Obchody 126. rocznicy pierwszego pokazu kinowego na ziemiach polskich - relacja

  • Grafika by Julia Fukiet

Ależ to była impreza! - relacja z 126. rocznicy narodzin kina w Polsce

6 listopada odbyły się w Krakowie obchody 126. Rocznicy pierwszego pokazu filmowego na ziemiach polskich.  Miałem przyjemność i zaszczyt być patronem medialnym tego wydarzenia.

Program obejmował spacer rocznicowy po Krakowie, warsztaty dla dzieci, seanse z muzyką na żywo w krakowskich kinach studyjnych, panel dyskusyjny oraz pokazy dwóch filmów dokumentalnych, w tym jeden biograficzny.

Cały dzień wypchany po brzegi zawartością z najwyższej półki. Gdybym tylko wiedział, że dojazdy na kolejne atrakcje zajmą mi tyle czasu, to przygotowałbym wcześniej sobie coś do jedzenia. Mądry Pan Klatek po szkodzie. Poniżej moja relacja. Ze względu na to, że osobny akapit poświęciłem muzyce na żywo, jest ona niechronologiczna. Cały program dostępny jest TUTAJ.

Świętowanie zaczęliśmy od spaceru, który zaczął się przy Dworcu Głównym, na placu Jeziorańskiego. Z croissantem w jednej dłoni, z kawą w drugiej wędrowałem z grupą filmowymi śladami Krakowa, skoncentrowanymi wokół pierwszego pokazu w Teatrze Miejskim i kolejnych obchodów licząc od roku 1961. Absolutną gwiazdą spaceru był prowadzący Maciej Gil. Maciej, który jest autorem Krakowskich Spacerów Filmowych i objazdowego festiwalu Kinobus, podzielił się z nami kawałkiem swojej ogromnej wiedzy na tej filmowej historii Krakowa. Miałem poczucie, że mógłbym spędzić cały dzień słuchając tylko tych opowieści. Dodatkowo poczucie humoru Macieja dorównuje jego wiedzy, co jest dość istotne, kiedy jest chłodno i trzeba było wstać wczesnym rankiem.

Spacer skończyliśmy w Kinie Kijów, gdzie rozpoczęła się część stricte filmowa świętowania. Obejrzałem po latach Lumière ! L'aventure commence, wideoesej z narracją autorstwa Thierry’iego Frémaux, dyrektora festiwalu w Cannes. Mimo, że nie uniknął błędów (kolejny film, w którym bezmyślnie powielono plotkę o uciekających ludziach na filmie z lokomotywą wjeżdżającą na stację w La Ciotat) to jest to bardzo przyjemny wstęp do tego jak analizować pierwsze filmy. Film ten oferuje narzędzia, które można wykorzystać również przy oglądaniu innych wczesnych filmów dokumentalnych. Zwiększenie czujności i wrażliwości na detale na pewno przydało się podczas seansu The Brilliant Biograph. Earliest Moving Images Europe (1897-1902). Ten zestaw kilkudziesięciu filmów z przełomu wieków XIX/XX w., nakręconych na szerokiej taśmie 65 mm, niezmiennie mnie zachwyca swoim pięknem. I jakkolwiek jest to piękno oszałamiające, to tym bardziej doceniłem pracę Lumierów, którzy musieli się bardzo napracować by zarejestrować na dużo węższej taśmie to, na czym im zależało.

Na instasiu chwalę się swoimi zdobyczami związanymi z obchodami rocznicowymi. Co to za książki? Więcej w opisie posta.

Przedostatnim wydarzeniem w ramach obchodów rocznicowych była dyskusja pod hasłem przewodnim gorączka kinowa. Rozmawiali Maria Malatyńska, Marcin Adamczak oraz Paweł Sitkiewicz. Prowadził Maciej Gil. Rozmowa krążyła wokół różnych objawów gorączki kinowej na przestrzeni lat, od początków kina na polskich ziemiach aż po czasy dzisiejsze. Ze zrozumiałych powodów najbardziej inetresowały mnie lata najwcześniejsze. Dość powiedzieć, że sposób w jakim o tych czasach opowiadał Paweł Sitkiewicz, autor książki Gorączka filmowa, zainspirował mnie do jej kupna. Już wcześniejsza pozycja tego autora Małe wielkie kino. Film animowany od narodzin do końca okresu klasycznego uniknęła mielizn akademickiego języka, dzięki czemu czyta się jak bardzo przystępną pozycję popularnonaukową, a jednocześnie w ogóle nieinfantylną. Dyskusję poprzedziła projekcja pierwszego zachowanego filmu fabularnego Pruska kultura z muzyką na żywo duetu 1/2 KRACOUSTIC. Panowie po dyskusji zagrali również do zestawu filmów George’a Meliesa. Nigdy nie sądziłem że lekkie nutty smooth jazzu będą tak dobrze pasować do filmów kina atrakcji. Szczególnie po całym dniu wytężonej uwagi potrzebowałem takiego audiowizualnego relaksu.

