"Teraźniejszość staje się ciekawa dopiero jako przeszłość" - wywiad z Kirszenbaum [24. Festiwal Filmu Niemego]

"Teraźniejszość staje się ciekawa dopiero jako przeszłość" - wywiad z Kirszenbaum
[24. Festiwal Filmu Niemego]

Kirszenbaum jest jak Wyspiański na mefedronie.

Ożywia postfolkowe zgliszcza, wyznacza im świeże kierunki i wrzuca prosto na loopery, ze słowiańskim przytupem zderzając Toma Waitsa i Junip. Zola krzyczy na klezmerów, Henry Miller tańczy z Muminkami, a efektem jest melancholijna intertekstualna karuzela. Kierkegaard pisał o nich: „To chyba jazz”. Nic bardziej mylnego. W warstwie muzycznej, mocno eklektyczny styl projektu oparty jest na bliskiej współpracy gitar, post-rockowych skrzypiec i nagrywanych na żywo loopów. Wszystko to składa się na współczesną i bardzo specyficzną interpretację słowiańskich, klezmerskich i anglosaskich folków, podlaną dynamicznym, szepcząco-krzyczącym duetem wokalnym."

Tak piszą sobie Jakub Wiśniewski i Kacper Szpyrka z duetu Kirszenbaum, którzy w tym roku ponownie zagrają na żywo w ramach Festiwalu Filmu Niemego w Krakowie. Zagrają do filmu Mauritza Stillera Skarb rodu Arne (1919). Udało nam się w tym zabieganym festiwalowym czasie porozmawiać o przygotowaniach do koncertu, swojej wrażliwości czy wrażeń po seansie i jak film wypada w porównaniu z książkowym oryginałem. Zapraszam do lektury!

Robert Siwczyk: Zacznę od trochę banalnego pytania, ale nie potrafiłem na niego znaleźć odpowiedzi: czy Kirszenbaum  jest nawiązanie do nazwiska jednego z uczniów z Bauhausu?

Kacper Szpyrka: To nie jest jakaś taka skomplikowana historia. Kirszenbaum to po prostu pseudonim Kuby z czasów studenckich. Dobrze brzmiało. Mieliśmy kilka różnych pomysłów na nazwę i ten dostał najwięcej punktów.

Robert Siwczyk: Wpada w ucho, zdecydowanie. Natomiast alternatywna historia z uczniem Bauhausu, która może wydarzyła się w równoległym świecie, byłaby całkiem zgrabna. Wasze teksty mają posmak surrealizmu, trochę dada. Bawicie się słowem i myślę, że na uczelni Bauhausu doskonale byście się odnaleźli.

Kacper Szpyrka: Następnym razem opowiemy taką wersję. (śmiech)

Skarb rodu Arne (1919), reż. Mauritz Stiller, Kadr pochodzi ze zbiorów © Svenska Filminstitutet Swedish Film Institute

Robert Siwczyk: Już chciałbym się skupić w tym wywiadzie na muzyce do filmów niemych, którą gracie. Byliście już obecni na Festiwalu filmu Niemego w Krakowie. Wtedy graliście do komedii slapstickowych z Chaplinem i Keatonem. Po czterech latach znowu zagracie w ramach FFN, tym razem do skandynawskiego dramatu, Skarb rodu Arne. Kiedy słuchałem was na koncercie w Gliwicach na koncercie w ruinach Teatru Victoria, bardzo szybko stwierdziłem, że Wasza muzyka idealnie by pasowała do takich niemych klasyków jak Pancernik Potiomkin czy do filmów niemieckiego ekspresjonizmu.  Zakres Waszej wrażliwości muzycznej jest bardzo szeroki. Macie jakiś ulubiony gatunek filmowy, do którego lubicie grać?Kacper Szpyrka: Właśnie chyba uderzyłeś w samo sedno, przynajmniej tak mi się wydaje, że ekspresjonizm niemiecki to jest bardzo nasz klimat.Jakub Wiśniewski: Trochę tego ekspresjonizmu weszło w nasze pierwsze kolaże filmowe, więc chyba rzeczywiście coś w tym jest.Robert Siwczyk: Zobaczyłem sobie kilka Waszych kolaży, w trakcie przygotowań do wywiadu. Pierwszym z nich był Lou i uderzyło mnie jak wiele filmów niemych tak zawarliście i zestawiając fragmenty różnych filmów, stworzyliście własny język zahaczający o język surrealizmu i dada. I robicie to w tych kolażach na tyle swobodnie, że zastanawiam się jaką część Waszej twórczości stanowią ilustracje muzyczne do filmów niemych, na żywo czy w formie wideo właśnie.Kacper Szpyrka: Nie powiedziałbym, że granie na żywo do filmów niemych to jest główna nasza działalność, bo w niedzielę zrobimy to dopiero drugi raz.Jakub Wiśniewski: Nie licząc wyświetlania kolaży na koncertach, co też, technicznie rzecz biorąc, jest graniem do filmów niemych, ale poszatkowanych.Kacper Szpyrka: Sensu largo - tak. Na pewno te filmy ukształtowały nasz sposób myślenia o muzyce, którą tworzymy. Odkąd zaczęliśmy robić te klipy, to na niektórych trybikach w naszych mózgach odpowiedzialnych za tworzenie muzyki pojawił się wygrawerowany napis: „kino nieme”.Jakub Wiśniewski: Jakieś sprzężenie zwrotne się zrobiło, bo to zaczęło wpływać na to, co tworzyliśmy później, zrobiła się z tego kreatywna zamknięta pętla. Natomiast to nie jest tak, że my jesteśmy hardkorowymi znawcami i fanami kina niemego albo kina w ogóle. Pociągają nas różne rzeczy i kiedy wydają nam się ciekawe, to w nie idziemy. Czasem zabrniemy w takie rejony jak kino nieme, a że ostatnim razem na Festiwalu Filmu Niemego było bardzo fajnie, to bardzo się ucieszyliśmy, że będziemy mogli zagrać również w tym roku.

Robert Siwczyk: Myślę, że takie świeże spojrzenie na nieme kino, osób z zewnątrz, nie-fanów jest bardzo cenne. Dzięki temu możecie spojrzeć na materiał filmowy jako podstawę do dalszej obróbki, ciekawych zestawień montażowych.
Dobrze kojarzę, że sami montujecie swoje kolaże? Właśnie Lou zmontowałeś Ty Jakubie, prawda?

Kacper Szpyrka: Większość filmów Kuba zrobił, ja zrobiłem chyba trzy.

Jakub Wiśniewski: Teraz sobie pomyślałem, że nasze podejście do tego materiału jest w gruncie rzeczy hip-hopowe. Zabierasz fragment istniejącego dzieła i dajesz mu nowe życie.

Robert Siwczyk: To jest bardzo w duchu myśli found footage, według której zestawiacie ze sobą dwie rzeczy i tworzycie nową jakość.
Opowiedzcie proszę trochę o przygotowaniach do grania do niemych filmów na żywo. Jak bardzo różni się on od przygotowania się do nagrywania płyt studyjnych?

Kacper Szpyrka: Tak to jest osobna kategoria. Oprócz grania do filmu niemego, czytaliśmy performatywnie książki i graliśmy jednocześnie do tego improwizowaną muzykę. Tego typu wydarzenia wpisują się właśnie w ten nieco odmienny nurt naszej twórczości.

Jakub Wiśniewski: Ostatnio przeżyliśmy też brutalne zderzenie   z improwizowaną muzyką instrumentalną podczas trasy w Japonii, gdzie mieliśmy okazję zagrać koncert z panem o nazwisku Keiji Haino (legendą japońskiej muzyki eksperymentalnej i performatywnej, w pełnym znaczeniu tego słowa). Zagraliśmy tam dwugodzinny koncert podzielony na dwie części, w trakcie którego żywioł porwał nas w stu procentach. W nieco podobny sposób podchodzimy grania do filmów niemych.

Kacper Szpyrka: Dzielimy sobie film na segmenty, ale w trakcie tych segmentów różne rzeczy się mogą wydarzyć.

Jakub Wiśniewski: Nie układamy soundtracku, tylko robimy swoje, rzucamy tym w ekran i patrzymy co się stanie.

Robert Siwczyk: W trakcie różnych seansów filmów niemych czy to z nagraną muzyką, czy z muzyką na żywo można czasem usłyszeć wokalizy, na przykład w postaci pojedynczych słów, które przechodzą w melodie, albo po prostu nucenie melodii. Czy myśleliście o tym, że dodawać takie elementy do swoich koncertów?

Kacper Szpyrka: Niczego nie wykluczamy, ale wydaje mi się, że mimo wszystko staramy się znać swoje miejsce w tej układance – mimo wszystko tylko tworzymy podkład muzyczny do przeżywania filmu, więc wydaje mi się, że pewien rodzaj wokalizy mógłby odciągnąć uwagę od tego, co się dzieje na ekranie, a to nie my jesteśmy w centrum. My jesteśmy z boku i gramy muzykę.
Nie chciałbym też, żeby to zabrzmiało, jakbym krytykował takie podejście tworzenia muzyki do filmu na żywo. Wydaje mi się, że np. transowe wokalizy jak najbardziej pasują.

Jakub Wiśniewski: Jest jeszcze jedna istotna kwestia: nie jesteśmy dobrymi wokalistami. Nasze wokale są folkowe, ale nie w znaczeniu europejskim, a amerykańskim: działają jedynie z tekstem. Są tylko najbliższym źródłu sposobem wyrażenia tego tekstu – po prostu akurat tak się zdarza, że ten sam człowiek, który go napisał, musi go wypowiedzieć, bo nikt inny tego za niego nie zrobi. Takie podejście do muzyki jest nieodłącznie związane z literaturą. To nie przypadek, że Dylan dostał Nobla z literatury…

Kacper Szpyrka: A nie na przykład z wokalu (śmiech).

Robert Siwczyk: Kilka razy już wspomniałem o tym jak bardzo kojarzy mi się Wasza warstwa tekstowa czy wizualna w wideoklipach kojarzy mi się z surrealizmem. Bardzo mnie ciekawi czy treść snów jest w jakiejś części podstawą Waszej twórczości?

Jakub Wiśniewski: Dobre pytanie. Nigdy o tym nie myślałem.

Kacper Szpyrka: To jest ciekawe pytanie, ale nie wiem czy do nas. Ja na przykład w ogóle nie pamiętam swoich snów….

Jakub Wiśniewski: …właśnie ja też.

Kacper Szpyrka: …a jeżeli pamiętam, to nie są podstawą do niczego, oprócz przemilczenia

Jakub Wiśniewski: To jest pytanie do jakiegoś dobrego psychoanalityka, który spędziłby z nami dwa lata i podzielił się swoimi wnioskami.

Robert Siwczyk: Pytam, bo wasze teledyski przywołują we mnie skojarzenia z duchem pierwszych filmów surrealistycznych, takich jak Złoty wiek czy Pies andaluzyjski. Właśnie podobny klimat dostrzegłem w chociażby w Się.

Jakub Wiśniewski: To był pomysł Mikołaja Janika, ale mocno zahaczał o to, co wcześniej wykoncypowaliśmy sobie sami. Postacie przypominające bliźniaków syjamskich   były nawiązaniem do okładki naszej EP-ki, autorstwa Zuzanny Wołejko. To swoją drogą może kojarzyć się z Golemem Wegenera, który też wylądował w paru naszych kolażach. No i proszę, rzeczywiście ten ekspresjonizm niemiecki gdzieś tu się przewija.

Robert Siwczyk: Zanim przejdziemy do filmu, do którego zagracie w ramach filmu zamknięcia tegorocznej edycji FFN, powiedzcie mi czy wśród filmów niemych, czy po prostu ogólnie rzecz ujmując starych, które widzieliście macie jakieś ulubione, które bardzo Wam zapadły w pamięć?

Kacper Szpyrka: Nie jest już film niemy, ale wykorzystałem z niego kilka kadrów w Dżinie. Chodzi mi konkretnie o meksykański film z lat ’60 pt. Macario. Jest to historia człowieka, który schodzi do zaświatów, które są wypełnione świeczkami, reprezentującymi życie jednej osoby. Główny bohater znajduje swoją świeczkę i próbuje własnymi siłami podtrzymywać jej płomień. Z ogromną chęcią widziałbym w podkładzie do tego filmu naszą muzykę.

Robert Siwczyk: Jakubie, a Tobie przychodzą do głowy jakieś starsze filmy, które szczególnie zapadły Ci w pamięć?

Jakub Wiśniewski: Na pewno duże wrażenie zrobił na mnie Vampyr Dreyera. Potężny film. Podobnie szwedzko-duński Häxan. Bardzo mocna rzecz, która też przeplata się w naszych kolażach.

Robert Siwczyk: Fascynujący film, który nawiasem jest częścią tegorocznego programu FFN.

Häxan (1922), reż. Benjamin Christensen

Jakub Wiśniewski: Z filmów niemych, zdecydowanie najlepiej czuję się w rejonie horroru, pewno ze względu na jakieś tam nie do końca uświadomione prywatne predyspozycje, ale ma to też chyba pewien okrutny sens, bo obcujemy przecież z dziełami ludzi martwych. Zaglądanie w przeszłość zawsze ma coś w sobie ze schodzenia do piwnicy. To współgra dobrze raczej z mroczniejszymi rzeczami.

Kacper Szpyrka: Po prostu teraźniejszość staje się ciekawa dopiero jako przeszłość. (śmiech)

Robert Siwczyk: Jakie wrażenie, jakie mieliście przemyślenia po seansie Skarbu rodu Arne, do którego zagracie w niedzielę?

Kacper Szpyrka: Ja najpierw przeczytałem książkę, potem obejrzałem film.

Jakub Wiśniewski: Zaczęliśmy razem czytać książkę w trasie. W aucie Kacper zapewnia nam rozrywkę jako lektor. Doszliśmy gdzieś do jednej trzeciej, a potem sobie dokończyliśmy osobno. To było moje pierwsze spotkanie z Selmą Lagerlöf.

Kacper Szpyrka: Ja miałem takie spostrzeżenie, że film dużo bardziej psychologizował elementy nadnaturalne. W książce autorka bardzo sugeruje, że te wydarzenia się dzieją naprawdę. Bohaterowie rozmawiają z duchami, obcują intensywnie z tą strefą nadnaturalną, która przenika stale naszą ziemską rzeczywistość. Bardzo dużo sytuacji opisanych w książce jest spowodowanych przez ingerencję tych duchów, które mają istotny wpływ na podejmowane przez bohaterów decyzje. Z kolei ich filmowe odpowiedniki podejmują te decyzje sami w oparciu o jakieś swoje przeżycia. Na przykład, kiedy głównemu złoczyńcy, Archiemu wydaje się, że włosy dziewczyny, którą zabił przeplatają mu się przez palce i jest to ukazane jako omam wzrokowy. Tak jakby tam siedział jakiś psycholog i mówił: Hola Hola, ja to zaraz wytłumaczę. To wcale nie tak, że to jakieś nadnaturalne siły tam ingerują.

Jakub Wiśniewski: Ja z kolei miałem wrażenie, że książka, zwłaszcza od połowy, robi się bardzo teatralna, czy nawet szekspirowska. Fabularnie to jest klasyczna historia, z mocno zaznaczonym morałem. Jako czytelnika współczesnego, trochę mnie to kłuje. Z drugiej strony, można ją potraktować jak baśń, trochę jak Balladynę. Z kolei motyw przybranej siostry głównej bohaterki kojarzy mi się z duchem Banka, z motywami makbetowskich wiedźm i tak dalej. Ci bohaterowie są w pewnym sensie sługusami jakiegoś fatum, które gdzieś krąży, a oni sami mają do podjęcia właściwie tylko jedną decyzję. Koniec końców to nawet nie oni ją podejmują, ponieważ bardzo widać, że jest ona narzucona przez autorkę. Realizmu psychologicznego tam nie widzę.
Były momenty w tej książce, gdzie miałem wrażenie, że autorka stara się, żebym polubił głównego bohatera, ale przez formę jaką obrała zupełnie jej się to nie udało. Chyba prędzej kupiłbym tę historię jako sztukę niż powieść. Film podchodzi jednak do niej inaczej, może w tym przypadku to nawet właściwsze medium?

Robert Siwczyk: To, o czym mówicie na temat filmu bardzo kojarzy mi się z Drem Caligarim, który powstał na rok po premierze Skarbu rodu Arne, który uznaje się za pierwszy film ekspresjonizmu niemieckiego. Był też jakąś próbą zgłębienia ludzkiego umysłu. To były też czasy Freuda i pierwsze kroki psychoanalizy, więc zwrot o którym mówicie jest też produktem swoich czasów.
Przechodząc powoli do końca naszej rozmowy, powiedzcie mi co planujecie na Wasz koncert w Kinie pod Baranami? Czego jako widzowie i słuchacze możemy się spodziewać?

Kacper Szpyrka: Ja nie powiem. (śmiech)

Jakub Wiśniewski: Sami do końca nie wiemy. Natomiast na pewno pojawi się dodatkowe instrumentarium.

Kacper Szpyrka: Instrumentarium, które pojawia się czasem na naszych albumach, a w trakcie grania muzyki do filmu będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, żeby przerzucić się z jednego instrumentu na drugi

Jakub Wiśniewski: …a w trakcie zwykłego koncertu nie mamy na to szans, bo jest nas tylko dwóch. Ciężar utrzymania uwagi odbiorcy jest podzielony między nas i film, więc możemy sobie pozwolić na więcej. Na przykład odłożyć na chwilę gitarę i wziąć coś innego, albo wsłuchać się na chwilę w tło, które nagrałem i nacieszyć się nim.

