kolaż kadrów filmowych

Oscary 2018 - aktorskie filmy krótkometrażowe

Recenzje aktorskich filmów krótkometrażowych nominowanych do Oscara w roku 2018

Rok temu w tej kategorii znalazło się jedno zgniłe jabłko w postaci „Silent nights" (do dzisiaj mam #ciarkiżenady na samą myśl). Natomiast w tym roku żadne z zaserwowanych pięciu jabłek nie jest w takim stopniu soczyste jak „Timecode" z zeszłego. Na szczęście jest kilka, które pozostawiają całkiem przyjemny posmak w ustach. W tym roku kategoria została zdominowana przez historie oparte na faktach.

smutna dziewczynka o blond włosach5. „Silent child" (2017), reż. Chris Overton. Pracownica opieki społecznej ma nauczyć języka migowego głuchoniemą dziewczynkę z wielodzietnej rodziny, oraz wchodzenia w bliższe interakcje z otoczeniem.
Z punktu widzenia społecznej świadomości to ważny film, ale filmowo to się nie broni w ogóle. Gdyby wyciąć 80% filmu, można by z tego co zostało zmontować dynamiczny spot kampanii reklamowej, naświetlającej problem niedostatecznej opieki na dziećmi głuchymi i głuchoniemymi. A tak? Nudno, schematycznie i bez polotu.

chłopak z bronią siedzi w szkolnym sekretariacie4. „Dekalb elementary" (2016), reż. Reed van Dyk. Oparte na historii prawdziwego telefonu na 911, który miał miejsce w trakcie strzelaniny w tytułowej szkole (http://on-ajc.com/2Fb67La). Główna bohaterka, jedna z recepcjonistek stała się mediatorką pośredniczącą między niestabilnym psychicznie (jak on sam twierdzi) mężczyzną a policją.
Fala napaści z bronią na szkoły w ostatnim czasie w USA jest inspiracją jak najbardziej słuszną. Szkoda, że nie dane mi było odczuć niebezpieczeństwa oglądając film. Nie ma tu prawie nic co mogłoby zbudować napięcie. Sam początek i jedna scena pod koniec wprowadzają jakiś suspens i tyle. Pogroził, postrzelał, przeprosił i został wyprowadzony. Główna aktorka za to gra tak, jakby zamawiała obiad w restauracji. W ogóle nie poczułem, że jest w sytuacji granicznej. Więc jej histeryczny płacz w finale nie zrobił na mnie wrażenia. Mam serce z kamienia?

grupa terrorystów celuje bronią w zakładników na tle autobusu3. „Watu wote: all of us" (2017), reż. Katja Benrath. Jedyny w stawce całkowicie nieanglojęzyczny film. Wszyscy tu mówią w suahili. Reżyserka wzięła na tapet napięcia muzułmańsko-chrześcijańskie. Główną bohaterkę uczyniła chrześcijankę, która chce dotrzeć do rodziny oddalonej o trzydzieści jeden godzin drogi autobusem po sawannie. W trakcie podróży autobus zostaje zaatakowany przez terrorystów... .
Przyznaję, bywam czasem łasy na takie banalne historie. Po wyjściu z kina niemal natychmiast stwierdziłem, że to jest mój faworyt. Tylko im dłużej o tym filmie myślę, tym bardziej jestem przekonany, że można było ograć temat subtelniej. A może to jeden z tych przypadków, gdzie potrzebne było takie prostolinijne podejście, bez finezji? Czasem trzeba zobaczyć/usłyszeć, że fanatycy z wypranymi mózgami to też ludzie a jednocześnie szkodliwe ideologie, których są wyznawcami nie „metkują” wszystkich wyznawców danej religii? Są natomiast sceny, które szczególnie mnie urzekły. Ujęcie muzułmanina z plecakiem w autobusie (ciekawe co ma w środku?), radość ludzi, którzy przytulają się wzajemnie, po wyjściu żywym z ataku, itp. Takie pojedyncze smaczki mają w sobie odpowiednią dla krótkiego metrażu intensywność. Dlatego mimo, że można było całość, w moim zdaniem, zrobić trochę lepiej, nie będę płakał jeśli film Benrath wygra. Film oparty jest na faktach.

