Test projektora Epson EF-12

 

Test projektora Epson EF-12


źródło: epson.pl

Miałem niedawno przyjemność testować laserowy projektor Epson EF-12.

Dotychczas nie przeżyłem wielu seansów z użyciem projektorów, ucieszyłem się zatem na taką możliwość. To co podoba mi się najbardziej w tym sposobie wyświetlania filmów, to fakt, że jest to doświadczenie wypełniające lukę pomiędzy oglądaniem na ekranie monitora a seansem kinowym. Uchwycenie namiastki kina w domu było niesamowitym uczuciem.

Projektor, który używałem do testu od razu przykuł moją uwagę swoim retro wyglądem. Jego prosta, czarna budowa, przypomina trochę stare projektory szpulowe, ale bez samych szpul.

Nie przypominam sobie, żebym chociaż raz zajrzał do instrukcji obsługi. Sama „instalacja” była banalnie prosta i szybka. Uruchomienie i kalibracja urządzenia również nie przysporzyła większych problemów. Dużym ułatwieniem jest automatyczna trapezowa korekcja obrazu, szczególnie kiedy obraz nie będzie wyświetlany prostopadle na ścianę, ale tak jak u nas, stać będzie na stole i na wysuwanej nóżce, która pozwalała na podniesienie przedniej części projektora. Oczywiście istnieje możliwość ustalenia indywidualnej korekcji położenia narożników, ale w naszym przypadku nie była ona potrzebna. Zaskoczony byłem jednak tym jak blisko ściany musi być postawiony projektor. Urządzenie jest leciutkie (2,1 kg), więc stawienie i przenoszenie nie sprawiało problemów. Najbardziej uciążliwe w tym kontekście były kable zasilające i HDMI, plątające się pod nogami :D W każdym razie, tak bliskie ustawienie projektora w stosunku do ściany jest sporym ułatwienie, ponieważ można dzięki temu uniknąć kombinowania z montowaniem tego na półce po przeciwnej stronie ściany, na której mają być projekcje czy jeszcze gorzej, montowanie samej półki. Również w tej kwestii, dzięki niewielkiej wadze, projektor EPSON'a jest bezproblemowy.

Postanowiłem z okazji testu zorganizować rodzinny seans z bardzo młodą 2,5-letnią widzką. Obejrzeliśmy, więc kilka odcinków przepięknej i uroczej animacji Lucas the Spider oraz dwie animacje ze studia SE-MA-FOR, które znajdziecie na ninateka.pl. Pan Piórko i Rozbitka Edwarda Sturlisa. Ten drugi miał obłędnie piękne kolory, co widać świetnie na zdjęciach.

Po połączeniu projektora z moim kontem Google (możliwość połączenia z Chromecast) okazało się, że wśród dostępnych platform vod nie ma do Netfliksa. Jest HBO Go, Amazon Prime, ale tej najpopularniejszej na tym projektorze nie ma. Trochę uciążliwe było ciągłe podpinanie laptopa (dwa wejścia HDMI) do projektora, ale innej opcji nie było, bo nie można było nawet wyszukać tej aplikacji w Sklepie Google Play. To jedyny minus jaki dostrzegłem, który pewnie wynika z umów między producentem a platformami.

Podczas większości seansów towarzyszyły mi koty w kadrze jako wartość dodana do filmów. Tutaj na tle Gadających główPodwójnego życia Weroniki Kieślowskiego.

By maksymalnie zbliżyć tego typu doświadczenie do kinowego potrzebny by był odpowiedni zestaw głośników. Nie posiadając takowych byłem bardzo mile zaskoczony jak świetnie radzi sobie wbudowany w projektor głośnik marki Yamaha. Jak na takie maleństwo dźwięk wydobywający się z głośnika był przyjemnie przestrzenny i z głębokim basem.

Najważniejsza w tego typu projekcjach jest jakość obrazu. I tutaj również się nie zawiodłem. Obejrzałem na projektorze sporą część filmów Krzysztofa Kieślowskiego, krótkie animacje na Ninatece i sporą część komedii z Busterem Keatonem wydaną w boksie przez Lorber Films, kilka odcinków Przyjaciół i dwa filmy z tegorocznej edycji Festiwalu Nowe Horyzonty. Część z tych filmów miała jakość Blu Ray. Sam projektor jest przygotowany maksymalnie na jakość HD, ale nawet przy 4K dawał radę. Obejrzałem sporo filmów w wyższej jakości i mimo, że projektor nie ma konstrukcyjnie możliwości dociągnięcia jakości BD i tak zaskakująco świetnie dawał sobie radę, mimo paru momentów kiedy w kadrze pojawiało się niebo i pojawiały się charakterystyczne granice między odcieniami. Nie było to jednak uciążliwe i nie odbierało mi to przyjemności z seansu. Wysoka jakość obrazu jest wynikiem zastosowania technologii 3LCD, która (za stroną producenta):

zapewnia równie wysokie natężenie światła białego oraz barwnego, dzięki czemu obrazy są nawet trzykrotnie jaśniejsze niż w przypadku porównywalnych, jednoukładowych projektorów DLP⁵.

Pandemia i kolejne lockdowny sprawiły, że wielu z nas zatęskniło za seansami kinowymi. Projektor może być dobrym kompromisem, a wybór Epson EF-12 będzie super opcją.

Więcej informacji technicznych o projektorze TUTAJ

PS Pierwszy raz w życiu oglądałem film na suficie! Polecam gorąco. Niesamowity komfort, chociaż z początku jest to dość dziwne uczucie. Szczególnie przydatna opcja, kiedy to jedyna większa przestrzeń w mieszkaniu, mogąca nam posłużyć za miejsce do projekcji.


21. Festiwal Nowe Horyzonty - relacja

21 Festiwal Nowe Horyzonty - relacja

Przedziwny to był dla mnie festiwal. Nigdy wcześniej nie miałem okazji być na stacjonarnej edycji Nowych Horyzontów.

Rok temu obejrzałem kilkanaście filmów w ramach pandemicznej edycji online, łączonej z American Film Festiwal. Jednak wiadomo, że stacjonarne festiwale to zupełnie inna bajka. W każdym razie do Wrocławia przyjechałem po kilkudniowych włóczeniu się po Wiedniu, z przerwą na jedną noc w domu. W dodatku w sobotę musiałem czasowo podzielić się między festiwal a konkurs Gali Twórców, którego byłem finalistą w swojej kategorii. Nie miałem parcia na oglądanie na siłę, byle więcej, a tak by było gdybym miał karnet – kupiłem bilety na wybrane filmy. To była edycja skupiona głównie na spotykaniu ze znajomymi i jedzeniu. Dziennie tylko dwa, trzy filmy. Lubię festiwalowy stan wyczerpania i filmowego przebodźcowania, ale i taka forma, jak się okazało, również mi odpowiada.

