20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień szósty i siódmy

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień szósty i siódmy

Na zdjęciu moje cieszyńskie zdobycze (które mnie cieszą, rzecz jasna) i Gracjan. Kociak i zdobycze leżą na poduszkach. Kupiłem je u pani, która sprzedaje je za śmieszne dwa złote za sztukę. Pani przesiaduje na ulicy Głębokiej w Cieszynie. Często od godziny dziesiątej, przy księgarni Mole Mole, ale też nie zawsze. Trzeba wypatrywać. Cieszynianie i drodzy turyści odwiedzający to piękne miasto: pomóżcie tej pani i kupujcie te poduszki. Każda z nich służy mi i moim kotom, kiedy siedzimy na twardych krzesłach. Pomóżcie tej Pani uzbierać na potrzebne leki, na których kupno nie może sobie pozwolić z pieniędzy z renty. Dobre słowo i chwila wolnego czasu na pewno też będą pomocne.

W czwarteczek było #króciutko, jednocześnie #szybciutko. Bardzo krótkie seanse, ale przerwy między projekcjami były tak krótkie, że obiad zjadłem dopiero o godzinie dwudziestej #sohealthy #zyciefestiwalowicza.

1. „Książę i Dybuk" (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski  – Jedna z pozycji na moim stosie wstydu sprzed dwóch lat. Niesamowity portret wyalienowanego pasjonata, Miszo Waksa, znanego bardziej jako Michał Waszyński. A był to człowiek fascynujący i tajemniczy, którego życie przebiegało prawdopodobnie pod znakiem ciągłej autokreacji i wyparcia swojego „ja”. Piszę „prawdopodobnie”, gdyż mnóstwo informacji nie jest podana jako stuprocentowy pewnik. Aura tajemnicy unosząca się nad postacią reżysera czyni ten film trzymającą w napięciu opowieścią o tytanie pracy, który był jednocześnie (idąc za Piotrem Czerkawskim) rzeczywistym wcieleniem Zeliga. Niewiera i Rosołowski wykonali potężny risercz, by wydobyć na światło dzienne fotografie i wspomnienia pojedynczych osób, które pamiętały jeszcze Waszyńskiego.

2. Drugi blok krótkich metraży Jana Švankmajera – w sobotę zobaczyłem cztery filmy: „Ogród" (1968), „Mieszkanie"(1968), „Don Juan" (1969), oraz „Zamek Ontarntski (1977). W drugim bloku znalazło się pięć „szortów”: „Upadek domu Usherów" (1980), „Wymiary dialogu" (1983), „Wahadło, studnia i nadzieja" (1983), „Koniec stalinizmu w Czechach" (1990), „Jedzenie" (1992).

I to właśnie ta ostatnia pozycja przypadła mi szczególnie do gustu. Odebrałem ją jako przezabawną krytykę kapitalizmu, przez pryzmat trzech posiłków: śniadania, obiadu i kolacji. Śniadanie to tutaj wyzysk człowieka przez człowieka. Obiad to szpila wbita w różnice klasowe, gdzie niższe klasy próbują bezskutecznie aspirują do wyższych poziomów drabiny ekonomicznej, podczas gdy bogatsi głodni sukcesów, choćby po trupach osiągną swój cel. Kolacja z kolei jest tutaj satyrycznym przedstawieniem snobizmu i wynikającego z niego ekshibicjonizmu wyższych klas społecznych.
To moja interpretacja a przecież każdy ma swój surrealizm. Napiszcie w komentarzach czym dla Was jest „Jedzenie" Švankmajera!

3. „Love express. Zaginięcie Waleriana Borowczyka" (2018), reż. Kuba Mikurda – to kolejna poważna zaległość w zakresie dokumentów z ostatnich lat. Podszedłem do tego filmu będąc kompletnie zielonym ze znajomości twórczości Borowczyka. Pomimo, że jest to jeden najważniejszych twórców nurtu surrealizmu (nie tylko filmowego) w Polsce, jego dorobek filmowy zupełnie mnie jako widza ominął. I jako zachęta do zapoznania się z jego filmami ten dokument sprawdza się doskonale. Z filmu Mikurdy wyłania się człowiek, którego ogromne pokłady kreatywności zniszczyły oczekiwania producentów. Łatka „reżysera filmów soft porno”, którą reżyser w LOVE EXPRESS stara się zerwać, ciążyła Borowczykowi do końca jego kariery filmowej. Świetny film o fascynującej osobie. Z wielką chęcią zasiadłem do seansu „Dzieje grzechu" w dniu następnym.

Ostatni dzień Kinie Na Granicy. I tylko dwa filmy.

1. „Coś z Alicji" (1988), reż. Jan Švankmajer – ostatni film tego reżysera na festiwalu. Adaptacja książki Lewisa Carrolla, w formie sennej mary na oko dziewięcio~, dziesięcioletniej Alicji. Koszmar będącej u progu dojrzewania dziewczynki najeżony jest subtelnymi, acz wywołujących dyskomfort odwołaniami do Freuda*. To był ten seans, na którym stwierdziłem, że tak długi odpoczynek od surrealizmu sprawił, że moje ulubione filmy Švankmajera to te najbardziej przystępne w odbiorze (czyt. „najłatwiej poddające się szybkiej i prostej analizie). Jednak po przeczytaniu artykułu Adriany Prodeus na łamach kwietniowego wydania Kina przypomniałem sobie, dlaczego tak bardzo fascynuje mnie ten nurt w kulturze. U jego podstaw leży wywoływanie dyskomfortu, szokowanie, ale przede wszystkim wymykanie się różnym próbom jego analizy. Wygląda na to, że moja podświadomość bardzo się rozleniwiła.

*Książkowe przygody Alicji bywają interpretowane w duchu Freuda, jako seksualne dojrzewanie młodych dziewczyn. Fascynujący trop.