Robert Siwczyk: Czy to będą te same instrumenty, które są na koncertach?

Kacper Szpyrka: Tak plus coś dodatkowego, czego nie będziemy zdradzać.

Jakub Wiśniewski: Jeżeli organizatorzy ustawią nam fortepian w sali kinowej, to z chęcią skorzystamy.

Kacper Szpyrka: Niech nie ustawiają perkusji, bo Kuba jest uzależniony od grania na perkusji.

Robert Siwczyk: Dobrze pianino – tak. Perkusja – nie. Przekażę.

Kacper Szpyrka: Okej, możesz to dla mnie zrobić? Kiedy Kuba zaczyna grać na perce, cały świat przestaje istnieć. Wszyscy już się rozejdą, a Kuba tam jeszcze trzy dni będzie łoił w te gary.

Robert Siwczyk: Ogarnę temat.
Powiedzcie jeszcze gdzie można w najbliższym czasie was usłyszeć i zobaczyć?

Kacper Szpyrka: W styczniu szykuje się Kraków, ale jeszcze tego nie możemy potwierdzić.

Jakub Wiśniewski: Później za to na pewno szykuje się trasa ogólnopolska. Z dwoma innymi, bardzo ciekawymi składami.

Kacper Szpyrka: Też duetami, czyli szykuje się trasa trzech duetów…

Jakub Wiśniewski: …ale żeby było ciekawie, to nie powiemy jeszcze z kim. Natomiast wydarzy się to w kwietniu. Wcześniej będziemy mieli trochę pracy innego typu, bo w styczniu wchodzimy do studia, żeby nagrać nowy album. W najbliższym czasie to zdecydowanie nasz priorytet.

Robert Siwczyk: Jeśli mogę dorzuć na koniec coś od siebie, to moim małym marzeniem, po koncercie w Gliwicach, na którym byłem obecny, jest to, żebyście kiedyś nagrali muzykę do jakiegoś odrestaurowanego filmu przeznaczonego na nośniki fizyczne. Tego Wam życzę jako wielbiciel kina niemego i Wasz fan.

Jakub Wiśniewski: Nie mamy pojęcia jak się takie rzeczy załatwia, ale czekamy na propozycje.  Właściwie to słowa „Czekamy na propozycje” stanowiłyby idealny nagłówek dla każdego wywiadu Kirszenbaum.

Kacper Szpyrka: Jak się to załatwia? – Kirszenbaum. (śmiech)

Robert Siwczyk: Idealny!
Trzymam kciuki za koncert za pełną salę. Z tego co wiem, to wszystkie bilety są już wyprzedane. Nie mogę się doczekać niedzieli i seansu zamknięcia.
Skarb rodu Arne z muzyką na żywo duetu Kirszenbaum. Niedziela, 10 grudnia, godzina 20.45 w Kinie pod Baranami
Do zobaczenia, dzięki wielkie za wywiad i Wasz czas.

Kirszenbaum: Do zobaczenia! Dzięki wielkie. Hej


„Jánošík" (1921), reż. Jaroslav Siakel' [współpraca patronacka]

Jánošík (1921), reż. Jaroslav Siakel'

Początki słowackiej kinematografii są tyleż skromne co skomplikowane. Brak rodzimej szkoły filmowej, trudność określenia do jakiego kraju przynależy film na podstawie składu ekipy filmowej czy lokacji kręcenia filmu (jaki procent Słowaków w czechosłowackim filmie czyni film słowackim?) czy wreszcie język w jakim kręcone były filmy (język słowacki bywa często marginalizowany, jako mniej popularny od czeskiego) - to wszystko nie ułatwia opisaniu historii kina naszych południowych sąsiadów.

Zanim rozpocząłem pracę nad tekstem o filmie Janosik, chciałem wyklarować sobie sytuację czy jest jakiś konsensus wśród historyków co do tego jak określa się w jakim stopniu dana produkcja była słowacka czy też nie. Od razu zaznaczę, że uważam ten film za wszech miar niezwykły, biorąc pod uwagę na warunki w jakich powstawał i jak wysoką wartość artystyczną prezentuje. Powszechnie uznaje się, że jest to pierwszy słowacki film pełnometrażowy. Jednak co działo się przed rokiem 1921? Wiedziałem, że okres kina niemego dla Słowacji to głównie dystrybucja filmów francukich wytwórni jak Goumont czy Pathe. Interesowało mnie czy działo się coś jeszcze. Spodziewałem się, że sprawa nie będzie tak oczywista. Zapytałem Olę Pykę, z bloga Słowacystka czy coś więcej na ten temat:

Z tego, co znalazłam, to wcześniej pojawiły się dwie osoby, które kręciły filmy, ale tutaj można się spierać czy chodzi o Słowaków i o filmy, jako takie. W 1909 roku odbyła się premiera filmu Košické korzo na filmovom plátne (Koszycka ulica główna) na płótnie filmowym, ale był to krótki film dokumentarny. Powstał w Koszycach, w ówczesnych Austro-Węgrach, jego oryginalny tytuł jest węgierski Kassai korzó mozivásznon. A jego reżyserem był Alexander Lifka (1880-1952), który w internecie figuruje jako jugosłowiański filmowiec. W 1910 premierę miał składający się z kilku scen gag/skecz Únos (Uprowadzenie), jego reżyserem jest Eduard Schreiber (1876-1962), który wcześniej kręcił filmy dokumentarne. Natomiast jeszcze przed nimi nakręcono dwa filmy, które mogą mieć związek ze Słowacją: Rýchlik Košice Bohumín (Pociąg pospieszny Koszce Bogumin, 1904) i Posledná výprava Františka Rákocziho a jeho druhov (Ostatnia wyprawa Františka Rákocziego i jego towarzyszy, 1906). Natomiast brak informacji co to były za filmy, kto je reżyserował, itd., ciężko więc stwierdzić czy to filmy słowackie, czy tylko kręcone na terenie Słowacji. Natomiast znalazłam jeszcze informację, że od 1908 roku ukazywał się periodyk Kino Noviny autorstwa publicysty Mariána Horvátha. Janosik to film pełnometrażowy, dlatego jest uważany za pierwszy prawdziwy słowacki film i od niego umownie zaczynają się dzieje słowackiej kinematografii.

Jaroslav Siakel o tym co było motywacją do utworzenia Tatra Film Corporation i nakręcenie Janosika

Nie wiadomo czy bracia Siakelowie, Daniel i Jaroslav widzieli wspomniane wyżej filmy i czy takie doświadczenie mogło mieć wpływ na ich karierę zawodową. Na pewno skrajnie trudne warunki życiowe w północnych Austro-Węgrzech (dzisiaj tamte tereny należą do Słowacji) zmusiły rodzinę Siakelów do przeprowadzenia się do Stanów w 1912. Tam Daniel zdobył kilka kinematograficznych patentów, a Jaroslav zdobywał szlify przy kręceniu krótkich dokumentów. Te doświadczenia przydadały im się przy nakręceniu Janosika.

Historia powstania Tatra Film Corporation, czyli firmy która miała wyprodukować Janosika, pokazuje skąd pochodziły inspiracje formalne przy kręceniu tego filmu. Wytwórnia zrodziła się z inicjatywy słowackich biznesmenów na emigracji w Chicago. Gatunkowe tropy, którymi nasiąkli zarówno producenci jak i bracia-filmowcy, twórcy Janosika zaważą na ostatecznym kształcie filmu.

Produkcja od początku napotykała problemy. Ze względu na to, że zdobyto tylko połowę pożądanego budżetu (lub też sami twórcy nie wierzyli w sukces filmu na szeroką skalę), Janosik nie otrzymał na czas angielskich napisów, co bardzo utrudniło jego szeroką dystrybucję i stało się jedną z przyczyn klęski filmu. Co jest o tyle smutne, że film był kręcony dwoma kamerami, na potrzeby rynku europejskiego i amerykańskiego (co było częstą praktyką, chociaż nie wiem czy tak bardzo w latach '20), co musiało pochłonąć znaczną część budżetu.

Firma Tatra Film Corporation wyprodukowała łącznie trzy filmy, z czego tylko dwa zachowały się do dzisiaj.

Podobnie jak reszta ekipy, aktorzy w głównej mierze byli filmowi debiutantami, albo osobami o bardzo skromnym dorobku w tej branży. Debiutujący w głównej roli, Theodor Pištěk*, który Janosika, był zdecydowanie największą gwiazdą na planie Janosika. Sławę zdobył na deskach teatru i to on miał byc magnesem przyciągjącym do kin słowacką publiczność*. Dla Marii Fabryowej (Anicki, ukochanej Janosika), był to pierwszy kontakt z kinem w ogóle, chociaż miała doświadczenie z amatorskim teatrem. Olga Augustová, która zagrała tutaj małą rolę baronowej Rewajowej, miała nieco bogatsze zaplecze tetralno-filmowe niż Pištěk, a w późniejszych latach zostanie śpiewaczką operową. Zaplecze sceniczne wspomnianej trójce przydało się w licznych zbliżeniach na ich twarze.

Jánošík miał oficjalną premierę w Pradze 25 listopada 1921, natomiast 1 grudnia 1921 pokazano go Chicago.

Mimo tych wszystkich problemów odniósł spory sukces wśród widowni czechosłowackiej. Debiut reżyserski w pełnym metrażu fabularnym Jaroslava Siakela (jego brat był operatorem wersji amerykańskiej) kosztował czternaście i pół tysiąca dolarów a zarobił łącznie dziewiętnaście milionów koron. Słowacki teoretyk filmu, Juraj Oniščenko tak mówi o niepowodzeniu na rynku amerykańskim, co mogło się przyczynić do upadku samej firmy Tatra Film Co.:

Osobiście uważam, że przyczyną niepowodzeń są trzy czynniki. Najważniejsze, że postać Janošíka jest nieznana amerykańskiemu widzowi, a Siakelowie polegali na swojej znajomości kontekstu historycznego i kraju i liczyli na jego sukces. Osobiście uważam, że wąskim gardłem filmu jest aktor grający Jánosíka [Theodor Pistek - przyp. tłum.], który był dobrze znany w środowisku praskim i dzięki temu mógłby przyciągnąć szeroką rzeszę widzów, natomiast w środowisku amerykańskim tak nie było. I na koniec, liczby również przemawiają przeciwko filmowi. W 1922 r. Stany Zjednoczone wyprodukowały 622 filmy, czyli prawie dwa filmy dziennie. Myślę, że Janošík raczej nie był filmem, który miał duże szanse na sukces. Był to pierwszy niskobudżetowy film nowo powstałej wytwórni, w której właściwie wszyscy byli debiutantami, a trafił do środowiska amerykańskiego ze słowacką tematyką. Prawdopodobnie nie było to zbyt atrakcyjne dla silnie nacjonalistycznych Amerykanów. A poza tym w tym czasie w USA istniał już pełnoprawny pociąg zwany przemysłem filmowym, na którego czele stała wymarzona fabryka zwana Hollywood. Myślę jednak, że ekipa braci Siakeli mogła spróbować zapewnić filmowi angielskie napisy, a nie zamykać go tylko dla około 300-tysięcznej mniejszości Słowaków w USA.

Co prawda Hollywood tak na dobre rozkręci się kilka lat później, ale na pewno potężny przemysł amerykański (w porównaniu z małą zagraniczną firemką produkcyjną, która zadebiutowała na rynku dość późno i z małym budżetem) mocno przyczynił się do pogrążenia tego ambitnego w założeniach przedsięwzięcia. Szczególnie, że miał ogromną konkurencję w postaci Pancernika Potiomkina, który był jednym z największych hitów tamtych lat, a rok wcześniej przetoczyła się przez prasę amerykańską awan tura o zbyt częste sprowadzanie do USA zagranicznych filmów. Pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego po tak niezłym wyniku finansowym, nie spróbowano chociaż szerszej dystrybucji w krajach ościennych. W Polsce, głównie dzięki twórczości Kazimierza Przerwy-Tetmajera pamięć o słowackim zbójniku była bardzo żywa, do tego stopnia, że teyrtorium jego działania obejmowało również polską stronę Tatr a nawet Śląsk. Nie było peniędzy na zrobienie plansz po tak dużym sukcesie kasowym? A może właśnie próbowano próbowano wyświetlać ten film w innych krajach? Jeśli tak to z jakim skutkiem?

Maria Fabryova w odpowiedzi czy miała wcześniej kontakt z kinem.

Czy tak skromne zaplecze finansowe i aktorskie sprawiło, że film okazał się porażką artystyczną?

W żadnym wypadku! Kiedy wcześnej zwróciłem uwagę na formalne inspiracje twórców Janosika, miałem na myśli jego westernową proweniencję. Film Siakela jest górskim westernem. Sporo tu scen plenerowych, walk na miecze, strzelanin, bijatyk, zbliżeń na twarze aktorów i dynamicznego montażu. Siakelowie doszli do słusznego wniosku, że historia to jedno, ale żeby film odniósł sukces musi nieść przede wszystkim rozrywkę. W latach emigracji bracia Siakel' mieli mnóstwo czasu na oglądanie filmów w gatunku najbardziej amerykańskim z możliwych na tamtą chwilę, czyli westernu. Thomas Ince, D. W. Griffith czy wreszcie John Ford albo podłożyli fundamenty pod tę estetykę, albo (jak Ford) powoli będą go dostosowywać pod swoją wrażliwość. Jaroslav i Daniel Siakelowie nauczeni jak tworzyć jakościową rozrywkę postanowili przeszczepić takie podejście na grunt swojej ojczyzny. Zminimalizowali patos wypełniajacy legendy o tytułowym zbójniku i niedoszłym zakonniku. Zamiast tego postawili na wartką akcję. Zaprzęgnięto do tego cały arsenał środków filmowych, ale w takich proporcjach, by zachować ducha oryginału. Węgrzy są tutaj co prawda źli, ale ich narodowość jest wspomniana w jednym momencie i zupełnie nie jest istotna. Patriotycznym fundamentem jest już tylko postać Janosika, słowacko-madziarskie animozje zostały odsunięte na margines. Egzystencjalne rozterki Janosika, które nie stanowią centrum filmu są subtelnym hołdem dla literackich źródeł, które odwoływały się do romantyczno-melancholijnego charakteru legend o tej historycznej postaci.

Podstawą nakręcenia historii o legendarnym zbójniku Juraju Janosíku były dwa utwory literackie: sztuka Janošík Jiří Mahena z 1910 roku, oraz powieść Jánošík, kapitán horských chlapcov I Gustawa Marsalla-Petrowskiego z 1905 roku. Powieść (możecie ją za darmo przeczytać TUTAJ) była źródłem dla scenarzysty Józefa Żak – Marusiaka, tylko do pewnego momentu. Do czasu wyjazdu ekipy na plan napisał jedna część, a kiedy dotarli na miejsce otrzymali drugą. Jednak ciągle brakowało domknięcia historii. Trzeba było improwizować. Siakel zdecydował się na sięgnięcie po sztukę Mahena. Nie wiem jak się ma powieść do filmu, ale już sztukę udało mi się przeczytać. Jest do ściągnięcia za darmo z praskiej biblioteki cyfrowej TUTAJ. Zakładając, że charakter zarówno powieści, jak i sztuki jest podobny (podobny czas powstania, obydwa teksty zostały oparte o te same legendy), widać że Siakel świadomie chciał zminimalizować dramatyczny aspekt całej historii. Mahen, tak w Janosiku, jak i całej swojej twórczości, eksplorował temat religii i stale z jej dogmatami wchodził w polemikę. Można wręcz postawić tezę, że tytułowy zbójnik to alter ego samego dramatopisarza.

ILČÍK: Czy zabicie człowieka jest grzechem?
JANOŠÍK (pewnie): Jest!
ILČÍK (kiwając głową): A kiedy jest to zemsta?
JANOŠÍK (zmieszany): Hm (Łapie Ilcika) A jeśli to zemsta?
ILČÍK: Jesteś prawie księdzem.Musisz wiedzieć!
JANOŠÍK: Nie wolno zabijać! Bóg tego zabronił!
ILČÍK: Ale oko za oko, ząb za ząb - to też powiedział?!
JANOŠÍK: W Starym testamencie. Ale nie w nowym!

(tłumaczenie z czeskiego moje, dokonane za pomocą automatycznego tłumaczenia dokumentów w Google Translator)

Takie  groteskowe, ocierające się o filozofię dywagacje o religii mogły odstraszyć widza w latach '20. Janosik u Mahena to postać legendarna już za życia, a jednocześnie miotana wewnętrznymi demonami, lojalnością wobec Boga i potrzebą zemsty na węgierskim hrabim, który zabił mu ojca. W filmie takie dylematy są sprytnie zredukowane do do kilku wtrąceń, jak np. stwierdzenie, że na zbójnicką drogę skierował go Szatan, czyli zło wyrządzone przez hrabiego, który odebrał mu rodzinę i traktuje jego ziomków jak niewolników. Janosik u Mahena jest postacią dużo bardziej refleksyjną na gruncie scenariusza sztuki. Siakel również w tym miejscu ucieka się do środka filmowego stosując zbliżenie na melancholijnie spoglądającego na swoich bawiących się przy ognisku kompanów herszta bandy.