Był to również pierwszy raz, kiedy tak długo musiałem mieć maseczkę na twarzy. Nie sądziłem, że się przyzwyczaję, ale poszło zaskakująco łatwo. Pozdrawiam z tej strony wszystkich malkontentów narzekających, że muszą nosić kagańce na twarzy i prezydent Duda pozwolił nie nosić. Wykazywaliście się kompletnym brakiem zrozumienia dla organizatorów i wolontariuszy wykonujących polecenia tych pierwszych. O bezpieczeństwu osób, z którymi macie styczność, nie wspominając.

W ramach 21. Festiwalu Nowe Horyzonty, obejrzałem dziesięć filmów – osiem stacjonarnie, dwa online. Jakkolwiek podczas pandemii długo ceniłem sobie intymność domowych seansów, tak po jakimś czasie zaczęło mi to niezmiernie uwierać. Dlatego z przyjemnością raz po raz wracałem do Kina Nowe Horyzonty czy do Capitolu na kolejne projekcje. Jednak możliwość zobaczenia filmów online jest świetnym uzupełnieniem repertuaru wydarzeń stacjonarnych. Dlatego tak chętnie skorzystałem z takiej możliwości zobaczenia dodatkowych dwóch filmów festiwalowych, już po powrocie do domu.

Poniżej przeczytacie kilka zdań moich wrażeń z każdego seansu. Kolejność odpowiada kolejności oglądania.

Hiacynt, reż. Piotr Domalewski, reż. 2021

W momencie gdy piszę to zestawienie to dzień wcześniej Hiacynt zdobył Złotego Lwa za scenariusz i Złotego Klakiera na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. To każe mi zrewidować moje „meh” po seansie. Siedząc we wrocławskim Capitolu zachwyciłem się zdjęciami Piotra Sobocińskiego jra. Film wyprodukował Netflix. Wizualnie filmy z tej stajni są do siebie niezmiernie podobne, jakby operatorzy używali zestawu tych samych filtrów, kadrowania, itd. Sobociński wyszedł z tego obronną ręką, dzięki czemu Hiacynt wygląda obłędnie. Paleta kolorów raz przywoływała skojarzenia z tlącym się w nocy ogniskiem, a gdzie indziej szaroburym betonem pokrytym brudnym lodem. W połączeniu ze scenografią (Jagna Janicka) i kostiumami (Aleksandra Staszko) nie ma się wrażenia stylizacji, a świetnie zrozumianej minionej epoki. Jakkolwiek film Domalewskiego wygląda fantastycznie, to sposób przedstawienia historii wydał mi się dość nieporywający. Może na małym ekranie będę miał niebawem okazję zrewidować swoją ocenę. Premiera na Netfliksie 16 października.

 

Titane, reż. Julia Ducournau, 2021

Tegoroczny zwycięzca Cannes. Bardzo spodobały mi się wizualne metafory zawarte w tym filmie. Starzejący się facet cały czerwony z nienaturalnego nadmiaru testosteronu, różne próby zawłaszczania genderowo męskich artefaktów i w ogóle płynność pojęcia płciowości ujęta w Titane jest bardzo satysfakcjonująca. Jednak mnogość tematów jakie bierze na siebie film Julii Ducournau jest tak duży, że część z nich traktuje zbyt powierzchniowo. Tyle się tam działo, że po seansie poczułem się bardzo zmęczony. Prędko nie wrócę, ale kiedyś to zrobię.

Mandibules, reż. Quentin Dupieux, 2020

Doceniam Morderczą oponę. Był to jakiś powiew świeżości w swoim czasie. Absurdalny koncept i humor trafiły do mnie, chociaż nie bez zastrzeżeń. Dałem Dupieux kredyt zaufania. Liczyłem, że w Mandibules Francuz rozwinie się w sposobie kreowania humoru w filmie, będzie nieco bardziej kreatywny. Nic z tych rzeczy. Znowu dostałem mało kreatywny, wtórny film, który powiela błędy debiutu. Widzę próby stylizowania na epizodyczną komedią slapstickową i pierwsze pół godziny ma się naprawdę rewelacyjne: bohaterowie to najwięksi durnie od czasów Głupiego i Głupszego co generuje cała masę onirycznych, nierealnych i absurdalnych gagów i innych komicznych sytuacji. Z czasem, tak jak na filmie z bitumicznym zabójcą, odczuwałem coraz większe zmęczenie brakiem pomysłu na umiejętne kreowanie sytuacji humorystycznych. Podobnie jak debiutowi, dam temu filmowi jeszcze kilka szans, bo czuję w nim potencjał. Chociaż może to być moje myślenie życzeniowe, że tak ciekawy twórca jak Dupieux, nie zatrzymał się w miejscu i ciągle się rozwija.

 

Pleasure, reż. Ninja Thyberg, 2021

Podczas tegorocznych Nowych Horyzontów obejrzałem dziesięć filmów z czego większość pokazywała jak beznadziejni (delikatnie ujmując) potrafią być mężczyźni i/lub jak okropnym systemem, na którym traci każdy, jest patriarchat. Jakkolwiek by to nie było kliszowe stwierdzenie, to taka ilość filmów biorąca na tapet takie tematy świadczy o tym, że długo jeszcze takie filmy będą musiały powstawać. Pleasure łączy te dwie rzeczy w historii typu „po trupach do celu”, tym razem osadzając ją w środowisku pornograficznym. Męczący, niekomfortowy, unikający dosłowności, świetnie zrealizowany film.

 

A-ha – The Movie (pol. A-ha), Thomas Robsahm, 2021

A-ha – The movie to największy zawód tegorocznej edycji. Nigdy nie miałem serca do synth popu, jednak norweski zespół od zawsze do mnie przemawiał. Ich najwcześniejsze płyty doceniam, ale to ostatnie dokonania uwielbiam najbardziej. Lifelines, Summer Moved On czy Forever Not Yours do dzisiaj wywołują we mnie gęsią skórkę i są jednymi z tych kawałków, do których wracam najczęściej. Jednak doceniam w całości a nostalgiczny klimat ich utworów naznaczył sporą część mojego nastolęctwa. Po tym filmie sporo oczekiwałem i chyba dlatego to co otrzymałem tak mnie zabolało. Spodziewałem się, że konieczne będzie odhaczenie pewnych niezbędnych punktów: skrócone biografie członków zespołu, tego jak się spotkali, itd. Tymczasem im dalej film trwał, tym bardziej przekonywałem się, że to kolejna ekranizacja wpisu z Wikipedii. Chociaż piosenki przyjemne. Otrzymałem prawie żadne osadzenie w kontekście czasów w jakim przyszło działać zespołowi, żadnej wzmianki o warstwie tekstowej piosenek. Zamiast tego obejrzałem sztampową historię zespołu, która jak po sznurku punktuje najważniejsze wydarzenia. Gdyby nie drobna wzmianka, że najwięksi wykonawcy popowi inspirowali się ich twórczością, można by sądzić, że jest to historia zupełnie osobna i wyizolowana od reszty rynku muzycznego. Czy naprawdę potrzebujemy takich niewiele wnoszących filmów? Film parówka – śladowe ilości zniuansowania, które zbyłem wzruszeniem ramion i rzekłem po seansie: „To wszystko? Aha. No, szkoda trochę”.

