Zabawa na niedzielny wieczór - znajdź wszystkie Niny!

Zabawa na niedzielny wieczór - znajdź wszystkie Niny!

 

Amerykańskie znaczki wydane w roku 1991. Autorem rysunków jest, zmarły w 2003 roku Al Hirschfield, jeden z najsłynniejszych karykaturzystów w historii.

W 1943 roku wziął ślub ze znaną aktorką Dolly Haas. Dwa lata później urodziła się Nina. Hirschfield od tamtego czasu zaczął ukrywał jej imię w swoich grafikach publikowanych w New York Timesie. Z czasem szukanie tego imienia stało się prawie sportem dla czytelników NYT. Do tego stopnia, że kiedy autor chciał porzucić ten pomysł, gazeta dostawała taką ilość listów, że rysownik stwierdził iż łatwiej będzie powrócić do zabawy w ukrywanie imienia córki, niż odpowiedzenie na każdy z listów. Był zły, że ta drobna sztuczka przesłania jego sztukę. W swojej antologii „World of Hirschfield" z 1966 roku zamieścił rysunek zatytułowany „Zemsta Niny", w którym można było znaleźć imiona rodziców samej Niny: Al i Dolly (szukajcie w komentarzu).

W porównaniu z innymi Ninami te tutaj są wyjątkowo łatwe do znalezienia. Być może to też część zemsty: może Hirschfield chciał odebrać przyjemność z szukania?

W 1991 zarząd United States Postal Service zlecił Hirchfeldowi narysowanie karykatur amerykańskich komików i komiczek. Głównie były to gwiazdy kina niemego, ale znalazło się też miejsce dla Abotta i Costello czy Jackiego Benny'ego.

Niezmiernie mi się podobają te karykatury. W dodatku dowiedziałem się o kilku komikach, o których nie miałem pojęcia jak Jack Benny czy Edgar Bergen.

Spędziłem kilkanaście minut na wpatrywaniu się w znaczki (co ja robię ze swoim życiem?). Udało mi się odnaleźć prawie wszystkie NINY. A Wam? 

A tu na dokładkę łapcie dokument o artyście. Bardzo przyjemny, w dostatecznym stopniu laurkowy: The Line King. The Al Hirschfeld Story.


POLAK UKRADŁ TRUMNĘ Z CIAŁEM CHAPLINA [ZDJĘCIA]

POLAK UKRADŁ TRUMNĘ Z CIAŁEM CHAPLINA [ZDJĘCIA]

Sir Charles Spencer Chaplin Senior zmarł 25 grudnia, w 1977 roku, w wieku 88 lat. Pochowany został w szwajcarskiej wiosce Corsier-sur-Vevey. Trzy miesiące później, 2 marca dwóch mechaników samochodowych (24-letni Roman Wardas z Polski i 38-letni Bułgar Gantscho Ganev) postanowili wykopać trumnę z ciałem aktora i zakopać ją w innym miejscu. Zażądali 600 000 $ okupu za wskazanie miejsca, gdzie ją ukryli.

Dopóki wspomniana wyżej dwójka nie zażądała okupu, opinia publiczna tworzyła różne teorie spiskowe na temat tego co faktycznie zaszło. Na przykład podejrzewano atak na podłożu antysemickim. Spekulacje dotyczące rzekomego żydowskiego pochodzenia Chaplina, doprowadziło do podejrzeń o to, że znaleźli się ludzie, którym nie odpowiadało to, że taki człowiek został pochowany na cmentarzu chrześcijańskim. Na drugim biegunie znajdowali się ludzie wyznający teorię jakoby fani aktora-reżysera chcieli spełnić jego marzenie o tym by być pochowanym w Anglii, z której pochodził Chaplin.

Okazało się, że panowie-szantażyści potrzebowali podreperować swój budżet wskutek problemów finansowych. Jak później zeznawał Wardas, zainspirowani zostali podobnym wydarzeniem we Włoszech. Oona Chaplin, wdowa po Charliem, po otrzymaniu telefonu z żądaniem okupu, natychmiast odmówiła, mówiąc że jej mąż uznałby takie ultimatum za niedorzeczne. W odpowiedzi oprawcy zaczęli grozić jej dzieciom. Ostatecznie Polak i Bułgar zostali schwytani, dzięki czujnej obserwacji każdej z budek telefonicznych w miasteczku.

Przestępcy mieli spory problem z lokalizacją miejsca, gdzie dokładnie zakopali trumnę. Ostatecznie udało im się ją znaleźć około półtora kilometra od rezydencji Chaplinów. Trumna ostatecznie wróciła nieuszkodzona do swojego pierwotnego miejsca na cmentarz w Corsier-sur-Vevey. Aby dodatkowo zabezpieczyć ją przed ewentualną powtórką z tej tej smutnej farsy, zalano ją betonem.

Wardas, jako mózg operacji, został skazany na cztery i pół roku ciężkiej pracy.
Ganev został skazany na 18 miesięcy w zawieszeniu.


„Inaczej niż inni" (1920), reż. Richard Oswald

„Inaczej niż inni" (1920), reż. Richard Oswald

 

„Inaczej niż inni" z 1919 roku Richarda Oswalda to pierwszy w historii kina film tak otwarcie opowiadający się po stronie homoseksualizmu.

Punktem wyjściowym jest homofobiczny paragraf 175 w Cesarstwie Niemieckim z 1871 roku, który skazywał mężczyzn na dwa lata więzienia za stosunku seksualne z osobami tej samej płci. Jego brzmienie stawiało gejowski seks na równi z zoofilią [za polską Wikipedią]: "Przeciwny naturze nierząd, do którego dochodzi pomiędzy osobami płci męskiej albo między człowiekiem i zwierzęciem, jest karany więzieniem, z możliwością utraty praw obywatelskich". Paragraf ostatecznie usunięto w 1990 roku.

Film Oswalda to historia uczucia muzyka Paula Körnera (znany z „Casablanki" aktor Conrad Veidt), do skrzypka a zarazem ucznia Paula, Kurta Siversa. Kiedy Franz, znajomy Paula z przeszłości, dowiaduje się o relacji łączącej tych dwojga, zaczyna szantażować Paula. Jedną z ostatnich scen w filmie jest rozprawa sądowa, w której oskarżonymi są Franz i Paul. Franz dostaje wyrok trzech lat więzienia za szantażowanie, Paul natomiast "tylko" tydzień, za nieprzestrzeganie paragrafu 175. Ten tydzień niszczy mu karierę i w efekcie Paul popełnia samobójstwo.