Kiedy szukałem informacji na temat tego filmu znalazłem wzmiankę o dwóch różnych zakończeniach w wersji słowackiej i amerykańskiej. Chociaż we wspomnianym wywiadzie Juraj Oniščenko, mówi że najprawdopodobniej zakończenia były podobne. Wersja, którą oglądamy obecnie jest oparta w głównej mierze o amerykańską. Prawdopodobnie nie dowiem się jak wyglądała wersja słowacka, a jednak szczególnie interesuje mnie właśnie zakończenie. To jedyna rzecz, do której mam poważniejsze zastrzeżenie. Pojawiło się ono po przeczytaniu finału sztuki Mahena. Mianowicie Janosik w ramach ostatniego życzenia przed egzekucją, prosi Cygana o zagranie mu muzyki do tańca. Zbój stara się poruszać swoje obolałe od tortur ciało, by ostatkiem sił kultywować swoje korzenie, tańcząc wokół szubienicy tradycyjny taniec odzemek w takt pieśni Letí, letí roj! Wielka szkoda, że w Siakel' nie zawarł tego w filmie. Chociaż kto wie? Skoro zaginęła część, w której Janosik odmawia wydania swoich kompanów to może i ten fragment ukaże światło dziennie?

Kultowy w Polsce serial z Andrzejem Perepeczką w roli głównej jest oparty na twórczości Przerwy-Tetmajera. Jet historią polskiego tatrzańskiego zbója, działającego w XIXw., który przyjął pseudonim po Słowaku sprzed dwustu lat.

Cały film jest wielką retrospekcją. Zaczyna się od ujęcia grupki turystów, która spotyka na słowackim szlaku bacę, który rozpoznaje w jednym z wędrowców mężczyznę łudząco podobnego do Janosika. Bardzo mi się spodobała interpretacja wspomnianego Oniščenki, który powiedział, w TYM wywiadzie, że baca miał być przewodnikiem po słowackiej kulturze dla emigrantów, którzy byli od niej oddzieleni nie z własnej woli. Tym samym tytułowa postać jest już w punkcie wyjścia legendą i widz na starcie jest zaangażowany w historię. Inaczej niż w sztuce, gdzie Mahen obudowuje postać Janosika opowieściami jego kompanów o jego sile i mądrości, by wprowadzić samego ostatecznie herszta dopiero pod koniec pierwszego aktu. Co więcej sama opowieść bacy również zawiera retrospekcję. Ta szkatułkowa narracja jest prowadzona bardzo sprawnie i na żadnym etapie nie czyni jej skomplikowaną. Taki sposób prowadzenia historii musiał się wydać widzom bardzo atrakcyjny.

Wybór tematu na film w tak trudnej geopolitycznie sytuacji jak w Słowacji (powstania przeciw Habsburgom, a w konsekwencji połączenie się z Czechami), musiało poskutkować ekranizacją historii, która krzewiłaby kulturę narodu słowackiego. Janosik był pierwszym kamyczkiem, który popchnął kinematografię tego kraju w kierunku takiej wrażliwości. Filmy historyczne, tematy ludowe, ujęcia wiejskich krajobrazów - takie elementy naznaczą słowacką kinemtografię na lata. Jak to wygląda obecnie? Nie jestem na bieżąco, chociaż bardzo chciałbym to zmienić. Na pewno stali bywalcy festiwalu Kina na Granicy napiszą mi w jakim miejscu znajduje się aktualnie kino w Słowacji i polecą swoje ulubione filmy z tego regionu. Janosik w moim przypadku na pewno do nich dołączy.

*Jedenaście lat po premierze Janosika urodzi się Theodor Pištěk Jr, który już w zupełnie innej epoce kina, zostanie laureatem Oscara za kostiumy do filmu Amadeusz Formana


📽19 października o godzinie 20.30 w warszawskim Kino Luna odbędzie się pokaz Janosika z muzyką na żywo autorstwa Zbigniewa Chojnackiego 🎶 Szczegóły wydarzenia
Seans jest częścia cyklu Tydzień Warszawskich Kin Studyjnych, którego organizatorem jest Stowarzyszenie Kin Studyjnych. Wydarzenie otwiera seans LA CHIMERY, o którym pisałem TUTAJ. Zachęcam również!

Partnerzy: Goethe-Institut Warschau Instytut Słowacki w WarszawieCzeskie Centrum Instituto Camões Warszawa
Wydarzenie realizowane dzięki wsparciu finansowemu Urząd Miasta Stołecznego Warszawy.
Patroni medialni: Filmawka, Klatki na oczach. Blog Roberta Siwczyka, Pełna Sala.
Plakat i identyfikacja wizualna by Julia Fukiet

 


Literatura
1. 100 lat temu powstał pierwszy słowacki film długometrażowy - tekst, który autorka napisała z okazji setnej rocznicy premiery Janosika. Sporo wątków i ciekawostek,
które ja u siebie celowo pominąłem, żeby nie powielać za dużo rzeczy.
2. Legendarny film o Janosiku powstał 100 lat temu. Mówi się, że amerykańska wersja ma szczęśliwe zakończenie - bardzo ciekawy wywiad z Jurajem Oniščenko,
teoretykiem filmu.
3. Janosik był legendą w USA i Chinach - nie znalazłem informacji czy film Siakela był znany w Chinach czy sam Janosik, natomiast to świetny tekst o filmie
z mnóstwem wycinków prasowych, fotosów z planu czy innych zdjęć związanych z filmem
4. Janošík, jak narodziła się legenda? - chyba najlepszy artykuł o niejednoznacznej postaci Janosika, do jakiego się dokopałem
5. Janosik 2DVD - jedno z najepszych DVD z jakim miałem do czynienia. Mnóstwo extra filmów, fotosów, ciekawostek. Może kiedyś polskie nieme 
filmy doczekają się takiego cudownego kuratorstwa

„Ziemia", reż. O. Dowżenko 1929 - analiza wizualna [Sounds of Silents]

„Ziemia", reż. O. Dowżenko 1929 - analiza wizualna [Sounds of Silents]


Tomasz Kolankiewicz zapowiada Ziemię oraz KIPHO-film, który będzie można zobaczyć przed filmem Dowżenki.

17 września w niedzielę, Ziemia Ołeksandra Dowżenki zamknie Warszawskie Dni Filmu Niemego. Jest to ostatni film z tzw. trylogii ukraińskiej tego reżysera i jest uważany za jego szczytowe osiągnięcie.

17 maja 2022 roku wespół z Dianą Dąbrowską i Veikko Suvanto, zorganizowaliśmy dyskusję koncentrującą się wokół tej trylogii, z Markiem Pohodinem, miłośnikiem kina zajmującym się również kulturoznawstwem, filozofią i szeroko pojętą historią mediów audiowizualnych. Przygotowując się do dyskusji obejrzałem całą filmografię ukrańskiego reżysera a na potrzeby promocji samej rozmowy dokonałem analogicznych analiz wizualnych dla dwóch pozostałych filmów z trylogii: Zwenyhora oraz Arsenał. Zapraszam do przeglądu tych materiałów!

ZIEMIA to zdecydowanie najbardziej optymistyczny film z trylogii Dowżenki. Jest tutaj sporo momentów, od których serce staje w gardle, ale tym większa radość kiedy nastąpi finał.

Na poziomie emocjonalnym Ziemia łączy cechy dwóch poprzednich filmów: afirmację dla tradycji, który mogliśmy zobaczyć w Zwenyhorze i lamentacyjny charakter, obecny w Arsenale. W warstwie symbolicznej swoje top osiąga tutaj coś co przewijało się wcześniej: naturalny krąg życia i śmierci (w pewnym momencie wypowiedziany wprost w scenariuszu), oraz próba pogodzenia tradycji (ale nie wsteczności) z potrzebę technologicznego postępu. Z kolei realizacyjnie pięknie Ziemia koresponduje ze swoimi poprzednikami. Nie ma potrzeby rozpychania się perspektywy w diagonalne ułożenie. Horyzont jest prosty (a często nawet go nie ma), nad nim niebo, które nigdy nie było tak dominujące i tak piękne, ścieżki żwirowe bezczelnie przebiegają przez środek kadru a nie jak wcześniej od jednego narożnika kadru, do drugiego. Piękno, sacrum świata wylewa się z kadru, chociaż to w nim dzieje się historia, a przestrzeń pozakadrowa jest tutaj prawie nie wykorzystywana.

I to właśnie Ziemia jest filmem najbardziej z tej trójki nastawionym na linearną narrację. Odbieram ten film jako przestrogę przed tym co się dzieje, kiedy ktoś próbuję zakłócić społeczną harmonię. Naturalna równowaga to siła zbyt wielka, by nie dać sobie rady z ludzką nikczemnością i wstecznym myśleniem. Jednak zanim wszystko wróci do normy wiele osób może ucierpieć. 

Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Jeden z najbardziej ikonicznych kadrów z tego filmu. Człowiek nie ma tu przewagi, ani nad naturą, ani nad niebem. Jest jej podległą częścią.

Ziemia
, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Ten dziadek pojawił się już w ZWENYHORZE i ARSENALU. Umiera czy raczej "gaśnie" na samym początku ZIEMII. Łącznik z tradycją umiera spokojny o swoją ojczyznę.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Semyon Swashenko to jedna z najpiękniejszych męskich twarzy w całej trylogii.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Przyjaciel dziadka próbuje się porozumieć ze swoim zmarłym druhem.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
W żadnym z trzech filmów zwierzęta nie były eksponowane na pierwszym planie w takiej ilości. A są eksponowane w zaiste piękny sposób, często z ulubionej tzw. żabiej perspektywy.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Człowiek nie ma tu przewagi liczebnej.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Trochę propagandowy obrazek, ale jakże poprawiający nastrój. Po seansie ARSENAŁU i w kontekście następujących za chwilę wydarzeń w samej ZIEMII, potrzebujemy takich twarzy.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Okładka ukraińskiego wydania specjalnego Vogue'a. Rok 1929, czarno-białe.
Sam kadr jest pewną manipulacją. Piękni panowie wyglądają jakby szykowali się do podrywu, tymczasem skubią sobie jedną z najbardziej ukraińskich przekąsek, czyli ziarna słonecznika. Tak czy inaczej, przepiękna stopklatka.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Analizując kadry w trylogii, zauważyłem jak mało jest takich konfrontacyjnych ujęć, sugerujących.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Lubię to ujęcie. Ma w sobie sporo reportażowego charakteru.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Pijany taniec nikczemnika.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Tutaj następuje seria, trzech zastygłych w ruchu trzech par, w której on trzyma w dłoni jej pierś, kiedy oboje mają zamknięte oczy. Kobiecą pierś możemy tu traktować symbolicznie, jako metaforę obfitości i bezpieczeństwa. Pary są przepełnione spokojem i harmonią.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Pełen spokój. Śpiące, nieporuszające się ciała, również emanują spokojem. Kolejny raz bezpieczeństwo jest tutaj utożsamiane z bliskością fizyczną osoby partnerskiej.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Uwielbiam ten kadr.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Chwilę później żona Timoshki uspokaja się patrząc w oczy swojego męża.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Radosny taniec (tutaj tradycyjny taniec ukraiński hopak) prawego człowieka.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Marya Parshina, jako żona zmarłego Timoshki. Uwielbiam jej mimikę twarzy. Piękna kontrola emocji swojej bohaterki. W filmie jej niewiele, a jej dorobek aktorski Parshiny to ledwie cztery filmy.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Motyw z krzyczącym, zdenerwowanym i smutnym ojcem wróci u Dowżenki jeszcze w Poemacie o morzu z 1958 roku.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Od złości do rozpoaczy.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Znowu śmierć na tle jabłek.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929

Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929

Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Nie ma już bezpieczeństwa. Jest szał. Bezsilność. Przemożny niezaspokojony smutek.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Parodia tańca zmarłego Timoshki
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Oczyszczający z grzechu deszcz, przywraca harmonię we wiosce.
Ziemia, reż. Ołeksandr Dowżenko, 1929
Nowa miłość się rodzi. Jest nadzieja.

Klatki na oczach są patronem medialnym Warszawskich Dni Filmu Niemego Sounds of Silents.  Na stronie festiwalu znajdziecie harmonogram seansów, oraz daty warsztatów kreatywnych i debaty.

Bilety można kupić na tronie kina Muranów można kupić BILETY, a na stronie VOD Warszawa można zobaczyć materiały dodatkowe, m.in. filmy z Deutsche Kinemathek czy zapowiedzi filmów festiwalu.

ZAPRASZAM!


Anty-slapstickowy charakter filmów Shûichi Okity prezentowanych w trakcie 16. Festiwalu Pięciu Smaków

Anty-slapstickowy charakter filmów Shûichi Okity prezentowanych
w trakcie 16. Festiwalu Pięciu Smaków

Kiedy poproszono mnie o napisanie tekstu o humorze w filmach Shûichi Okity, obecnych w programie tegorocznej edycji Festiwalu Pięciu Smaków, pomyślałem, że może to być ciekawe wyzwanie.

Nie oglądam na co dzień japońskich filmów. Jednym z głównych obszarów moich poszukiwań jest niemy slasptick, więc siłą rzeczy oglądam głównie amerykańską burleskę filmową. A jednak japońska kinematografia wbrew pozorom wcale nie jest tak odległym skojarzeniem. Yasujirô Ozu w Co z tego, że oblałem wprost cytował The Freshman  - debiut pełnometrażowy z Haroldem Lloydem, jeden z największych hitów w dorobku komika. Z kolei dorobek Chaplina ma w Japonii swoje spore grono fanów, czego dowodem jest chociażby Dansingu Chapurin z 2011 roku w reżyserii Masayuki Suo.

W trakcie seansów filmów Okity (Rybie dziecko, Mori. Siedlisko artysty, Letnia opowieść), rzuciło mi się w oczy jak często slapstick w nich się nie wydarza. Rzadko kiedy kamera poszukuje miejsca na gagi w szerokich przestrzeniach portretując miejską tkankę czy naturę. Wnętrza domów, widziane z pozycji osoby klęczącej, która jest w miarę stabilna, również nie interesują Okity jako miejsca do ekscesy filmowej burleski. Piękne w swojej sterylności domostwo bohatera Siedliska artysty nie jest miejscem na sianie chaosu destrukcji przez intensywne fizyczne interakcje między postaciami.


Rybie dziecko (Sakana no Ko, 2022). Kadr pochodzi z finału wspomnianej poniżej przepychanki.

W jednej z najbardziej slapstickowych z ducha scen w Rybim dziecku ma miejsce bijatyka między dwoma grupami nastolatków. Jej uczestnicy z początku odrzucają pałki nabite gwoździami by wzajemnie się przepychać. Ta prześmieszna szarpanina zainscenizowana jest w taki sposób by odrzeć ją z przemocy. Komizm potęguje główna bohaterka, Mibou, chodząc ze skrzypłoczem w rękach i strzelając krwią stawonoga w twarze szarpiących się. Ta przypominająca finałową bitwę w Speedy z Haroldem Lloydem bójka kończy się bardzo szybko. W niemej komedii sprzed stu lat trwa ona cztery minuty i kończy się przypalaniem tyłków zakapiorów za pomocą gorącego żelazka. W Rybim dziecku trwa dwa razy krócej. Zgodnie z maksymą muzyka jedzenie łagodzi obyczaje bójkę kończy posiłek. Co więcej jest to posiłek, który w przyszłości zmieni życie jednego uczestników bójki. Okity w swoich filmach nie interesuje komedia fizyczna. Ilekroć zbliża się do slapstickowej estetyki subtelnie od niej ucieka….


Mori. Siedlisko artysty (Mori no Iru Basho, 2018)

…lub uderza znienacka metalowymi miskami w głowy gości tytułowego artysty Morikazu i jego żony Hideko w Siedliskach artysty. Wykorzystując przestrzeń pozakadrową pozbawia gag jego fundamentu – oczekiwania. Takie formalne ucieczki od farsy są znamienne dla całej trójki filmów z tegorocznej edycji Pięciu Smaków. Z drugiej strony nie można powiedzieć, że reżysera nie interesuje ciało jako narzędzia ekspresji aktora, jednak nie jest ono źródłem komizmu, co jest podstawą w slapsticku. Ciało służy Minami do rozwijania pasji do pływania (Letnia opowieść), dłonie malują i/lub kaligrafują (Siedlisko artysty, Letnia opowieść). Bohaterowie Okity są w ciągłym biegu. W Letniej opowieści chłopak, jak się później okaże niepotrzebnie, pędzi by uratować dziewczynę, w której się powoli zakochuje. Bieg może być też formą współdzielenia radości jak w finale Rybiego dziecka. Jest też Morikazu - podtrzymując stare ciało, wspierając się na dwóch laskach, przygląda się bacznie otaczającej jego dom faunie i florze. W swoim odseparowanym od świata ogrodzie kontempluje nieruchomo kamieniem trzymanym w dłoni lub leżąc na boku obserwuje z reporterami pracujące mrówki. Konfrontacja fizycznych przeciwieństw nie źródłem komizmu u Okity. Trzymając się wspomnianej sceny, takie zestawienie jest propozycją głębszej refleksji: bezruchu Mirokazu z nieustającym przemieszczaniem się mrówek; starego, ludzkiego ciała, którego właściciel sprzeciwia się przejściu do krainy świetlików z malutkimi, malutkimi (w ludzkim oku) zwrotnymi i bezwolnymi owadami. Humor wkracza w momencie kiedy młody fotograf próbuje dostrzec to co zobaczył swoim dociekliwym okiem artysta: mrówki rozpoczynają swój ruch od prawego odnóża. Podobnie zabawnie wypada moment Letniej opowieści, kiedy biologiczny ojciec Minami udziela jej krótkiej lekcji telepatii. Ponadnaturalny element istnieje w tych tytułach na równi z naturalnymi skłonnościami bohaterów do nawiązywania relacji. Nawiązują je dzięki swoim pasjom i wiedzy. Moment kiedy nawiązują relacje, to często również momenty kiedy się tą wiedzą dzielą z innymi. To są właśnie te chwile, które są punktem wyjścia dla humorystycznych sytuacji. Zestawienie wiedzy i niewiedzy. Okicie udała się rzecz niesamowita: nie ma w tym nic z obśmiania postaci. Tutaj mogę odesłać do wywiadu Łukasza Mańkowskiego z reżyserem, w którym twórca opowiada jak ważna dla niego jest jakość relacji między ludźmi, tak w życiu jak i na planie filmowym, gdzie stara się stworzyć bardzo przyjazną atmosferę.