 

Redoubt (pol. Reduta), reż. Matthew Barney, 2019

Wypełniona tańcem współczesnym adaptacja mitu o Dianie i Akteonie. Niewiele więcej mogę dodać. Kino bardzo kontemplacyjne, dość nudne. Diana i jej dwie towarzyszki Dziewice to ktoś w rodzaju żołnierek broniących swojego terytorium, a Akteon i jego partnerka to artyści, wykonujący (chyba) miedzioryty. Film na niezłe spanko. Ilekroć otworzycie oczy podczas seansu Wasze oczy ucieszą przepiękne sfilmowane góry i lasy.

 

Golden Eighties (pol. Złote lata '80), reż. Chantal Akerman, 1986

Mój ulubiony film tegorocznej edycji. filmowa laurka o latach ’80, zrobiona w latach ’80. Tytułowa dekada w filmie Chantal Akerman to czasy, w których zderzają się rozterki dwóch pokoleń: tych którzy doświadczyła groza II Wojny Światowej i Holocaustu oraz tych już oderwanych od problemów swoich dorosłych, skupiona bardziej na sobie. Wydawałoby się, że dorosłe osoby z bagażem, często trudnych doświadczeń, będą lepiej od młodszych radziły sobie z plątaniną uczuć. Tymczasem Akerman portretuje bohaterów z ogromną czułością, pozwalając im na błądzenie, smutek i na popełnianie tych samych pomyłek, by ostatecznie wyciągnęli jakieś wnioski. Młodzieńcza energia, rozszczebiotanie dziewczyn i pozerstwo chłopaków (podbite przez musicalowe fragmenty), uzupełnia się goryczą wymieszaną z niepokojem o jutro u dorosłych.

Memoria, reż. Apichatpong Weerasethakul, 2021

Drugi po Wujku Boonmee… film Apichatponga Weerasethakula, który widziałem. Tego też nie zrozumiałem. Jednak nauczyłem się czegoś o sobie podczas tego seansu – oglądając takie filmy w kinie totalnie wsiąkam w ten świat i niepotrzebne jest mi rozumienie, wystarczy mi atmosfera, wynikająca z tempa tajemniczej narracji czy statycznych kadrów. Jak powiedział kiedyś Jakub Dem  Dębski, bycie zakładnikiem przestrzeni sali kinowej, ma w trakcie tego typu filmów ogromne plusy. Chyba dlatego mój porzedni seans filmu tego reżysera, na laptopie, okazał się fiaskiem. Nie miał zwyczajnie szans mną zawładnąć. Wujka… będę musiał sobie kiedyś powtórzyć w kinie, jeśli tylko nadarzy się okazja, a tymczasem Memorię serdecznie Wam polecam. Najlepiej na wielkim ekranie. Idealne zamknięcie stacjonarnego etapu festiwalu.

 

Sexual Drive, reż. Kôto Yoshida, 2021

Tak się złożyło, że ostatnie japońskie filmy, które oglądałem krążyły wokół seksu i jedzenia. Siłą rzeczy takie mam pierwsze skojarzenia kiedy myślę o tej kinematografii. Zaznaczam to, ponieważ wg rozmowy Łukasza Mańkowskiego, którą przeprowadził z reżyserem Sexual Drive, Kôtą Yoshidą (do przesłuchania TUTAJ, przeprowadzoną na potrzeby 21. Edycji festiwalu Nowe Horyzonty), japońscy reżyserzy rzadko łączą te dwa tematy w swoich filmach. Jednym z tych wyjątków jest Tampopo (1985) w reżyserii Jûzô Itamiego, z którym film Yoshidy, który obejrzałem, często jest porównywany.

Film Yoshidy to trzy nowele, które łączy postać Kurity – kimś w rodzaju trockstera nie z tego świata. Gra go fantastyczny, trochę diaboliczny Tateto Serizawa. Bardzo przyjemny, zmysłowy a miejscami niezmiernie zabawny film.

PS Po seansie zapragnąłem zjeść natto, potrawę z pierwszej noweli. Akurat w wege sklepie w moim mieście była ostatnia sztuka. Pachnie jak piwo, smakuje tak jak możecie sobie wyobrazić jak smakuje sfermentowane ziarno soi. Zjedzone, odhaczone. Jest to intrygujące, ale fanem nie zostanę. Zostało mi za to do spróbowania bardzo pikantne mapo tofu ze środkowej noweli. Jadł ktoś?

Strawberry Mansion (pol. Rezydencja Pod Truskawką), reż. Kentucker Audley / Albert Birney, 2021

Mój drugi seans online, a zarazem ostatni w ramach 21. Nowych Horyzontów. Świat Rezydencji pod Truskawką jest zawieszony między przeszłością a przyszłością. Na kasety VHS nagrywa się wspomnienia, które podlegają państwowej kontroli i podatkom. Retrofuturystyczny klimat wygląda jak wyciągnięty z serialu Tam gdzie rosną stokrotki, a gdzie indziej jak z kart powieści Przygód Guliwera. Na płaszczyźnie fabularnej jest tu trochę Matrixa i MirrorMask Dave’a McKeana. Finalnie otrzymałem kociołek z mnóstwem inspiracji, motywów, wątków. Filmowi nie zawsze jednak to wychodzi na dobre. Antykapitalistyczny wydźwięk twórcy starają się tu wysuwać do przodu, ale nie potrafią go tak poprowadzić, by mógł odpowiednio, mniej eksplicytnie, a w sposób bardziej zniuansowany wybrzmieć. Cudownie z kolei działa retro-futurystyczny realizm magiczny tego filmu. Zachwyciłem się jego pastelowymi kolorami, ale też historią o poszukiwaniu miłości, opowiedzianą trochę w stylu Alicji w krainie czarów.

 


Taniec, pantomima i aktorstwo - luźne przemyślenia

Taniec, pantomima i aktorstwo - luźne przemyślenia

Niczego mi tak obecnie mi nie brakuje tak bardzo, jak imprez w klubach.

Charakter mojej pracy polega głównie na tym, że prowadzę szkolenia, co sprowadza się do kilkugodzinnego nawijania do monitora laptopa w pozycji siedzącej. I tak od kilku tygodni. Nie narzekam. Jestem całkiem spokojny, bo zdaję sobie sprawę jak dalece uprzywilejowana jest moja sytuacja. Jednak taki kołowrotek mocno siada na głowę. Wczoraj pandemiczna rutyna tego zajęcia wybiła skalę w mojej głowie. Zaczęło się od kolejnego przesłuchania niedawno odkrytego przeze mnie utworu pt. „No Plans for Love (D-Nice z Ne-Yo z  Kentem Jonesem)”. Potem już poszło z górki (i nie sposób było to zatrzymać): Justin Timberlake, Bruno Mars, Shakatak, Shalamar… . Przez pół godziny „ogarniałem” mieszkanie tańcząc. Był moment (naprawdę!), że łzy napłynęły mi do oczu. Taniec wyzwala we mnie z niczym nieporównywalne poczucie wolności, jakby to ciało było głodne ruchu w niestandardowym niż na co dzień zakresie. Paradoksalnie, mam poczucie, że moje ciało jest „poruszane” przez rytm muzyki, nie odwrotnie. Ciało nie jest wtedy na usługach muzyki. Rytm, melodia są raczej drogowskazem do tego jak ciało ma się poruszać. Werbel – bach! ręka w bok, werbel – bach! noga do tyłu. Po pewnym czasie to przychodzi trochę automatycznie. W trakcie pandemii jestem prawie odcięty od takich odruchów i nawet brak seansów kinowych mi tak nie doskwiera (za którymi również bardzo tęsknie!), jak brak tanecznej wolności, która uruchamia się tylko w klubach.