Ten intensywny dzień zakończyłem filmem biograficznym o Bolesławie Matuszewskim. Był on pionierem myśli archiwizacji filmowej, który swoim podejściem do kwestii istotności tworzenia archiwów filmowych wyprzedzał swoje pokolenie o dekady. Sam film nie jest żadnym arcydziełem dokumentalnej biografii. Z jednej strony przywodził na myśl trochę produkcje telewizyjne z Wołoszańskim, ale z dużo bardziej okrojonym budżetem. Przyznam się, że oglądanie wymagającego dużego skupienia filmu, byłoby niemożliwe. Dlatego z mojej perspektywy umieszczenie takiego krótkiego (39 minut), poprawnego dokumentu na zamknięcie obchodów było całkiem sprytnym posunięciem.

Te obchody nie byłyby takie same gdyby nie seanse z muzyką na żywo.

Najbardziej przypadło mi do gustu to, co zagrał Jakub Zielina z solowego projetu Hyperion, który zagrał do dwóch komedii Chaplina (A Night in the Show z 1915 i Behind the Screen z 1916). Zielina z ogromną precyzją reagował na to co się działo w tych filmach. A że jest to slapstick, to działo się wiele. Jak mi przyznał już po seansie, takie filmy są najtrudniejsze do grania na żywo, gdyż wymagają od muzyka ogromnego skupienia. Do swoich nut opartych na jam jazzie, wplatał różne dźwięki nawiązujące do kolejnych gagów w filmach.

(W aspekty dźwięku w kinie niemym wprowadził widzów prof. dr hab. Bogusław Skowronek. Chyba nigdy w życiu nie byłem na prelekcji człowieka tak pozytywnego; swoja energią mógłby obdzielić kilku ludzi! Z kolei wybranie akurat tych autotematycznych tytułów to strzał w dziesiątkę).

Podobało mi się również co zaprezentowali stali goście Kina pod Baranami, Maciej Trifonidis & Leszek Hefi Wiśniowski (dwójka z septetu Trifonidis Roots), którzy zagrali do Filmowych obrazów starego Krakowa. Miałem wrażenie, że grają ze sobą od dziecka. Ich porozumienie muzyczne stało na niesamowitym poziomie. Dźwięki uzupełniały się na różne sposoby: czasem jeden z nich grał dźwięki odpowiadające temu co działo się na ekranie, podczas gdy drugi odpowiadał muzyczną impresją. Innym razem odniosłem wrażenie, że te dwie warstwy wchodzą ze sobą w jakiś hipnotyczny, muzyczny dialog. Ich koncert to najlepsze co się wydarzyło temu dość średniemu warsztatowo zestawowi krakowskich kronik miejskich. Widać, że operatorzy filmowi kręcąc te filmy pracowali na słabym jakościowo sprzęcie, który nie pozwalał na sprawną realizację. A jednak tego dnia w Kinie pod Baranami wspomniany duet uratował ten seans od nudy i pokazał jak bardzo odbiór filmu niemego może się zmienić pod wpływem muzyki na żywo.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Klatki na oczach (@klatkinaoczach)

Tak to wyglądało. Było cudnie. Na samym początku rolki widać rozgorączkowanego, zadowolonego Pana Klatka, tuż po zakończonych obchodach. Zajrzyjcie też do wyróżnionej relacji pod nazwą "Patronat", gdzie zobaczycie materiały, które robiłem bardziej na bieżąco.

Jeżeli miałbym na przyszłość dać komuś wskazówkę jak przeżyć tego typu wydarzenie, nie odpuszczając żadnego z jego punktów, to mam jedną podstawową: weźcie ze sobą coś do jedzenia. Krakowskie kina studyjne rozmieszczone są w takiej dużej odległości od siebie, że przemieszczanie bez samochodu zajęło mi dokładnie tyle czasu ile wynosiła przerwa między kolejnymi punktami obchodów. Wskutek tego cały dzień zjadłem niewiele, biegałem rozgorączkowany filmowo od kina do kina, a na drugi dzień obudziłem się z lekkimi zakwasami i obietnicą złożoną sobie, że kupię wreszcie ten karnet na siłownię.