afroamerykanin siedzi ze strzelbą i wypatruje czegoś1. „My nephew Emmett" (2017), reż. Kevin Wilson Jr. Kolejne „based on true story” (http://bit.ly/1K8LyjA). Film nakręcony jest z punktu widzenia wujka tytułowego Emmeta. Temat rasizmu jest już przepracowany na tyle różnych sposobów, że Wilson musiał zdać sobie sprawę, że należałoby "uzbroić" swój film od strony formalnej. Zdecydował się na nocne zdjęcia, rozświetlone słabym, pomarańczowym światłem pojedynczych żarówek. Dialogi ograniczono do niezbędnego minimum, co pozwoliło w odpowiedni sposób nadawać tempo narracji i wprowadzić niezbędny suspens. Co prawda nic tutaj nie wykracza poza utarty schemat, ale całość ma w sobie tak potrzebną emocjonalną intensywność („Myślisz, że jestem tu dla zabawy” - rasizm jako przykry obowiązek samca alfa). W efekcie powstał bardzo solidny film, który ma spore szanse na zgarnięcie statuetki.

https://image.tmdb.org/t/p/original/7kVaE2IfeY2fyuxNzJKDxsoVha5.jpg

mężczyzna w okularach, w biurze patrzy przed siebie1 „Eleven o'clock" (2016), reż. Josh Lawson, Derin Seale. Pamiętacie taki film z Murrayem „What about Bob?" (swoją drogą jedna z moich ulubionych, durnych komedii ever)? Film duetu Lawson-Seale opiera się na podobnym pomyśle. Jak doprowadzić do szaleństwa psychiatrę? Niech jego pacjentem zostanie ktoś, kto podczas sesji będzie używał technik leczenia psychiatrycznego przeciw samemu lekarzowi. „Eleven o'clock" to klasyczna komedia nieporozumień, w stylu skeczu „Sęk" kabaretu Dudek (http://bit.ly/1PlR7Mx), która jest w iście mistrzowskim stylu pociągnięta do granic nieznośnej irytacji u widza. Całość prowadzi do dość oczywistego finału, chociaż z bardzo sympatyczną puentą, której nie zdradzę. Może będziecie mieli okazję go kiedyś obejrzeć. Szans na złotą statuetkę ten film raczej nie ma. W końcu to komedia, która ważne społecznie tematy pozostawia prawie nietknięte, ale może dlatego tak bardzo go sobie cenię. W puli oscarowej (nie tylko w tej kategorii) jest tyle POWAŻNYCH filmów, że taki „Eleven o'clock" jest jak haust świeżego powietrza po wyjeździe z centrum Katowic prosto na wieś.


dwóch mężczyzn prowadzi rower włoską uliczką

Z dystansu - recenzja filmu „Call me by your name" (2017)

Z dystansu - recenzja filmu „Call me by your name" (2017)

dwóch mężczyzn prowadzi rower włoską uliczkąSporo już na temat nowego filmu Guadagnino napisano. Powtarzać się nie ma sensu. Napiszę tylko o jednej kwestii, która zwróciła moją uwagę.

Był taki film z zeszłego roku... . Może ktoś słyszał. „Moonlight" miał w tytule. Wygrał nawet Oscara za najlepszy film. Mówiło się, że w końcu Akademia doceniła tym samym stronę formalną filmu, w którym wszystko, od zabawy światłocieniem po pracę kamery a nie tylko scenariusz, może "opowiadać" widzowi historię. Żeby tak subtelne środki nie zostały przytłoczone skomplikowaną fabułą ograniczono ją do niezbędnego minimum. Dzięki temu jednym z filarów filmu stało się aktorstwo, które musiało się opierać na najdrobniejszych niuansach. W efekcie otrzymaliśmy arcydzieło.

Natomiast „Call me by your name" jest przykładem jak źle konstruować relacje między bohaterami, nieumiejętnie dobierając filmowe środki. Sposób w jaki ujmuje kamera Mukdeeproma postać Olivera (Hammer) zupełnie nie współgra z tym w jaki sposób jest ona napisana. Dłuższe zbliżenia na twarz aktora, Hammera, na której akurat malują się jakiekolwiek emocje, są rzadkością. Jednocześnie rozmawia z Elio wykazując zainteresowanie a z czasem sporą czułość. To co na początku wydaje się całkiem rozsądnym podejściem, bo Oliver dla Elio (a co za tym idzie również dla widza) jest intrygującą tajemnicą, z czasem staje się nieznośne. Kamera ciągle trzyma na dystans postać Olivera. Woli nam pokazywać jego idealne ciało, skąpane w świetle słońca, miast przybliżyć go widzom jako człowieka, ukazując jego emocje (lub jeśli trzeba ich brak). Wrażenie niekonsekwencji zostało jeszcze bardziej podbite w finale, w który trudno uwierzyć, biorąc pod uwagę dotychczasowe działania Olivera. Przykro patrzeć kiedy sposób kadrowania nie pozwala się nacieszyć widzowi grą aktorską Hammera. Po seansie nie byłem w stanie nic powiedzieć na temat jego roli, skoro jego postać jest potraktowana tak bardzo przedmiotowo. Jego postać jest konstruktem, który bez emocji wypowiada swoje kwestie z oddali.