Wczoraj taką namiastką klubu było mieszkanie, a publicznością moja Luba. Po kilkunastu minutach nieskrępowanego tańca zdałem sobie (nie po raz pierwszy), że nic mnie tak nie nakręca do tańca jak publiczność. Czuję się obecnie jak clown bez publiczności. W trakcie tańca uwielbiam się wygłupiać, naruszać tabu (bez naruszania czyjejś sfery intymnej, oczywiście). Ale po co mi te wszystkie wygłupy kiedy publiczności brak? Nie ma smutniejszego klauna, od tego któremu brakło publiki. Pani Luba jest oczywiście bardzo zacną odbiorczynią moich pląsów, ale jednak z ciężkim sercem nie potrafię zestawić tego z połączeniem dudnienia basu z mocnego nagłośnienia i kilkuset stłoczonych rozgrzanych tańcem ciał, których właściciele czasem zerkają w stronę wariata, który wygląda jakby właśnie wyszedł spod prysznica.

Te przemyślenia zawiodły mnie kolejny raz w kierunku rozważania jak blisko tancerzom jest do aktorów, ale też do mimów. Oglądając tancerzy poppingu, jazz funku czy lockingu ogromną frajdę mi sprawia wyłapywanie elementów pantomimy w ich występach. Wszelkie izolacje czy mimika twarzy to przecież typowe elementy artystów pantomimy. Natomiast choreografie taneczne, bardzo często starają się przekazać jakąś historię lub wyrazić emocje - wtedy układ staje się czymś w rodzaju tanecznej etiudy. Tym ostatnim jest na przykład performens Marcela Marceau pt. „The Mask Maker” (1959), w którym podczas nakładania iluzorycznych masek zmienia się również charakter odgrywanej postaci. Z kolei ścisły związek pantomimy i tańca pokazał w skeczu „Historia tańca” Ireneusz Krosny. I jest to przypadek najbardziej oczywisty, ponieważ występy pana Ireneusza są doskonałym przykładem, jak wiele łączy te dwie formy artystycznego opowiadania ciałem. Jego twórczość jest również dowodem na to, że bycie mimem wymaga sporej kondycji fizycznej i nie ogranicza się tylko do „szukania szyby” (na pewno ten gag ma swoją fachową nazwę w środowisku artystów).

Pantomima jest jednym fundamentów burleski filmowej. Na swój rodowód pantomimiczny wskazywało wielu komików niemych filmów. Jednym z nich był Stan Laurel, połowa ponadczasowego duetu Stan & Ollie (u nas znani jako Flip i Flap). Postać jaką odgrywał w tej serii była mieszanką absurdalnego spokoju i mentalności dziecka. Laurel był również aktorem, który wykazywał się często niesamowitą, taneczną w swoim charakterze, gibkością ciała. Można to zobaczyć w Liberty (1929) Leo McCarey’go. Nasza para pechowców gra tu zbiegów z więzienia, którzy nieszczęśliwie wjeżdżają na stalowy szkielet budowanego wieżowca. Stan w pewnym momencie zaczyna się tak bardzo bać, że trzęsie kolanami, zbliżając i oddalając je od siebie w półprzysiadzie. Ta nadekspresyjność dolnej partii ciała, dodaje komizmu odejmując tym samym nieco powagi całej sytuacji. Natomiast sam ruch ma w sobie ogromny ładunek tanecznego powabu, który wiele razy widziałem jako element choreografii tanecznej.

I chociaż zdaję sobie sprawę, że sukces artystów pantomimy zależy w pewnej mierze na improwizacji, to jednak ich występy są wynikiem ogromnej ilości godzin spędzonych na próbach. Jeśli moje taneczne, w pełni improwizowane pląsy, można określić jakąś namiastką pantomimy, to nie mogę sobie wyobrazić, co przeżywają w obecnych czasach wszyscy artyści, którzy żyją z występowania dla publiczności. Zostają występy online, ale czy są one zawodowo satysfakcjonujące?

PS Takie to przemyślenia w czasach kiedy obsesyjnie szukam prostych przyjemności, takich jak piętka chrupiącego chlebka, która jest najpyszniejszą częścią całego chlebka. Kumulacja chlebkowości. Próbowaliście jeść chlebek tańcząc?


„Santa Claus Conquers the Martians" (1964), reż. Nicholas Webster

Santa Claus Conquers the Martians (1964), reż. Nicholas Webster

Santa Claus Conquers the Martians - nie kumam o co biega z tym tytułem, bo nikt tam nie kolonizuje Marsa, ten głupek z filmu, Święty Mikołaj tym bardziej. Pozwólcie, że opiszę tu w skrócie fabułę, bo jest to hit.

Dzieci na Marsie tylko wlepiają gały w telewizor oglądając ziemskie programy, uczą się, śpią i jedzą tabletki, które imitują w smaku ziemskie jedzenie. Od jakiegoś czasu te dwie ostatnie czynności nie wychodzą im najlepiej. Stan apatii zmartwił marsjańskich rodziców, więc ojciec, który jest kimś w rodzaju lidera społeczności, poszedł do Chochem (w jidysz oznacza mędrca) który wygląda jak bieda wersja Gandalfa i jako jedyny z jakiegoś powodu nie ma zielonej skóry. Radzi im, żeby sprowadzili z Ziemi Świętego Mikołaja, który wskrzesi w małych dorosłych, jak mówią o swoich dzieciach Marsjanie, dziecięcą radość z życia. Wybierają się na Ziemię i spotykają parę dzieciaków (jedne z najgorszych dziecięcych aktorów w historii kina). Mierząc do nich z czegoś co przypomina karabin AK-47 mówią tym dzieciakom, żeby się ich nie bały i wskazały im drogę do prawdziwego Świętego Mikołaja.

Marsjanie mają pistolet, który pozwala zamrozić przeciwnika na jakiś czas. No, to zamrozili pomocników i panią Klausową (na marginesie: to pierwszy film, w którym pojawia się żona Świętego Mikołaja). Święty okazuje się śmieszkiem: "Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałem, żebyś tak długo stała bez ruchu i nic nie mówiła". Tak czy owak, porywają go na Marsa.

Wtrącenie: w trakcie podróży Mikołaj rzuca dowcipem, którego nie zrozumiałem, może mi ktoś pomoże: KLIK. Czy to jest nawiązanie do wielkiego londyńskiego smogu z roku 1952? 