Letnia opowieść (Kodomo wa Wakatte Agenai, 2020)

Świadome lub nie, ucieczki od slapstickowej estetyki czynią świat bohaterów Shûichi Okity bardziej przytulnym. W komedii pełnej gagów bohaterowie, by osiągnąć swój cel, pędzą pociągiem, wspinają się na budynki, próbują przeżyć na morzu w trakcie sztormu czy po prostu rozbijają się łokciami i sprzedają kopniaki każdemu kto się nawinie. Świat klasycznych niemych komedii rzadko bywa przyjazny dla swoich bohaterów. Ludzie w filmach japońskiego reżysera tworzą relacje z pełnym poszanowaniem granic drugiej osoby. Wyznanie uczucia w Letniej opowieści, kiedy chłopak bez poganiania w pełni wspiera dziewczynę w przezwyciężeniu stresu związanego z wyrażeniem jej emocji, pozostanie dla mnie jedną z najbardziej wzruszających scen nie tylko w nurcie coming of age. Cierpienie związane przeżywaniem trudnych chwil dzieje się na obrzeżach historii tej trójki filmów. Utrata dzieci, rozwód rodziców, samotne wychowywanie dziecka – nigdy nie są centralnymi punktami opowieści, są subtelnie zasugerowane lub stanowią punkt wyjścia dla rozwoju storytellingu.

Anty-slapstickowy charakter trzech ostatnich filmów Shûichi Okity prezentowanych na tegorocznej edycji Festiwalu Pięć Smaków czyni je tytułami o niezwykłym uroku. Czyż nie jest prawdziwą sztuką uchwycenie w kadrze muchy myjącej sobie pyszczek, w sposób który z najbardziej upierdliwego zwierzęcia na tej planecie czyni uroczego owadziego kotka? Filmy Okity to potężna dawka trochę dziwnej, ale przewrotnie zabawnej i dzięki temu solidnie orzeźwiającej łagodności.


Obchody 126. rocznicy pierwszego pokazu kinowego na ziemiach polskich - relacja

  • Grafika by Julia Fukiet

Ależ to była impreza! - relacja z 126. rocznicy narodzin kina w Polsce

6 listopada odbyły się w Krakowie obchody 126. Rocznicy pierwszego pokazu filmowego na ziemiach polskich.  Miałem przyjemność i zaszczyt być patronem medialnym tego wydarzenia.

Program obejmował spacer rocznicowy po Krakowie, warsztaty dla dzieci, seanse z muzyką na żywo w krakowskich kinach studyjnych, panel dyskusyjny oraz pokazy dwóch filmów dokumentalnych, w tym jeden biograficzny.

Cały dzień wypchany po brzegi zawartością z najwyższej półki. Gdybym tylko wiedział, że dojazdy na kolejne atrakcje zajmą mi tyle czasu, to przygotowałbym wcześniej sobie coś do jedzenia. Mądry Pan Klatek po szkodzie. Poniżej moja relacja. Ze względu na to, że osobny akapit poświęciłem muzyce na żywo, jest ona niechronologiczna. Cały program dostępny jest TUTAJ.

Świętowanie zaczęliśmy od spaceru, który zaczął się przy Dworcu Głównym, na placu Jeziorańskiego. Z croissantem w jednej dłoni, z kawą w drugiej wędrowałem z grupą filmowymi śladami Krakowa, skoncentrowanymi wokół pierwszego pokazu w Teatrze Miejskim i kolejnych obchodów licząc od roku 1961. Absolutną gwiazdą spaceru był prowadzący Maciej Gil. Maciej, który jest autorem Krakowskich Spacerów Filmowych i objazdowego festiwalu Kinobus, podzielił się z nami kawałkiem swojej ogromnej wiedzy na tej filmowej historii Krakowa. Miałem poczucie, że mógłbym spędzić cały dzień słuchając tylko tych opowieści. Dodatkowo poczucie humoru Macieja dorównuje jego wiedzy, co jest dość istotne, kiedy jest chłodno i trzeba było wstać wczesnym rankiem.

Spacer skończyliśmy w Kinie Kijów, gdzie rozpoczęła się część stricte filmowa świętowania. Obejrzałem po latach Lumière ! L'aventure commence, wideoesej z narracją autorstwa Thierry’iego Frémaux, dyrektora festiwalu w Cannes. Mimo, że nie uniknął błędów (kolejny film, w którym bezmyślnie powielono plotkę o uciekających ludziach na filmie z lokomotywą wjeżdżającą na stację w La Ciotat) to jest to bardzo przyjemny wstęp do tego jak analizować pierwsze filmy. Film ten oferuje narzędzia, które można wykorzystać również przy oglądaniu innych wczesnych filmów dokumentalnych. Zwiększenie czujności i wrażliwości na detale na pewno przydało się podczas seansu The Brilliant Biograph. Earliest Moving Images Europe (1897-1902). Ten zestaw kilkudziesięciu filmów z przełomu wieków XIX/XX w., nakręconych na szerokiej taśmie 65 mm, niezmiennie mnie zachwyca swoim pięknem. I jakkolwiek jest to piękno oszałamiające, to tym bardziej doceniłem pracę Lumierów, którzy musieli się bardzo napracować by zarejestrować na dużo węższej taśmie to, na czym im zależało.

Na instasiu chwalę się swoimi zdobyczami związanymi z obchodami rocznicowymi. Co to za książki? Więcej w opisie posta.

Przedostatnim wydarzeniem w ramach obchodów rocznicowych była dyskusja pod hasłem przewodnim gorączka kinowa. Rozmawiali Maria Malatyńska, Marcin Adamczak oraz Paweł Sitkiewicz. Prowadził Maciej Gil. Rozmowa krążyła wokół różnych objawów gorączki kinowej na przestrzeni lat, od początków kina na polskich ziemiach aż po czasy dzisiejsze. Ze zrozumiałych powodów najbardziej inetresowały mnie lata najwcześniejsze. Dość powiedzieć, że sposób w jakim o tych czasach opowiadał Paweł Sitkiewicz, autor książki Gorączka filmowa, zainspirował mnie do jej kupna. Już wcześniejsza pozycja tego autora Małe wielkie kino. Film animowany od narodzin do końca okresu klasycznego uniknęła mielizn akademickiego języka, dzięki czemu czyta się jak bardzo przystępną pozycję popularnonaukową, a jednocześnie w ogóle nieinfantylną. Dyskusję poprzedziła projekcja pierwszego zachowanego filmu fabularnego Pruska kultura z muzyką na żywo duetu 1/2 KRACOUSTIC. Panowie po dyskusji zagrali również do zestawu filmów George’a Meliesa. Nigdy nie sądziłem że lekkie nutty smooth jazzu będą tak dobrze pasować do filmów kina atrakcji. Szczególnie po całym dniu wytężonej uwagi potrzebowałem takiego audiowizualnego relaksu.

Ten intensywny dzień zakończyłem filmem biograficznym o Bolesławie Matuszewskim. Był on pionierem myśli archiwizacji filmowej, który swoim podejściem do kwestii istotności tworzenia archiwów filmowych wyprzedzał swoje pokolenie o dekady. Sam film nie jest żadnym arcydziełem dokumentalnej biografii. Z jednej strony przywodził na myśl trochę produkcje telewizyjne z Wołoszańskim, ale z dużo bardziej okrojonym budżetem. Przyznam się, że oglądanie wymagającego dużego skupienia filmu, byłoby niemożliwe. Dlatego z mojej perspektywy umieszczenie takiego krótkiego (39 minut), poprawnego dokumentu na zamknięcie obchodów było całkiem sprytnym posunięciem.

Te obchody nie byłyby takie same gdyby nie seanse z muzyką na żywo.

Najbardziej przypadło mi do gustu to, co zagrał Jakub Zielina z solowego projetu Hyperion, który zagrał do dwóch komedii Chaplina (A Night in the Show z 1915 i Behind the Screen z 1916). Zielina z ogromną precyzją reagował na to co się działo w tych filmach. A że jest to slapstick, to działo się wiele. Jak mi przyznał już po seansie, takie filmy są najtrudniejsze do grania na żywo, gdyż wymagają od muzyka ogromnego skupienia. Do swoich nut opartych na jam jazzie, wplatał różne dźwięki nawiązujące do kolejnych gagów w filmach.

(W aspekty dźwięku w kinie niemym wprowadził widzów prof. dr hab. Bogusław Skowronek. Chyba nigdy w życiu nie byłem na prelekcji człowieka tak pozytywnego; swoja energią mógłby obdzielić kilku ludzi! Z kolei wybranie akurat tych autotematycznych tytułów to strzał w dziesiątkę).

Podobało mi się również co zaprezentowali stali goście Kina pod Baranami, Maciej Trifonidis & Leszek Hefi Wiśniowski (dwójka z septetu Trifonidis Roots), którzy zagrali do Filmowych obrazów starego Krakowa. Miałem wrażenie, że grają ze sobą od dziecka. Ich porozumienie muzyczne stało na niesamowitym poziomie. Dźwięki uzupełniały się na różne sposoby: czasem jeden z nich grał dźwięki odpowiadające temu co działo się na ekranie, podczas gdy drugi odpowiadał muzyczną impresją. Innym razem odniosłem wrażenie, że te dwie warstwy wchodzą ze sobą w jakiś hipnotyczny, muzyczny dialog. Ich koncert to najlepsze co się wydarzyło temu dość średniemu warsztatowo zestawowi krakowskich kronik miejskich. Widać, że operatorzy filmowi kręcąc te filmy pracowali na słabym jakościowo sprzęcie, który nie pozwalał na sprawną realizację. A jednak tego dnia w Kinie pod Baranami wspomniany duet uratował ten seans od nudy i pokazał jak bardzo odbiór filmu niemego może się zmienić pod wpływem muzyki na żywo.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Klatki na oczach (@klatkinaoczach)

Tak to wyglądało. Było cudnie. Na samym początku rolki widać rozgorączkowanego, zadowolonego Pana Klatka, tuż po zakończonych obchodach. Zajrzyjcie też do wyróżnionej relacji pod nazwą "Patronat", gdzie zobaczycie materiały, które robiłem bardziej na bieżąco.

Jeżeli miałbym na przyszłość dać komuś wskazówkę jak przeżyć tego typu wydarzenie, nie odpuszczając żadnego z jego punktów, to mam jedną podstawową: weźcie ze sobą coś do jedzenia. Krakowskie kina studyjne rozmieszczone są w takiej dużej odległości od siebie, że przemieszczanie bez samochodu zajęło mi dokładnie tyle czasu ile wynosiła przerwa między kolejnymi punktami obchodów. Wskutek tego cały dzień zjadłem niewiele, biegałem rozgorączkowany filmowo od kina do kina, a na drugi dzień obudziłem się z lekkimi zakwasami i obietnicą złożoną sobie, że kupię wreszcie ten karnet na siłownię.

Obchody 126. Rocznicy pierwszego pokazu na ziemiach polskich były bardziej niż udane. Biorąc pod uwagę, że było to wydarzenie całkowicie darmowe, tym bardziej jestem pod wrażeniem ile kinofilskich atrakcji udało się umieścić w ciągu jednego dnia. Być może rozpoczęcie całości godzinę wcześniej, lub dołączenie mapki do programu opisowego ułatwiłoby dotarcie do kin, jednak są to drobiazgi, które można dopracować przy kolejnych edycjach, a które przy tej skali wydarzenia nie przeszkadzały specjalnie. Gratuluję organizatorom  z ekipy Stowarzyszenia Kin Studyjnych takiego wydarzenia i dziękuję za tak wspaniały prezent jaki daliście kinofilom.


22. Festiwal Filmu Niemego - relacja i ciekawostki z prasy z okolic premiery

22. Festiwal Filmu Niemego - relacja i ciekawostki z prasy z okolic premiery

W filmach niemych to ciała aktorów stanowią jeden z fundamentów przekazu emocjonalnego filmu. Cielesna ekspresja była w tym roku motywem przewodnim krakowskiego festiwalu.

Miałem przyjemność zobaczyć w tym roku na tym festiwalu trzy filmy stacjonarnie: Kobietę na Księżycu (film otwarcia), Opium oraz Cienie. Resztę repertuaru obejrzałem na własną rękę, czego niezmiernie żałuję. Każdy seans filmu niemego z muzyką na żywo, to jakby oglądać go na nowo. Dobrze dobrana muzyka (a tak się dzieje niezmiennie na FFN) bardzo często potrafi namieszać w interpretacji czy gamie towarzyszących emocji, nawet jeśli film widziało się wcześniej. Każdy seans jest wyjątkowy, jednak seanse takie jak te, które przeżyłem w Krakowie są unikalne w swojej wyjątkowości, nie tylko dzięki kameralnej Sali Czerwonej w Kinie pod Baranami, nie tylko dzięki zbiorowemu doświadczeniu filmu z innymi widzami, ale dzięki tym koncertom właśnie zapamiętuję te pokazy na długo. Szczególnie jeden zapadł mi w sercu głęboko. Jaki? Zapraszam do relacji z festiwalu oraz krótkich wrażeń po zobaczeniu filmów z tegorocznej edycji, w połączeniu z wycinkami z prasy z okolic premiery filmów.

Oczywiście nie wstawiłem wszystkich wycinków prasowych. Wybrałem te najciekawsze i/lub najbardziej estetyczne (kadry z Alicji w Krainie Czarów, Kobieta na Księżycu i Kobieta znikąd!). Pod tym -> LINKIEM znajdziecie prasówkę w wersji PDF, z której można teksty kopiować. Przyda się to dla osób, które nie rozumieją języka, w których zostały te teksty opublikowane. A mamy tutaj oprócz języka angielskiego, niemiecki, francuski i hiszpański. Załączyłem tam też instrukcję jak najszybciej można usunąć entery  w celu dokładniejszej translacji. Wynik automatycznego tłumaczenia nigdy nie będzie rewelacyjny, jednak najważniejszy jest kontekst. Uważam, że to super opcja, bo w tej sytuacji, archiwa prasowe w zasadzie nie posiadają ograniczeń językowych. Ściągałem gazety głównie z najobszerniejszego archiwum prasowego w domenie publicznej https://lantern.mediahist.org/

Zapraszam Was do lektury tej prasówki. Ułożone chronologicznie, układają się w ciekawą opowieść, a lektura zamienia się w niesamowitą podróż w przeszłość. Na pewno nie jest to rzecz na jeden dzień. Trzeba to sobie rozłożyć na kilka tygodni. Jednak na pewno warto wracać!

Mój blog pełnił funkcję patrona medialnego festiwalu w Krakowie.



Frau im mond (Kobieta na Księżycu, 1929, reż. Fritz Lang)

Pierwsze filmowe sci-fi pełną gębą.

Pierwsza filmowa podróż na Księżyc autorstwa Meliesa, była przedłużeniem podstawowej działalności mistrza - iluzji. Klasyk kina atrakcji nigdy nie miał ambicji naukowych. Jak cała twórczość iluzjonisty-pioniera (w tej kolejności), Podróż na księżyc miała być kinoatrakcyjnym festiwalem tricków filmowych wystrzelonych w kosmos, w których naukowe osiągnięcia astronomów tamtych czasów byłyby zbędne (pomijam tutaj ograniczenie długości taśmy filmowej). Lang miał ambicje stworzenia filmu silnie osadzonego w aktualnych osiągnięciach naukowych. Potwierdzenie znajdziecie w poniższej prasówce, natomiast dość powiedzieć, że na potrzeby tego filmu została powołana naukowa rada doradcza, której przewodził profesor Herman Oberth, zajmujący się możliwymi sposobami eksploracji kosmosu.

Po seansie nietrudno było zrozumieć skąd przypuszczenia Tomasza Kłysa w książce Dekada doktora Mabuse, o tym czy Fritz Lang mógł w głębi duszy sympatyzować z nazistami. Fascynacja postępem, technologią czy psychoanalizą są w tym filmie silnie odczuwalne. Langowi nigdy tych fascynacji nie udowodniono, ale czytając wspomnianą książkę, można stwierdzić że ewidentnie coś jest na rzeczy. A seanse Metropolis  czy właśnie Kobiety na Księżycu tylko to potwierdzają.