Na drugim biegunie znajduje się popis Chalameta. Kamera go kocha. On kocha kamerę. Ten dwudziestodwulatek ma ogromne pokłady charyzmy i zawładnął ekranem totalnie, przyćmiewając całe mnóstwo aktorów przewijających się przez ekran wraz z przezroczystym Hammerem. Ani nachalna symbolika, ani nienaturalne akademickie dialogi, nie były w stanie przekreślić przyjemności z oglądania tego młodziaka w filmie Guadagnino. Szkoda, że nie ma szans w starciu z Oldmanem i jego odtwórczą rolą w „Czasu mroku".

„Call me by your name" (reż. L. Guadagnino, 2017), 6


kolaż posterów

Recenzje filmów „Wielkie piękno" (2013) i „Nieściszalni" (2010)

Recenzje filmów „Wielkie piękno" (2013) i „Nieściszalni" (2010)

poster z filmu wielkiego piękna

Miałem ten luksus, że mój pierwszy kontakt z filmem Sorrentino nie był obarczony kontaktem z żadnym innym z jego dokonań. Miałem dzięki temu, podczas seansu WIELKIEGO PIĘKNA, unikalną możliwość spojrzenia na dzieło włoskiego reżysera zupełnie nie wiedząc czego mogę się po nim spodziewać.

Film ten jest drugim z cyklu "Z pięknem w tytule", który obejrzałem na seansie Klubu Filmowego „Grajfka" w Chorzowie. Pierwszym było „Coś pięknego". Wg reżysera, Paolo Virziego, piękne jest żarliwe uczucie matki do swoich dzieci i walka o ich godny byt. Punkt wyjściowy jak najbardziej słuszny, prowadzi jednak do absurdalnych mielizn fabularnych, które każą wierzyć, że miłość wybaczy absolutnie wszystko.

Piękno w „La grande bellezza" jest wszystkim. Dosłownie. Sorrentino płynnie, długimi ujęciami odsłania przed widzem kolejne karty, tak że nie ma się poczucia nachalności. Tutaj uliczny performance, okazuje się zalecaniem prostytutek, próba chóru przechodzi w nostalgiczny videoklip, a pogrzeb zmienia się w podniosłą sztukę teatralną.

[WTRĄCENIE - Uwielbiam dyskotekową sekwencję z początku filmu. Jej montaż skojarzył ambientowe klimaty muzyczne z intensywnością zarówno cielesną jak i dźwiękową. Szał splątanych, rozegranych ciał i poimprezowa samotność, doprawiona charakterystycznym świstem w uszach - z tym kojarzę imprezy - KONIEC WTRĘTU].

Powstaje pytanie czy jeśli wszystko jest pięknem, czy jest możliwe piękno ostateczne? Wielkie Piękno? A może jednak istnieje jakaś graniczna "meta-linia", po przekroczeniu której piękna nie ma? Czy jest nią śmierć? Samotność bez godności? Z tymi pytaniami zostawił mnie film Sorrentino. Może kolejny seans pozwoli mi na nie odpowiedzieć?

„Wielkie piękno" (reż. Paolo Sorrentino, 2013), 8 <3

Z „La grande bellezza" duński „Sound of noise" nie łączy z pozoru nic. Jest jednak jeden szczegół, który pozwolił płynnie przejść w repertuarze zachowując punkt wspólny (który wykorzystałem również w swojej prelekcji). Jep w filmie Sorrentino, który jest krytykiem sztuki, swoim spojrzeniem "wyławia" piękno z otaczającego go świata, próbując oddzielić ziarno od plew i odnaleźć tytułowe Wielkie Piękno. Reżyserski tandem Simonsson-Nilsson (dla obu to pierwszy i jedyny, jak dotąd, pełnometrażowy film fabularny), głównymi bohaterami uczynił muzycznych terrorystów i policjanta, który słuchając muzyki cierpi katusze. Na czym polega ten terroryzm? Grupa perkusistów pod dowództwem Sanny unauszniają światu, że jest on wypełniony muzyką, protestując przeciw jej akademickiej formie. W efekcie powstał film z kilkoma luźno połączonymi ze sobą koncertami. W filmie Sorrentino świat wypełniony jest lepszej lub gorszej jakości sztuką, w którym Jep zajmował się poszukiwaniem piękna przez duże „P". „Nieściszalni" są wyrazem protestu przeciw kiepskiej jakości sztuki, w tym wypadku sztuki jaką jest muzyka. Jak napisała Agata Malinowska:"Nie ma wątpliwości, że to właśnie cały ten zgiełk, uprawiany pod beznamiętną kontrolą metronomu, a jednak wspaniale anarchiczny, jest jądrem wokół którego zmontowano fabułę. Jeśli zatem zdecydujemy się szukać dziur w scenariuszu, to oczywiście je znajdziemy – ale w przypadku „Nieściszalni" jest to podejście z gruntu niestosowne".