Film zaskakuje swoją postępowością. Zajrzyjcie do plansz tekstowych. Film, który powstał pod koniec lat '20 ubiegłego wieku promował bardzo, jak na tamte czasy postępowe idee na temat orientacji seksualnej i płciowej. Tak bardzo postępowe, że w momencie premiery wywołał ogromny skandal, nie tylko w II Rzeszy, ale i w Europie. Do 1920 roku spalono większość kopii tego filmu. Co ciekawe paragraf 175 stosowano dość wybiórczo. Sam temat homoseksualizmu często był tematem omawianym na uniwersytetach (co możemy zobaczyć w filmie), a egzekwowanie prawa w zasadzie nie dotyczyło lesbijek. Powstała wtedy książka o lesbijkach w Berlinie, prężnie działała również lesbijska prasa.

Warto nadmienić, że barierą, którą wtedy twórcy nie byli jak widać w filmie przeskoczyć to pokazanie gejowskiego pocałunku. Co więcej według ostatniej zamieszczonej przeze mnie planszy wynika, że „małżeństwa nie leżą w naturze homoseksualistów" (w Paulu zakochana była Elsa, jego wielbicielka, siostra Kurta). Trudno mi teraz napisać, czy wynika to z wierzeń twórców filmu, czy ich autocenzorskich zapędów. Jednak fakt ten bardzo rzuca się w oczy.

Pod koniec wspomniana dydaktyczna rola filmu wysuwa się na czoło. Szczególnie podczas sceny wykładu na uczelni, kiedy zamienia się w pokaz zdjęć, przeplatanych planszami tekstowymi. To sprawia, że pod kątem filmowym jest to pozycja dość trudna w odbiorze. Dodatkowo sprawy nie ułatwia fakt, że to co możemy oglądać, to zaledwie część filmu, którą udało się odzyskać i odrestaurować w 2004 roku. Jednak jest to pozycja nad wyraz ciekawa, którą polecam wszystkim obejrzeć. Dobrze punktuje bezsilność instytucji reprezentującej chore prawo, wobec tragedii jednostki, które nie wpisuje się z społeczno-statystyczną normatywność. A nade wszystko pokazuje, że homoseksualizm nie jest żadnym wynaturzeniem, ale dziełem samej natury i takie osoby również mają prawo do szacunku.

Wydarzenia w Białymstoku pokazały jak wiele jest do zrobienia w kwestii społecznej świadomości w kwestiach tożsamości płciowej czy orientacji seksualnej. Przeraża mnie szerząca się nienawiść. Jednocześnie w całej swojej naiwność wierzę, że będzie jeszcze lepiej i zapanuje pełny szacunek 🏳️‍🌈  🏳️‍🌈  🏳️‍🌈  🏳️‍🌈  🏳️‍🌈  🏳️‍🌈  🏳️‍🌈 


„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi

„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi

"Panie Klatek, no weź pan coś zapodaj z nowości, co nie, bo ino nieme filmy i nieme."
Tak zapewne brzmiałyby początki listów, gdybyście takowe do mnie pisali.

[To jest recenzja, a więc może zawierać spojlery]

A byłem se w kinie wczoraj. A co. Moja ukochana żona wybrała tym razem film i jestem jej niezwykle wdzięczny. Ona zawsze wie, co fajnego i dobrego wyświetlają na srebrnym ekranie. Ufam jej i już nigdy nie będę kwestionował jej decyzji w tym zakresie. [zaufaj korektorce, to dostaniesz potem takie prezenty]

Także byłem na filmie w kinie i nie były to znowu Avędżersi. Nawet w zapowiadanej wersji rozszerzonej (jeśli wejdzie u nas do kin, to oleję chyba temat). Byłem na OSZUSTKACH (2019) Chrisa Addisona, który zadebiutował w roli reżysera filmowego.
Przez pierwsze kilkanaście minut żałowałem, że nie poszedłem jednak na „Rocketmana", który był wyświetlany w tym samym czasie w innej sali. Humor "genitalny" długo szuka tutaj swojego miejsca i odpowiedniego natężenia. Po tym przyciężkawym wstępie poczułem, że to jednak film idealny dla mnie.
Historia rywalizujących ze sobą oszustek to teatr dwóch aktorek, za którymi nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem: Anne Hathaway i Rebel Wilson. Jednak muszę się tutaj wznieść ponad własne resentymenty i stwierdzam, że chemia między nimi jest niezwykła.
Film stoi slapstickiem. W różnym w stylu. Takim a'la Three Stooges: fizykalnym, opartym na bolesnych, co bardziej wymyślnych, uderzeniach w różne partie ciała*. Sporo też typowych dla filmowej burleski, rewelacyjnie rozegranych i przemyślanych przebieranek (jeden z przykładów widoczny w załączonym kadrze), wchodzenia w różne role. Amatorzy gagów słownych oraz kąśliwych dialogowych popisów również znajdą tu coś dla siebie. „Oszustki"remakiem „Parszywych drani" z 1988 roku, do którego scenariusz napisał Dale Launer i który prawdopodobnie współpracował przy przeróbkach z debiutantką (!), Jac Schaeffer. Ich scenariusz ma odpowiedni, żwawy rytm, z lekkimi momentami zadyszki, chwilami zawieszenia niewiary i kompletnym poślizgiem w finale.
W „Parszywych draniach" gwiazdami byli Michael Caine i Steve Martin. „Oszustki" są kolejnym filmem z silnie feministycznym wydźwiękiem. Niedawno mieliśmy w kinach nieudaną kontynuację „Ocean's 8", a teraz „kobiecą wersję" filmu sprzed lat, którego producentką jest m.in. Rebel Wilson. Uwielbiam, kiedy patriarchat wyciera sobie ten głupi ryj o gorący asfalt. Film Addisona nie jest jednak aż tak brutalny, chociaż długo nie uświadczymy na ekranie mężczyzny nie będącego śliniącym się, bogatym, starzejącym się oblechem, z kompleksem Piotrusia Pana. Panowie, którzy wybierają się na ten film, proszeni są o „dystans".
Kobiety rządzą światem złodziei, nawet jeśli mężczyzna jest złodziejem, to wiedzę przekazuje mu kobieta. Główne bohaterki wpasowują się do patriarchalnego systemu, stając się jego plastycznymi (raz seksownymi, innym razem zagubionymi) trybikami. Wiadomo: to się musi zemścić.
A mści się niestety w sposób, który zgrzyta mi piachem między zębami. Okazuje się, że system działa dalej, bez szwanku, bo wystarczy... dopasować się jeszcze bardziej. Czyli niby feminizm, ale trzeba znowu uznać wyższość faceta. Bardzo bezpiecznie, a mogło być tak dobrze.
„Oszustki", to mimo wad, idealny film na weekend. Rzadko płaczę ze śmiechu na filmach, a tutaj miałem kilka momentów, że nie byłem w stanie przez łzy przeczytać napisów. Takie to dobre! Znak jakości: łzy śmiechu Pana Klatka