2. „Dzieje grzechu" (1975), reż. Walerian Borowczyk – Jeden z tych filmów, które doceniam za niesamowitą spójność realizacyjną, scenariuszową, aktorską, a jednak jego estetyka nie do końca do mnie przemówiła. Film Borowczyka odebrałem jako groteskową dekonstrukcję kruchego męskiego ego, o przewrotnie profeministycznym wydźwięku. I wszystko mi się tu składa i do siebie pasuje, nic nie zgrzyta a jednak barokowa poetyka zupełnie do mnie nie trafia. Co mnie irytuje, bo nie potrafię tego rozgryźć. Może konieczny jest kolejny seans, żeby docenić tę barokową estetykę?
Wiem jedno: przeczytaniu recenzji Michała Oleszczyka, nabrałem ochotę na powtórny seans: „CARNAL KNOWLEDGE: "STORY OF SIN" COMES TO BLU-RAY". Może i Was zachęci do obejrzenia (w całości na YouTube), po jego lekturze tego tekstu.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień piąty

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień piąty

Na zdjęciu widać zza okna, na Cieszyńską Wenecję Flipa i Flapa <3

Dzień piąty na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici i trzy filmy. Wynik 2/3, więc jest całkiem dobrze.

1. „Fuga" (2018), reż. Agnieszka Smoczyńska  - Miałem szczękę na podłodze po seansie. Szczęka znaleziona, ma się dobrze. Wrażenie niesamowitości pozostało. Skoro wreszcie w polskim kinie dostaliśmy film zrobiony przez kobiety, podejmujący się m.in. tematu oczekiwań społecznych wobec kobiet właśnie, nie pozostaje mi nic innego jak oddać głos krytyczce filmowej. Polecam zatem lekturę tekstu autorstwa Magdaleny Wichrowskiej opublikowanej na łamach Czasopismo EKRANy: http://ekrany.org.pl/odkrycia/fuga/ - podpisuję się pod każdym słowem tej recenzji.
Pozwolę sobie też na drobną dygresję. Na Mediakrytyk autorami recenzji filmu Smoczyńskiej to w dużej większości mężczyźni. Z kolei pod wszystkimi recenzjami z najniższymi ocenami (pięć oraz sześć na dziesięć) widnieją męskie nazwiska. Drobny szczegół a jak wiele mówi, prawda?

2. „Wielka majówka", reż. Krzysztof Rogulski (1981) - kontestacyjne kino drogi z klasycznym zderzeniem przeciwstawnych charakterów: romantycznego nastolatka i nieco starszego od cwanego mitomana. Buntują się przeciw zasadom stworzonym przez pokolenie ich rodziców. Kiedy świat zamyka drogę do marzeń, a negocjacje przestają mieć sens, jedyną dostępną formą buntu jest ciągła ucieczka. Film Rogulskiego jest także krytyką kapitalizmu. Młodzi żyją chwilowymi podnietami a starsi niby mają świadomość niepewnej przyszłości ekonomicznej, ale nikt im nie pokazał jak się przed nią zabezpieczyć. Wielce prorocze przemyślenia tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego.
Po latach można dostrzec jeszcze jednego bohatera „Wielkiej majówki". Jest nim Warszawa. Mamy jako widzowie, często młodzi, okazję zobaczyć stolicę od strony jak na tamte czasy luksusowej, a jednak z dzisiejszej perspektywy nieco przaśnej.
Chcecie się więcej dowiedzieć o tym fascynującym (i chyba jedynym) przykładzie kina kontestacji z czasów PRL? polecam tekst Patrycji: „Wielka majówka".

3. „Piwnica" (2018), reż. Igor Vološin - Táni pracuje w hodowli bydła. Przeczuwa, że Milan jej mąż i muzyk rockowy ma romans, ale ona ciągle ma nadzieję na uratowanie małżeństwa. Gdyby nie córka pewnie już dawno by się rozwiedli. Kiedy po suto zakrapianej imprezie znika Milan postanawia ja odnaleźć na własną rękę...
Macie wrażenie, że już widzieliście ten film? Coś z Liamem Neesonem? Byłoby fajnie, ale to nie jest przypadek tego filmu. Nawet kiedy wydaje się, że wjedzie klimat rodem z LABIRYNTU Villenueva, to szybko ta nadzieja zostaje pogrzebana. To najgorszy typ kina - nijaki. „Ostry nóż", który widziałem dzień wcześniej poruszał podobną tematykę. Można było zobaczyć kolokwialnie mówiąc „bez bólu" - to sprawnie, chociaż przewidywalne poprowadzony dramatem rodziny, borykającej się że stratą zamordowanego przez neonazistów syna. Ojciec był megairytującym bohaterem, ale był jakiś. Jedyne co wzbudziła we mnie Piwnica" to znużenie.
Nauczka na przyszłość: jeżeli chcesz coś obejrzeć, a dzień festiwalowy dobiegł końca, kup sobie dostęp do jakiegoś filmu na vod. Zaufaj swojej intuicji.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień czwarty

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień czwarty

Słów kilka o filmach, które zobaczyłem we wtorek na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici.

źródło: https://kinonagranicy.pl/pl/film/ostrym-nozem

1. „Ostrym nożem" (2019), reż. Theodor Kuhn - mocno średnia i miejscami niepotrzebnie stereotypowa historia rodziców, stających w obliczu morderstwa ich syna. Oczywiście sprawa w sądzie zostaje umorzona, więc nie kto inny a ojciec zamordowanego chłopca próbuje dochodzić na własną rękę sprawiedliwości w organach państwowych, co zmusza go do walki z bezdusznym prawem karnym. Jak się okazuje, rodzice prawie nie znali swojego syna, a dzięki śledztwu wychodzą na jaw kolejne tajemnice. Całej sprawie nie pomaga fakt trudnych relacji na linii ojciec - syn. Jeśli dołożymy do tego fakt, że to matka pełni funkcję głosu rozsądku, kompletnie pozbawiając ją osobniczych cech charakteru, to będziemy mieli mniej więcej nakreśloną fabułę filmu jakich powstało całe mnóstwo.
Szkoda, że twórcy nie wykorzystali potencjału tkwiącego w postaci córki. Całkowicie pominięto tutaj jej cierpienie w związku z utratą brata. To świetny casting, więc istnieje spora szansa, że dziewczyna (nie potrafię znaleźć jej imienia aktorki) podołałaby temu aktorskiemu wyzwaniu.
Podobało mi się również pokazanie jak sobie radzą z utratą bliskich społeczności wiejskie, w scenie sekwencji pobytu rodziny u matki jednego z rodziców. Twórcy sportretowali intymny świat modlitw żałobnych w malutkim wiejskim kościółku. Szkoda, że brakło miejsca na więcej takich niuansów.
Jednak trzeba oceniać film, który się widziało. A mimo sprawnej realizacji (dobre zdjęcia i praca kamery) „Ostrym nożem" jest filmem przewidywalnym i niewiele wynoszącym do tematu żałoby po tragicznie zmarłych najbliższych.