Wybierając ten film na spotkanie Grajfki byłem pełen obaw, którego potwierdzenie znalazłem w ocenach znajomych na Filmwebie. Na szczęście pozytywne reakcje widzów w trakcie seansu jak i przebieg późniejszej dyskusji przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

„Sound of noise" (reż. O. Simonsson, J. S. Nilsson, 2010), 6


kolażkadrów

Recenzje filmów „Kształt wody" (2017) i „Trzy billboardy..." (2017)

Recenzje filmów „Kształt wody" (2017) i „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" (2017)

„The Shape of Water" jest niczym więcej niż przyjemnie i poprawnie poprowadzoną historią miłości niemożliwej.

Sally Hawkins gra personifikację krystalicznego dobra, tym bardziej niewinnego, że jej bohaterka jest niemową. Jak na klasyczną baśń przystało musimy dostać również zło wcielone. Mamy więc klasycznego złodupca, którego gra nie kto inny a Michael Shannon. Jego Strickland to frustrat, czytający couchingowe książki o tym, jak nie dać ponosić się złości. Jednym słowem: koszmar każdego trenera personalnego, będący jednocześnie delikatnym wykpieniem ich działalności. Jego fizjonomia (idealny byłby to casting na kolejnego potwora Frankensteina!) w połączeniu ze scenariuszowym przerysowaniem i niewątpliwym talentem Shannona stają się filarem nośnym całego filmu.

Del Toro krok po kroku jak wprawny rzemieślnik wypełnia baśniowy schemat. Wrzuca właściwe elementy do odpowiednich przegródek. Reżyserowi udała się rzecz moim zdaniem całkiem ciekawa: film o miłości pomiędzy człowiekiem a trytonem (syrenem?) jest zaskakująco poprawny. Wypełniająca go prosta symbolika czy dziwne momenty w żaden sposób nie próbują nawet bawić się formą baśni czy w jakikolwiek sposób redefiniować tematyki poruszanej przez „Kształt wody". W dobie takich szalonych pomysłów jak „Czerwony kapturek - prawdziwa historia" nie sądzę, żeby taki film mógł zawojować coś na rozdaniu Oscarów, mimo tylu nominacji. Czas, który spędziłem w kinie był przyjemny ale nic ponadto.

„Kształt wody" (reż. Guillermo Del Toro, 2017), 6

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" (reż. M. McDounagh, 2017) to emocjonalny splątaniec w stylu coenowskim, z tą różnicą, iż widz darzy sympatią dużo większą ilość bohaterów niż w przypadku filmów wspomnianego braterskiego duetu.

Prawie każdej postaci, gdybym ją spotkał, postawiłbym piwo. Nawet takiemu Dixonowi, którego trudno nie polubić mimo, że bywa strasznym burakiem. Swoją drogą, jeśli Rockwell, który wcielił się w jego rolę, nie zgarnie Oscara to będzie mi smutno, bo zagrał koncertowo.

Film McDounagha wprowadza widza w rausz melancholijną muzyką ora powolnymi i długimi ujęciami (nagroda publiczności za zdjęcia na Festiwalu Camerimage dla Bena Davisa). Nawet scenariusz McDounagha nie kreśli realistycznych dialogów. Bohaterowie są impulsywni, histeryczni a nagromadzenie patologii w dialogach nie pozwala wyłączyć widzowi ram umowności. „No to już jest przesada. Ludzie tak nie rozmawiają!” – co jakiś czas pojawiała się myśl. Nie rozmawiają, bo też przyłożenie miary naszego świata do świata „Trzy billboardów…" mija się z celem. Twórca kreśli obraz rozedrganych emocjonalnie Amerykanów, którzy są obecnie o krok od wzięcia sprawy w swoje ręce i zaprowadzenia jedynie słusznych według nich porządków. McDonaugh podaje w wątpliwość takich przemocowych rozwiązań, ale robi to dość powierzchownie. Mnóstwo tu klisz (policjant rasista, zbuntowana nastolatka, motyw reinkarnacji, itd.), fabularnie idzie trochę za często na skróty (SPOJLER: podpalenie posterunku jako deus ex machina akcji filmu KONIEC SPOJLERU). Mimo tych mankamentów, ogląda się go ze sporą przyjemnością.