*co warte zaznaczenia, Rebel Wilson przejęła tutaj typowo "męski" gag, czyli cios w krocze. Rzadka rzecz w kinie 

PS Ten film wygląda jak spin-off przygód Catwoman z ostatniego Batmana Nolana :o


„Dracula" (1931), reż. Tod Browning, Karl Freund

Nie czuję żadnego nostalgicznego przywiązania ani do samego Draculi, ani do żadnych potworów ze stajni Universalu. Co prawda widziałem jakieś dziesięć lat temu obie wersje Nosferatu, jak i Draculę Coppoli. Jednak było to już tak dawno, że jakiekolwiek wrażenia zostały przykryte innymi a ja dzisiaj jestem już kompletnie innym widzem. Do seansu wersji z 1931 roku Browninga i Freunda przed tygodniem podszedłem w miarę "czystą kartą".

Pierwsze zaskoczenie: muzyka z Jeziora Łabędziego w napisach początkowych. Trochę uspokajające, ale jednak w połączeniu z wizerunkiem nietoperza (który wygląda jak pre-logo Batmana) niepokojące nuty.
Drugie zaskoczenie: ciągłe poczucie dyskomfortu w trakcie oglądania tego filmu. 

Spójrzmy na ten dialog:

Mina Harker: Leżałam w łóżku i przez jakiś czas czytałam. I właśnie jak zaczynałam robić się senna, usłyszałam wycie psów. I kiedy sen przyszedł, wydawało mi się, że cały pokój był wypełniony mgiełką. Ona była tak gęsta... Mogłam tylko widzieć lampę przy łóżku, malutki przebłysk we mgle. A później zobaczyłam dwoje czerwonych oczu wpatrujących się we mnie, i białą wściekłą twarz |wynurzającą się z mgły. Była coraz bliżej... i bliżej. Czułam oddech na mojej twarzy, a potem wargi.
John Harker: Oh. Kochanie, to był tylko sen.
Mina Harker: A rano czułam się taka słaba. Wydawało mi się, że całe życie uszło ze mnie.
John Harker: Kochanie, spróbujmy zapomnieć |o tych snach, pomyślmy o czymś radosnym, dobrze?

Czytałem już o interpretacjach jakoby ukąszenie wampira miało symbolizować inicjację seksualną najmłodszych, głównie kobiet. Natomiast w kontekście fragmentu sceny z powyższego dialogu oraz motywu uzależnienia ofiar od oprawcy, ten film jest próbą ukazania następstw gwałtu. Co o tym myślicie? Na ile taki zabieg był świadomym zabiegiem twórców (o ile ta interpretacja jest prawdziwa), w czasach kiedy Kodeks Haysa już niebawem miał zapukać do drzwi studiów filmowych?

Uwielbiam tutaj nadekspresyjne aktorstwo. Film Browninga i Freunda doskonale korzysta z tradycji aktorstwa czasów kina niemego, które historycznie skończyło się cztery lata wcześniej. Słynne hipnotyczne spojrzenia Lugosiego, opętańcza gra Frye'a, bardzo mile połechtały moją miłość do pierwszych dekad kina.

W bonusie dużo mgły, mroku, pajęczyn... uwielbiam. Nabrałem ochoty na pozostałe filmy z potworami z Universalu. Polecacie któreś szczególnie? Totalnie chciałbym obejrzeć serię filmów z Abbottem i Costello


mężczyzna pomalowany na czarno odbiera nagrodę

Twoja twarz brzmi znajomo - komentarz do inby

Twoja twarz brzmi znajomo - komentarz do inby

 

mężczyzna pomalowany na czarno odbiera nagrodęŹródło: fanpage programu Twoja twarz brzmi znajomo.

"Przez kilka tygodni (w I edycji przez osiem, w II – dziewięć, od III – dziesięć) osiem polskich osobowości ma za zadanie jak najwierniej odwzorować (wokalnie, ruchowo i wizualnie) wylosowane przez siebie postacie, którymi są artyści polskiego i zagranicznego rynku muzycznego." - zasady programu Twoja twarz brzmi znajomo [źródło: Wikipedia]

"(...) Biali ludzie o twarzach mocno pomalowanych utwierdzali pewne stereotypy, przywołując w czasie przedstawień zachowania kojarzone z karykaturą zachowań ludzi czarnych." [źródło: ibidem]

I w zasadzie tyle by wystarczyło za komentarz w tej sprawie... ale nie. Sprawa jest wyjątkowo śliska. Nie jest tak, że u nas nigdy niewolnictwa nie było (pańszczyzna), ani na europejskich ziemiach na przełomie wieków XIX/XX nie było zjawiska "blackface". Argument o różnicach kulturowych, który czytam w każdym artykule komentującym tę sprawę, trafia zatem w próżnię.

Minstrelsy (przedstawienia satyryczne z blackfaces), są z dzisiejszego punktu widzenia, jednym z najbardziej cringe'owych doświadczeń dla współczesnych ludzi. Co więcej są przykłady, kiedy występowali w nich Afroamerykaniehttps://tiny.pl/g39gv* - tutaj przykład tzw. "czarnego wodewilu", który działał w ramach oprawy minstrels show. Tak, był to pewien wyłom, bo w porównaniu z resztą minstrelsów mało tutaj karykatury (serio, zobaczcie sobie inne), ale nawet tutaj widać, że to rozrywka kierowana bezpośrednio do białych ludzi, których ego miało być głaskane.