„Szaleni", byli czeskim kandydatem do Oscara w 2006 roku. Niestety nie zakwalifikował się nawet do głównego konkursu. Nawet w Czechach film otrzymał Czeskie Lwy tylko za kostiumy i plakat filmowy, autorstwa Evy Švankmajerovej, który możecie zobaczyć powyżej.

2. „Szaleni" (2005), reż. Jan Švankmajer- surrealistyczna interpretacja postaci Markiza de Sade na podstawie opowiadań Markiza i opowiadań Poego. Historia opowiedziana jest z punktu widzenia Berlota, którego nękają koszmary o tym, że pracownicy szpitala psychiatrycznego siłą zakładają mu kaftan bezpieczeństwa.
Żyjemy w takich czasach, że ktoś spokojnie mógłby pozwać Švankmajera o obrazę uczuć religijnych po premierze tego filmu przez organizacje religijne (a może został? ktoś coś?). Są tu momenty, przy których określenie „jazda po bandzie" to bezpieczny spacerek chodnikiem. Reżyser nie pierdoli się w tańcu, nie bierze jeńców i w pierwszej części filmu serwuje widzom czarną mszę połączoną z orgią i stekiem bluźnierstw. I kiedy wydaje się, że pionki na planszy są już rozstawione, akcja przenosi się do psychiatryka, przejętego siłą przez de Sade (rewelacyjna rola Jana Třískawy) wyniku czego zmieniony został w siedlisko hedonizmu w najgorszym guście, gdzie spełnia się najdziwniejsze zachcianki pacjentów.
Švankmajer hołdując zasadzie "każdemu po równo", skierował fabułę w stronę kafkowskiej dezorientacji. Zagubiony Berlot, podobnie jak widz nie wie po czyjej stanąć stronie: sadystycznych (sic!) lekarzy, czy pielęgnującego fobie pacjentów, Markiza. Mniejsze zło? A co jeżeli nawet takiego wyboru nie ma?
To co początkowo wydaje się być filmem obliczonym na tanie szokowanie widza, płynnie zmienia się w groteskową wizję świata, w którym dobro nie ma racji bytu. Czymże jest kropla czystej wody, w obliczu rwącego potoku ścieków? Dla mnie był to bardzo (hehe) odświeżający seans, mimo że jak to bywa z filmami tego reżysera, bywał męczący.

 

3. „Rusałka" (1977), reż. Petr Weigl - czechosłowacka filmowa adaptacja "opery do libretta Jaroslava Kvapila o tragicznej miłości rusałki księcia" - tak brzmi opis filmu w katalogu festiwalowym. Podjąłem się ryzyka w imię poszerzania horyzontów, gdyż opera leży daleko poza spektrum moich zainteresowań.
Opłaciło się. To zdecydowanie największe zaskoczenie tego festiwalu. Absolutnie niesamowite doświadczenie filmowe. Będzie pisane

.

 


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień trzeci

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień trzeci.

Czy temat bananów w internetach jest już przebrzmiały w kontekście pozytywnego rozwiązania tego cyrku z cenzurą sztuki? Zaryzykuję, bo mam zaiste suchą opowiastkę będącą kolejnym przykładem mojego życiowego nieogaru. Otóż dwa razy kupiłem dwa kilogramy bananów, których, bo miałem sporo rabatu (aż 1,50 PLN) - za pierwszym razem zapomniałem go użyć, więc żeby się nie zmarnował zrobiłem zakupy ponownie. Tym samym na festiwal wziąłem ze sobą cztery kilogramy tych owoców i sieję zgorszenie na ulicach Cieszyna. Taka historia.

Poniżej słów kilka o poniedziałku na 20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici. Trzy filmy i jeden wykład.

1. „Czas sług" (1989), reż. I. Pavlaskova  - czas na #ciarkiżenady. Film jest próbą dekonstrukcji patriarchatu jako systemu opartego na pieniądzach i manipulacji, w czasach komunistycznego reżimu w Czechosłowacji. Główną bohaterką jest Ivana, skupiająca w sobie wszystkie stereotypowe cechy jędzy ostatecznej. Jak sama mówi o sobie mądry mężczyzna to ten, który ją podziwia, a piękny jest ten, który chce ją poślubić. Nie dziwota, że wizja sukcesu feministek jest jej bardzo nie w smak. Poznajemy ją jako nieśmiałą studentkę ostatniego roku medycyny. Bierze ślub z chłopakiem swojej przyjaciółki, aby zrobić na złość donżuanowi, który niedawno ją porzucił dla innych kobiet. Papierowi małżonkowie zakochują się w sobie, mimo jasnych symptomów niestabilności psychicznej Ivany. Ze sceny na drugą, toksyczne uczucie staje się w pełni odwzajemnionym i płomiennym, bo tego wymaga fabuła.

Jest tu spory potencjał na kampowy film. Trzeba by tylko zostawić pomysł wyjściowy o toksycznej, niezrównoważonej kobiecie, która niszczy wszystkich, aby osiągnąć swój cel, a całość nakręcić w konwencji „Mody na sukces". Może, może wtedy dałoby się to oglądać. Przez seans tego pokracznego filmidła zrezygnowałem z zaplanowanego seansu. Pozwoliłem mojemu mózgowi ostygnąć po dwugodzinnym gotowaniu. Zamiast tego wybrałem...