PS Muzyka w tym filmie jest doskonała zaiste. To jest takie melancholijne country, które przy drugim kuflu piwa będzie w stanie wycisnąć niejedna kowbojska łza.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" (reż. M. McDounagh, 2017), 7


oko a w nim odbija się postać

Perkinsverse? – recenzja filmu „I am the pretty..." (2016)

Perkinsverse?– recenzja filmu „I am the pretty things lives in that house" (2016)

Gdy Grzegorz Fortuna napisał, że nowy film Perkinsa jest „jeszcze dziwniejszy i wolniejszy” od „February" pomyślałem, że „I am the pretty thing lives in that house", będzie jednym z tych, które każdym kadrem będą krzyczeć do widza „jestę arthałzę, zachwycajcie się, bom ambitnym dziełę jest”. Ostatecznie można odnieść wrażenie, że jego twórca zrobił wszystko, by odbiorca nie mógł mu zarzucić pójście na łatwiznę.

Autorką zdjęć znowu została Julie Kirkwood, która ma niesamowite oko do zamkniętych przestrzeni wypełnionych lepkim od grozy powietrzem. Ciągle przesuwa granicę wytrzymałości widza, przeciągając ujęcia w nieskończoność. To, co różni ten film od reżyserskiego debiutu Perkinsa to to, że niewiele jest tutaj momentów, które pozostawione są bez muzyki. Po raz kolejny jednak autorem ścieżki dźwiękowej został brat reżysera, Elvis. Ciągle słyszymy w tle drażniące dźwięki, które w finale stają się diegetyczną (wewnętrzną) częścią filmowego świata przedstawionego.

„February" był ogołoconym z tanich chwytów straszakiem, który w dodatku tematycznie postawił na głowie cały koncept opętania przez siły nieczyste. „I am the pretty..." zawiera za to większość typowych dla gatunku elementów. Znalazło się nawet miejsce dla jednego jump scare'a. To była misja niemożliwa: przywrócić do łask horrorową poetykę w jej najoczywistszych aspektach i nie polec. Znowu minimalizm staje się kluczem do sukcesu. Pytanie, które mnie nie opuszcza od czasu seansu: czy Perkins jednak nie przekroczył tej cienkiej linii, poza którą zwolnienie tempa narracji staje się niebezpiecznym skrętem w gorszą stronę arthousowego horroru? Czy tym razem nie przekombinował?

Nie potrafię odpowiedzieć jeszcze na te pytania. Mimo to jestem zaskoczony jak wysoki poziom immersji osiągnął syn Anthony'ego Perkinsa, znanego z thrillera wszech czasów „Psychozy". Pomijając oczywisty „genetyczno-filmowy” smaczek, Oz splata swoje dzieła delikatnymi nawiązaniami tworząc coś na kształt uniwersum. Ciekawy jestem ogromnie jak dalej będzie się rozwijać ten aspekt jego twórczości. Nie będę tutaj żadnego konkretnie wymieniał, bo to cześć zabawy z perkinsverse (hoho), ale gwarantuję – zabawa przednia*. A to dopiero początek. Uwielbiam ten moment, kiedy scenariusz skręca w metafilmowość, zwracając się wprost do widza i komentuje ustami głównej bohaterki, granej przez Ruth Wilson: „Widzu, wiedz, że to co wiesz to nic. Poczekaj jeszcze chwilę – będziesz wiedział jeszcze mniej”.

Nieważne czy patrzeć na ten film jak na transmedialny komentarz o tym jak sztuka film, książka, muzyka i proza życia przenikają się wzajemnie czy jak na nostalgicznie potraktowany motyw nawiedzonego domu, czy wreszcie jak na oniryczny i niepokojący straszak – każda z dróg obranych przez widza, nie będzie gwarancją łatwego seansu. Na pewno będzie to doświadczenie intrygujące, a Anthony Perkins jawi mi się jako jeden z tych współczesnych twórców, który będzie nadawał kierunek niezależnemu kinu grozy. Oby to nie było tylko myślenie życzeniowe.

*może tylko zaznaczę delikatnie, żeby np. zwracać na tytuły książek, które będą pojawiać się w filmie 

PS Ruth Wilson jest cudowną scream queen. Zaiste wyczuwam jakieś powinowactwo z Mickiem Jaggerem.