Z kolei seans w Muzeum Sztuki Sztuki i techniki Japońskiej Mangghaa z muzyką SARAPATY & Marceli Rybskiej dostarczył poziom emocji odpowiedni do poziomu patosu wylewającego się z ekranu. Siedziałem w pierwszym rzędzie! ❤

 

  • 1. Informacja o zdjęciach do Kobiety... w Obserwatorium w Mount Wilson w hrabstwie Los Angeles, dokąd Lang z ekipą dotarli z Nowego Jorku.
  • 2. Wyjątkowo kiepsko zeskanowany artykuł, ale w samym finale autor/ka zwraca uwagę na osiągnięcia kobiet w przeciągu ostatnich dwudziestu lat.
  • 3. / 4. / 16. / 17. / 20. Niemieckie magazyny są jednymi z najładniejszych i najlepiej ustrukturyzowanych jakie miałem okazję przeglądać w trakcie prasówki. Na ostatnim screenie, widać kawałek utworu, który mógł być grany w trakcie wyświetlania filmu. Może ktoś rozpoznaje? Mnie nie udało się znaleźć.
  • 5. Ogólna notka na temat współpracy reżysera z aktorami. Bez wzmianki o Langu, za to ze zdjęciem z planu Kobiety... z reżyserem i Margarete Kupfer, która zagrała panią Hippolt.
  • 6. W tej krótkiej notce zwraca się uwagę na to, że Lang unikał elementów fantastycznych w filmie (mimo fantazji o złocie po niewidocznej stronie Księżyca - wkład autorki scenariusza a zarazem opowiadania, na podstawie, której powstał film, Thei von Harbou) i gdzie mógł opierał się na aktualnych dokonaniach naukowych. Wspomina się również o trudności z przetransportowaniem piasku na plan.
  • 7. / 11. W pierwszej notce jest informacja o wykładzie połączonym z eksperymentami, finansowanymi przez UFA, producenta filmu. Wykład miał poprowadzić profesor Hermann Oberth który pracował jako główny doradca naukowej rady doradczej filmu Langa. Druga notka mówi o tym, że w związku z wystrzeleniem rakiety dalekiego zasięgu przez profesora ogłoszono, „że w trakcie swoich eksperymentów dokonał kilku ważnych odkryć, które pozwolą(...) przeprowadzić pierwszą próbę pocisku dalekiego zasięgu. Składanie pierwszego pocisku dalekiego zasięgu, o którym wiadomo, że przenika stratosferę, rozpocznie się za około osiem dni, a profesor Oberth spodziewa się, że będzie w stanie wystrzelić start około 20 listopada, w zależności od warunków pogodowych." Teraz już wiemy, że wystrzelenie tej rakiety nie powiodło się zgodnie z planem. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, byłaby to kampania reklamowa, którą ludzkość zapamiętałaby na zawsze,
  • 8. Niby wyżej zachwalałem niemieckie magazyny, ale jest jedna rzecz, której nie umiem zrozumieć: ilustrowanie tekstu fotosami z filmów, które są w tym tekście niewspominane. Akurat tutaj tekst o kostiumach aktorów w Hollywood. Słabo się kopiuje. Polecam korzystać ze skanera translatora google.
  • 9. / 10. Pełna zachwytów recenzja Kobiety... . Wymieniono wszystkie ważniejsze role, szczególną uwagę zwracając uwagę na tytułową rolę Gerdy Maurus, która udowodniła, że liczy się nie tylko zewnętrze, ale przede wszystkim gra aktorska. Zwraca się również uwagę, że ten film udowadnia, że film niemy ma się dobrze i dźwięk mu nie grozi. Na koniec zaznaczono, że muzyka skomponowana przez Willy'ego Schmidta-Gentner, jakkolwiek niezła, zapada w pamięć po seansie.
  • 12. / 13. Refleksyjny tekst na temat synergii materii naukowej i filmowej w przypadku Kobiety... i dokonań, które zostały osiągnięte w międzyczasie przez Obertha. Dość trzeźwo wskazuje się, że nie ma szans na, to by rakieta doleciała do Ameryki, a co dopiero do na Księżyc. Jednak spodziewany jest przełom, bo to ledwie początek serii prób.
  • Recenzja filmu Langa, w którym obraża się Juliusza Verne'a (#ironicfont). Jules Verne nie był wielkim narratorem, bajka jego książek jest sucha i pouczająca jak katalog techniczny, tak że nie ma nic więcej do powiedzenia nam, którzy już dawno doświadczyli spełnienia jego technicznych fantazji. Kto jeszcze w dobie radia używa wiadomości w butelce? - pisze autor/ka recenzji. Jakkolwiek, by te słowa nie raniły mej duszy (jestem wielkim fanem Verne'a), te słowa pokazują jaka wielka była wiara w naukę i postęp w tamtym czasie, w Niemczech. Chwilę później pojawia się istotny fragment, o tym jak traktowano medium filmowe, nie tylko w omawianym filmie, ale w ogóle w ojczyźnie Langa:

Zadaniem filmu jest także przekształcenie obrazów, które twórca widział w swoim umyśle, w realizm obrazu filmowego. Film jest jedynym fenomenem, który potrafi zamienić sztuczki techniczne w sztukę. To, co zostało wynalezione w trakcie mozolnych godzin w studio, zbudowane i utrwalone za pomocą skomplikowanych sztuczek, na pierwszy rzut oka wydaje się być rzeczywistością sfotografowaną na płótnie.

Przedstawiciele pierwszej awangardy filmowej we Francji (o których więcej w akapicie o Kobiecie znikąd), również chcieli osadzić swoje filmy maksymalnie w rzeczywistości. A jak różne filmy otrzymaliśmy!

  • 18. / 19. Fritz Lang opisał tutaj pokrótce przebieg pracy nad filmem. Jak pisze zainspirowały go wierzenia Chińczyków, nazywających siebie Synami Niebios, mówiące o tym, że obywatele Państwa Środka przybyli z kosmosu. Zaznaczając jednocześnie, brak podstaw by temu wierzyć, pomyślał o sytuacji odwrotnej: a może to ludzie kiedyś zaczną kolonizować kosmos? Żadnej Utopii! - pisze dalej - Żadnego Verne'a! Ewidentnie chciał nie chciał, by film kojarzono z kinem przygodowym, zabawą, itp. To miało być poważne kino sci-fi. Ważne: pojawia się spoiler dotyczący tego ile osób wraca w finale na Ziemię. Oczywiście Lang adoptował książkę/opowiadanie swojej żony, Thei von Harbou. Opowiadanie, jak zauważa sam Lang, było wtedy powszechnie znane i popularne, ale prawem reżysera jest iść swoją drogą. Nie wiem jak wtedy podchodzono do kwestii bycia wiernym względem oryginalnych tekstów, jednak wydaje mi się, że można to traktować, z współczesnego punktu widzenia, jak całkiem potężny spoiler. Którym jak widać nie przejmował się ani reżyser, ani redakcja Film-Magazin.


La femme de nulle part (Kobieta znikąd, 1922, reż. Louis Delluc)

Nowatorski film nakręcony w impresjonistycznym stylu, odniósł spory sukces krytyczny, poniósł klęskę frekwencyjną.

Delluc nie miał bogatego filmowego. Nakręcił łącznie siedem filmów. Jednak jego myśl filmowa, wespół z innymi impresjonistami, jak L'Herbier, Dulac czy Gance, miała spory wpływ na kino awangardowe, jak głównego nurtu w swoim czasie. Jednak śledząc francuską prasę, wyraźnie można odczuć, że wśród publiczności Kobieta znikąd cieszyła się miernym zainteresowaniem, mimo bardzo zachęcających recenzji krytycznych, przed premierą.

Impresjoniści filmowi postulowali skupienie się na emocjonalnej warstwie filmu, przekazywanej nie za pomocą scenografii czy grze aktorskiej zahaczającej o pantomimę (jak w przypadku ekspresjonizmu filmowego, w kontrze, którego poniekąd wyrósł ruch impresjonizmu). Impresjonizm filmowy miał u swoich fundamentów założenie karkołomne. Postulował przenoszenie na ekran ulotności: przy pomocy minimalistycznych technik filmowych, bez ingerencji w scenografię, opierając się na samej realistycznej grze aktorskiej, próbowano przekazać emocje tkwiące w bohaterach.

Kobieta... to film z jednej strony o fatalizmie losu, kary za pomyłki z przeszłości a z drugiej o wierze, że można naprawić skutki fałszywych podszeptów serca, naprawiając cudze życie. Dojmujący to film, przepięknie zagrany przez Eve Francis, w roli tytułowej. Jej postać z przeszłości, przeplata się z teraźniejszością jak w deliriach, co jest realizacyjnie niezmiernie nowatorskie, a jednocześnie łatwo mogło zostać zamienione w rolę karykatury wampa, czy histerycznej kobiety upadłej. Tymczasem Francis bez żadnej szarży, odegrała smutek, samotność i bezsilność, w sposób, który w kinie rzadko można było oglądać.

  • 1. Długo musiałem się myśleć nad tym, jakiej sceny dotyczy ta wzmianka. Myślałem, że może była wystawiana sztuka z tą samą historią (co nie byłoby tak od rzeczy, bo rzecz jest dość kameralna). Tymczasem scena tańca trwa ledwie kilkadziesiąt sekund. Ujmuje mnie, że nawet taki detal okazał się na tyle istotny, żeby mu poświęcić wzmiankę w gazecie. Otóż tancerka Edmonde Guy (która na co dzień tańczyła scenie teatro-kawiarni Bataclan) zatańczyła układ autorstwa Ernesta Van Diérena (nie znalazłem niczego na jego temat). Akompaniował Jeana Wiénera. Z drugiej strony Guy musiała być całkiem rozpoznawalną gwiazdą, bo za chwilę pojawi się w prasówce ponownie. Jedno z moich ulubionych odkryć. Mały-wielki akapit.
  • 2. Wnętrza domu, do którego wróciła tytułowa kobieta, udekorowany był obrazami Henry'ego Ottmana, który odniósł sukces na wystawie w Salonie Jesiennym
  • 3. W związku ze zbliżającą się premierą filmu Delluca, ogłoszono konkurs na plakat do trzech filmów, w tym Kobiety znikąd. Miały zostać zorganizowane specjalne pokazy dla uczestników konkursu a plakaty opublikowane w Cinea. Podane są wymagane wymiary prac i wysokość głównej nagrody pieniężnej.
  • 4. / 5. / 6. / 12. Standardowo film reklamowano twarzami gwiazd grającymi główne role. Gwiazdami, którą chyba nie była Gene Avril, grająca młodą kobietę kuszoną przez młodzieńca do ucieczki od męża.
  • 7. / 8. Robi się nerwowo. Wg ogłoszeń były jakieś problemy z ustaleniem pokazu filmu i w związku z tym rozstrzygnięciem konkursu na plakat.
  • 9. Informacja o prywatnym pokazie Kobiety..., na którym pojawiła się śmietanka francuskiej awangardy filmowej. Film został znakomicie przyjęty.
  • 10. Wstęp do entuzjastycznej recenzji, której rozwinięcie niebawem się pojawi, w następnym numerze Cinea. Recenzent zachwyca się, mimo drobnych potknięć, świeżością filmu i tytułową rolą Eve Francis.
  • 13. 14. / 15. + plakat 16. Wybrane przez redakcję plakaty Kobiety..., które brały udział w konkursie. Konkursowe plakaty z innych filmów w PDF'ie.
  • 11. Zbiór opinii redaktorów różnych francuskich gazet. Prosty, jednocześnie poetycki, fotogeniczny, autentyczny psychologicznie, melancholijny, piękny - takie przymiotniki się w nich pojawiają. Sporo z nich osadza Kobietę znikąd w kontekście twórczości Delluca, która miała wyznaczyć nowy kierunek w twórczości reżysera. Jacques Berthet zwraca uwagę na konstrukcję filmu, który miesza przeszłość z teraźniejszością. Mimo to nie tylko nie przeszkadza w odbiorze, a wręcz wzmacnia emocjonalny odbiór filmu. Z kolei Marce Achard zwraca uwagę na psychologiczną wiarygodność każdej z odgrywanych postaci. Polecam lekturę. Nawet tę niedoskonałą, z translatorów.
  • 16. Jak się okazuje tytułowa rola była przeznaczona dla włoskiej aktorki, Eleonory Duse. Ze względu na problemy zdrowotne, rolę tę przejęła Ève Francis. Z tego co rozumiem Francis (w chwili produkcji filmu - 36 lat), miała grać młodszą, a Duse (lat 62) jej współczesną wersję bezimiennej kobiety znikąd. Duse zmarła dwa lata po premierze.
  • 17. Lionel Landry, rozwija swoją myśl z pkt. 10. Niestety nie znalazłem nic na temat tego krytyka, ale znalazłem antologię francuskiej krytyki filmowej z lat 1907-1929 (TUTAJ), wnioskuję więc że był osobą w środowisku poważaną. Wnosząc po powyższej recenzji - nie dziwię się. Bardzo mi się podoba ta recenzja. Wspominałem, że Cinea był magazynem, którego naczelnym był Delluc? To by teoretycznie tłumaczyło recenzenckie zachwyty, które gromadził dotychczas na jego łamach. Otóż tekst Landry'ego przełamuje ten schemat, co jest całkiem odważne ze strony Delluca, który potrafił docenić dobrą robotę krytyczno-filmową, ale niekoniecznie w stu procentach pozytywną, ale też pokazuje jakim zaufaniem cieszył się sam autor tekstu. Landry narzeka trochę na nieobecność Rogera Karla, który grał męża młodej kobiety. Zwraca uwagę również na niezdecydowanie realizatorskie: czasem pokazuje za dużo, czasem za mało, ale nigdy nie robi tego źle. (Na marginesie:: to chyba pierwszy tekst recenzencki w ogóle z jakim znalazłem, w którym ktoś wymienia z nazwiska operatora kamery!). Poza tym Landry w pięknym stylu rozpływa się nad arcydzielnością Kobiety...
  • 18. Według angielskiej Wikipedii oficjalna premiera we Francji miała miejsce 26 lipca, 1922 roku. W paryskich kinach wtedy żadnego pokazu nie było, więc jak sądzę sierpniowy wysyp recenzji jest wynikiem jakieś pokazu prasowego, albo czegoś w tym stylu. To jest trochę sprawa dla reportera, bo mogę wychodzić z błędnego założenia, że skoro filmu nie wyświetlano w wcześniej w Paryżu, to nie wyświetlano nigdzie we Francji. W każdym razie wyjątkowo zrobiłem screen z wynikami wyszukiwania tytułu filmu, żeby było widać ilość zaplanowanych seansów w paryskich kinach...
  • 19. ...tymczasem dwa tygodnie później miał miejsce tylko jeden seans. Film okazał się kompletną porażką. Do końca istnienia magazynu (1923) nie było wzmianki o Kobiecie... . Nawet w repertuarach kin w Paryżu go już nie wyświetlono. Mogę sobie tylko wyobrazić co czuł wtedy Delluc. Szczególnie, że przy tak fantastycznej recepcji krytycznej, nic nie zapowiadało takiej klęski. Współcześnie uważa się go za arcydzieło awangardy filmowej.
  • Na osłodę pozytywna recenzja, autorstwa René Jeanne'a. opublikowana w magazynie, którego, tak na marginesie Delluc kiedyś również był naczelnym redaktorem. W zasadzie nie ma tu niczego, co by się nie pojawiło w innych tekstach. Zastanawiająca jest tylko ostatnia uwaga. Czy to może być prztyczek w kierunku Louisa Feuillade'a i jego seriali kinowych?


Das cabinet des dr. Caligari (Gabinet doktora caligari, 1920, reż. Robert Wiene)

To jeden z największych hitów, w chwili premiery, z puli filmów tegorocznej edycji Festiwalu Filmu Niemego.

W prasie można było odczuć, że ten film ukształtuje historię. Recenzenci nie mieli wcześniej z czymś podobnym do czynienia. W Stanach porównywano film Wiene do prozy Edgara Alan Poego i a scenografię do obrazów Picassa. Z drugiej strony wybuchły protesty, nawołujące do bojkotu tego filmu, który miał zajmować czas ekranowy rodzimym produkcjom. Znalazłem artykuł pokazujący absurd tych protestów. Polecam zerknąć.