To pokazuje, że "blackface" zawsze za podstawę miało parodię. Bez względu na to kto w nich występował. Imitacja Drake'a wykonana przez Bogumiła Romanowskiego i jego makijażystów nie miał zatem znamion "blackface" i moim zdaniem za taki uznać go nie można. Jasne, jest beznadziejny. Twarz typa wygląda jakby ktoś mu wyprasował balon na twarzy, ale to ciągle nie jest parodia. To próba (zaznaczam: NĘDZNA) odwzorowania rzeczywistości. Moim zdaniem występ powinno rozpatrywać się tylko w kategoriach estetycznych. Nie etycznych. Tej kobiecie, która naśladowała Adele (zapomniałem kto to był), charakteryzatorzy nie dodali kilogramów, żeby naśmiewać się z grubych ludzi. Ona została ucharakteryzowana na Adele. To już więcej problemów etycznych nastręcza alternatywna wersja Moniki z „Friendsów".

Ale...
Niedawno w Stanach Al Rooker z okazji Halloween przebrał się za Emmeta Browna z „Back to the future". Nie pomalował twarzy. Został oskarżony o rasizm. Rooker odpowiedział, że dopóki nikt nie maluje twarzy to o żadnym whiteface/blackface/asianface mowy być nie może. Idąc tokiem rozumowania wywodu, który przeczytaliście wyżej w tym poście, osobiście nie widziałbym problemu, gdyby aktor pomalował sobie twarz, bo przebiera się za konkretną postać i to tę postać starałby się imitować. Naśladownictwo byłoby po prostu dokładniejsze. No, ale skoro Rooker stwierdził, że źle czułby się z tym, malując sobie twarz, to ja nie widzę problemu. Czyli: każdą sprawę trzeba rozpatrywać indywidualnie, ale przede wszystkim konieczna jest rozmowa, wzajemny szacunek i zrozumienie.

Jeszcze na koniec: "jakiś przykład "~face", panie Klatek?" - ktoś z Was na pewno chciałby zapytać. A proszę bardzo! Pamiętacie sąsiada-Japończyka z „Śniadanie u Tiffany'ego"? Otóż grał go Mickey Rooney, ucharakteryzowany na Azjatę i jest ucieleśnieniem najgorszych stereotypów o Azjatach. Polecam film, który daje głos osobom, których ta rola w sposób obrzydliwy, z ich perspektywy, miała parodiować (kiedyś zamieścił go u siebie Bartek z Liczne rany kłute).

Natomiast nie znajduję wytłumaczenia dla inicjatyw takich jak ta: https://tiny.pl/g39rc. Główny argument jakim było podtrzymanie tradycji już się dawno wypalił, kiedy przejęli go nacjonaliści. Serio, powinno się takie inicjatywy zaorać jak najszybciej.

Tak samo jak Asia Express (hehe kolonializm taki zabawny), Damy i wieśniaczki (hehe he he) i inne takie durne programy, które tylko pogłębiają stereotypy i społeczne animozje. TTBZ jest programem słabym (albo po prostu nie jestem targetem), ale dopiero przy tych można doznać #ciarkiżenady

Więcej i sprawie Ala Rookera: https://tiny.pl/g39tb 

*Jeśli kojarzycie skądś gościa z trąbką, to sprawdźcie sobie kto grał Dicka Hallorana w „Lśnienia" Kubricka
**ale kiedy Skrzynecka ogłosiła Romanowskiego bohaterem to się posmarkałem ze śmiechu 

 


Julian Eltinge - patron drag queens

Julian Eltinge - patron drag queens

31 czerwca zakończył się #pridemonth. Jakoś w połowie maja 2019 roku dowiedziałem się o Julianie Eltinge’u, jednym z pierwszych aktorów w kinie, który nieironicznie udawał kobietę w damskim przebraniu. Uznałem, że jego biografia idealnie pasuje do tematu przewodniego minionego miesiąca.

  Życie Juliana Eltinge’a to scenariuszowy samograj, który w rękach sprawnego reżysera, mógłby się stać świetnym biopicem.
William Julian Dalton urodził się w 1881 roku, 14 maja, w Newtonville w stanie Massachusetts. Od wczesnego nastolęctwa przejawiał skłonności do naśladowania kobiet wraz z przebieraniem w damskie ubrania. Gdy w 1899 roku jego ojciec, Joseph Dalton, odkrył owe zainteresowania - dotkliwie pobił syna. Kiedy matka, Julia Edna Baker, dowiedziała się o tym wysłała syna do Bostonu, gdzie mógł zamieszkać wraz z siostrą. Początkowo Julian nie miał zamiaru zostać aktorem. Uczył się bowiem tańca. Wygrał nawet amatorski konkurs w stylu „cakewalk dance” – absolutnie fascynujący taniec mający swoje źródło jeszcze w czasach niewolnictwa. Ale to temat na zupełnie innego posta…

  Julian bardzo zaimponował swojej nauczycielce tańca w naśladowaniu kobiet. Chłopak zdobył również doświadczenie w graniu zarówno męskich jak i żeńskich ról w amatorskim teatrze. Nauczycielka poleciła go w 1900 roku do zagrania roli subretki (w teatrze to postać beztroskiej, próżnej kokietki) w sztuce „Milady and the Musketeer”. Od czasu premiery tej sztuki Julian przyjął swoje sceniczne nazwisko od bliskiego przyjaciela sprzed wyprowadzki do Bostonu.

  To był moment przełomowy. Pierwsza rola wodewilowa, tournée po Europie (wśród londyńskiej publiczności znalazł się sam Król Edward VII). Sukces za sukcesem. Eltinge doszedł do tak ogromnej perfekcji w imitowaniu kobiet, że kiedy w 1907 roku na podczas spektaklu ściągnął perukę, publiczność była w ogromnym szoku.