Obchody 126. Rocznicy pierwszego pokazu na ziemiach polskich były bardziej niż udane. Biorąc pod uwagę, że było to wydarzenie całkowicie darmowe, tym bardziej jestem pod wrażeniem ile kinofilskich atrakcji udało się umieścić w ciągu jednego dnia. Być może rozpoczęcie całości godzinę wcześniej, lub dołączenie mapki do programu opisowego ułatwiłoby dotarcie do kin, jednak są to drobiazgi, które można dopracować przy kolejnych edycjach, a które przy tej skali wydarzenia nie przeszkadzały specjalnie. Gratuluję organizatorom  z ekipy Stowarzyszenia Kin Studyjnych takiego wydarzenia i dziękuję za tak wspaniały prezent jaki daliście kinofilom.


22. Festiwal Filmu Niemego - relacja i ciekawostki z prasy z okolic premiery

22. Festiwal Filmu Niemego - relacja i ciekawostki z prasy z okolic premiery

W filmach niemych to ciała aktorów stanowią jeden z fundamentów przekazu emocjonalnego filmu. Cielesna ekspresja była w tym roku motywem przewodnim krakowskiego festiwalu.

Miałem przyjemność zobaczyć w tym roku na tym festiwalu trzy filmy stacjonarnie: Kobietę na Księżycu (film otwarcia), Opium oraz Cienie. Resztę repertuaru obejrzałem na własną rękę, czego niezmiernie żałuję. Każdy seans filmu niemego z muzyką na żywo, to jakby oglądać go na nowo. Dobrze dobrana muzyka (a tak się dzieje niezmiennie na FFN) bardzo często potrafi namieszać w interpretacji czy gamie towarzyszących emocji, nawet jeśli film widziało się wcześniej. Każdy seans jest wyjątkowy, jednak seanse takie jak te, które przeżyłem w Krakowie są unikalne w swojej wyjątkowości, nie tylko dzięki kameralnej Sali Czerwonej w Kinie pod Baranami, nie tylko dzięki zbiorowemu doświadczeniu filmu z innymi widzami, ale dzięki tym koncertom właśnie zapamiętuję te pokazy na długo. Szczególnie jeden zapadł mi w sercu głęboko. Jaki? Zapraszam do relacji z festiwalu oraz krótkich wrażeń po zobaczeniu filmów z tegorocznej edycji, w połączeniu z wycinkami z prasy z okolic premiery filmów.

Oczywiście nie wstawiłem wszystkich wycinków prasowych. Wybrałem te najciekawsze i/lub najbardziej estetyczne (kadry z Alicji w Krainie Czarów, Kobieta na Księżycu i Kobieta znikąd!). Pod tym -> LINKIEM znajdziecie prasówkę w wersji PDF, z której można teksty kopiować. Przyda się to dla osób, które nie rozumieją języka, w których zostały te teksty opublikowane. A mamy tutaj oprócz języka angielskiego, niemiecki, francuski i hiszpański. Załączyłem tam też instrukcję jak najszybciej można usunąć entery  w celu dokładniejszej translacji. Wynik automatycznego tłumaczenia nigdy nie będzie rewelacyjny, jednak najważniejszy jest kontekst. Uważam, że to super opcja, bo w tej sytuacji, archiwa prasowe w zasadzie nie posiadają ograniczeń językowych. Ściągałem gazety głównie z najobszerniejszego archiwum prasowego w domenie publicznej https://lantern.mediahist.org/

Zapraszam Was do lektury tej prasówki. Ułożone chronologicznie, układają się w ciekawą opowieść, a lektura zamienia się w niesamowitą podróż w przeszłość. Na pewno nie jest to rzecz na jeden dzień. Trzeba to sobie rozłożyć na kilka tygodni. Jednak na pewno warto wracać!

Mój blog pełnił funkcję patrona medialnego festiwalu w Krakowie.



Frau im mond (Kobieta na Księżycu, 1929, reż. Fritz Lang)

Pierwsze filmowe sci-fi pełną gębą.