Przytul misia. Misiu zimno. Aktor przebrany za niedźwiedzia polarnego w tej scenie, Gene Lindsey, zagrał potem we Wszystkich ludziach prezydenta Alana J. Pakuli, w roli Alfreda D. Baldwina.

Na miejscu Marsjanie budują Klausowi małą fabrykę zabawek a ten utyskuje, że nie może robić ich ręcznie, tylko za pomocą przycisków na maszynie (krytyka mechanizacji przemysłu wjechała jak hiszpańska inkwizycja). Marsjanin Voldar, bad guy tego filmu, nie zgadza się na to, by ich dzieci były dziećmi, cały czas próbuje sabotować pracę Mikołaja. Pod koniec filmu porywa jednego ze swoich współobywateli przebranych za Świętego, przekonany, że to sam Mikołaj, który zaczął transformować w Marsjanina. Kiedy zdaje sobie sprawę z pomyłki atakuje fabrykę, ale czeka tam na niego zasadzka, którą zorganizował Mikołaj. Polegała ona na tym, że dzieciaki (ziemskie i marsjańskie) zaczęły rzucać czym popadnie w swojego wroga. Pojawia się tam przez moment czołg. Dlaczego marsjańskie dziecko, chciałby czołg na święta? - pomyślałem. Nim zdążyłem rozwikłać tę zagadkę film się skończył odlotem Świętego Mikołaja wraz z Billym i Betty (ziemskimi dziećmi) jakimś statkiem kosmicznym na Ziemię. Kto tym kieruje? Co to za statek? Skąd się tam wziął? Po co pytać. Film się skończył a widz zostaje z poczuciem, że obejrzał coś niezwykłego. Dziwnego, ale niezwykłego.

Film jest absolutnie okropny, ale ma swój urok. Co jakiś czas pojawia się na liście najgorszych filmów wszech czasów. Film z miejsca stał się kultowy w Stanach a ze względu na to, że film jest częścią domeny publicznej, co jakiś czas popkultura sobie o nim przypomina. Paul L. Jacobson, procent i scenarzysta swój jedyny film, który zrobił w karierze określił (za angielską Wikipedią):

>>(...)a „yuletide science fiction fantasy" and said he made it because of a perceived gap in the market. „Except for the Disneys, there's very little in film houses that children recognize as their own".<<

Muszę kiedyś zerknąć ile jeszcze Jacobson takich luk wymyślił. Parafrazując: space is the limit.

Braki budżetowe widać na każdym kroku. Aktor przebrany za niedźwiedzia polarnego, którego morda może przyprawić o koszmar niejednego dzieciaka, kartonowe dekoracje, absurdalne stroje Marsjan, ich makijaże, które kończą się tam, gdzie zaczyna szyja, wycinki z filmów reklamujących, jak mi się zdaje, NASA, koszmarna gra aktorów na czele z dziecięcymi... . Mimo to lubię ten film. Szczególnie za slapstickową scenę z końca, w której dzieciaki atakują Voldara zabawkami z fabryki zabawek. To była chwila dziecięcej ostatecznej unii ziemsko-marsjańskiej, który miał w sobie tę nieposkromioną energię, jaką charakteryzują się najmłodsi. Jeśli miałbym na coś narzekać w tym miejscu, to na to, że słabo tę scenę podbudowano. Ten moment prawdziwego, szczerego dziecięcego szaleństwa w tym filmie, jak szybko się zaczął, tak szybko skończył. Bęc, nie ma. Przyszedł niszczyciel dobrej zabawy i uśmiechów dzieci w postaci ojca i powiedział DOŚĆ! i zabawa skończona. Nie mogę jednak wymagać za dużo. Nie był to czas stracony, chętnie obejrzałbym więcej takich zjaranych filmów :D


To co widzicie to jeden z moich ulubionych „niedorobionych" momentów tego filmu wynikających z braków budżetowych. O tym, że Ziemianie dowiadują się o porwaniu dowiadujemy się ze stron tytułowych gazet w różnym języku. Ostatnia anglojęzyczna (fikcyjna jak się domyślam) zatrzymała się na dłużej. Jej nagłówek brzmiał: "Święty Mikołaj porwany!". Widz ma się domyślić, że pozostałe nagłówki miały podobny zatrważający ton. Jak widać Życie Warszawy olał temat porwania Klausa. Cóż..., mieliśmy wtedy sowieckiego Dziadka Mroza :D

To w tym filmie zadebiutowała Pia Zadora, jedna z najgorszych aktorek w historii kina, ale całkiem spora gwiazda muzyki. Możecie ją kojarzyć z hitu When the Rain Begins to Fall z Jermainem Jacksonem. Polski akcent: nazwisko jej matki, Polki (Zadorowski) posłużyło jej za sceniczny pseudonim sceniczno-aktorski.

PS Niech ktoś zrobi dziesięciogodzinną wersję tego fragmentu: KLIK 2 - czy tylko ja czuję niepokój oglądając to? :D to w sumie jedyny taki dziwny moment, który jak mi się zdaje, wyszedł przypadkiem.


Tak rodziło się kino - latarnia magiczna

Tak rodziło się kino - latarnia magiczna

Obraz, który widzicie, jest jednym z czternastu zachowanych (łącznie było ich szesnaście) tzw obrazów fotograficznych służących do projekcji utworu pt. „Hello central, give me Heaven" (po polsku by to brzmiało: „Halo centrala, poproszę z Niebem") za pomocą latarni magicznej.

 