  • 1. Zaczynamy nieco zabawnym, z dzisiejszej perspektywy newsem z amerykańskiego magazynu. Meble są stawiane do góry nogami, fururystyczny film czy Drzwi otwierają się na boki - takie tajemnicze określenia pokazują, że do Stanów miał być niebawem film radykalnie różniący się od tego co dotychczas oglądali Amerykanie.
  • 2. Pierwsza wskazówka, że rozpoczęło się poruszenie na amerykańskim rynku filmowym, w związku z importowanymi z zagranicy (w domyśle z głównie z Europy) filmów. Studzi się emocje wskazując, że nie będą one miały większego wpływu na frekwencję na filmach produkcji amerykańskiej, zresztą większość z nich i tak nie przechodzi przez cenzurę, która obowiązuje w wielu stanach.
  • 3. Recenzentkę, Marion Russell film rozczarował, ale domniemuje, że to co przyciąga tak bardzo widzów do kin to fantastyczna aura filmu i jego zwroty akcji. Dwukrotnie zwraca uwagę, że film Wienego nie nadaje się dla kobiet i dzieci, którzy mogą źle znieść drastyczność filmu. Kolejny raz pokazuje, że publiczność amerykańska nie była przyzwyczajona do tak mrocznych obrazów i mierzyła się z czymś nowym czego jeszcze na ekranach kin nie widziała.
  • 4. Amerykański/a redaktor/ka konstatuje z pewną rezerwą, że w ekspresjonizmie filmowym widać pewien potencjał, jednak jest on dotychczas niewykorzystany i trudno na podstawie kilku tytułów wyrokować, w którą stronę on się rozwinie. Podaje również nazwisko artysty, który był autorem scenografii opartej na zakrzywionej perspektywie, jednak nie udało mi się nic o nim znaleźć. Pani ze zdjęcia jeszcze w prasówce wróci.
  • 5. Agnes Smith jest Caligarim  z b i t a  z  t r o p u. Zaznacza, że widownia musi się przygotować na wpływ jaki będzie miał ten film również na kinematografię amerykańską., nazywając go najważniejszą i najbardziej znaczącą produkcją roku. Zaznacza prawdopodobne inspiracje malarskie oraz już drugi raz w tej prasówce pojawia się odwołanie do twórczośći Edgara Alana Poego. Wskazuje również na unikalną pespektywę narracji - osoby psychicznie chorej, czego do tej pory nikt na ekranie w USA nie oglądał.
    (w gratisie otrzymujecie recenzję filmu z bohaterką innej edycji Festiwalu Filmu Niemego - Gypsy blood >>u nas znany pod tytułem Carmen<< z Polą Negri w reżyserii Lubitscha). Trochę mnie rozbawiło dodanie kategorii wartość rozrywkowa a jeszcze bardziej przyporządkowanie.
  • 6. W tekście zwrócono uwagę, że nie jest to pozycja, po której można spodziewać się szczęśliwego zakończenia i generalnie jest to film dość przygnębiający. Znowu pada nazwisko Poego a scenografię określono jako prawie namacalną. Pojawia się również ciekawe spostrzeżenie, że film wygląda tak świetnie przy niewielkim budżecie, tymczasem amerykańscy producenci wydają spore pieniądze na pojedyncze tylko sceny.
  • 7. Oho, mamy to! Prawdziwe oburzenie, że niemieckie, miernej jakości filmy zalewają amerykańskie kina a rodzimych produkcji nikt nie chce oglądać. Bardzo zjadliwy tekst, na którego weryfikację nie am możliwości. Trzeba by sprawdzić czy faktycznie było tak jak pisze autor z miernym poziomem tych filmów i czy faktycznie zalegały niesprzedane stosami na półkach. Jednak histeryczny ton ten wypowiedzi, zahaczający w jednym miejscu o ksenofobię każe mi traktować ten tekst z dystansem. Polecam przeczytać całość.
  • 8. Całkiem zabawna, krótka notka. Uwielbiam ten cytat:

Being a reasonably calm, ordinary sort of individual we left the theater believing strongly that the author of the picture was a little mad, the director a little madder, the actors engaged quite mad indeed.

Oprócz tego pojawia się obowiązkowo nazwisko pewnego znanego amerykańskiego pisarza.

  • 9. O! Jakże piękny komentarz do tekstu z punktu siódmego. Przy okazji na samym początku dowiadujemy się o protestach w Los Angeles, które wybuchły przy okazji wprowadzenia Gabinetu... do amerykańskich kin. Dodam w najbliższym czasie dokładną datę tych protestów. A, poza tym po prostu polecam tekst.
  • 10. / 11. / 12. Bardzo ciekawy artykuł napisany przez S. S. Van Dine'a, piszącego tutaj pod swoim stałym pseudonimem - Willard Huntington Wright. Jest to bardzo wnikliwa analiza scenografii Gabinetu doktora Caligari.
  • 13. Proponuję zabawę: znajdźcie tytuł reklamowanego tutaj filmu 😂 Zastanawia mnie czy taka forma reklamy przykuwała uwagę odbiorcy. Z drugiej strony, reklamy kiedyś diametralnie różniły się od tego co otrzymujemy teraz, więc i percepcja widza była trochę inna.
  • 14. Jeszcze jedna wzmianka o protestach.
  • 15. Wparcie estetyczne. Jedno z wielu dla tego filmu w europejskiej prasie.


Mocny człowiek (1929, reż. Henryk Szaro)

Szaro, czy raczej Chmara, jak sugerują wycinki prasowe, byli pod ewidentnym wpływem ekspresjonizmu niemieckiego, chociaż niektóre techniki zastosowane w tym filmie (takie jak liczne przenikania obrazu) przywołują na myśl rosyjską szkołę filmową. Kto by pomyślał, że Szaro, kojarzony głównie z komediami ma w dorobku tak szalony a zarazem spójny realizacyjnie film.

Uważam za skandal, że ten tytuł nie doczekał się jak dotąd jakiegoś porządnego wznowienia na Blu-Ray. Film został wydany x-lat temu na DVD z muzyką nagraną przez Macieja Maleńczuka. Muzyka ta jest nagrana jakby do zupełnie innego filmu, kompletnie nie oddająca klimatu tego co się dzieje w filmie. Na płycie dołączono miernej jakości dodatki (chociaż jak na tamte czasy do i tak dużo). Fizyczne egzemplarze sprzedawane są na aukcjach za ceny dochodzące tysiąca złotych. Czy doczekamy się w końcu jakiegoś sensownego wydania?

Screeny otrzymałem od Michała Pieńkowskiego, za co mu serdecznie dziękuję. Przekopywanie się przez polskie archiwa gazetowe wydłużyłoby pracę nad tym projektem o kilka tygodni.

  • 1. / 2. Kino polskie wstaje mozolnie z kolan. We wstępie tej krótkiej oceny recenzent wskazuje, że to już czas, by oczekiwać dobrych filmów całościowo i nie trzeba zachwycać się pojedynczymi scenami. Poza jednym aspektem, film Szaro wypadł całkiem nieźle. Recenzent wskazał również możliwy wkład Grzegorza Chmary (Bielecki) w ostateczny wygląd filmu, który w oku piszącego nadał mu jakąś trochę obcą fizjonomię.
  • 3. Wywiad z odtwórca głównej roli, Grzegorzem Chmarą. Ujmuje mnie akapit bezpośrednio poprzedzający pierwszą wypowiedź. Aktor opowiada o pracy przy filmie Szaro i doświadczeniu przy pracy z Raskolnikowem Wiene.
  • 4 Wywiad z Andrzejem Strugiem, który opracował tekst Mocnego... . Opowiedział trochę o koniecznych zmianach w konstrukcji głównego bohatera, w stosunku do oryginału literackiego. Swoją drogą co to oznacza, że opracował? Przygotował tekst oryginału do spisania scenariusza?
  • 5. Reżyser o mękach jakie przeżywał przy montażu Mocnego człowieka.
  • 6. Streszczenie z króciutką oceną. Zwróćcie uwagę na opis przy Charakter filmu!
  • 7. Wywiady z Arturem Sochą (Górski) i Marią Madrowicz (Nina). Aktor i aktorka opowiedzieli o swoich przygotowaniach do roli.
  • 8. Streszczenie filmu plus gwarancja wyniesienia jakości filmu polskiego na wyższy poziom. Pojawia się nazwisko włoskiego operatora filmowego, który pracował wcześniej przy Quo Vadis.
  • 9. Krótkie omówienie podstawy literackiej filmu Szaro. Dotychczasowe dokonania tego reżysera, każą wierzyć w powodzenie tego filmu.
  • 10. Krótka wzmianka o filmie ze wskazaniem jego walorów artystycznych.
  • 11. Reklama repertuaru. Bonus: Jackie Coogan w filmie dla dorosłych pt. Jackie u ludożerców 🤣
  • 12. Jedyna, ale jakże ciekawa wzmianka o Mocnym człowieku w amerykańskiej prasie do jakiej udało mi się dotrzeć. Zastępca komisarza ds. handlu, Gilbert Redfren pisze o trudnościach z jakimi boryka się polski przemysł filmowy. Trudnościach związanych z tendencją do udźwiękowiania filmów. Redfren wskazuje jednakże, że jest również dużo korzyści w związku z tym opóźnieniem. Gdyby ktoś chciał się o tym więcej dowiedzieć polecam wykład dr. hab. Nataszy Korczarowskiej-Różyckiej z 2017 roku. Do zobaczenia TUTAJ.

La Passion de Jeanne d'Arc (Męczeństwo Joanny d'Arc, 1928, reż. Carl Theodor Dreyer)

Przyznam się Wam w tajemnicy, że obejrzałem ten film na przyspieszeniu, w celu spisania swoich wrażeń w kilku zdaniach na potrzeby tej prasówki. Nie wiem czy w prędkości standardowej nie będzie mnie nużył (jak niektórych recenzentów poniżej), jednak zrobił na mnie ogromnie wrażenie. Słyszałem oczywiście wcześniej, że te film jest emocjonalnie trudny do zniesienia, dlatego też tak długo odwlekałem seans. Kiedy film się skończył, dochodziłem do siebie kilka minut. Nie byłem przygotowany na tak emocjonalny finał. Jego montaż to mistrzostwo budowania napięcia. Obejrzałem całość będąc niemożebnie smutnym, a koniec dodatkowo oglądałem na skraju kanapy.

Czy podobne emocje towarzyszyły krytykom w okolicach premiery? Polecam sprawdzić, znalazłem bardzo ciekawe teksty.


 

  • 1. / 2. Filmowe cierpienie jeszcze nigdy nie było tak blisko fizycznego terroru - pisze Pierre Audard.
  • 3. / 4. / 5. / 6. Dla równowagi negatywne oceny Męczeństwa... . Pierwsza w ramach recenzji Jedenastego Wiertowa, filmu bezpośrednio poprzedzającego Człowieka z kamerą. Nie lubię filmów które mnie nudziły - pisze. Autor obiecał rozwinąć dlaczego nienawidzi tego fałszywego filmu. Niestety niczego nie znalazłem. Drugi tekst autorstwa Denisa Mariona jest rozliczeniem z dokonaniami awangardzistów francuskich takich Epstein, Dulac czy L'Herbier. Ciekawy tekst będący dowodem na to, na jakim etapie była ówczesna wrażliwość krytyczno-filmowa we Francji w tamtym czasie.
  • 7. W tym newsie film Dreyera określony jest jako najlepszy film wyświetlany w brytyjskim kinie Roxy.
  • 8. Kilka ciekawych faktów dotyczących  filmu Dreyera - długość trwania zdjęć, nazwisko ich autora, budżet.
  • 9. / 10. / 11. Grafiki promujące Męczeństwo..., jako niezwykłe osiągnięcie filmowe i superprodukcja z Francji, tej samej produkcji, która dała światu Napoleona Gance'a.
  • 12. Recenzentowi film generalnie się podobał, chociaż jego monotonna narracja momentami go/ją nużyła. Zwraca uwagę również, że film zyskałby na płynności, gdyby był nakręcony z dźwiękiem. Jak myślicie?
  • 13. Trochę kuriozalny tekst, o tym że co jakiś czas będzie się kręcić na nowo historię Joanny d'Arc i jedna z nich będzie w kolorze, żeby pokazać jej fizyczne piękno (chyba?). Ostatniego zdania kompletnie nie rozumiem. Zostawiam jako ciekawostkę 🤷‍♂️
  • 14. Znane są problemy filmu z amerykańską cenzurą. W tym newsie można wyczytać, że Męczeństwo... zostało zaakceptowane. Swój wkład w akceptację miał krytyk i pisarz George Bernard Shaw, autor sztuki opartej o życie męczenniczki, której film Dreyera nie jest adaptacją. Pojawia się również komentarz pisarza odnośnie filmu.
  • 15. / 16. / 17. / 18. Kolejne złoto, które znalazłem w magazynie o jakże znamiennym tytule. Długi analityczny tekst, autorstwa Wernera Klingera dotyczący technik filmowej narracji zastosowanych w filmie Dreyera. Swoją drogą to znamienne, że tekst został napisany w kraju, w którym narodził się niemiecki ekspresjonizm.
  • Recenzja z literówką w tytule. Tekst dotyczy nowej wersji Męczeństwa..., która była dystrybuowana na terenie USA w lektorem tłumaczącym narrację. Z dzisiejszej perspektywy można odbierać taki zabieg jak profanację, jednak na tamtym etapie odbiorcy odczuwali zmęczenie kinem niemym. Wg tekstu z punktu 12. taka wersja była pożądana, a autor powyższej recenzji był z powstałego efektu zadowolony. Trudno wyrokować na podstawie jednej wypowiedzi czy był to zdanie większości krytyki / odbiorców. Temat do rozwinięcia. Na BluRay'u Criterion Collection jest dokument poświęcony różnym wersjom tego filmu. 


Alice in wonderland (Alicja w krainie czarów, reż. W.W. Young, 1915)

Idealny film by z nim dorastać.

Jak zresztą sama książka, której film jest całkiem dokładną ekranizacją. Świat dorosłych w tym filmie, jest enigmatyczny, niebezpieczny i mroczny. Dla najmłodszych widzów będzie dziwaczny, może nawet trochę zabawny, dla nastolatków będzie uosabiał sporo lęków związanych z dorastaniem a starsi widzowie, mogą wpaść w zadumę, nad uniwersalnymi, niemal filozoficznymi, problemami przedstawionymi w filmie Younga. Swoją drogą Young był (wg IMDB) psychologiem dziecięcym, z dorobkiem dwóch filmów w karierze. Drugim był Mistery of life z 1930 roku. Twórcy zależało chyba na zadawaniu ważkich egzystencjalnych pytań, sądząc po doborze tematu swoich filmów. Szkoda, że tak mało informacji o nim można znaleźć.

Najważniejsze w kontekście tego filmu to obłędne kostiumy i charakteryzacje. Czekam kiedy film wyjdzie w lepszej jakości, żeby się napatrzeć na detale. W prasówce troszkę tego widać.

  • 1. Recenzentka zachwyca się filmem Younga. Rolą Savoy, zabawnym królikiem czy sprytną myszą. Według autorki film jest idealny dla dzieci.
  • 2. Tutaj z kolei wskazuje się na mnogość następujących po sobie wątków, a jednocześnie wskazuje na wspaniałą realizację.
  • 3. Informacja o pokazie zorganizowanym dla sierot oraz o zwrocie kosztów biletu dla harcerzy w kinie niedaleko Nowego Jorku.
  • 4. Przyznaję: nie rozumiem tego akapitu. Myers ma bogaty dorobek, ale Alicja... do niego nie należy. Do poprawy, zastąpię to jakimś innym screenem.
  • 5. Kilka miesięcy po premierzy filmu w lutym, zmarła Lotta Savoy (lub Savey) matka aktorki grającej tytułową rolę, Violi. Nie jest znana dokładna pisownia nazwiska. Więcej szczegółów TUTAJ
  • 6. Reklama filmu zachęcająca m.in. rekomendowanie filmu dla dzieci w szkołach publicznych.
  • 7. Kolejna pochwała w kierunku ekranizacji bajki Lewisa Carrolla. Wskazuje się na wierność oryginałowi i rysunkom, które do książkowej wersji wykonał John Tenniel.
  • 8. / 9. 10. / 11. / 12. Wersja filmu, którą możecie zobaczyć w internecie, jest w jakości DVD (720p), co odbiera trochę przyjemność z oglądania. Dlatego zazdroszczę osobom, które miały okazję oglądać ten film na krakowskim festiwalu. Tutaj widać namiastkę, tego jak wygląda film w dobrej jakości. Dwie strony wybranych najciekawszych kadrów z filmu Younga w dobrej jakości. 


Assunta Spina
(1915, reż. Francesca Bertini, Gustavo Serena)

Bertini uważała się za prekursorkę neorealizmu włoskiego. Na pewno w powyższym filmie pokazała podobną wrażliwość. Assunta Spina to portret jednostki żyjącej w małym miasteczku, którego rytm wyznaczają posiłki, religia, praca. Bohaterka cały czas jest portretowana na tle krajobrazów, budynków miejskich czy wśród tłumu.

Niestety włoska prasa, która wspomina film Bertini jest w trzymana w koszmarnej jakości na archive,org a druga baza jest ciągle zamknięta i nie mam do niej dostępu. Mimo wszystko, coś udało się znaleźć. W pliku PDF znajdziecie jeszcze opowiadanie i sztukę, które stały się podstawą do nakręcenia tego filmu.

A jeżeli ktoś chciałby posłuchać czegoś więcej na temat filmu, zapraszam do odsłuchu odcinka Accademii Filmu Włoskiego od Diany Dąbrowskiej, z moim skromnym udziałem. LINK

  • 1.  Cine Mundial to hiszpańskojęzyczna wersja magazynu Motion Picture News, na Amerykę Łacińską. Tutaj Ricardo Marino pisze o trudnościach związanych z dystrybucją filmów w Ameryce Łacińskiej. Wymienia filmy Bertini w tym Assuntę Spinę w gronie tych, które odniosły sukces w Hawanie w Meksyku, przy okazji wychwalając aktorstwo włoskiej diwy. Zapowiada również wyświetlanie kolejnych filmów z jej udziałem.
  • 2. I wracamy do artykułu, którego fragment był widoczny przy okazji tekstu o Caligarim. Ciekawy tekst analizujący współpracy włoskich i amerykańskich dystrybutorów. Amerykanie nie otrzymują filmów, za które rzekomo zapłacili, a Włosi mają nazywać kolegów po fachu złodziejami. I tak to się kręci. Polecam tekst.


