trzeci.

Czy temat bananów w internetach jest już przebrzmiały w kontekście pozytywnego rozwiązania tego cyrku z cenzurą sztuki? Zaryzykuję, bo mam zaiste suchą opowiastkę będącą kolejnym przykładem mojego życiowego nieogaru. Otóż dwa razy kupiłem dwa kilogramy bananów, których, bo miałem sporo rabatu (aż 1,50 PLN) - za pierwszym razem zapomniałem go użyć, więc żeby się nie zmarnował zrobiłem zakupy ponownie. Tym samym na festiwal wziąłem ze sobą cztery kilogramy tych owoców i sieję zgorszenie na ulicach Cieszyna. Taka historia.

Poniżej słów kilka o poniedziałku na 20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici. Trzy filmy i jeden wykład.

1. „Czas sług" (1989), reż. I. Pavlaskova  - czas na #ciarkiżenady. Film jest próbą dekonstrukcji patriarchatu jako systemu opartego na pieniądzach i manipulacji, w czasach komunistycznego reżimu w Czechosłowacji. Główną bohaterką jest Ivana, skupiająca w sobie wszystkie stereotypowe cechy jędzy ostatecznej. Jak sama mówi o sobie mądry mężczyzna to ten, który ją podziwia, a piękny jest ten, który chce ją poślubić. Nie dziwota, że wizja sukcesu feministek jest jej bardzo nie w smak. Poznajemy ją jako nieśmiałą studentkę ostatniego roku medycyny. Bierze ślub z chłopakiem swojej przyjaciółki, aby zrobić na złość donżuanowi, który niedawno ją porzucił dla innych kobiet. Papierowi małżonkowie zakochują się w sobie, mimo jasnych symptomów niestabilności psychicznej Ivany. Ze sceny na drugą, toksyczne uczucie staje się w pełni odwzajemnionym i płomiennym, bo tego wymaga fabuła.

Jest tu spory potencjał na kampowy film. Trzeba by tylko zostawić pomysł wyjściowy o toksycznej, niezrównoważonej kobiecie, która niszczy wszystkich, aby osiągnąć swój cel, a całość nakręcić w konwencji „Mody na sukces". Może, może wtedy dałoby się to oglądać. Przez seans tego pokracznego filmidła zrezygnowałem z zaplanowanego seansu. Pozwoliłem mojemu mózgowi ostygnąć po dwugodzinnym gotowaniu. Zamiast tego wybrałem...

2. ...wykład o filmie polskim po '89 roku Janusza Zaorskiego.
Reżyser „Matki królów" to bez wątpienia osoba o ogromnym doświadczeniu twórczym i charyzmie. Jednocześnie jest to człowiek o ogromnym uroku osobistym i świetnym poczuciu humoru. Dzięki temu wykład słuchało z ogromną przyjemnością. Reżyser opowiadał o swoim i znajomych po fachu, poczuciu zagubienia w nowej rzeczywistości po upadku żelaznej kurtyny. O nadziei jaką niósł ze sobą początek XX wieku, z utworzeniem PISF'u na czele. Mówił wreszcie o sukcesach polskiego kina obecnie, które triumfuje coraz częściej poza granicami naszego kraju. Co ciekawe reżyser pominął tak ważnych dla pokoleń "ejtisów" i "najntisów" reżyserów jak Machulski, czy Pasikowski. A to przecież ci twórcy właśnie na początku w latach '90 kształtowali kino popularne w naszym kraju, a wiele z nich jest dla przedstawicieli tych pokoleń określanych jako "kultowe". Podoba mi się, że pan Janusz docenia świeżą krew wśród reżyserów i reżyserek filmowych.

źródło: https://kinonagranicy.pl/pl/film/lekcja-fausta

3. „Lekcja Fausta" (1993), reż. Jan Švankmajer - po kilku filmach tego czołowego współczesnego surrealisty-filmowca można bez problemu stwierdzić jak bardzo wszechstronnym tematycznie twórcą jest Švankmajer. „Spiskowcy rozkoszy" są filmem dekonstruującym obsesje seksualne w duchu freudyzmu; w „Małym Otiku" czeski twórca wziął na tapet temat macierzyństwa; „Don Juan" z kolei jest grosteskową parodią szekspirowskich dramatów. Oczywiście każdy z tych filmów ma swoje elementy wspólne, po których bardzo szybko można rozpoznać styl i inspiracje czeskiego surrealisty: teatr, pomieszanie porządków narracyjnych (teatralnej i filmowej), grosteska, czy silna anty-religijność. Švankmajer jest oczywiście kojarzony również z teatrem kukiełkowym. Po kilku jego filmach mogę spokojnie stwierdzić, że to najbardziej męczący element jego filmów. A w surrealistycznej interpretacji „Fausta" Goethego, drewniane kukiełki zajmują połowę czasu ekranowego. I jeśli męczyłem się podczas wspomnianego trzydziestominutowego Don Juana", to możecie sobie wyobrazić co czułem na ponad półtoragodzinnej Lekcja Fausta". Natomiast w żadnym wypadku nie był to słaby film! Znowu groteska, autotematyzm (teatr w filmie) i silny deliryzm królują. Jednak po takiej ogromnej dawce tego wszystkiego, stwierdziłem, że po seansie „Małym Otiku" mogą mnie wynieść w kaftanie z kina...

źródło: http://bombafilm.pl/glos-pana-na-podst-stanislawa-lema-jesienia-w-kinach/

4. „Głos Pana" (2018), György Pálfi  - ...dlatego wybrałem się na najnowszy film twórcy „Panie i panowie: ostatnie cięcie". Tamten film jest uważany przez wielu za symboliczne zakończenie filmowej epoki postmodernizmu, jako nostalgiczny wideoesej ostateczny, którego narracja utworzona została z ogromnej ilości wycinków scen z różnych znanych filmów (do zobaczenia w całości na YouTube). Z „Głosem Pana", będący adaptacją opowiadania Stanisława Lema, łączy go właśnie ta wideoeseistyczna energia. Jednocześnie jest to film trudny do zakwalifikowania. Pálfi stosuje różne sposoby przekazu informacji wizualnej: filmu kręconego ręczną kamerą, przez komunikatory video, po obraz z nawigacji satelitarnej. W dodatku ilość i sposób wtrąceń montażowych, często nie mających nic wspólnego z fabułą, czyni film nieokreśloną hybrydą filmowo-wideoeseistyczną. Zapytacie, czy idzie za tym jakaś treść. Szczerze? Nie wiem. Porusza się tu co prawda temat poświęcenia rodziny na rzecz nauki i ochrony ludzkości, ale sami przyznacie, że brzmi to zbyt ogólnikowo. Co więcej, dotychczasowa zagraniczna recepcja krytyczno-filmowa nie jest zbyt pochlebna. Natomiast ten seans był ostatnim tego dnia, więc moje możliwości percepcji były już mocno ograniczone do samych wizualiów. Pozwoliłem, więc omamić się formą realizacji filmu i dał mi ogromną frajdę. Liczę na jakieś seanse w naszym kraju Bomba Film musicie. Ale kto wie? Może pojawi się na Festiwal Kamera Akcja? Tam lubi się wyświetlać takie smakowite kąski. Anyway: warto. Pálfi czuje tętno pulsu współczesnej widowni i współczesnych czasów. Polujcie na film w kinach studyjnych.