2. ...wykład o filmie polskim po '89 roku Janusza Zaorskiego.
Reżyser „Matki królów" to bez wątpienia osoba o ogromnym doświadczeniu twórczym i charyzmie. Jednocześnie jest to człowiek o ogromnym uroku osobistym i świetnym poczuciu humoru. Dzięki temu wykład słuchało z ogromną przyjemnością. Reżyser opowiadał o swoim i znajomych po fachu, poczuciu zagubienia w nowej rzeczywistości po upadku żelaznej kurtyny. O nadziei jaką niósł ze sobą początek XX wieku, z utworzeniem PISF'u na czele. Mówił wreszcie o sukcesach polskiego kina obecnie, które triumfuje coraz częściej poza granicami naszego kraju. Co ciekawe reżyser pominął tak ważnych dla pokoleń "ejtisów" i "najntisów" reżyserów jak Machulski, czy Pasikowski. A to przecież ci twórcy właśnie na początku w latach '90 kształtowali kino popularne w naszym kraju, a wiele z nich jest dla przedstawicieli tych pokoleń określanych jako "kultowe". Podoba mi się, że pan Janusz docenia świeżą krew wśród reżyserów i reżyserek filmowych.

źródło: https://kinonagranicy.pl/pl/film/lekcja-fausta

3. „Lekcja Fausta" (1993), reż. Jan Švankmajer - po kilku filmach tego czołowego współczesnego surrealisty-filmowca można bez problemu stwierdzić jak bardzo wszechstronnym tematycznie twórcą jest Švankmajer. „Spiskowcy rozkoszy" są filmem dekonstruującym obsesje seksualne w duchu freudyzmu; w „Małym Otiku" czeski twórca wziął na tapet temat macierzyństwa; „Don Juan" z kolei jest grosteskową parodią szekspirowskich dramatów. Oczywiście każdy z tych filmów ma swoje elementy wspólne, po których bardzo szybko można rozpoznać styl i inspiracje czeskiego surrealisty: teatr, pomieszanie porządków narracyjnych (teatralnej i filmowej), grosteska, czy silna anty-religijność. Švankmajer jest oczywiście kojarzony również z teatrem kukiełkowym. Po kilku jego filmach mogę spokojnie stwierdzić, że to najbardziej męczący element jego filmów. A w surrealistycznej interpretacji „Fausta" Goethego, drewniane kukiełki zajmują połowę czasu ekranowego. I jeśli męczyłem się podczas wspomnianego trzydziestominutowego Don Juana", to możecie sobie wyobrazić co czułem na ponad półtoragodzinnej Lekcja Fausta". Natomiast w żadnym wypadku nie był to słaby film! Znowu groteska, autotematyzm (teatr w filmie) i silny deliryzm królują. Jednak po takiej ogromnej dawce tego wszystkiego, stwierdziłem, że po seansie „Małym Otiku" mogą mnie wynieść w kaftanie z kina...

źródło: http://bombafilm.pl/glos-pana-na-podst-stanislawa-lema-jesienia-w-kinach/

4. „Głos Pana" (2018), György Pálfi  - ...dlatego wybrałem się na najnowszy film twórcy „Panie i panowie: ostatnie cięcie". Tamten film jest uważany przez wielu za symboliczne zakończenie filmowej epoki postmodernizmu, jako nostalgiczny wideoesej ostateczny, którego narracja utworzona została z ogromnej ilości wycinków scen z różnych znanych filmów (do zobaczenia w całości na YouTube). Z „Głosem Pana", będący adaptacją opowiadania Stanisława Lema, łączy go właśnie ta wideoeseistyczna energia. Jednocześnie jest to film trudny do zakwalifikowania. Pálfi stosuje różne sposoby przekazu informacji wizualnej: filmu kręconego ręczną kamerą, przez komunikatory video, po obraz z nawigacji satelitarnej. W dodatku ilość i sposób wtrąceń montażowych, często nie mających nic wspólnego z fabułą, czyni film nieokreśloną hybrydą filmowo-wideoeseistyczną. Zapytacie, czy idzie za tym jakaś treść. Szczerze? Nie wiem. Porusza się tu co prawda temat poświęcenia rodziny na rzecz nauki i ochrony ludzkości, ale sami przyznacie, że brzmi to zbyt ogólnikowo. Co więcej, dotychczasowa zagraniczna recepcja krytyczno-filmowa nie jest zbyt pochlebna. Natomiast ten seans był ostatnim tego dnia, więc moje możliwości percepcji były już mocno ograniczone do samych wizualiów. Pozwoliłem, więc omamić się formą realizacji filmu i dał mi ogromną frajdę. Liczę na jakieś seanse w naszym kraju Bomba Film musicie. Ale kto wie? Może pojawi się na Festiwal Kamera Akcja? Tam lubi się wyświetlać takie smakowite kąski. Anyway: warto. Pálfi czuje tętno pulsu współczesnej widowni i współczesnych czasów. Polujcie na film w kinach studyjnych.

 


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici.- dzień drugi

20. Kino Na Granicy - dzień drugi

Mój "zorganizowany" katalog festiwalowy. Zupełnie przypadkiem wyszło na to, że obejrzę większość filmów Švankmajera prezentowanych na festiwalu

Wczoraj #luźniutko - dwa filmy pełnometrażowe i jeden blok krótkich metraży.

1. „Piekielny miesiąc miodowy" (1970) - drugi dzień i drugi film mocno zakorzeniony w slapsticku, mocno przaśnym (ale nie obleśnym!). Dość powiedzieć, że twórcy zaserwowali widzom duet Sherlock & Watson w stylu Flipa i Flapa Będzie pisane!