Opium (1919, reż. Robert Reinert)

Ciekawy film, chociaż z dość nużącymi i powtarzalnymi retrospekcjami. Gdyby je ograniczyć film mógłby być piętnaście minut krótszy i byłby dużo bardziej zwarty narracyjnie. A tak widz jest prowadzony za rączkę, żeby przypadkiem się nie zgubił w opowieści. Ciekawy przypadek filmu ekspresjonistycznego z wątkiem przestrogi przed braniem narkotyków.

To mógłby być nieoficjalna pierwsza część historii Gabinetu Doktora Caligari. Grają tutaj zarówno Werner Krauss jak i Conrad Veidt. Widzę to tak: chiński diler opium wychodzi z więzienia i wskrzesza Richarda, który w Opium zginął. Czyni go somnambulikiem-zombie-mordercą na własnych usługach. Caligari, bo takie nazwisko przyjął handlarz, stał się żądnym zemsty na świecie człowiekiem, za krzywdy, które mu wyrządzono odbierając środki do życia.

  • 1. / 2. Najmocniejszy film jaki kiedykolwiek wyprodukowano w Niemczech - wiem, że reklama rządzi się swoimi prawami, ale znajduję to całkiem zabawnym. Mocne słowa, jak na film, który miał prawie zerową promocję w prasie. Ale za to jest to jedyna reklama w tej prasówce, która zajmuje aż cztery strony magazynu (po dwie w różnych częściach tego samego numeru).


Schatten - eine nächtliche halluzination (Cienie, reż. Arthur Robison, 1923)

Mój ulubiony film tej edycji krakowskiego festiwalu. Film bez plansz dialogowych, w całości opierających się na ekspresjonistycznej grze aktorów. Tytułowe cienie są tutaj odpowiednikiem emocji bohaterów. Czasem są rozmyte, często przerastają swoich właścicieli, czasem pełnią funkcję przedstawienia magicznego, który działa jak nośnik emocji w kierunku widza. Takich autotematycznych wątków jest tu kilka. Na nich również opiera się finałowy twist, będący zaskakującą afirmacją ludzkiej natury - nawet jeśli targają nami sprzeczne emocje, to odpowiednio poprowadzone emocje (w filmie przez kogoś na kształt bożka Hermesa lub Amora) odkrywają naturalne piękno ludzkiej duszy. Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale jest to dość unikalne podejście w ekspresjonizmie, który meandrował mroki ludzkiego umysłu. Czy to nie brzmi jak idealny film na święta? 😁

Seans Cieni w Czerwonej Sali w Kinie Pod Baranami ilustrowany był absolutnie fantastyczną muzyką na żywo autorstwa duetu Eta Hox & Pruski. Miks niskich basów na pierwszym planie z wysokimi na drugim, dał odpowiednio niepokojący efekt, ilustrujący to co dzieje się w duszach bohaterów filmu Robisona. Chapeau bas!

Niestety, film był prawdopodobnie bardzo niszową produkcją, gdyż jego promocja w ówczesnej prasie była znikoma. A szkoda, bo reklamy z kadrami filmów mogłyby wyglądać całkiem zacnie i przykuć uwagę widzów.

 

  • 1. Pierwszą ciekawszą wzmiankę o filmie Robisona znalazłem w amerykańskim Variety. Cienie według autora/ki są niepodobne do jakiegokolwiek filmu, który wcześniej powstał i z pewnością nikogo nie pozostawi obojętnym. Zwraca również uwagę, że w Wielkiej Brytanii trzeba było czekać, aż dwa lata na wprowadzenie tego filmu do kin.
  • 2. Sekcja, w której pojawia się wzmianka o Cieniach nazywa się Co myślicie? Wasze poglądy i nasze. Tymczasem trochę mi zajęło co tutaj jest poglądem redakcji. Czytelnik pyta czy jest szansa na poświęcenie całej strony niemieckiemu filmowi, rozpisując swoją interpretację, będącą alegorią napięć między państwami w tamtym czasie. Odpowiedź redakcji: Genialna sugestia. Tekstu poświęconego Cieniom w tym magazynie nie znalazłem, ale poszukam kiedyś.
  • 3. Nie znalazłem żadnej informacji o tej organizacji. Na pewno nie jest ona powiązana z BFI, które powstało w 1933 roku. Na pewno ten akapit pokazuje, że istniała silna potrzeba wprowadzania do brytyjskich kin filmów o wysokim walorze artystycznym, a do takich zaliczają się tutaj Cienie czy Caligari

Test projektora Epson EF-12

 

Test projektora Epson EF-12


źródło: epson.pl

Miałem niedawno przyjemność testować laserowy projektor Epson EF-12.

Dotychczas nie przeżyłem wielu seansów z użyciem projektorów, ucieszyłem się zatem na taką możliwość. To co podoba mi się najbardziej w tym sposobie wyświetlania filmów, to fakt, że jest to doświadczenie wypełniające lukę pomiędzy oglądaniem na ekranie monitora a seansem kinowym. Uchwycenie namiastki kina w domu było niesamowitym uczuciem.

Projektor, który używałem do testu od razu przykuł moją uwagę swoim retro wyglądem. Jego prosta, czarna budowa, przypomina trochę stare projektory szpulowe, ale bez samych szpul.

Nie przypominam sobie, żebym chociaż raz zajrzał do instrukcji obsługi. Sama „instalacja” była banalnie prosta i szybka. Uruchomienie i kalibracja urządzenia również nie przysporzyła większych problemów. Dużym ułatwieniem jest automatyczna trapezowa korekcja obrazu, szczególnie kiedy obraz nie będzie wyświetlany prostopadle na ścianę, ale tak jak u nas, stać będzie na stole i na wysuwanej nóżce, która pozwalała na podniesienie przedniej części projektora. Oczywiście istnieje możliwość ustalenia indywidualnej korekcji położenia narożników, ale w naszym przypadku nie była ona potrzebna. Zaskoczony byłem jednak tym jak blisko ściany musi być postawiony projektor. Urządzenie jest leciutkie (2,1 kg), więc stawienie i przenoszenie nie sprawiało problemów. Najbardziej uciążliwe w tym kontekście były kable zasilające i HDMI, plątające się pod nogami :D W każdym razie, tak bliskie ustawienie projektora w stosunku do ściany jest sporym ułatwienie, ponieważ można dzięki temu uniknąć kombinowania z montowaniem tego na półce po przeciwnej stronie ściany, na której mają być projekcje czy jeszcze gorzej, montowanie samej półki. Również w tej kwestii, dzięki niewielkiej wadze, projektor EPSON'a jest bezproblemowy.

Postanowiłem z okazji testu zorganizować rodzinny seans z bardzo młodą 2,5-letnią widzką. Obejrzeliśmy, więc kilka odcinków przepięknej i uroczej animacji Lucas the Spider oraz dwie animacje ze studia SE-MA-FOR, które znajdziecie na ninateka.pl. Pan Piórko i Rozbitka Edwarda Sturlisa. Ten drugi miał obłędnie piękne kolory, co widać świetnie na zdjęciach.

Po połączeniu projektora z moim kontem Google (możliwość połączenia z Chromecast) okazało się, że wśród dostępnych platform vod nie ma do Netfliksa. Jest HBO Go, Amazon Prime, ale tej najpopularniejszej na tym projektorze nie ma. Trochę uciążliwe było ciągłe podpinanie laptopa (dwa wejścia HDMI) do projektora, ale innej opcji nie było, bo nie można było nawet wyszukać tej aplikacji w Sklepie Google Play. To jedyny minus jaki dostrzegłem, który pewnie wynika z umów między producentem a platformami.

Podczas większości seansów towarzyszyły mi koty w kadrze jako wartość dodana do filmów. Tutaj na tle Gadających główPodwójnego życia Weroniki Kieślowskiego.

By maksymalnie zbliżyć tego typu doświadczenie do kinowego potrzebny by był odpowiedni zestaw głośników. Nie posiadając takowych byłem bardzo mile zaskoczony jak świetnie radzi sobie wbudowany w projektor głośnik marki Yamaha. Jak na takie maleństwo dźwięk wydobywający się z głośnika był przyjemnie przestrzenny i z głębokim basem.

Najważniejsza w tego typu projekcjach jest jakość obrazu. I tutaj również się nie zawiodłem. Obejrzałem na projektorze sporą część filmów Krzysztofa Kieślowskiego, krótkie animacje na Ninatece i sporą część komedii z Busterem Keatonem wydaną w boksie przez Lorber Films, kilka odcinków Przyjaciół i dwa filmy z tegorocznej edycji Festiwalu Nowe Horyzonty. Część z tych filmów miała jakość Blu Ray. Sam projektor jest przygotowany maksymalnie na jakość HD, ale nawet przy 4K dawał radę. Obejrzałem sporo filmów w wyższej jakości i mimo, że projektor nie ma konstrukcyjnie możliwości dociągnięcia jakości BD i tak zaskakująco świetnie dawał sobie radę, mimo paru momentów kiedy w kadrze pojawiało się niebo i pojawiały się charakterystyczne granice między odcieniami. Nie było to jednak uciążliwe i nie odbierało mi to przyjemności z seansu. Wysoka jakość obrazu jest wynikiem zastosowania technologii 3LCD, która (za stroną producenta):

zapewnia równie wysokie natężenie światła białego oraz barwnego, dzięki czemu obrazy są nawet trzykrotnie jaśniejsze niż w przypadku porównywalnych, jednoukładowych projektorów DLP⁵.

Pandemia i kolejne lockdowny sprawiły, że wielu z nas zatęskniło za seansami kinowymi. Projektor może być dobrym kompromisem, a wybór Epson EF-12 będzie super opcją.

Więcej informacji technicznych o projektorze TUTAJ

PS Pierwszy raz w życiu oglądałem film na suficie! Polecam gorąco. Niesamowity komfort, chociaż z początku jest to dość dziwne uczucie. Szczególnie przydatna opcja, kiedy to jedyna większa przestrzeń w mieszkaniu, mogąca nam posłużyć za miejsce do projekcji.


21. Festiwal Nowe Horyzonty - relacja

21 Festiwal Nowe Horyzonty - relacja

Przedziwny to był dla mnie festiwal. Nigdy wcześniej nie miałem okazji być na stacjonarnej edycji Nowych Horyzontów.

Rok temu obejrzałem kilkanaście filmów w ramach pandemicznej edycji online, łączonej z American Film Festiwal. Jednak wiadomo, że stacjonarne festiwale to zupełnie inna bajka. W każdym razie do Wrocławia przyjechałem po kilkudniowych włóczeniu się po Wiedniu, z przerwą na jedną noc w domu. W dodatku w sobotę musiałem czasowo podzielić się między festiwal a konkurs Gali Twórców, którego byłem finalistą w swojej kategorii. Nie miałem parcia na oglądanie na siłę, byle więcej, a tak by było gdybym miał karnet – kupiłem bilety na wybrane filmy. To była edycja skupiona głównie na spotykaniu ze znajomymi i jedzeniu. Dziennie tylko dwa, trzy filmy. Lubię festiwalowy stan wyczerpania i filmowego przebodźcowania, ale i taka forma, jak się okazało, również mi odpowiada.

Był to również pierwszy raz, kiedy tak długo musiałem mieć maseczkę na twarzy. Nie sądziłem, że się przyzwyczaję, ale poszło zaskakująco łatwo. Pozdrawiam z tej strony wszystkich malkontentów narzekających, że muszą nosić kagańce na twarzy i prezydent Duda pozwolił nie nosić. Wykazywaliście się kompletnym brakiem zrozumienia dla organizatorów i wolontariuszy wykonujących polecenia tych pierwszych. O bezpieczeństwu osób, z którymi macie styczność, nie wspominając.

W ramach 21. Festiwalu Nowe Horyzonty, obejrzałem dziesięć filmów – osiem stacjonarnie, dwa online. Jakkolwiek podczas pandemii długo ceniłem sobie intymność domowych seansów, tak po jakimś czasie zaczęło mi to niezmiernie uwierać. Dlatego z przyjemnością raz po raz wracałem do Kina Nowe Horyzonty czy do Capitolu na kolejne projekcje. Jednak możliwość zobaczenia filmów online jest świetnym uzupełnieniem repertuaru wydarzeń stacjonarnych. Dlatego tak chętnie skorzystałem z takiej możliwości zobaczenia dodatkowych dwóch filmów festiwalowych, już po powrocie do domu.

Poniżej przeczytacie kilka zdań moich wrażeń z każdego seansu. Kolejność odpowiada kolejności oglądania.

Hiacynt, reż. Piotr Domalewski, reż. 2021

W momencie gdy piszę to zestawienie to dzień wcześniej Hiacynt zdobył Złotego Lwa za scenariusz i Złotego Klakiera na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. To każe mi zrewidować moje „meh” po seansie. Siedząc we wrocławskim Capitolu zachwyciłem się zdjęciami Piotra Sobocińskiego jra. Film wyprodukował Netflix. Wizualnie filmy z tej stajni są do siebie niezmiernie podobne, jakby operatorzy używali zestawu tych samych filtrów, kadrowania, itd. Sobociński wyszedł z tego obronną ręką, dzięki czemu Hiacynt wygląda obłędnie. Paleta kolorów raz przywoływała skojarzenia z tlącym się w nocy ogniskiem, a gdzie indziej szaroburym betonem pokrytym brudnym lodem. W połączeniu ze scenografią (Jagna Janicka) i kostiumami (Aleksandra Staszko) nie ma się wrażenia stylizacji, a świetnie zrozumianej minionej epoki. Jakkolwiek film Domalewskiego wygląda fantastycznie, to sposób przedstawienia historii wydał mi się dość nieporywający. Może na małym ekranie będę miał niebawem okazję zrewidować swoją ocenę. Premiera na Netfliksie 16 października.

 

Titane, reż. Julia Ducournau, 2021

Tegoroczny zwycięzca Cannes. Bardzo spodobały mi się wizualne metafory zawarte w tym filmie. Starzejący się facet cały czerwony z nienaturalnego nadmiaru testosteronu, różne próby zawłaszczania genderowo męskich artefaktów i w ogóle płynność pojęcia płciowości ujęta w Titane jest bardzo satysfakcjonująca. Jednak mnogość tematów jakie bierze na siebie film Julii Ducournau jest tak duży, że część z nich traktuje zbyt powierzchniowo. Tyle się tam działo, że po seansie poczułem się bardzo zmęczony. Prędko nie wrócę, ale kiedyś to zrobię.

Mandibules, reż. Quentin Dupieux, 2020

Doceniam Morderczą oponę. Był to jakiś powiew świeżości w swoim czasie. Absurdalny koncept i humor trafiły do mnie, chociaż nie bez zastrzeżeń. Dałem Dupieux kredyt zaufania. Liczyłem, że w Mandibules Francuz rozwinie się w sposobie kreowania humoru w filmie, będzie nieco bardziej kreatywny. Nic z tych rzeczy. Znowu dostałem mało kreatywny, wtórny film, który powiela błędy debiutu. Widzę próby stylizowania na epizodyczną komedią slapstickową i pierwsze pół godziny ma się naprawdę rewelacyjne: bohaterowie to najwięksi durnie od czasów Głupiego i Głupszego co generuje cała masę onirycznych, nierealnych i absurdalnych gagów i innych komicznych sytuacji. Z czasem, tak jak na filmie z bitumicznym zabójcą, odczuwałem coraz większe zmęczenie brakiem pomysłu na umiejętne kreowanie sytuacji humorystycznych. Podobnie jak debiutowi, dam temu filmowi jeszcze kilka szans, bo czuję w nim potencjał. Chociaż może to być moje myślenie życzeniowe, że tak ciekawy twórca jak Dupieux, nie zatrzymał się w miejscu i ciągle się rozwija.

 

Pleasure, reż. Ninja Thyberg, 2021

Podczas tegorocznych Nowych Horyzontów obejrzałem dziesięć filmów z czego większość pokazywała jak beznadziejni (delikatnie ujmując) potrafią być mężczyźni i/lub jak okropnym systemem, na którym traci każdy, jest patriarchat. Jakkolwiek by to nie było kliszowe stwierdzenie, to taka ilość filmów biorąca na tapet takie tematy świadczy o tym, że długo jeszcze takie filmy będą musiały powstawać. Pleasure łączy te dwie rzeczy w historii typu „po trupach do celu”, tym razem osadzając ją w środowisku pornograficznym. Męczący, niekomfortowy, unikający dosłowności, świetnie zrealizowany film.

 

A-ha – The Movie (pol. A-ha), Thomas Robsahm, 2021

A-ha – The movie to największy zawód tegorocznej edycji. Nigdy nie miałem serca do synth popu, jednak norweski zespół od zawsze do mnie przemawiał. Ich najwcześniejsze płyty doceniam, ale to ostatnie dokonania uwielbiam najbardziej. Lifelines, Summer Moved On czy Forever Not Yours do dzisiaj wywołują we mnie gęsią skórkę i są jednymi z tych kawałków, do których wracam najczęściej. Jednak doceniam w całości a nostalgiczny klimat ich utworów naznaczył sporą część mojego nastolęctwa. Po tym filmie sporo oczekiwałem i chyba dlatego to co otrzymałem tak mnie zabolało. Spodziewałem się, że konieczne będzie odhaczenie pewnych niezbędnych punktów: skrócone biografie członków zespołu, tego jak się spotkali, itd. Tymczasem im dalej film trwał, tym bardziej przekonywałem się, że to kolejna ekranizacja wpisu z Wikipedii. Chociaż piosenki przyjemne. Otrzymałem prawie żadne osadzenie w kontekście czasów w jakim przyszło działać zespołowi, żadnej wzmianki o warstwie tekstowej piosenek. Zamiast tego obejrzałem sztampową historię zespołu, która jak po sznurku punktuje najważniejsze wydarzenia. Gdyby nie drobna wzmianka, że najwięksi wykonawcy popowi inspirowali się ich twórczością, można by sądzić, że jest to historia zupełnie osobna i wyizolowana od reszty rynku muzycznego. Czy naprawdę potrzebujemy takich niewiele wnoszących filmów? Film parówka – śladowe ilości zniuansowania, które zbyłem wzruszeniem ramion i rzekłem po seansie: „To wszystko? Aha. No, szkoda trochę”.