Pierwsza filmowa podróż na Księżyc autorstwa Meliesa, była przedłużeniem podstawowej działalności mistrza - iluzji. Klasyk kina atrakcji nigdy nie miał ambicji naukowych. Jak cała twórczość iluzjonisty-pioniera (w tej kolejności), Podróż na księżyc miała być kinoatrakcyjnym festiwalem tricków filmowych wystrzelonych w kosmos, w których naukowe osiągnięcia astronomów tamtych czasów byłyby zbędne (pomijam tutaj ograniczenie długości taśmy filmowej). Lang miał ambicje stworzenia filmu silnie osadzonego w aktualnych osiągnięciach naukowych. Potwierdzenie znajdziecie w poniższej prasówce, natomiast dość powiedzieć, że na potrzeby tego filmu została powołana naukowa rada doradcza, której przewodził profesor Herman Oberth, zajmujący się możliwymi sposobami eksploracji kosmosu.

Po seansie nietrudno było zrozumieć skąd przypuszczenia Tomasza Kłysa w książce Dekada doktora Mabuse, o tym czy Fritz Lang mógł w głębi duszy sympatyzować z nazistami. Fascynacja postępem, technologią czy psychoanalizą są w tym filmie silnie odczuwalne. Langowi nigdy tych fascynacji nie udowodniono, ale czytając wspomnianą książkę, można stwierdzić że ewidentnie coś jest na rzeczy. A seanse Metropolis  czy właśnie Kobiety na Księżycu tylko to potwierdzają.

Z kolei seans w Muzeum Sztuki Sztuki i techniki Japońskiej Mangghaa z muzyką SARAPATY & Marceli Rybskiej dostarczył poziom emocji odpowiedni do poziomu patosu wylewającego się z ekranu. Siedziałem w pierwszym rzędzie! ❤

 

  • 1. Informacja o zdjęciach do Kobiety... w Obserwatorium w Mount Wilson w hrabstwie Los Angeles, dokąd Lang z ekipą dotarli z Nowego Jorku.
  • 2. Wyjątkowo kiepsko zeskanowany artykuł, ale w samym finale autor/ka zwraca uwagę na osiągnięcia kobiet w przeciągu ostatnich dwudziestu lat.
  • 3. / 4. / 16. / 17. / 20. Niemieckie magazyny są jednymi z najładniejszych i najlepiej ustrukturyzowanych jakie miałem okazję przeglądać w trakcie prasówki. Na ostatnim screenie, widać kawałek utworu, który mógł być grany w trakcie wyświetlania filmu. Może ktoś rozpoznaje? Mnie nie udało się znaleźć.
  • 5. Ogólna notka na temat współpracy reżysera z aktorami. Bez wzmianki o Langu, za to ze zdjęciem z planu Kobiety... z reżyserem i Margarete Kupfer, która zagrała panią Hippolt.
  • 6. W tej krótkiej notce zwraca się uwagę na to, że Lang unikał elementów fantastycznych w filmie (mimo fantazji o złocie po niewidocznej stronie Księżyca - wkład autorki scenariusza a zarazem opowiadania, na podstawie, której powstał film, Thei von Harbou) i gdzie mógł opierał się na aktualnych dokonaniach naukowych. Wspomina się również o trudności z przetransportowaniem piasku na plan.
  • 7. / 11. W pierwszej notce jest informacja o wykładzie połączonym z eksperymentami, finansowanymi przez UFA, producenta filmu. Wykład miał poprowadzić profesor Hermann Oberth który pracował jako główny doradca naukowej rady doradczej filmu Langa. Druga notka mówi o tym, że w związku z wystrzeleniem rakiety dalekiego zasięgu przez profesora ogłoszono, „że w trakcie swoich eksperymentów dokonał kilku ważnych odkryć, które pozwolą(...) przeprowadzić pierwszą próbę pocisku dalekiego zasięgu. Składanie pierwszego pocisku dalekiego zasięgu, o którym wiadomo, że przenika stratosferę, rozpocznie się za około osiem dni, a profesor Oberth spodziewa się, że będzie w stanie wystrzelić start około 20 listopada, w zależności od warunków pogodowych." Teraz już wiemy, że wystrzelenie tej rakiety nie powiodło się zgodnie z planem. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, byłaby to kampania reklamowa, którą ludzkość zapamiętałaby na zawsze,
  • 8. Niby wyżej zachwalałem niemieckie magazyny, ale jest jedna rzecz, której nie umiem zrozumieć: ilustrowanie tekstu fotosami z filmów, które są w tym tekście niewspominane. Akurat tutaj tekst o kostiumach aktorów w Hollywood. Słabo się kopiuje. Polecam korzystać ze skanera translatora google.
  • 9. / 10. Pełna zachwytów recenzja Kobiety... . Wymieniono wszystkie ważniejsze role, szczególną uwagę zwracając uwagę na tytułową rolę Gerdy Maurus, która udowodniła, że liczy się nie tylko zewnętrze, ale przede wszystkim gra aktorska. Zwraca się również uwagę, że ten film udowadnia, że film niemy ma się dobrze i dźwięk mu nie grozi. Na koniec zaznaczono, że muzyka skomponowana przez Willy'ego Schmidta-Gentner, jakkolwiek niezła, zapada w pamięć po seansie.
  • 12. / 13. Refleksyjny tekst na temat synergii materii naukowej i filmowej w przypadku Kobiety... i dokonań, które zostały osiągnięte w międzyczasie przez Obertha. Dość trzeźwo wskazuje się, że nie ma szans na, to by rakieta doleciała do Ameryki, a co dopiero do na Księżyc. Jednak spodziewany jest przełom, bo to ledwie początek serii prób.
  • Recenzja filmu Langa, w którym obraża się Juliusza Verne'a (#ironicfont). Jules Verne nie był wielkim narratorem, bajka jego książek jest sucha i pouczająca jak katalog techniczny, tak że nie ma nic więcej do powiedzenia nam, którzy już dawno doświadczyli spełnienia jego technicznych fantazji. Kto jeszcze w dobie radia używa wiadomości w butelce? - pisze autor/ka recenzji. Jakkolwiek, by te słowa nie raniły mej duszy (jestem wielkim fanem Verne'a), te słowa pokazują jaka wielka była wiara w naukę i postęp w tamtym czasie, w Niemczech. Chwilę później pojawia się istotny fragment, o tym jak traktowano medium filmowe, nie tylko w omawianym filmie, ale w ogóle w ojczyźnie Langa:

Zadaniem filmu jest także przekształcenie obrazów, które twórca widział w swoim umyśle, w realizm obrazu filmowego. Film jest jedynym fenomenem, który potrafi zamienić sztuczki techniczne w sztukę. To, co zostało wynalezione w trakcie mozolnych godzin w studio, zbudowane i utrwalone za pomocą skomplikowanych sztuczek, na pierwszy rzut oka wydaje się być rzeczywistością sfotografowaną na płótnie.

Przedstawiciele pierwszej awangardy filmowej we Francji (o których więcej w akapicie o Kobiecie znikąd), również chcieli osadzić swoje filmy maksymalnie w rzeczywistości. A jak różne filmy otrzymaliśmy!

  • 18. / 19. Fritz Lang opisał tutaj pokrótce przebieg pracy nad filmem. Jak pisze zainspirowały go wierzenia Chińczyków, nazywających siebie Synami Niebios, mówiące o tym, że obywatele Państwa Środka przybyli z kosmosu. Zaznaczając jednocześnie, brak podstaw by temu wierzyć, pomyślał o sytuacji odwrotnej: a może to ludzie kiedyś zaczną kolonizować kosmos? Żadnej Utopii! - pisze dalej - Żadnego Verne'a! Ewidentnie chciał nie chciał, by film kojarzono z kinem przygodowym, zabawą, itp. To miało być poważne kino sci-fi. Ważne: pojawia się spoiler dotyczący tego ile osób wraca w finale na Ziemię. Oczywiście Lang adoptował książkę/opowiadanie swojej żony, Thei von Harbou. Opowiadanie, jak zauważa sam Lang, było wtedy powszechnie znane i popularne, ale prawem reżysera jest iść swoją drogą. Nie wiem jak wtedy podchodzono do kwestii bycia wiernym względem oryginalnych tekstów, jednak wydaje mi się, że można to traktować, z współczesnego punktu widzenia, jak całkiem potężny spoiler. Którym jak widać nie przejmował się ani reżyser, ani redakcja Film-Magazin.


La femme de nulle part (Kobieta znikąd, 1922, reż. Louis Delluc)

Nowatorski film nakręcony w impresjonistycznym stylu, odniósł spory sukces krytyczny, poniósł klęskę frekwencyjną.

Delluc nie miał bogatego filmowego. Nakręcił łącznie siedem filmów. Jednak jego myśl filmowa, wespół z innymi impresjonistami, jak L'Herbier, Dulac czy Gance, miała spory wpływ na kino awangardowe, jak głównego nurtu w swoim czasie. Jednak śledząc francuską prasę, wyraźnie można odczuć, że wśród publiczności Kobieta znikąd cieszyła się miernym zainteresowaniem, mimo bardzo zachęcających recenzji krytycznych, przed premierą.