2. Krótkie metraże Jana Švankmajera.
Z surrealizmem zawsze mi było po drodze. Zaczęło się od tematu mojej matury ustnej z języka polskiego, gdzie miałem wskazać elementy surrealizmu w literaturze i sztuce XX wieku. Tropienie surrealnych poetyk w kinie też daje mi sporo frajdy. W okresie maturalnym natrafiłem też, na którąś z animacji Švankmajera i tak mi się spodobała, że obiecałem sobie, że kiedyś nadrobię jego filmografię. Teraz w Cieszynie wreszcie jest ku temu okazja.
W pierwszym bloku krótkich metraży (drugi w czwartek) zobaczyłem cztery filmy. Mój faworyt to „Mieszkanie" z 1968 roku. Główny bohater trafia do pomieszczenia, w którym rządzi prawo "złośliwego boga" (określenie moje). To świat inspirowany dziełami takich artystów surrealizmu jak Dali, czy Ray. Przedmioty tracą swoją użytkowość, często stając się swoim przeciwieństwem. Tytułowe mieszkanie staje się w tej sytuacji więzieniem. Film dobrze realizuje postulaty pierwszych surrealistów o wyrugowaniu utylitarności przedmiotów codziennego użytku. Po więcej zapraszam do lektury tekstu Minervy: Szaleństwo przedmiotu. 3 najsłynniejsze obiekty surrealistyczne
A film możecie zobaczyć tutaj: https://youtu.be/M8u_DJln_0A

3. „Spiskowcy rozkoszy", (1966) reż. Jan Švankmajer - skoro surrealizm to i freudyzm. Każdy z tytułowych spiskowców realizuje projekt pozwalający spełnić swoje seksualne obsesje - mamy dziwaczne masażery z gwoździami, piórami i papierem ściernym, jest mechaniczny masturbator, czy kukła wypchana sianem, którą właścicielka będzie mogła torturować. Wiele z tych fantazji opiera się o potrzebę władzy, kontroli, chociaż są i zupełnie nieszkodliwe. Co znamienne nikt z nikim tu nie rozmawia. Nie ma tu żadnych dialogów. Ich fantazje wzbudzają wstyd., czego wyrazem są liczne szuflady i szafy (polecam poczytać sobie o symbolice szuflady psychiatrii). Film przy całej swojej grotesce, jest jednocześnie przejmującym studium zamkniętego koła samotności.

A teraz siedzę sobie w pizzerii po czeskiej stronie. Zjadłem pizzę cztery sery z ananasem  w pizzerii gdzie kelnerką jest Pani w legginsach NIKE z wielkim, białym napisem JUST DO IT na łydce i crocsami na stopach  

 


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici. - dzień pierwszy

20. Kino Na Granicy - dzień pierwszy

To zdjęcie, które widzicie to moje śniadanie i jest dowodem życiowego nieogaru. Nie przewidziałem, że rano w niedzielę wszystkie restauracje, lidle i inne takie będą zamknięte. Zjadłem więc jajecznicę z serem. Nie wiem czemu tylko podpisana była jako sernik

Słów moich kilka na temat tego co obejrzałem wczoraj na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici.

1. „Wóz do Wiednia" (1966) - przypowieść, której akcja rozgrywa się pod koniec II Wojny Światowej, o Czeszce, która dobrego Niemca nie chciała (początkowo). I jest to przypowieść, która zawiera wszelkie wady i zalety tego typu narracji: momentami dość toporną dydaktykę, mniej lub bardziej subtelną symbolikę, czy średnio umotywowane fabularnie przemiany bohaterów. Jednak jako całość broni się jako ciekawe, trzymające w napięciu kino drogi, nawet jeśli próby zniuansowania historii nie zawsze do mnie trafiały. Spodobał mi się też finał, którego cyniczny wydźwięk podnosi ten film w moich oczach oczko wyżej. Szkoda tylko, że zbyt długo kazano mi czekać na tę puentę, mając w pamięci poprzedzającą ją nudę.
Film do zobaczenia za darmo z lektorem na vod.pl (do końca maja 2021 roku): „Wóz do Wiednia"

PS Film przed premierą w '66 został poddany ostrej cenzurze i został skrócony o prawie czterdzieści minut. Być może (ale nie na pewno) z tego wynikają jego słabe strony.

2. „Jan Palach" (2018) - film otwarcia a jednocześnie polska premiera o tytułowym studencie filozofii, który akcie protestu przeciw czechosłowackiej cenzurze dokonał aktu samospalenia. Film wczoraj zdobył nagrodę czeskich krytyków. I już to utrudnia mi jego ocenę. Niewątpliwie jest to film ważny dla Czechów, tak jak dla nas Polaków ważnym filmem jest dokument „Usłyszcie mój krzyk" w reżyserii Macieja Drygasa. Zapewne dlatego nie potrafiłem się tak bardzo zaangażować w historię prezentowaną na ekranie. Denerwowały mnie niepotrzebne w moim odczuciu makabryczne sceny, jak ta z topieniem „nadprogramowego" szczeniaka w rzece (mnóstwo osób wyszło z sali projekcyjnej cieszyńskiego teatru w tym momencie), czy scena seksu głównego bohatera z ponętną koleżanką. Główny bohater zdradził tym samym swoją dziewczynę, chorą na polio. Zbliżeń między ta parą z kolei widz nie zobaczy. Takich dziwnych wyborów reżyser dokonał więcej, co czyni film w moich oczach mocno kulawym. Mimo to w jak pokazuje wspomniana nagroda, w jakiś sposób spełnionym, spełniającym się w samych Czechach.

3. „Kto chce zabić Jessi?" (1966) - to jest film, o którym chciałbym Wam napisać dłuższy tekst, gdyż jest przezabawnym połączeniem estetyki komiksowej, (co w prostej linii prowadzi do kina niemego) z nieco surrealną poetyką slapsticku. Sami widzicie, że to coś co mi w duszy gra

 


mężczyzna z dzieckiem siedzą na schodach

„Brzdąc" (1921), reż. Charles Chaplin - sceny usunięte

„Brzdąc" (1921), reż. Charles Chaplin - sceny usunięte

 

16 grudnia wygłosiłem prelekcję w ramach świątecznego pokazu Klub Filmowy Ambasada. Dotyczyła ona filmu „Brzdąc", której tekst znajdziecie tutaj: Brzdąc (1921) – tekst prelekcji z 16 grudnia 2018 W jej trakcie powiedziałem, że w latach '70 Chaplin przemontował wiele swoich filmów w tym i „Brzdąca".

W końcu Luba znalazła czas na zmontowanie filmu z wyciętymi scenami. Enjoy!

Sceny te mocno (może za wyjątkiem pierwszej z nich) zmieniają wydźwięk filmu, na jeszcze bardziej dramatyczny. Dlatego też Chaplin skrócił go o prawie 15 minut, czyniąc go bardziej komediowym niż w oryginale.