 

Redoubt (pol. Reduta), reż. Matthew Barney, 2019

Wypełniona tańcem współczesnym adaptacja mitu o Dianie i Akteonie. Niewiele więcej mogę dodać. Kino bardzo kontemplacyjne, dość nudne. Diana i jej dwie towarzyszki Dziewice to ktoś w rodzaju żołnierek broniących swojego terytorium, a Akteon i jego partnerka to artyści, wykonujący (chyba) miedzioryty. Film na niezłe spanko. Ilekroć otworzycie oczy podczas seansu Wasze oczy ucieszą przepiękne sfilmowane góry i lasy.

 

Golden Eighties (pol. Złote lata '80), reż. Chantal Akerman, 1986

Mój ulubiony film tegorocznej edycji. filmowa laurka o latach ’80, zrobiona w latach ’80. Tytułowa dekada w filmie Chantal Akerman to czasy, w których zderzają się rozterki dwóch pokoleń: tych którzy doświadczyła groza II Wojny Światowej i Holocaustu oraz tych już oderwanych od problemów swoich dorosłych, skupiona bardziej na sobie. Wydawałoby się, że dorosłe osoby z bagażem, często trudnych doświadczeń, będą lepiej od młodszych radziły sobie z plątaniną uczuć. Tymczasem Akerman portretuje bohaterów z ogromną czułością, pozwalając im na błądzenie, smutek i na popełnianie tych samych pomyłek, by ostatecznie wyciągnęli jakieś wnioski. Młodzieńcza energia, rozszczebiotanie dziewczyn i pozerstwo chłopaków (podbite przez musicalowe fragmenty), uzupełnia się goryczą wymieszaną z niepokojem o jutro u dorosłych.

Memoria, reż. Apichatpong Weerasethakul, 2021

Drugi po Wujku Boonmee… film Apichatponga Weerasethakula, który widziałem. Tego też nie zrozumiałem. Jednak nauczyłem się czegoś o sobie podczas tego seansu – oglądając takie filmy w kinie totalnie wsiąkam w ten świat i niepotrzebne jest mi rozumienie, wystarczy mi atmosfera, wynikająca z tempa tajemniczej narracji czy statycznych kadrów. Jak powiedział kiedyś Jakub Dem  Dębski, bycie zakładnikiem przestrzeni sali kinowej, ma w trakcie tego typu filmów ogromne plusy. Chyba dlatego mój porzedni seans filmu tego reżysera, na laptopie, okazał się fiaskiem. Nie miał zwyczajnie szans mną zawładnąć. Wujka… będę musiał sobie kiedyś powtórzyć w kinie, jeśli tylko nadarzy się okazja, a tymczasem Memorię serdecznie Wam polecam. Najlepiej na wielkim ekranie. Idealne zamknięcie stacjonarnego etapu festiwalu.

 

Sexual Drive, reż. Kôto Yoshida, 2021

Tak się złożyło, że ostatnie japońskie filmy, które oglądałem krążyły wokół seksu i jedzenia. Siłą rzeczy takie mam pierwsze skojarzenia kiedy myślę o tej kinematografii. Zaznaczam to, ponieważ wg rozmowy Łukasza Mańkowskiego, którą przeprowadził z reżyserem Sexual Drive, Kôtą Yoshidą (do przesłuchania TUTAJ, przeprowadzoną na potrzeby 21. Edycji festiwalu Nowe Horyzonty), japońscy reżyserzy rzadko łączą te dwa tematy w swoich filmach. Jednym z tych wyjątków jest Tampopo (1985) w reżyserii Jûzô Itamiego, z którym film Yoshidy, który obejrzałem, często jest porównywany.

Film Yoshidy to trzy nowele, które łączy postać Kurity – kimś w rodzaju trockstera nie z tego świata. Gra go fantastyczny, trochę diaboliczny Tateto Serizawa. Bardzo przyjemny, zmysłowy a miejscami niezmiernie zabawny film.

PS Po seansie zapragnąłem zjeść natto, potrawę z pierwszej noweli. Akurat w wege sklepie w moim mieście była ostatnia sztuka. Pachnie jak piwo, smakuje tak jak możecie sobie wyobrazić jak smakuje sfermentowane ziarno soi. Zjedzone, odhaczone. Jest to intrygujące, ale fanem nie zostanę. Zostało mi za to do spróbowania bardzo pikantne mapo tofu ze środkowej noweli. Jadł ktoś?

Strawberry Mansion (pol. Rezydencja Pod Truskawką), reż. Kentucker Audley / Albert Birney, 2021

Mój drugi seans online, a zarazem ostatni w ramach 21. Nowych Horyzontów. Świat Rezydencji pod Truskawką jest zawieszony między przeszłością a przyszłością. Na kasety VHS nagrywa się wspomnienia, które podlegają państwowej kontroli i podatkom. Retrofuturystyczny klimat wygląda jak wyciągnięty z serialu Tam gdzie rosną stokrotki, a gdzie indziej jak z kart powieści Przygód Guliwera. Na płaszczyźnie fabularnej jest tu trochę Matrixa i MirrorMask Dave’a McKeana. Finalnie otrzymałem kociołek z mnóstwem inspiracji, motywów, wątków. Filmowi nie zawsze jednak to wychodzi na dobre. Antykapitalistyczny wydźwięk twórcy starają się tu wysuwać do przodu, ale nie potrafią go tak poprowadzić, by mógł odpowiednio, mniej eksplicytnie, a w sposób bardziej zniuansowany wybrzmieć. Cudownie z kolei działa retro-futurystyczny realizm magiczny tego filmu. Zachwyciłem się jego pastelowymi kolorami, ale też historią o poszukiwaniu miłości, opowiedzianą trochę w stylu Alicji w krainie czarów.

 


Rusalka (1977), reż. Petr Weigl

Rusalka (1977), reż. Petr Weigl


Přemysl Kočí jako Wodnik, ojciec Rusałki. Charakteryzacja i kostiumy w tym filmie są obłędnie piękne. Film jest dostępny z angielskimi napisami na portalu YouTube pod TYM linkiem.

Jeszcze całkiem niedawno nikt nie dopuszczał możliwości, że pojęcie „festiwal online” wejdzie na stałe do słownika każdego kinomana. Tymczasem rzeczywistość zmienia się na naszych oczach i najpierw Festiwal Kamera Akcja a w zeszłym tygodniu Festiwal Nowe Horyzonty zebrały fantastyczne frekwencje. A przed nami kolejne edycje kolejnych festiwali. Dzisiaj na przykład zobaczyłem wiadomość, że Festiwal Filmu Niemego również przenosi się do eteru, co mnie ogromnie cieszy. Cieszyński festiwal nie pozostaje w tyle i po wielu perturbacjach rozpoczął swoją kolejną, dwudziestą drugą (omg!) edycję.

Ponad półtora roku temu odbył się 21. Przegląd Filmowy Kino na Granicy  / Kino na Hranici w Cieszynie. Po powrocie do domu obiecałem sobie, że napiszę tutaj kiedyś o kilku filmach, które tam obejrzałem. Teraz nadarza się idealna okazja, by sobie o jednym z nich przypomnieć.

Idąc na Rusałkę Petra Weigla (1977) myślałem, że to jakaś czechosłowacka baśń filmowa. W swoim festiwalowym nierozgarnięciu nie doczytałem, że to filmowa opera, co sprawdziłem po kilkunastu minutach od rozpoczęcia seansu. „Nie może być! Kurde, pomyliłem filmy”. „No, nie. Panie Klatek, jesteś pan nieogarem. Teraz cierp”. Możliwe, że nie tylko ja tego nie doczytałem, bo po jakimś czasie widzowie zaczęli wychodzić
z sali Centrum Kultury Strzelnica po czeskiej stronie Cieszyna. Czemu się nie dziwię, bo opera (nieważne czy filmowa, czy w wersji tradycyjnej) to niełatwa rzecz do oglądania. Mój problem polegał na tym, że następny film, który chciałem zobaczyć, zaczynał się dopiero za kilka godzin, a inne tytuły nie wchodziły w grę, ponieważ z nim kolidowały, albo właśnie się rozpoczynały. Skoro byłem „skazany” na ten film, uznałem, że muszę coś z tego wyciągnąć dla siebie. Zacząłem przypatrywać się realizacji, grze aktorskiej, kostiumom i nagle mnie olśniło.

Wysoki poziom dramaturgii, duże zbliżenia na twarze aktorów czy ich bardzo ekspresyjna gra to przecież elementy bardzo przypominające kino nieme! Oczywiście nie chodzi o świadome zapożyczenia, bo w do tej relacji należałoby dodać jeszcze teatr i związki ten „kulturalny trójkąt” wzajemnie się przenikał w historii. W każdym razie tego momentu (po jakiejś pół godziny filmu) zacząłem czerpać ogromną przyjemność z seansu. Tak bardzo, że jeśli na początku byłem o krok od wyjścia z perspektywą kilkugodzinnego włóczenia się po Cieszynie (piękne miasto, kocham, ale to jednak za małe miasto na takie spacery), to po tym „odkryciu” przestawiłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Co scena – zachwyt. Co kolejny zwrot akcji – coraz większe zaangażowanie. Obłędne charakteryzacje, świetne efekty specjalne a nawet przepiękne plenery… Wszystko mnie w tym filmie zaczęło nagle zachwycać. Jakby przestawił mi się przełącznik w głowie. Gdyby nie to jedno spostrzeżenie doceniłbym zapewne kilka jego elementów, a film dostałby ode mnie łatkę „niezłe, ale nie dla mnie”.

Filmo-opera Weigla, oparta jest na libretcie opery Antonína Dvořáka pod tym samym tytułem. Libretto do niej napisał Jaroslav Kvapila. Rusalka uważana jest za jedno z arcydzieł czeskiej opery w historii. Można w niej odnaleźć motywy m.in. z Jeziora łabędziego i Syrenki Andersena. Nie będę tu streszczał całej fabuły, tym bardziej, że od seansu minęło sporo czasu. Możecie go przeczytać na czeskiej Wikipedii [LINK] (Google translator daje radę).

Ruzena Maturova jako Rusalka. Fotos zrobiony na potrzeby reklamy premiery spektaklu w roku 1901. Więcej zdjęć i projekty kostiumów TUTAJ.

Powyższa obserwacja zaprowadziła mnie do wniosku, że jeżeli ktoś chciałby przekonać się do opery, ale boi się wysokiego progu wejścia, to filmowe wersje takich spektakli wydają mi się nadawać idealne jako początek przygody z tym medium. Wszystko co „filmowe” (montaż, praca kamery) w takich pozycjach sprawia, że opera wydaje mi się bardziej przystępna dla kogoś, kto jest przywiązany do estetyki filmu. Jak widać nie są to też wnioski specjalnie odkrywcze. Przecież w tym przypadku działa ten sam mechanizm, dzięki któremu wielu widzom (w tym i mnie) spektakle Teatru Telewizji, lepiej się oglądają niż spektakle sceniczne. I przez „lepiej” nie mam na myśli jakości, ale kwestię przyzwyczajenia do obcowania, jak sądzę, z jednym typem medium kulturowym i braku możliwości wzniesienia się ponad to przyzwyczajenie. Jestem typem odbiorcy, którego percepcja potrzebuje innego typu dynamiki. Przekonałem się o tym idąc na operę na podstawie opowiadania Powiatowa Lady Makbet Leskowa. Dzięki powyższym obserwacji o nieintencjonalnym związku  opery z kinem niemym na pewno mogłem spektakl docenić bardziej. Jednak ten rodzaj sztuki to ciągle „nie moja bajka”.

Odkrycie, że opera może mi się podobać była jednym z najważniejszych odkryć z pogranicza świata filmu. Czy w tym roku doznam równie ważnych przeżyć? Zapowiada się dobrze. Zdążyłem obejrzeć wnikliwy dokument o rasowych uprzedzeniach wśród Czechów, na podstawie grupki nastoletnich hokeistów, którzy wyjechali do Maroka w poczuciu wyższości, że to oni będą uczyć grać hokeja tych „z Afryki co to śniegu na oczy nie widzieli”. Zobaczyłem film dyplomowy łódzkiej filmówki pt. Nic nie ginie, której seans był mi bardzo potrzebny w tych parszywych czasach. Kilka historii ludzi spotykających się na terapeutycznej grupie wsparcia bardzo podniosło mnie na duchu. Zostałem też zaproszony do świata czechosłowackiej poezji. W filmie  Samotni biegacze poznałem historię grupy poetów, którzy działali w tamtym okresie w tym kraju. Nawet jeśli nie jest to dokument idealny (stylizacja na przypadkowość bywa niezamierzenie zabawna), to ma on ogromny urok a sam film jest dowodem, że są przyjaźnie, których chemia potrafi przetrwać dziesiątki lat. Wreszcie, jeśli Czechosłowacja to i surrealizm. Pani czarodziejka ze zjawiskową Jolantą Umecką to intrygujący film, obśmiewający męską chuć, interpretowaną w kontekście freudowskich instynktów. A, to przecież nie wszystko. Była rewelacyjna Kontrola, bolesna i wzruszająca Nasza klątwa a kiedy to piszę kończę oglądać interesujący Słodki czas Kaimagdory, portret człowieka, którego rytm życia wyznaczają pory roku. Co przyniosą kolejne dni festiwalu? Czekam z niecierpliwością!

PS Czy ktoś mógłby polecić jakąś książkę o relacjach teatru-opery-filmu w historii?


10. Festiwal Filmu Niemego - relacja z dnia drugiego

10. Festiwal Filmu Niemego - relacja z dnia drugiego


Identyfikacja graficzna: BLEKA | www.bleka.pl

Odwiedzanie małych festiwali jest jak wizyta u starego dobrego znajomego: choćbyście się nie widzieli całe lata już u progu odczuwasz rozkosze gościnności przygotowane dla Ciebie przez gospodarza.

Organizatorzy Festiwalu Filmu Niemego w Krakowie, który w tym roku obchodził swój jubileusz, sprawili, że mimo chłodnych murów Kino Pod Baranami, było bardzo przytulnie i swojsko. Nie ważne czy jesteś imigrantem, bokserem, policjantem, czy nawet kozą! Nieme kino w tym roku każdego zaprowadziło w podróż na Księżyc a potem jeszcze wyżej! W trakcie tej edycji była okazja zobaczyć największych klasyków filmowej burleski Chaplin, Keaton, Lloyd, Normand… . Ze szczęścia można było dostać gorączki oglądając taką ilość filmowego złota. Na festiwalu można było zobaczyć nie jeden film. Ba! Można było zobaczyć nawet jeden nie-film.
Chciałbym życzyć organizatorom kolejnych dwustu lat na kolejne edycje!

Mimo tego, że byłem obecny tylko na piątkowych seansach to powyższy akapit, w który wplotłem część tytułów, które można było zobaczyć w trakcie tegorocznej edycji (PEŁNY PROGRAM) dokładnie oddaje moje odczucia co do krakowskiej imprezy.
Jak zawsze na takich festiwalach robotę robili taperzy. Szczególnie przypadła mi do gustu muzyka autorstwa Semi-Invented Trio, którzy grali na żywo do „Siedmiu lat nieszczęść" Maksa Lindera. Panowie cudownie połączyli klasykę z nowoczesnością. Połączyli tradycyjne nuty z filmów slapstickowych, które możemy zobaczyć w internecie, z prawie industrialnymi klimatami.
Mam jednak dwa drobne zarzuty. Ułożenie programu festiwalu tak, że dwugodzinny filmowy esej pt. „Nie-film" Schneidera, balansujący na granicy teorii filmu i filozofii, zaczyna się o godzinie 23 jest pomyłką. Seans takiego filmu jest bardzo wymagający i choćby nie wiem jak ciekawy nie był (a jest niezmiernie interesującą pozycją), nie sposób mi było o tej godzinie na nim nie przysypiać. Dodatkowo część napisów wyświetlana była na białym tle, co czyniło je kompletnie nieczytelnymi. Może dałoby radę pomyśleć nad popularnym w takich sytuacjach żółtym kolorem fontu lub wyświetlaniem ich pod ekranem? Być może stały za tym kwestie leżące poza kompetencjami organizatorów, np. jeśli napisy były wbudowane w kopię filmu, to faktycznie niewiele da się zrobić. Natomiast są to tak naprawdę drobne niedogodności i nie zaburzyły one w większym stopniu megapozytywnego odbioru. Razem z warszawskim Świętem Niemego Kina są cudowną ucztą dla fanów niemych filmów w Polsce. Z ogromną przyjemnością odwiedzę Kraków za rok i jeśli tylko będzie możliwość zostanę na dłużej

Nie byłbym sobą, gdybym nie napisał jak niezmiennie rozczula i dodaje sił fakt, iż kino nieme stale widzów fascynuje i pociąga. I za podtrzymywanie tych emocji należą się organizatorom osobne podziękowania od Pana Klatka <3