 


Piękna pusta skorupa – recenzja filmu „Blade Runner" (2017)

Piękna pusta skorupa – recenzja filmu „Blade Runner" (2017)

Film Scotta po dziś dzień zachwyca wykreowanym weń światem. Mimo głównego bohatera bez charakteru i budzącej wątpliwości natury moralnej sceny miłosnej Deckarda z Rachael, Blade Runner z 1982 roku, jest dziełem niepokojącym i intrygującym m.in. dzięki wielości interpretacji, którą wygenerował na przestrzeni lat. Upakowanie klimatu kina noir lat ’40 w neonowy świat przyszłości, spod znaku cyberpunku, zaowocowało jednym z najbardziej niepokojących dzieł postmodernizmu.

Scott oddał hołd kinu okresu złotych lat ’40, nadając swoim bohaterom artefakty behawioralne (główny bohater o wiecznie smutnej minie Forda a’la Bogart, Rachael jako kobieta fatalna), jak i fizyczne (trencz, papierosy, broń). Jednocześnie działał na własnych zasadach. Zadawał fundamentalne pytania o istotę człowieczeństwa, o relację człowieka z technologią w oryginalny sposób, mieszając porządki i uaktualniając ich istotę. Oglądając Blade Runnera 2049 można odnieść wrażenie, że Dennis Villenueve nie był w stanie się zdecydować, którą drogę wybrać: stworzenie nostalgicznego pomnika filmowi Scotta, czy stworzenie filmu osobnego, ale z szacunkiem traktującego starszego o 35 lat poprzednika. Szwy między tymi dwoma wizjami są tak grubymi nićmi szyte, że brakuje tu wyważenia, balansu. Główny temat filmu, czyli kwestia rozmnażania się androidów, jest „ładowany” na ekran w równie mało subtelny sposób. Między innymi to jest przyczyną sporej, nawet jak na dzisiejsze standardy, długości filmu, bo aż prawie 3 godzin. Skracając o zbędne dialogi (dziwnym trafem w większości przypadające postaci granej przez Jareda Leto) film tylko by zyskał a lakoniczne kwestie wypowiadane przez aktorów korespondowałyby z kontemplacyjnym tempem BR2049., odzwierciedlonym w długich ujęciach. Nie są one jednak problemem tego filmu. Bynajmniej. Są zdecydowanie jego najmocniejszą stroną. Pozwalają zawiesić oko na przepięknej urody kadrach autorstwa operatora Richarda Deakinsa, jednego z czołowych estetów w Hollywood. Pytanie czy wyszło to na dobre samemu filmowi i czy efekty pracy Deakinsa łączą się w spójną całość z wizją Villenueva?

Deakins postanowił odkurzyć nieco świat uchwycony na zdjęciach „Łowcy…” z ’82 przez Jordana Cronenwetha. Odkurzyć dosłownie. Z brudnego, mrocznego, światła dnia nie zaznającego Las Vegas w wersji Scotta, pozostały jedynie kolory. Scott dopieszczał w swoim filmie każdy, wydawałoby nieistotny, szczegół (jak etykiety na produktach widocznych tylko dla aktorów). Porównując te dwie wizje, Miasto Grzechu widziane oczami operatora Villenueva wydaje się być wręcz aseptyczne a jego tajemnica jakby uleciała wraz z wpuszczeniem weń światła słonecznego. Widzowi pozostaje więc bierne podziwianie pięknych, filtrowanych pomarańczowych, chłodno niebieskich, lub szarych kadrów. Tam gdzie Vegas u Scotta było kolejnym bohaterem, u Villenueva stało się, piękną co prawda, ale tylko wymuskaną i zbyt idealną skorupą, w której dzieje się akcja. I niewiele jest momentów w filmie, w których ten nowy świat działa jak powinien. Jedną z nich jest scena bijatyki w kawiarni. Pojawiające się w serii hologramy tancerek wykonujących cancana, czy boskiej Marylin lub Elvisa, są nostalgiczną, popkulturową pocztówką z czasów, dla głównego bohatera już bardzo zamierzchłych. Jednocześnie Harrison Ford, który jest twarzą Kina Nowej Przygody, sci-fi, sensacyjnego i wielu innych, doskonale działa jako swoisty „spinacz” dla czasów współczesnych (reprezentowanych przez Goslinga) jak i w makrokosmosie wykreowanym przez Villenueva. Takich autotematycznych scen, dających widzowi możliwość smakowania kina per se w BR2049 jest jak na lekarstwo. Dzięki niej film jest nieco lepszy, ale nie ratuje go w całości.