  Co prawda nie znalazłem żadnych zdjęć Eltinge’a z makijażem blackface, ale wg książki „Vaudeville old & new: an encyclopedia of variety performances in America”, Eltinge w okolicach 1910 roku bardzo często występował w tego mistrelsach, które są jednym ze źródeł potocznie nazywanego dzisiaj „dragu", wtedy jeszcze nazywanych „feminine impersonators". Mistrelsy były XIX-wiecznymi przedstawieniami scenicznymi, które miały wyśmiewać społeczności Afroamerykańskie. Aktorzy (również tacy przebrani za kobiety) występowali tam z charakterystycznie pomalowanymi twarzami na czarno. Eltinge z czasem w swojej karierze poszedł w naśladownictwie kobiet o krok dalej - był pierwszym, który pozbawił ten typ performens elementy prześmiewczego

Przykład krytycznej recepcji, jednego z przedstawień scenicznych z 1917 roku w magazynie Calgary Daily Herald. źródło: https://news.google.com/newspapers?id=oQpkAAAAIBAJ&sjid=v3oNAAAAIBAJ&pg=6653%2C314347

  W tamtym okresie był najlepiej zarabiającym aktorem wodewilowym w USA. Był stawiany na równi z największymi aktorkami tamtych czasów, takimi jak Eva Tanguay czy Nora Bayes. W październiku 1910 roku broadway’owski producent Al Woods, który śledził karierę Eltinge’a, przekonał go do założenia spółki, produkującej broadwayowskie musicale. Tak powstała Eltinge Company, Inc. Pierwszym spektaklem była „Fascynująca wdowa” z premierą 11 września, 1911 roku. Historia mężczyzny, który by zdobyć serce kobiety przebiera się za kobietę, była ogromnym sukcesem kasowym, przy jednocześnie chłodnej recepcji krytycznej. W 1925 roku zekranizowano sztukę pod tym samym tytułem.

  Lata 1915-30 to najlepszy okres w teatralnej karierze Eltinge’a. Stał się najlepiej zarabiającym aktorem wodewilowym w USA dobijając do bajońskiej sumy 3500 $ tygodniowo. Jeden z dwóch filmów dźwiękowych w karierze Juliana, czyli „Maid to order" z 1931, zakończył ten szczęśliwy czas, nie tylko dla aktora, ale dla drag-aktorów w ogóle. Aktor udający kobietę, bez względu na charakter filmowej roli, stał się synonimem zboczenia. Kryzys gospodarczy i kodeks Haysa (który zakazał umieszczania w filmach skojarzeń homoseksualnych*) doprowadziły Eltinge’a na skraj desperacji. W 1940 roku przyjął upokarzającą propozycję „występu” w jednym z gejowskich nocnych klubów w Los Angeles. Ze względu na to, że nie mógł już występować w przebraniu kobiety, zorganizowano coś na kształt wernisażu kostiumów, podczas którego Eltinge ubrany w smoking opowiadał odwiedzającym w jakich filmach wystąpił w prezentowanych strojach. Wydarzenie cieszyło się tak słabym powodzeniem, że szybko rozwiązano umowę z aktorem.

  Julian Eltinge zmarł 25 lutego 1941 roku w swoim apartamencie na Manhattanie, dziesięć dni po występie w hotelowym teatrze Billy Rose's Diamonds Horseshoe, podczas którego ciężko zachorował, Podaje się różne przyczyny śmierci: niewydolność wątroby i nerek w wyniku przedawkowania alkoholu (wg wspomnianej książki), ale też krwotok mózgowy (wg aktu zgonu).

Okładka The Julian Eltinge Magazine and Beauty Hints. Jak sama nazwa wskazuje magazyn poświęcony był poradom kosmetycznym, oraz skupiony był wokół działalności aktora. Zawierał sesje zdjęciowe, w której Eltinge pozował jako bokser czy w kobiecym przebraniu. Na okładce możecie zobaczyć plakat ze spektaklu komedii muzycznej „Fascynującej wdowy", która miała swoją premierę w 1910 roku.

  Eltinge był niesamowicie barwną i tragiczną postacią. W swoich rolach wcielał się głównie w postacie mężczyzn, które by zdobyć serce wybranki zmuszeni zostają przebrać się za kobietę (to wtedy była jedyna akceptowalna filmowa motywacja do udawania kobiety przez mężczyznę). Takie emploi rodziło oczywiście pytania o orientację aktora. Eltinge musiał nieźle się napocić, by odpierać wszelkie zarzuty. A musiał je odpierać, bo o ile dragi (czyli samo imitowanie kobiecości połączone z przebieraniem się), były jeszcze akceptowalne, tak homoseksualizm mógł praktycznie przekreślić karierę aktorską (w podobnej sytuacji był Rudolf Valentino, o czym pisałem tutaj -> „Valentino – wyklęty wzorzec męskości"). Aby nie zostać w środowisku persona non grata Julian, co jakiś czas, organizował ustawione walki bokserskie w pubach, które miały podbudować męskość aktora w świadomości publicznej. Co więcej, podczas wywiadów reagował wściekłością kiedy sugerowano mu, że jest homoseksualistą. I tak w wyniku narzucanych mu zasad toksycznej męskości Eltinge nigdy publicznie nie mógł być sobą – ciągle udawał, grał, w wyniku czego kreował wokół swojej osoby mnóstwo mitów i plotek, a dzisiaj tak niewiele faktów z jego życia możemy potwierdzić. To co wiadomo na pewno to np. to, że Eltinge był właścicielem teatru nazwanym jego imieniem na Broadwayu**. Prowadził też The Julian Eltinge Magazine, w którym oprócz materiałów promocyjnych kolejnych swoich filmów czy sztuk, aktor dawał rady kobietom jak podkreślać ich piękno za pomocą kosmetyków i ubrań.. Powiecie, że to megalomania i może będziecie mieć rację. Dla mnie to dowód na to jak świetnym pijarowcem był Eltinge.

Jego postać jest jak na razie moim największym odkryciem tego roku. Jest znany głównie w USA, w dodatku głównie w środowisku drag queens, przez których jest często nazywany ich patronem. Myślę więc, że to idealna persona, by zamknąć #pridemonth na Klatkach. Jedna z najbardziej filmowych biografii jakie ostatnio poznałem.

Jedynym filmem z jego udziałem, do którego udało mi się dotrzeć to ISLE OF LOVE z 1920 roku. Możecie go obejrzeć za darmo tutaj:

*Przy czym chodzi o same skojarzenia z homoseksualizmem a nie faktyczną orientację seksualną.
**W latach ’90 przenosiny tego teatru były jednym z najgłośniejszych wydarzeń kulturalno-inżynierskich w tamtym czasie. I przez przenosiny mam na myśli dosłownie – przeniesienie całego budynku o kilka przecznic. Link w notatkach poniżej.