Oryginalną wersję, w całości można obejrzeć z polskimi napisami tutaj: https://archive.org/details/Brzdac1921


mężczyzna z dzieckiem siedzą na schodach

Brzdąc (1921) - tekst prelekcji z 16 grudnia 2018

Brzdąc (1921) - tekst prelekcji z 16 grudnia 2018

mężczyzna z dzieckiem siedzą na schodachPoniższy tekst jest tym, który wygłosiłem w trakcie prelekcji 16 grudnia w ramach Klub Filmowy Ambasada w katowickim Kinie Kosmos. Uzupełniłem go o kilka informacji, na które zabrakło czasu lub wypadły mi z głowy w trakcie.

Przede wszystkim bardzo mnie ucieszył widok tylu widzów. Podoba mi się, że wielu ludzi nieme kino burleski wciąż intryguje i daje nadzieje, na przyjemnie spędzony czas w trakcie seansu. Tym bardziej, iż doszły mnie słuchy, że dla kilku osób był to pierwszy kontakt nie tylko z filmem Chaplina, ale kinem niemym w ogóle.

  • Spotkaliśmy się tutaj prawie rok po seansie „Generała" w reżyserii innego króla komedii slapstickowej – Bustera Keatona. Natalia Gruenpeter mówiła wtedy podczas prelekcji, że Keaton był tą osobą, która na świat reagowała dostosowaniem się do niego. Jak powiedział badacz kina Mathieu Bouvier „był ciałem rzuconym w świat i przerzucanym z kąta w kąt”. Chaplin byłby tym, który by go tam raz za razem wrzucał. Doskonale to widać w słynnej scenie wspólnego wykonania utworu w „Światłach rampy". Calvero, grany przez Chaplina zaczyna nagle przyspieszać grę na skrzypcach. Postać Keatona, która gra z kolei na pianinie, próbuje się dostosować, co skutkuje rozsypaniem nut i „małą katastrofą”.
  •  Okoliczności powstania „Brzdąca"
    - „Brzdąc" był jednym z ostatnich filmów wyreżyserowanych dla wytwórni First National (łącznie zrobił dziewięć filmów, po „Brzdącu” były jeszcze „Nieroby”, „Pielgrzym”, „Dzień wypłaty”). Tworzony był pod ogromną presją czasu (co wywołało chwilowy kryzys twórczy u reżysera), ze względu na to że w międzyczasie wespół z Mary Pickford, Douglasem Fairbanksem, Davidem Griffithem w styczniu 1919 roku założyli wytwórnię filmową United Artists, przewidując, że wielkie molochy będą forsować niekorzystne dla twórców warunki.
    - był to pierwszy pełnometrażowy film w reżyserii Chaplina a zarazem jeden z pierwszych pełnometrażowych filmów burleskowych w kina w ogóle. Komedie pełnometrażowe były już kręcone wcześniej, jak chociażby „Erotikon" Mauritza Stillera z 1920 roku. Natomiast twórcy komedii slapstickowych mieli problem, by taką poetykę „rozciągnąć" do długiego metrażu. Konieczność umotywowania kolejnych gagów wymuszała obudowanie ich fabułą, co dotychczas nie zawsze w burleskach było konieczne. Pełny metraż, który w innych gatunkach, był już od dawna standardem, dla twórców komedii slapstickowych wciąż był problematyczny. W przypadku „Brzdąca", coś co początkowo miało być krótkim metrażem, zaczęło się rozrastać do pełnego, czego Chaplin nie przewidział. Budżet filmu wyniósł 0,5 mln $. Zażądał od First National 1,5 mln $ za odsprzedanie praw. Przedstawiciele wytwórni zgodzili się dopiero po postawieniu ultimatum - „albo dajecie 1,5mln zielonych, albo nie dostaniecie filmu w ogóle".
    - w obliczu pogarszającego się stanu zdrowia psychicznego matki Chaplina, jego przybrany brat Sydney, podjął próbę sprowadzenia jej do Stanów. Chaplin się nie zgodził, bo wiedział, że będzie to zbyt traumatyczne dla niego spotkanie. Do czasu ukończenia „Brzdąca" mieszkała w nadmorskim kurorcie w Anglii.
    - 10 lipca 1919 - umiera Norman Spencer, syn Chaplina, urodzony jako kaleka 7 lipca. Bardzo to załamało reżysera, ale już miesiąc później rozpoczął przesłuchania do tytułowej roli.
    - Chaplin rozwodził się z Mildred Harris, której długi język wykorzystywała prasa w celu zdobycia „sensacyjnych” materiałów do artykułów, które później wykorzystywali prawnicy Harris przy kolejnych próbach wyciągnięcia z Chaplina jak największej ilości pieniędzy na ugodę,
  • O filmie „Brzdąc"
    - Marcel Martin w swojej monografii o Chaplinie napisał, że około 1930 roku aktor miał powiedzieć do Eisensteina, że gardzi dziećmi. Natomiast David Robinson w najlepszej biografii mistrza burleski (wydanej również w naszym kraju pod tytułem „Chaplin. Jego życie i sztuka" (wyd. PIW Wa-wa 1995) napisał, że według słów matki Jackiego Coogana, (tytułowy Brzdąc) Chaplin urywał się z planu razem z jej synem na całe godziny, żeby się z nim bawić. „Ludziom w wytwórni trudno było oprzeć się wrażeniu, że Jackie zastąpił mu zmarłego synka” - dodaje Robinson. Dlaczego o tym mówię? Biografia Chaplina, szczególnie mając dzisiejszą wiedzę o nim, obfituje w masę sprzeczności. Na przykład Robinson w swojej książce umieścił bardzo rozbudowane drzewo genealogiczne rodu Chaplinów. Tymczasem jak się okazało dwanaście lat temu, Chaplin mógł celowo ukryć fakt, że urodził się w obozie cygańskim. Jeżeli okazałoby się to prawdą, spora część tego rodowodu może być nieprawdziwa. Chaplin aniołem w życiu prywatnym nie był na pewno, ale kiedy czytam w kolejnym artykule znaną plotkę (powieloną całkiem na poważnie), że aktor miał rzekomo ponad dwa tysiące kochanek, to wzbiera się we mnie pusty śmiech.*
    - jak prawie każdy film Chaplina zawiera w sobie wątki autobiograficzne, lub nawiązania do osobistych przeżyć – poddasze (tzw. mansarda) zostało w filmie bardzo dokładnie odtworzone na wzór tej, w której Chaplin żył w dzieciństwie. Również słynna już scena rozstania faktycznie miała miejsce w życiu reżysera, ale wtedy Brzdącem był ośmioletni Chaplin, którego wyrwano z rąk jego matki, by następnie trafić do przytułku.
Na archive.org „Brzdąc" dostępny jest z polskimi napisami! <3