Tekst piosenki miał być zainspirowany prawdziwą historią opisaną w gazecie. Dziewczynka widząc zrozpaczonego ojca po stracie żony, miała poprosić centralę telefoniczną o połączenie z niebem. Chciała opowiedzieć mamie jak bardzo wszyscy w domu za nią tęsknią. Piosenka zapoczątkowała w kolejnych latach serię podobnych „telefonicznych utworów”. Powstał nawet w 1913 roku krótkometrażowy film fabularny o tym samym tytule.
Tekst utworu „Hello central, give me Heaven"
Zwrotka pierwsza:
Papa I'm so sad and lonely,
Sobbed a tearful little child
Since dear mama's gone to heaven
Papa darling, you've not smiled
I will speak to her and tell her
That we want her to come home
Just you listen and I'll call her
Through the telephone
Chórki:
Hello Central give me heaven
For my mama's there
You can find her with the angels
on the golden stair
She'll be glad it's me who's speaking
call her, won't you please
For I want to surely tell her
We're so lonely here
Zwrotka druga:
When the girl received this message
Coming o'er the telephone
How her heart thrilled in that moment
And the wires seemed to moan
I will answer just to please her
Yes, dear heart, I'll soon come home
Kiss me Mama, kiss your darling
Kiss me through the telephone
Nagranie utworu z okolicy jego premiery
Latarnia magiczna (łac. „laterna magica”) to aparat projekcyjny, którego stworzenie jeszcze w latach XVI i XVII wieku, było wynikiem prób efektów świetlnych uzyskanych za pomocą luster i soczewek skupiających. Na bardzo podobnej zasadzie działa rzutnik na slajdy z pozytywami.
Projekcje latern magica były częścią historycznego zjawiska zwanego „sztuką projekcji". To od inscenizatorów (operatorów latarni, śpiewaków, muzyków, scenografów), zależała jakość projekcji. Dochodziło do tego, że „poszczególnych obrazach z reguły naklejało się dokładne wskazówki dla operatorów, przy której linijce piosenki mają przejść do kolejnego obrazu" (cytat: KINTop). Dlatego też trzeba wziąć pod uwagę, że oglądając obrazy np. w przeglądarce internetowej przekaz jest zubożały o wspomniane sposoby inscenizacji projekcji. Równolegle rozwijały się metody optycznych iluzji, takich jak animowane fotografie lub obrazy (przykład: GIF), których sekwencje wyświetlane po sobie w szybkim tempie dawało iluzję ruchu. Obydwie drogi spotkały się, po wielu wzajemnych przenikaniach i inspiracjach, we wspólnym punkcie historii, zwanym filmem. Współczesne kino korzysta ze spuścizny zarówno ludzi współtworzących projekcje obrazów fotograficznych, jak i autorów tych obrazów czy animowanych fotografii.
Za „KINtop. Antologia wczesnego kina":
"Produkcję tych obrazów można w przybliżeniu opisać następująco: Najpierw jakąś powieść, piosenkę, albo wiersz dzieli się na sceny. Potem podejmuje się zasadnicze decyzje co do inscenizacji i miejsca realizacji (...). Podczas sesji modele ubrani w stosowne kostiumy przyjmują odpowiednie pozy, ilustrujące kolejne sceny. Są one utrwalane fotograficznie, powielane jako szklane obrazy [8,25x8,25 cm - mój przyp.] nadające się do projekcji, a następnie kolorowane oraz układane w takim porządku, w jakim mają być wyświetlane, aby opowiedzieć dana historię".
Prezentacje slajdów były połączone z muzyką oraz śpiewem na żywo.
[Wtręt: trochę jak w przypadku teatru, podpowiada moja Luba, aczkolwiek związki teatru z filmem są tak ogromne, że to materiał nie na jeden post, ale cała serię. Koniec wtrętu ]
Jedną z form do jakiej wyewoluowały projekcje z użyciem latarni były tzw. „life model slides", bardzo popularne w Wielkiej Brytanii na przełomie wieków.
Były to przed-filmowe „aktorskie" (przy malowaniu slajdów statystowali ludzie) adaptacje pieśni kościelnych, przypowieści i innych tekstów o silnym moralnym przekazie. Bardzo popularne były np. projekcje, które miały na celu walkę z palącym problemem alkoholowym wśród brytyjskiego proletariatu.

 


120. rocznica urodzin Izaaka Dunajewskiego

 

120. rocznica urodzin Izaaka Dunajewskiego

O flircie filmowej burleski z sowiecką Rosją pisał np. Owen Hatherley w swojej książce „The Chaplin Machine: Slapstick, Fordism and the International Communist Avant-Garde".

W Kwartalniku Filmowym recenzował ją dr Strożek Przemysław. Tekst ten czytałem tak dawno temu, że zupełnie o nim zapomniałem. Kiedy więc przeczytałem niedawno o rosyjskich komediach farsowych poczułem, że muszę przyjrzeć się im bliżej. Dzisiaj zobaczyłem fragmenty „Świat się śmieje" Grigoriya Aleksandrova z 1934 i prawie zapiałem z zachwytu. Jeśli początek jest w miarę spokojny, tak im bliżej końca tym większe szaleństwo i slapstickowy rozpierdziel. Już napisy początkowe zapowiadają się ciekawie:

„Chaplin. Harold Lloyd. Buster Keaton... NIE występują w tym filmie. W filmie występują..."

Cóż za cudowny trolling XD

Muzykę do tego filmu skomponował Izaak Dunajewski. Dzisiaj mija 120. rocznica jego urodzin. Z tej okazji kilka faktów z życia jednego z największych kompozytorów w historii muzyki rosyjskiej muzyki, oraz o samym filmie:

  •  Izaak urodził się w rodzinie o tradycjach muzycznych: matka grała na pianinie, dziadek komponował żydowskie hymny dla miejscowej synagogi, z kolei pięcioro z siedmiorga rodzeństwa Izaaka też zostało muzykami.
  • W wieku 10 lat nauczył się grać na pianinie.
  • Ukończył dwa kursy z prawa na prośbę ojca, który nie był w stanie wyuczyć go zawodu.
  • Od 18-go roku życia Dunajewski pisał muzykę do sztuk teatralnych.
  • Jest jednym z ojców radzieckiej operetki
  • Dunajewski był jednym z pierwszych radzieckich kompozytorów zafascynowanych jazzem i używających go do komponowania muzyki filmowej; nazywany jest często twórcą stylu radzieckiego w jazzie.- Jego relacja z aparatem władzy była, delikatnie mówiąc, oziębła. Często był krytykowany w swojej ojczyźnie za zbytnie odejście od "linii partyjnej". Skomponował „Pieśń Stalina", która miała na celu zachwyt nad personą "przywódcy narodów". Podobno sam zainteresowany po jej przesłuchaniu miał powiedzieć: „Towarzysz Dunajewski wykorzystał cały swój wspaniały talent, aby nie zaśpiewać w tej piosence o towarzyszu Stalinie”. W 1947 roku zakazano mu udziału w weneckim festiwalu .
  • Utwór „Serce", który znalazł się w „Świat się śmieje" jest jednym z najczęściej wykonywanych utworów w rytmie tanga argentyńskiego, który nie jest śpiewany w języku hiszpańskim; autorem muzyki jest oczywiście Dunajewski
  • Dzięki swojej obecności na Festiwalu w Wenecji „Świat się śmieje" był ogromnym sukcesem komercyjnym i krytyczno-filmowym nie tylko w ZSRR, ale i na świecie. Krytycy pisali, że "radzieccy twórcy wprowadzili całkowicie nowy typ humoru", za którym "nie stoi tragedia, tylko elektryzująca siła, witalność i wolność zwycięskiej klasy robotniczej".
  • Na koniec moja osobista wisienka na torcie: Dunajewski jest autorem muzyki do ekranizacji „Dzieci kapitana Granta" Verne'a, którą przeczytałem za dzieciaka (11 lat chyba miałem) w kilka wakacyjnych dni. Pamiętam, że będąc gdzieś w połowie książki, uznałem że czas się ruszyć z podłogi i wyrzucić ogryzek jabłka, który jadłem w trakcie czytania. Okazało się, że byłem tak zaaferowany fabułą, że go zjadłem. Niby nic wielkiego, ale nie znoszę twardych łupin ogryzka. W dodatku hodowałem w sobie długo lęk, że jak zjem pestkę jakiegoś owocu to mi z tyłka zacznie wyrastać drzewo. Po tym wydarzeniu przez kilka dni walczyłem z moją bujną wyobraźnią. Z raz lepszym, z raz gorszym skutkiem. A film możecie zobaczyć (z angielskimi napisami) tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=_-d4dO9zGrg.