Kilka notatek na marginesie:
      1. Eltinge (Empire) Theatre 1912 - Times Square - historia wspomnianego teatru. The Eltinge Theatre, później przemianowany na The Empire Theatre
      2. „Vaudeville old & new: an encyclopedia of variety performances in America" - korzystałem głównie z książki autorstwa Franka Cullena, Florence Hackman oraz Donalda McNeilly.

Weekend z Benem Turpinem. Bonusowa notka.

Weekend z Benem Turpinem. Bonusowa notka

plansza tekstowa z filmu niemego zestawiona z artykułem z gazetyAnglojęzyczny archaizm na dziś:

1. shanghaiing - rodzaj przymusowego wcielenia do pracy jako marynarz od XVII do początku XX wieku; podobno jednym ze sposobów było utworzenie w alejkach za sierocińcami i knajpami, znajdowały się „drzwi-pułapki", które były obserwowane przez porywaczy i otwierane w momencie kiedyś jakiś pijak lub błąkające się dziecko przez nie weszli.[1] Teorii o „drzwiach-pułapkach" nie udało mi się potwierdzić, ale szanghaizm sam w sobie jest potwierdzonym historycznie procederem, który co prawda prawnie został zakazany w 1915 roku [2], ale praktykowany jest ciągle np. w Tajlandii [3].

2. shanghai somebody - ukraść, porwać, nakłonić do czegoś za pomocą oszustwa; etymologia jest dość zagmatwana: sądzi się, że pochodzi od ksywy słynnego porywacza Jamesa "Shanghai" Kelly'ego [4], lub od nazwy tuneli, w których miano rzekomo przetrzymywać w specjalnie zaprojektowanych celach porwanych, którzy mieli być potem wysyłani do niewolniczej pracy na morzu, najczęściej do Shanghaju [5].

Kadr z prawej strony pochodzi z filmu „Shriek of Arabia" [6], będącego parodią filmu z Rudolfem Valentino o podobnym tytule. Tytułową rolę zagrał Ben Turpin i to on wypowiada kwestię z planszy.

Plakat protestacyjny z lewej strony znalazłem na [5], ale niestety nie znalazłem informacji, z którego roku pochodzi. Podejrzewam, że powstał niewiele lat przed zniesieniem wydaniem ustawy zakazującej szanghaizmu [7].

[1] https://www.urbandictionary.com/define.php?term=shanghai
[2] https://en.wikipedia.org/wiki/Shanghaiing
[3] https://www.theguardian.com/…/thailand-failing-to-stamp-out…
[4] https://en.wikipedia.org/wiki/James_Kelly_(crimper)
[5] https://www.legendsofamerica.com/or-shanghai/
[6] https://archive.org/details/TheShriekOfAraby1921BenTurpin
[7] https://en.wikipedia.org/wiki/Seamen%27s_Act


danuta holacka w wiadomościach TVP

Moja historia. Mój kryzys. Moja spowiedź.

Moja historia. Mój kryzys. Moja spowiedź.