- znany francuski badacz kina, Jean-Pierre Coursodon powiedział, że gdyby usunąć z burleski gagi, zostanie czysty dramat. Doskonale oddaje to filmowy charakter „Brzdąca". Dr hab. Iwona Sowińska w „Historii kina niemego", wydawnictwa Universitasu, pisze o „Brzdącu" jako "burleskodramacie", ja z kolei traktuję go jako "dramatokomedię". Jakkolwiek byśmy ten film nie określili, nie sposób zaprzeczyć, że nie jest to typowy film w dorobku Chaplina. Natomiast jak się później okazało wymieszanie dwóch poetyk: melodramatu i slapsticku było receptą na pierwszy ogromny sukces kasowy mistrza slapsticku.
- znajduje się w filmie sekwencja snu, która intryguje badaczy kina od dawna. Zarzucano jej oderwanie stylistyczne od reszty filmu i nadmierny patos. Tymczasem jest to Kraina Snów widziana oczami człowieka urodzonego w biedzie i z elementów świata biedoty ta kraina jest ukształtowana. Moim zdaniem zdaniem jest to jedna z najbardziej uroczych wizji raju jakie widziałem w kinie. Jednocześnie ta sekwencja jest interesująca pod kątem tego jakie miała przełożenie na życie reżysera „Brzdąca". Otóż Lilita Murray (później Lita Murray, istnieją niepotwierdzone plotki, że była prawdopodobną inspiracją dla Nabokova dla stworzenia Lolity), która w filmie gra wodzącą na pokuszenie anielicę, 4 lata później w wieku 16 lat została żoną Chaplina. Wystąpiła z nim jeszcze w „Gorączce złota”.

  • „Brzdąc" a wizerunek dzieci w kinie niemym
    - nie jest niczym niezwykłym, że dziecko pojawiło się na ekranie w tamtym czasie. Już francuska wytwórnia Gaumont wydała serię około kilkudziesięciu filmów z chłopcem o imieniu Bout de Zan, postać granym przez René Poyen'a odkąd miał 4 lata.
    - po premierze „Brzdąca" Jackie Coogan został wielką dziecięcą gwiazdą kina. Co również nie było pierwszym takim przypadkiem w historii kina (chociaż zostawały nimi głównie dziewczynki). Dla przykładu inne dziecięce gwiazdy: Gladys Houlette, Helen Badgley, oraz jedna z największych gwiazd kina niemego, debiutująca na ekranie w wieku 3 lat, kończąca w tym roku 100 lat – Baby Peggy.
    To co wyróżnia „Brzdąca" na tle innych filmów z dziecięcymi aktorami w rolach głównych, to fakt, że ramię w ramię Jackie Coogan gra tutaj u boku dorosłego aktora, co nie jest częste w kinie.
  • Chaplin a kwestia japońska - co zaskakujące chaplinowska estetyka doskonale przyjęła się w Kraju Kwitnącej Wiśni.
    – wzajemne przenikanie się cierpienia i szczęścia, smutku i radości doskonale trafiło w serca Japończyków. Innym powodem było inspirowanie się przez Chaplina teatrem kabuki, co bardzo imponowało Japończykom. Jego filmy były adaptowane w formie teatru kabuki.
    - Sadao Yamanaka otwarcie czerpał z dorobku Chaplina. Jego film „The milion ryo pot".
  • Podsumowanie – „Brzdąc” pozostaje jednym z niewielu przykładów filmu, w którym dziecko partnerując dorosłemu w grze aktorskiej nie tylko dotrzymuje mu kroku, ale w niektórych momentach kradnie całą uwagę. Jednocześnie jest najbardziej wzruszającym filmem slapstickowym w historii, którego koncept wykorzystał w „Niesfornej Zuzi” John Hughes jeden z ulubionych reżyserów naszej byłej koordynatorki Patrycja Mucha , która zaangażowała mnie do Ambasady i przez ostatnie dwa lata miałem przyjemność dyskutować z Klubowiczami w charakterze członka ekipy Ambasady. Tymczasem w drugą rocznicę mojego dołączenia do tego klubu odchodzę a wszystkie wspólne chwile (w tym żenujące kartki z kalendarza i reakcje widzów) zachowam głęboko w sercu i będę wspominał jako jedne z najprzyjemniejszych w moim życiu kinomana. Do zobaczenia w Kosmosie na kolejnych seansach!

*  Muszę w tym miejscu dodać swój przypis. Piszę to w 16 grudnia, 2022 roku, Dokładnie cztery lata po wygłoszeniu powyższej prelekcji. Po tylu latach muszę się zdobyć na refleksję. Chaplin był człowiekiem pełnym sprzeczności. Z jednej strony wielkie humanista, a z drugiej tyran, który bez oporów manipulował młodymi dziewczynami i kobietami u progu dorosłości, z które nierzadko porzucał a czasem brał z nimi ślub. Szczególnie oburzająca jest historia Lity Grey, którą prasa zniszczyła, za bycie rzekomo roszczeniową i rozpuszczoną, która dybała na Wielkiego Komika, gdy tymczasem chciała by zainteresował się jej  losem i ich wspólnego dziecka. Powyższych słów nie usuwam, niech będą znakiem tego jak wiele się może zmienić w głowie kinofila na przestrzeni lat. Wtedy nie przyjmowałem do wiadomości, że człowiek, który był jedną z osób które ukształtowały moją wrażliwość i miłość do kina, może być tak okrutny. moje obecne spojrzenie na jego postać jest dalekie od tego co myślałem o nim te cztery lata temu.