Wspomniana książka dostępna jest na Amazonie: https://www.amazon.com/Chaplin-Machine-Slapstick-International-Avant-Garde/dp/0745336019

Z kolei „Świat się śmieje" (poza granicami ZSRR wyświetlany jako „Moskwa się śmieje") jest dostępny na YouTube w wersji z napisami angielskimi:

oraz... z Tomaszem Knapikiem ( <3 ) w roli lektora!

 


Zabawa na niedzielny wieczór - znajdź wszystkie Niny!

Zabawa na niedzielny wieczór - znajdź wszystkie Niny!

 

Amerykańskie znaczki wydane w roku 1991. Autorem rysunków jest, zmarły w 2003 roku Al Hirschfield, jeden z najsłynniejszych karykaturzystów w historii.

W 1943 roku wziął ślub ze znaną aktorką Dolly Haas. Dwa lata później urodziła się Nina. Hirschfield od tamtego czasu zaczął ukrywał jej imię w swoich grafikach publikowanych w New York Timesie. Z czasem szukanie tego imienia stało się prawie sportem dla czytelników NYT. Do tego stopnia, że kiedy autor chciał porzucić ten pomysł, gazeta dostawała taką ilość listów, że rysownik stwierdził iż łatwiej będzie powrócić do zabawy w ukrywanie imienia córki, niż odpowiedzenie na każdy z listów. Był zły, że ta drobna sztuczka przesłania jego sztukę. W swojej antologii „World of Hirschfield" z 1966 roku zamieścił rysunek zatytułowany „Zemsta Niny", w którym można było znaleźć imiona rodziców samej Niny: Al i Dolly (szukajcie w komentarzu).

W porównaniu z innymi Ninami te tutaj są wyjątkowo łatwe do znalezienia. Być może to też część zemsty: może Hirschfield chciał odebrać przyjemność z szukania?

W 1991 zarząd United States Postal Service zlecił Hirchfeldowi narysowanie karykatur amerykańskich komików i komiczek. Głównie były to gwiazdy kina niemego, ale znalazło się też miejsce dla Abotta i Costello czy Jackiego Benny'ego.

Niezmiernie mi się podobają te karykatury. W dodatku dowiedziałem się o kilku komikach, o których nie miałem pojęcia jak Jack Benny czy Edgar Bergen.

Spędziłem kilkanaście minut na wpatrywaniu się w znaczki (co ja robię ze swoim życiem?). Udało mi się odnaleźć prawie wszystkie NINY. A Wam? 

A tu na dokładkę łapcie dokument o artyście. Bardzo przyjemny, w dostatecznym stopniu laurkowy: The Line King. The Al Hirschfeld Story.


POLAK UKRADŁ TRUMNĘ Z CIAŁEM CHAPLINA [ZDJĘCIA]

POLAK UKRADŁ TRUMNĘ Z CIAŁEM CHAPLINA [ZDJĘCIA]

Sir Charles Spencer Chaplin Senior zmarł 25 grudnia, w 1977 roku, w wieku 88 lat. Pochowany został w szwajcarskiej wiosce Corsier-sur-Vevey. Trzy miesiące później, 2 marca dwóch mechaników samochodowych (24-letni Roman Wardas z Polski i 38-letni Bułgar Gantscho Ganev) postanowili wykopać trumnę z ciałem aktora i zakopać ją w innym miejscu. Zażądali 600 000 $ okupu za wskazanie miejsca, gdzie ją ukryli.

Dopóki wspomniana wyżej dwójka nie zażądała okupu, opinia publiczna tworzyła różne teorie spiskowe na temat tego co faktycznie zaszło. Na przykład podejrzewano atak na podłożu antysemickim. Spekulacje dotyczące rzekomego żydowskiego pochodzenia Chaplina, doprowadziło do podejrzeń o to, że znaleźli się ludzie, którym nie odpowiadało to, że taki człowiek został pochowany na cmentarzu chrześcijańskim. Na drugim biegunie znajdowali się ludzie wyznający teorię jakoby fani aktora-reżysera chcieli spełnić jego marzenie o tym by być pochowanym w Anglii, z której pochodził Chaplin.

Okazało się, że panowie-szantażyści potrzebowali podreperować swój budżet wskutek problemów finansowych. Jak później zeznawał Wardas, zainspirowani zostali podobnym wydarzeniem we Włoszech. Oona Chaplin, wdowa po Charliem, po otrzymaniu telefonu z żądaniem okupu, natychmiast odmówiła, mówiąc że jej mąż uznałby takie ultimatum za niedorzeczne. W odpowiedzi oprawcy zaczęli grozić jej dzieciom. Ostatecznie Polak i Bułgar zostali schwytani, dzięki czujnej obserwacji każdej z budek telefonicznych w miasteczku.

Przestępcy mieli spory problem z lokalizacją miejsca, gdzie dokładnie zakopali trumnę. Ostatecznie udało im się ją znaleźć około półtora kilometra od rezydencji Chaplinów. Trumna ostatecznie wróciła nieuszkodzona do swojego pierwotnego miejsca na cmentarz w Corsier-sur-Vevey. Aby dodatkowo zabezpieczyć ją przed ewentualną powtórką z tej tej smutnej farsy, zalano ją betonem.

Wardas, jako mózg operacji, został skazany na cztery i pół roku ciężkiej pracy.
Ganev został skazany na 18 miesięcy w zawieszeniu.


„Inaczej niż inni" (1920), reż. Richard Oswald

„Inaczej niż inni" (1920), reż. Richard Oswald

 

„Inaczej niż inni" z 1919 roku Richarda Oswalda to pierwszy w historii kina film tak otwarcie opowiadający się po stronie homoseksualizmu.

Punktem wyjściowym jest homofobiczny paragraf 175 w Cesarstwie Niemieckim z 1871 roku, który skazywał mężczyzn na dwa lata więzienia za stosunku seksualne z osobami tej samej płci. Jego brzmienie stawiało gejowski seks na równi z zoofilią [za polską Wikipedią]: "Przeciwny naturze nierząd, do którego dochodzi pomiędzy osobami płci męskiej albo między człowiekiem i zwierzęciem, jest karany więzieniem, z możliwością utraty praw obywatelskich". Paragraf ostatecznie usunięto w 1990 roku.

Film Oswalda to historia uczucia muzyka Paula Körnera (znany z „Casablanki" aktor Conrad Veidt), do skrzypka a zarazem ucznia Paula, Kurta Siversa. Kiedy Franz, znajomy Paula z przeszłości, dowiaduje się o relacji łączącej tych dwojga, zaczyna szantażować Paula. Jedną z ostatnich scen w filmie jest rozprawa sądowa, w której oskarżonymi są Franz i Paul. Franz dostaje wyrok trzech lat więzienia za szantażowanie, Paul natomiast "tylko" tydzień, za nieprzestrzeganie paragrafu 175. Ten tydzień niszczy mu karierę i w efekcie Paul popełnia samobójstwo.