danuta holacka w wiadomościach TVPMiłością do kina zaraził mnie mój ojciec. On pierwszy zaczął zwracać moją uwagę na niuanse ukryte w scenach bez dialogów. Jego opowieści na temat seansów w nieistniejącym już dzisiaj osiedlowym kinie „Jutrzenka” słuchałem z wypiekami na twarzy. Z czasem przyszedł czas, kiedy mój gust filmowy zaczął się krystalizować. Paradoksem jest, że ojciec zaszczepił we mnie jednocześnie niechęć do zamykania się na jedną estetykę. I chociaż nigdy nie będę należał do fandomu „Gwiezdnych wojen" , to już kilkakrotnie poległem w rozmowie z nim, kiedy próbowałem go przekonać do filmów z trykociarzami czy anime. Do dzisiaj pamiętam, jak nie potrafił zrozumieć, czemu dziadkowi podobał się film „Marsjanie atakują" „Łowca jeleni"! To jest prawdziwe kino!” - grzmiał. Minęły lata, kiedy wreszcie zrozumiałem bezcelowość takich zestawień. Bez względu na to, jak różnimy się teraz w pojmowaniu kina, mam pewność, że on pierwszy zaczął mnie na nie uwrażliwiać. Dzięki niemu poznałem Chaplina, braci Marx, Pythonów czy Nielsena którzy mieli niebotyczny wpływ na moje poczucie humoru.
Po maturze, w trakcie swoich najdłuższych wakacji (i właściwie rzecz biorąc, ostatnich, bo za każdymi kolejnymi ciągnął się smród zbliżającej się „kampanii wrześniowej”), zobaczyłem całą filmografię Lyncha. Do dzisiaj pamiętam, jak mama zachwycała się obejrzanymi po latach odcinkami „Miasteczka Twin Peaks" i jaką sieczkę w głowie zrobiła mi „Zagubiona autostrada". (zdradzę Wam w sekrecie, że moim osobistym top of the top jest „Głowa do wycierania". Nic już tego raczej nie zmieni, choć nie widziałem jeszcze trzeciego sezonu TP). Lynch to kolejna osoba, której zawdzięczam swoją kinofilię.
Mimo tego wszystkiego poszedłem na studia inżynierskie. Bardzo bałem się z miłości do kina uczynić sposób na życie, a wtedy znałem siebie na tyle, by móc stwierdzić, że bardzo szybko się nudzę i irytuje mnie, kiedy coś przestaje być przyjemnością, a stanie się obowiązkiem (brzmi jak dorosłe życie, huh?). Nie chcąc niszczyć tego uczucia, przezornie poszedłem na studia mechaniczno-górnicze.
Czy żałuję?
Są takie chwile, kiedy żałuję, że omija mnie wiedza, którą filmoznawcy i kulturoznawcy przyswajają na studiach i nawet gdy próbuję dokształcić się sam czuję, że brakuje mi jej omówienia, wpisania w kontekst, osadzenia. Chwilę potem znów nachodzi mnie refleksja o nierozwiązywalnym konflikcie pasja vs mamona. I tak krążę od jednego narożnika do drugiego, boksując się z własnymi myślami.
Z moim brakiem wykształcenia w kierunku filmoznawczym wiążą się odwieczne kompleksy. Jakoś na drugim roku studiów znajoma, która studiowała kulturoznawstwo na UŚ, usilnie mnie namawiała, żebym poszedł na te studia, bo mam wiedzę większą niż przeciętny student z jej roku (będę szczery i przyznam, rzuciłem ledwie paroma tytułami filmów z Chaplinem i rozpoznałem „Podróż na Księżyc" Mélièsa, jako pierwszy film sci-fi. No naprawdę, łeb jak sklep ). Sporo ludzi też wspomina, że zwracałem zawsze uwagę na detale, które im umykają. To mnie ośmieliło i zacząłem udzielać się na dyskusjach w Klub Filmowy Ambasada. Moje „udzielanie się” ograniczało się głównie do słuchania mądrzejszych od siebie, jako że spora część klubowiczów (tak jak i teraz zresztą) to studenci/absolwenci kierunków filmoznawczych/antropologicznych/kulturoznawczych. Było to szalenie inspirujące doświadczenie. Filmowa burza mózgów. Z czasem stwierdziłem, że dyskusja o filmie powinna być nieodłączną częścią seansu.
Ciągle jednak czegoś mi brakowało. Przestała mi wystarczać wymiana myśli z najbliższymi czy w wąskim gronie Ambasady. Idąc na przekór powszechnej tendencji do zamykania się w bańkach informacyjnych, postanowiłem założyć stronę na Facebooku. Nazwa Klatki na oczach już od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie zupełnie bez związku z tym pomysłem i czułem, że muszę ją zgarnąć dla siebie, bo jest całkiem zgrabna (jak się później okazało, byli i przeciwnicy ). Po miesiącach przekładania założenia fanpage’a, zacząłem prokrastynację ogłoszenia, że ma zaistnieć i publikowałem posty inaugurujące jego założenie. Trwało to chyba z tydzień i było zabawne. Zero polubień, ale były i zdjęcia, i opis, i pierwszy post nawet… . Wszystko było ukulane.
Wchodziłem na profil raz po raz w nadziei, że ktoś, jakimś cudem „odkryje” Klatki dla świata za mnie i wyręczy mnie w tym niezręcznym zadaniu, jaka jest reklama samego siebie. Byłem człowiekiem znikąd. Inżynierem górnictwa po trzech urlopach dziekańskich, który wiedział, czym jest diegeza. Ale czy to dawało mi prawo do mądrzenia się o filmach? Do dzisiaj mam z tym problem. Po drodze zdarzały się mniejsze lub większe kryzysy, ale dwa miesiące temu skurczybyk dopadł mnie na dobre i długo trzymał za gardło.
Zostałem zaproszony na prelekcję do zaprzyjaźnionego Klubu Filmowego FilmoHolic w charakterze prelegenta. Z jednej strony miałem poczucie, że to zadanie mógłby wykonać każdy. Wystarczyło przeczytać materiały podesłane przez Magdę (koordynatorkę FilmoHolika), opracować kilka minut wystąpienia i po sprawie. Tak jak czułem – prelekcja wyszła fatalnie. Światło raziło mnie w oczy i wydukałem 1/3 tego, co miałem do powiedzenia. Oczywiście to tylko moje zdanie. Doszły mnie co prawda słuchy, że było całkiem spoko, ale jestem zbyt uparty, żeby pozwolić się przekonać w tej kwestii.
Potem przyszła niemożebnie inspirująca dyskusja. I wtedy poczułem pełen luz. Dyskusje mogę prowadzić, ale do prelegenta pełną gębą to mi jeszcze brakuje. Po wszystkim opublikowałem post, który miał działać jako suplement do dyskusji. Palnąłem w nim głupstwo o „wyznawaniu płci”, mniejsza o to. Sam fakt, że coś takiego miało miejsce, otworzył mi oczy. Nie mogę wymagać od swoich czytelników, żeby za każdym razem weryfikowali informacje zawarte w moich tekstach. W zasadzie każdy mój artykuł poprzedzony był kilkudniowym, a w przypadku wpisów o Chaplinie, nawet ~tygodniowym riserczem. W tym przypadku popełniłem największą głupotę, bo opublikowałem tekst pod wpływem chwili i olałem korektę u Lubej. To się zemściło.
Zablokowało mnie. Odpowiedzialność za to, co się pisze, to spore brzemię, z którego niewiele osób zdaje sobie sprawę. W dobie fake newsów, plotek i informacyjnego bagna stwierdziłem, że nie mam zamiaru przykładać do tego ręki przez swoją niefrasobliwość.
Oprócz tego, każdą prośbę o opinię na temat jakiegokolwiek filmu traktowałem jako automatyczne zobowiązanie z mojej strony do podzielenia się z Wami tą opinią w dłuższym tekście. A czasu brak. No i standardowo pytałem siebie: „Ale jak to? Dlaczego ktoś chciałby znać moją opinię?”. I tak w kółko. Męczarnia. Gdyby wynaleziono wskaźnik asertywności w moim przypadku ten wskazywałby zero. Dołączając do tego wszystkiego ciągły brak pewności w kwestii swojej opinii i porównywania jej z tzw. „autorytetami”, daje to uczucie podobne do zamknięcia w kołowrotku (nie żebym wiedział, jak się czuje chomik zamknięty w kołowrotku. Powiedzmy sobie to jasno [CC email@peta.com]: NIE ZAMYKAŁEM NIGDY CHOMIKA W KOŁOWROTKU). Po miesiącu miałem w głowie listę zobowiązań, której niezrealizowanie skutkowało w mojej głowie masowym odpływem czytelników z Klatek.

No ale jednak jestem ! Dlaczego? Ponieważ chęć pisania o kinie jest silniejsza ode mnie. W trakcie pisania tego tekstu (który, nie ukrywam, ma działać jak autoterapia; co z tego wyjdzie — zobaczymy) „usłyszałem” głos rozsądku w głowie:

- Twoja historia, nie jest dziełem przypadku. Masz wszystko czego potrzeba, żeby pisać. Potrzeba ci tylko szlifów. Treningu.
To ja mu na to:
- Panie Rozsądek, weź się! Nie masz dostępu do moich kompleksów. Gdzie byłeś jak urosły do takich absurdalnych rozmiarów? Hę? Idź się baw w coaching gdzie indziej. Wal się pan!