Nieco lepiej bywa z postaciami. Najlepszą gra Gosling, który wciela się w androida K, zwanego później Joe. Pinokio przyszłości, o kamiennej twarzy i maślanych oczach młodego Herkulesa wypada zaskakująco dobrze. Mimo skrajnie lakonicznej gry aktora, udaje mu się wiarygodnie oddać marzenie o posiadaniu duszy. Chociaż scena, w której aktor wydaje z siebie krzyk (szczęścia, rozpaczy?), zawarta w jednym z trailerów, jawi mi się kuriozalna. Może reżyser chciał tym sposobem dać przytyk wszystkim #heheszkom w Internecie pokazując, że Gosling ma zakres mimiki większy niż standardowy trademark pt. „zabrali mi pączka i teraz mi smutno”?

Na drugim biegunie znajduje się rola Leto jako szefa korporacji Tyler, Niandera Wallace’a. Już w wywiadach czuć było, że coś nie gra („It was like seeing Jesus walking into a temple” – Villenueve o Leto, ćwiczącym do roli w oślepiających soczewkach). Efekt tylko potwierdził te obawy. Każde jego pojawienie się na ekranie wzbudza niezamierzony śmiech. Dopóki nie zacznie wypowiadać swoich kwestii, możemy podziwiać pretekstowe, pomarańczowo-złote kadry pokazujące korporację Wallace’a. Kiedy Boss się odzywa i zaczyna wygłaszać „piękne” kwestie o bólu, radości, schyłki cywilizacji, cały czar pryska. „Guilty” zaczyna wygrywać z „pleasure”, widz dostaje zgagi od pretensjonalnych gadek i zdaje sobie sprawę, że Villenueve źle odrobił pracę domową i nie załapał, że „nie dopowiedzieć” nie znaczy „ująć wartości” a wręcz przeciwnie. Luv, prawa ręka Wallace’a cierpi na tę samą przypadłość. To android z ambicją bycia najlepszym, doskonałym i… nic ponadto. A można to naprawić jedną sceną. [SPOJLER] Wyobraźmy sobie sytuację, że Luv podaje pilot do hologramu Joi K miast to rozdeptywać [KONIEC SPOJLERU]. Jak bardzo zmieniłaby się w oczach widza postać Luv? A tak jest zwykłym zakapiorem z żądzą bycia morderczą córeczką tatusia, tylko w wersji robociej. Za mało trochę na odświeżenie konwencji, o co wydaje się zabiegać Villenueve. To ciągle Roy Batty , w wykonaniu Rutgera Haura z filmu z 1982 roku, ze swoim zwierzęcym romantyzmem, pozostaje najbardziej intrygującą postacią ze świata Łowców Androidów.

Blade Runner 2049 mimo, że urzekający swym pięknem wyzbyty jest z całej seksowności jaką posiadał film Scotta. Mimo tego, że Gosling wreszcie ma w swoim dorobku rolę wartą uwagi, niewiele jest w filmie twórcy WROGA jasnych aktorskich punktów (chociaż muszę przyznać: Harrison Ford, zagrał o niebo lepiej niż filmowym pierwowzorze). BR2049 nie działa również jako komentarz do rozwoju cybernetyki. Ten film cierpi na casus filmów sci-fi ostatnich lat, które wydają się nie nadążać za trendami w technologiach IT. Jak pisze Marcin Michno z bloga Nolife Style: „(…)od lat 80 technologia rozwinęła się w takim tempie i nieoczekiwanych (wtedy) kierunkach, że można by zadawać setki ciekawszych pytań. Zresztą padają one nawet na konferencjach branżowych. W tym kontekście to wszystko co dostajemy w kinematografii jest aktualnie strasznie wtórne. My już mamy cyberprotezy, testujemy SI, pozwoliliśmy algorytmom decydować o naszym życiu i śmierci”.

Chociaż bardzo chciałem ten film polubić, w mojej opinii jest to film niepotrzebny w takiej formie a brak kolejnego oczekiwanego sukcesu finansowego (po fiasku GHOST IN THE SHELL na przykład) może spowodować opóźnienia w produkcji innych filmów w klimacie cyberpunku, jakim jest na przykład AKIRA, planowana aktorska wersja klasycznego anime z 1988 roku w reżyserii Katsushiro Otomo.

 


Oceans11 grafika promocyjna

Recenzja trylogii Ocean's, reż. Steven Soderbergh (2001-2007)

Trylogia Ocean's, reż. Steven Soderbergh (2001-2007)

Oceans11 grafika promocyjna

Miałem ostatnio przyjemność powtórzyć sobie "wodną" (Ocean -> woda, badum ts) trylogię Soderbergha. Jedna z niewielu serii, która trzyma równy poziom od początku do końca. Idealne połączenie fantastyki, humoru i dawkowania napięcia.