Film zaskakuje swoją postępowością. Zajrzyjcie do plansz tekstowych. Film, który powstał pod koniec lat '20 ubiegłego wieku promował bardzo, jak na tamte czasy postępowe idee na temat orientacji seksualnej i płciowej. Tak bardzo postępowe, że w momencie premiery wywołał ogromny skandal, nie tylko w II Rzeszy, ale i w Europie. Do 1920 roku spalono większość kopii tego filmu. Co ciekawe paragraf 175 stosowano dość wybiórczo. Sam temat homoseksualizmu często był tematem omawianym na uniwersytetach (co możemy zobaczyć w filmie), a egzekwowanie prawa w zasadzie nie dotyczyło lesbijek. Powstała wtedy książka o lesbijkach w Berlinie, prężnie działała również lesbijska prasa.

Warto nadmienić, że barierą, którą wtedy twórcy nie byli jak widać w filmie przeskoczyć to pokazanie gejowskiego pocałunku. Co więcej według ostatniej zamieszczonej przeze mnie planszy wynika, że „małżeństwa nie leżą w naturze homoseksualistów" (w Paulu zakochana była Elsa, jego wielbicielka, siostra Kurta). Trudno mi teraz napisać, czy wynika to z wierzeń twórców filmu, czy ich autocenzorskich zapędów. Jednak fakt ten bardzo rzuca się w oczy.

Pod koniec wspomniana dydaktyczna rola filmu wysuwa się na czoło. Szczególnie podczas sceny wykładu na uczelni, kiedy zamienia się w pokaz zdjęć, przeplatanych planszami tekstowymi. To sprawia, że pod kątem filmowym jest to pozycja dość trudna w odbiorze. Dodatkowo sprawy nie ułatwia fakt, że to co możemy oglądać, to zaledwie część filmu, którą udało się odzyskać i odrestaurować w 2004 roku. Jednak jest to pozycja nad wyraz ciekawa, którą polecam wszystkim obejrzeć. Dobrze punktuje bezsilność instytucji reprezentującej chore prawo, wobec tragedii jednostki, które nie wpisuje się z społeczno-statystyczną normatywność. A nade wszystko pokazuje, że homoseksualizm nie jest żadnym wynaturzeniem, ale dziełem samej natury i takie osoby również mają prawo do szacunku.

Wydarzenia w Białymstoku pokazały jak wiele jest do zrobienia w kwestii społecznej świadomości w kwestiach tożsamości płciowej czy orientacji seksualnej. Przeraża mnie szerząca się nienawiść. Jednocześnie w całej swojej naiwność wierzę, że będzie jeszcze lepiej i zapanuje pełny szacunek 🏳️‍🌈  🏳️‍🌈  🏳️‍🌈  🏳️‍🌈  🏳️‍🌈  🏳️‍🌈  🏳️‍🌈 


„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi

„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi

"Panie Klatek, no weź pan coś zapodaj z nowości, co nie, bo ino nieme filmy i nieme."
Tak zapewne brzmiałyby początki listów, gdybyście takowe do mnie pisali.

[To jest recenzja, a więc może zawierać spojlery]

A byłem se w kinie wczoraj. A co. Moja ukochana żona wybrała tym razem film i jestem jej niezwykle wdzięczny. Ona zawsze wie, co fajnego i dobrego wyświetlają na srebrnym ekranie. Ufam jej i już nigdy nie będę kwestionował jej decyzji w tym zakresie. [zaufaj korektorce, to dostaniesz potem takie prezenty]

Także byłem na filmie w kinie i nie były to znowu Avędżersi. Nawet w zapowiadanej wersji rozszerzonej (jeśli wejdzie u nas do kin, to oleję chyba temat). Byłem na OSZUSTKACH (2019) Chrisa Addisona, który zadebiutował w roli reżysera filmowego.
Przez pierwsze kilkanaście minut żałowałem, że nie poszedłem jednak na „Rocketmana", który był wyświetlany w tym samym czasie w innej sali. Humor "genitalny" długo szuka tutaj swojego miejsca i odpowiedniego natężenia. Po tym przyciężkawym wstępie poczułem, że to jednak film idealny dla mnie.
Historia rywalizujących ze sobą oszustek to teatr dwóch aktorek, za którymi nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem: Anne Hathaway i Rebel Wilson. Jednak muszę się tutaj wznieść ponad własne resentymenty i stwierdzam, że chemia między nimi jest niezwykła.
Film stoi slapstickiem. W różnym w stylu. Takim a'la Three Stooges: fizykalnym, opartym na bolesnych, co bardziej wymyślnych, uderzeniach w różne partie ciała*. Sporo też typowych dla filmowej burleski, rewelacyjnie rozegranych i przemyślanych przebieranek (jeden z przykładów widoczny w załączonym kadrze), wchodzenia w różne role. Amatorzy gagów słownych oraz kąśliwych dialogowych popisów również znajdą tu coś dla siebie. „Oszustki"remakiem „Parszywych drani" z 1988 roku, do którego scenariusz napisał Dale Launer i który prawdopodobnie współpracował przy przeróbkach z debiutantką (!), Jac Schaeffer. Ich scenariusz ma odpowiedni, żwawy rytm, z lekkimi momentami zadyszki, chwilami zawieszenia niewiary i kompletnym poślizgiem w finale.
W „Parszywych draniach" gwiazdami byli Michael Caine i Steve Martin. „Oszustki" są kolejnym filmem z silnie feministycznym wydźwiękiem. Niedawno mieliśmy w kinach nieudaną kontynuację „Ocean's 8", a teraz „kobiecą wersję" filmu sprzed lat, którego producentką jest m.in. Rebel Wilson. Uwielbiam, kiedy patriarchat wyciera sobie ten głupi ryj o gorący asfalt. Film Addisona nie jest jednak aż tak brutalny, chociaż długo nie uświadczymy na ekranie mężczyzny nie będącego śliniącym się, bogatym, starzejącym się oblechem, z kompleksem Piotrusia Pana. Panowie, którzy wybierają się na ten film, proszeni są o „dystans".
Kobiety rządzą światem złodziei, nawet jeśli mężczyzna jest złodziejem, to wiedzę przekazuje mu kobieta. Główne bohaterki wpasowują się do patriarchalnego systemu, stając się jego plastycznymi (raz seksownymi, innym razem zagubionymi) trybikami. Wiadomo: to się musi zemścić.
A mści się niestety w sposób, który zgrzyta mi piachem między zębami. Okazuje się, że system działa dalej, bez szwanku, bo wystarczy... dopasować się jeszcze bardziej. Czyli niby feminizm, ale trzeba znowu uznać wyższość faceta. Bardzo bezpiecznie, a mogło być tak dobrze.
„Oszustki", to mimo wad, idealny film na weekend. Rzadko płaczę ze śmiechu na filmach, a tutaj miałem kilka momentów, że nie byłem w stanie przez łzy przeczytać napisów. Takie to dobre! Znak jakości: łzy śmiechu Pana Klatka

*co warte zaznaczenia, Rebel Wilson przejęła tutaj typowo "męski" gag, czyli cios w krocze. Rzadka rzecz w kinie 

PS Ten film wygląda jak spin-off przygód Catwoman z ostatniego Batmana Nolana :o