Taka rozmowa. Tak że tego. Wróciłem.
Muszę przemodelować swój sposób pracy na tym ściernisku. San Francisco może nie będzie, ale będę walczyć. Nie mogę też obiecać, że nie będzie więcej przestojów w pisaniu, zaznaczę swoją obecność w miarę możliwości przynajmniej raz dziennie.

Bez obaw, nie zamienię Klatek w memisko. Chciałem się z Wami tym podzielić. Być może w jakiś sposób uporządkuje to bajzel w mojej głowie a Wy trochę bardziej będziecie wiedzieć co w niej się kotłuje.

PS1 Korekta: Kornelia Musiałowska , Patrycja Mucha z Filmowe odloty

PS2 Zdjęcie w tle wykonane za pomocą generatora https://pasek-tvp.pl/, ale autorem jest niezawodny Jarosław Dudycz.


kobieta w balowej sukni stoi na schodach

Kamp na poważnie - recenzja filmu „Red Sparrow" (2018)

Kamp na poważnie - recenzja filmu „Red Sparrow" (2018)

kobieta w balowej sukni stoi na schodach„Sowiecki wróbel" siedzi we mnie ten film jak upierdliwy kamień w porządnie zasznurowanym, zimowym bucie.

Koncept już na papierze wygląda tak, jakby wygrzebano dawno zapomniany projekt z czasów Reagana. Irons gra rosyjskiego złola, który wypowiada swoje kwestie (a jakże!) po angielsku, z tym charakterystycznym, twardym „R”. Czy my zatrzymaliśmy się w latach 80? Kto dzisiaj tak pisze scenariusze? Ano ten sam człowiek który napisał skrypt do „Jeźdźca znikąd". Teraz naprawdę ze strachem czekam na „Bohemian Rhapsody", które będzie miało u nas premierę pod koniec roku. Skoro nie można było zatrudnić rosyjskojęzycznych aktorów, to czemu tylko część kwestii wypowiadanych jest po rosyjsku a reszta po angielsku, z rosyjskim akcentem? Naprawdę uwielbiam oglądać Ironsa w filmach, ale jego ostatni bohaterowie są nudni i niewiele znaczący. „Batman v Superman", „Zwyczajna dziewczyna", „Assassin's creed"... . Czekam na film z jego udziałem, na miarę „Ukrytych pragnień". Nie idź Pan tą drogą, panie Irons. Nie jest to warte Pana talentu.

Pomysł wyjściowy jest najbardziej bezkompromisowym dzieckiem patriarchatu, jaki można sobie wyobrazić. Główna bohaterka jest już u podstaw trochę zwichrowana. To zawistna bitch, która dla kariery sprzedałaby pewnie własnego kota (aż dziw, że takowego w filmie nie posiadała). Wstępuje w szeregi elitarnej jednostki szpiegów zwanych tak jak w tytule Jaskółkami, którego głównym zadaniem jest uwieść wroga za wszelką cenę i wyciągnąć z niego ważne dla wywiadu informacje. Gdyby przetłumaczyć dosłownie tytuł filmu z języka angielskiego, brzmiałby CZERWONY WRÓBEL, ale dystrybutor w Polsce poszedł w ślady wydawcy książki i nazwał film tak samo, jak wersję papierową w naszym kraju. Wbrew całej zawierusze wokół tytułu, całkiem przytomnie, bo właśnie głównie kobiety widzimy pracujące jako szpieżki. Szpiedzy służą tutaj tylko do pokazania swojego wróbla (hehe, macie ochłap równouprawnienia). Co kobieta ma do zaoferowania? Jeszcze mniej niż postać Charlize Theron z Atomic Blonde (który to film i tak był przeciętny). Jest uwodzicielska, seksowna, trochę sprytna, ale inteligentna? Po co, skoro ma całą resztę? Tak to działa oczami twórców „Red sparrow". Świat szpiegów testosteronem stoi, więc seksapil to jedyna karta jaką może kobieta w tym rozdaniu gra. Niby główna bohaterka działa na własnych zasadach: jej ciało, jej warunki. Tylko tak naprawdę, to taki cyniczny feminizm na patriarchalnych fundamentach. Brakuje tu jakiejkolwiek przeciwwagi dla kampowych konstruktów postaci. Wszystko jest ultrapoważne, ale to taka powaga jak na zjeździe rodzinnym: ktoś rzuci żenującym żartem, reszta musi tego słuchać.

Równie „subtelna" jest propaganda. Szkalowanie Rosji przez Amerykanów przybiera tutaj absurdalne formy. Stoi sobie rosyjski niedźwiedź okrakiem między obskurnymi wnętrzami podmiejskich hotelików a barokowym przepychem, należących do włodarzy rosyjskiego wywiadu. Wyobraźcie sobie, że ten durny rosyjski wywiad mimo tego bogactwa przechowuje tajne dane na dyskietkach! Amerykanie, co prawda nie wszyscy są nieskazitelni (trafi się czasem zdrajczynia), ale przy Rosjanach to ludzie do rany przyłóż.

Jeszcze, gdyby „Czerwoną jaskółkę" podano chociażby ze szczyptą ironii. Ale twórcy wyszli z założenia, że jest im w ogóle niepotrzebna. Ba! odniosłem wrażenie, że to historia zapiera się każdym wątkiem, każdą, kadrem, literą scenariusza, żeby jej nie wprowadzić do siebie. Chociaż ta cały czas wraca i się doprasza: „Przecież masz u siebie aktora, który wygląda jak Putin. Charlotte Rampling, grającą heterę, której spojrzenie wysyła każdego na Kamczatkę. Masz tam nawet, aktora, który ma na nazwisko CAMP! Jestem tam potrzebna! Halo! Słyszysz filmie? HALOOOOOO".
Fabuła „Czerwonej jaskółki", parafrazując jednego z największych seksistów polskiego kina, Pasikowskiego: „to jednak zła i głupia kobieta jest”.

PS Konia z rzędem temu, kto mi powie w jakich czasach dzieje się film. Może to świat równoległy? Może jakieś kontinuum z wymieszanymi artefaktami z różnych epok?

„Czerwona jaskółka", reż. Francis Lawrence (2018), ocena: 4/10