Heist movie to jeden z moich ulubionych podgatunków filmowych. Taki "Hudson Hawke", na przykład, kocham całym sercem i nigdy nie zrozumiem tych wszystkich Złotych Malin, które zebrał.

Ale wróćmy do trylogii pana Steve'a. Osią pierwszej części jest "walka" o uczucie kobiety. A jeśli jedną stroną konfliktu jest włamywacz a drugą multimiliarder to efektem jest mierzenie sobie fiutków. Tak na marginesie Roberts to jednak aktorsko zdolna bestia.

W drugiej odsłonie bohaterowie mentalnie upadli jeszcze niżej. Odstawili linijki przechodząc do piaskownicy. Role się odwracają, ofiara się mści. Dochodzi do tego pewien szczwany lis o twarzy Vincenta Cassela, z siwym włosem na głowie, który cierpi na syndrom Piotrusia Pana. No i jest zafascynowana złodziejskim fachem pani prokurator Zeta-Jones, która zawsze i wszędzie jest ULTRA.

W "Ocean's Thirteen" przeciwnikiem jest kawał chuja. Niebotyczne ego i nieczyste zagrywki to znaki rozpoznawcze kasiastego Willy'ego Banka (ktoś tu widzę też potrafi w suchary). Powraca motyw mentalnych linijek, które przy każdej sposobności wyciągają i przystawiają sobie do rozporków. Jest i piaskownica Las Vegas. Zabrakło tylko miejsca na rozbudowane postaci kobiece i mielibyśmy idealny miks. Jak widać wszystkiego mieć nie można.

I nawet jeśli w ostatniej części seria obniża nieznacznie loty to i tak jest to świetna zabawa. Pitt i Clooney wypracowali między sobą taka niezwykła chemię, że z radością ujrzałbym ich znowu na ekranie. Pełen luz. Damon w roli naturszczyka z mlekiem pod nosem, to rola leżąca, gdzieś na drugim biegunie tego co zaprezentował w równolegle kręconej trylogii Bourne'a. Trochę brakuje mi Matta z tamtych lat. Jego może nie rewelacyjnego i powalającego na kolana aktorstwa, ale tego gwarantu solidnej, aktorskiej roboty, która często potrafiła uratować cały film.

Bracia Malloy (szczypior Affleck z wąsem! ) to niekończąca się seria bratobójczych złośliwości, walk, które o dziwo, nie przestają śmieszyć do końca.

Kluczowym elementem dla wszystkich części są elementy fantastyki. To momenty, w których normalnie człowiek robi klasycznego "facepalma". Jeśli jednak całość trzyma się w ryzach pewnej umowności świata przedstawionego, bez specjalnych szarży w jedną czy w drugą stronę, to kupujemy to bez gadania. Mamy więc potężny reaktor plazmy w uniwersyteckim laboratorium, płytkę tworząca hologram złotego jaja Faberge i wreszcie kombajn wiercący na kilkumetrowej średnicy obsługiwany przez JEDNĄ osobę. Takich nieprawdopodobnostek jest tutaj mnóstwo, mniejszych lub większych. Dzięki temu, że użyte świadomie miast drażnić cieszą i budzą w widzu małe, uśpione dziecko.

Osobny akapit należy się muzyce. Ścieżka dźwiękowa częściowo oddaje hołd epoce Sinatry, który zagrał w oryginale z 1960 czy Elvisa. Znalazł się tu również nieśmiertelny klasyk Debussy'ego "Claire de Lune". Z drugiej strony są tu takie przyjemne stosunkowo świeże nuty jak "LSD Partie" Rolanda Vincenta czy "Thé à la Menthe" La Caution. Za to oryginalne utwory z filmów skomponowane przez Davida Holmesa to jazzowe perełki. Ich rytmika z pogranicza jamu, bondowskich klimatów i funku tworzy jakby ich współczesną mieszankę (nu-orlean?). Natomiast ilekroć kiedy w sukurs przyszły montażowe zabawy Stephena Mirionego moją twarz rozjaśniał grymas mimowolnego uśmiechu. Pan, który odpowiada za "sklejenie" rewelacyjnego "Good night and good luck" Clooneya świetnie wyczuł klimat serii oddając jej nonszalancki, zawadiacki charakter.

Taniec Cassela "Foxa" wśród laserowych to taka wisienka w stylu fantasy na tym pysznym ciastku. z potrójną bitą śmietaną. Cassel miał wtedy 38 lat! Utwór: La Caution - Thé à la Menthe.