American Film Festiwal 24-28.10.2018 - część II

American Film Festiwal 24-28.10.2018 - część II

dwóch mężczyzn stoi naprzecwiko siebie i patrzy sobie w oczyŹródło: hhttps://medium.com/b-roll/blindspotting-is-a-love-letter-to-a-disappearing-oakland-10e3f855bf56

Pierwsze filmy na Watch Talking Heads Docs za mną... . Wrrrróć. #aff #daythree #nosleep #gimmeenergydrink

Drugi dzień AFF i pierwsza piątka obejrzanych filmów za mną. Trzy z nich to dokumenty, więc fabułę powitałem z nieskrywaną radością 

„King in the wilderness" doceniłem tak naprawdę dopiero po rozmowie z Julian Jeliński (Brody z kosmosu), który pisał artykuły o M. L. Kingu (czytałbym!). Od niego dowiedziałem się o sporej ilości niuansów, która podnosi poziom rzetelności na wyższy, subtelniejszy poziom. Osoby, które znają biografię M. L. Kinga niczego nowego o jego życiu się nie dowiedzą. Może bardziej docenią, że ktoś wziął na tapet, ostatnie lata życia Kinga. Dla całej reszty będzie bardzo solidnym materiałem bibliograficznym. Niestety: ze sporą ilością gadających głów i przeciągniętą puentą, która miód posypuje cukrem. Tak, czy owak: warto. Temat rasizmu nie jest u nas (wbrew pozorom) tak odczuwalny i zakorzeniony silnie jak w USA, a taki film zdecydowanie da Wam nową perspektywę na ten ciągle aktualny temat.

Film, który rozwalił mnie wczoraj na łopatki do „Blindspotting". W katalogu festiwalowym jest napisane, że to musical w rytmie hip-hopu. I... technicznie rzecz biorąc to prawda. Nie uświadczymy tutaj tańców, w odrealnionych sceneriach, w zasadzie nikt tu nie rapuje w rytm beatów. Poza jedną sekwencją snu głównego bohatera, nic na pierwszy rzut oka do musicalu, że nie zbliża. Natomiast kiedy przysłuchamy się dialogom, które "bez powodu" przechodzą nagle w rap. W połączeniu z dynamicznym montażem, żywcem wyjętym z klasycznych musicali z lat '50, całość zyskała niesamowitą świeżość. Ten synergiczny tandem, wywodzi się bezpośrednio ze energii amerykańskich dzielnic zamieszkałych przez Afroamerykanów. Rap jest w tych wiadomością, odpowiedzią na wykluczenie, jedynym językiem, którego słucha biała społeczność. Musical w tych klimatach nie może dawać nadziei. Ale z drugiej strony czy ją zabiera? Biorąc za dobrą monetę takie filmy jak „Zaślepieni" i wiarę, że kropla drąży skałę, wierzę że świadomość problemu rasizmu wzrośnie a puenta filmu to jednak nie „life goes on".


American Film Festiwal 24-28.10.2018 - część I

American Film Festiwal 24-28.10.2018 - część I

kolaż zdjęć kobietŹródło: https://wft.ie/womens-voices-womens-stories-documentary-panel/

Lewak Film Festival, zwany inaczej American Film Festival, czy tam na odwrót, Dzień trzeci.

Byłby to dzień średniawek, gdyby nie dwa filmy: „Harold i Maude", będący częścią retrospektywy reżysera Hala Ahby'ego, a drugi to „Half the picture". O tym pierwszym napiszę kiedy indziej (o ile w ogóle, #ciąglewbiegu), ale chciałbym się tutaj skupić na drugiej pozycji.

W czasach #metoo, czy kolejnych afer dotyczących dyskryminacji płciowej, trudno powiedzieć w filmie, który porusza te tematy, cokolwiek nowego. Amy Adrion zamiast wyważać otwarte drzwi, zdecydowała się na ukazanie reżyserek jako pełnokrwistych postaci, ze swoimi historiami, marzeniami, przy wspólnym mianowniku jakim jest szeroko pojęta dyskryminacja. Co skutkuje sporą ilością „gadających głów". Znowu. Co trochę mnie znużyło, panią siedzącą w tylnym rzędzie uśpiło (przyznaję: późna pora seansu mogła mieć coś z tym wspólnego #trybżyciafestiwal). Marzyłby mi się śledczy dokument demaskujący patriarchat w branży filmowej, albo chociaż z przyjemnością oglądałbym reżyserki w trakcie ich pracy, pochłonięte przez swoją pasję. Czy to zniszczyło mi seans? Hell no!

Patriarchat w branży filmowej okazuje się być, uwaga to jest niespodzianka, systemem wspierającym absurdalny lęk przed kobietami reżyserkami, który generuje równie absurdalne koszty. W dodatku lęk ten nie ma płci, chociaż co oczywiste preferuje jedną z nich. Czy zatem czeka nas odgórne narzucanie parytetów w branży filmowej? Czy spełni się koszmar mężczyzn, którzy z przestrachem patrzą na horyzont i próbują dostrzec pierwsze oznaki ograniczenia swoich praw? Czy dokona się zemsta reżyserek-feministek, na reżyserach?

W patriarchat wpojony jest, mam wrażenie odwieczny lęk przed jego upadkiem. Tryby, które tak długo napędzały filmową (i nie tylko) machinę starły się i, mam nadzieję, przestaliśmy nadążać z wymianą na nowe. Może czas na wymianę całego układu, po usłyszeniu kolejnych zgrzytów? (naiwność lvl 666). Kariera reżyserek to szansa na większą empatię w branży. Dopuszczenie kobiet do reżyserskich stołków, może być próbą dostrzeżenia ogromnej ilości zmiennych, z którą mają one do czynienia w trakcie wydrapywania sobie ścieżki kariery. Wreszcie to możliwość na mniejszą ilość ujęć damskich pośladków, takich jak w „Blaze" Ethana Hawke'a (również na AFF), które to pośladki mają zwiastować upadek moralny artysty.

To jak daleką drogę mamy do przebycia jako społeczeństwo niech posłużą reakcje widzów na napisach końcowych. Prezentowane były tam zdjęcia najsłynniejszych reżyserek na świecie. Kiedy pojawiły się siostry Wachowskie, po sali przebiegły pojedyncze parsknięcia śmiechu.

PS Sprawdźcie sobie kto wyreżyserował „American Psycho"