Impresjoniści filmowi postulowali skupienie się na emocjonalnej warstwie filmu, przekazywanej nie za pomocą scenografii czy grze aktorskiej zahaczającej o pantomimę (jak w przypadku ekspresjonizmu filmowego, w kontrze, którego poniekąd wyrósł ruch impresjonizmu). Impresjonizm filmowy miał u swoich fundamentów założenie karkołomne. Postulował przenoszenie na ekran ulotności: przy pomocy minimalistycznych technik filmowych, bez ingerencji w scenografię, opierając się na samej realistycznej grze aktorskiej, próbowano przekazać emocje tkwiące w bohaterach.

Kobieta... to film z jednej strony o fatalizmie losu, kary za pomyłki z przeszłości a z drugiej o wierze, że można naprawić skutki fałszywych podszeptów serca, naprawiając cudze życie. Dojmujący to film, przepięknie zagrany przez Eve Francis, w roli tytułowej. Jej postać z przeszłości, przeplata się z teraźniejszością jak w deliriach, co jest realizacyjnie niezmiernie nowatorskie, a jednocześnie łatwo mogło zostać zamienione w rolę karykatury wampa, czy histerycznej kobiety upadłej. Tymczasem Francis bez żadnej szarży, odegrała smutek, samotność i bezsilność, w sposób, który w kinie rzadko można było oglądać.

  • 1. Długo musiałem się myśleć nad tym, jakiej sceny dotyczy ta wzmianka. Myślałem, że może była wystawiana sztuka z tą samą historią (co nie byłoby tak od rzeczy, bo rzecz jest dość kameralna). Tymczasem scena tańca trwa ledwie kilkadziesiąt sekund. Ujmuje mnie, że nawet taki detal okazał się na tyle istotny, żeby mu poświęcić wzmiankę w gazecie. Otóż tancerka Edmonde Guy (która na co dzień tańczyła scenie teatro-kawiarni Bataclan) zatańczyła układ autorstwa Ernesta Van Diérena (nie znalazłem niczego na jego temat). Akompaniował Jeana Wiénera. Z drugiej strony Guy musiała być całkiem rozpoznawalną gwiazdą, bo za chwilę pojawi się w prasówce ponownie. Jedno z moich ulubionych odkryć. Mały-wielki akapit.
  • 2. Wnętrza domu, do którego wróciła tytułowa kobieta, udekorowany był obrazami Henry'ego Ottmana, który odniósł sukces na wystawie w Salonie Jesiennym
  • 3. W związku ze zbliżającą się premierą filmu Delluca, ogłoszono konkurs na plakat do trzech filmów, w tym Kobiety znikąd. Miały zostać zorganizowane specjalne pokazy dla uczestników konkursu a plakaty opublikowane w Cinea. Podane są wymagane wymiary prac i wysokość głównej nagrody pieniężnej.
  • 4. / 5. / 6. / 12. Standardowo film reklamowano twarzami gwiazd grającymi główne role. Gwiazdami, którą chyba nie była Gene Avril, grająca młodą kobietę kuszoną przez młodzieńca do ucieczki od męża.
  • 7. / 8. Robi się nerwowo. Wg ogłoszeń były jakieś problemy z ustaleniem pokazu filmu i w związku z tym rozstrzygnięciem konkursu na plakat.
  • 9. Informacja o prywatnym pokazie Kobiety..., na którym pojawiła się śmietanka francuskiej awangardy filmowej. Film został znakomicie przyjęty.
  • 10. Wstęp do entuzjastycznej recenzji, której rozwinięcie niebawem się pojawi, w następnym numerze Cinea. Recenzent zachwyca się, mimo drobnych potknięć, świeżością filmu i tytułową rolą Eve Francis.
  • 13. 14. / 15. + plakat 16. Wybrane przez redakcję plakaty Kobiety..., które brały udział w konkursie. Konkursowe plakaty z innych filmów w PDF'ie.
  • 11. Zbiór opinii redaktorów różnych francuskich gazet. Prosty, jednocześnie poetycki, fotogeniczny, autentyczny psychologicznie, melancholijny, piękny - takie przymiotniki się w nich pojawiają. Sporo z nich osadza Kobietę znikąd w kontekście twórczości Delluca, która miała wyznaczyć nowy kierunek w twórczości reżysera. Jacques Berthet zwraca uwagę na konstrukcję filmu, który miesza przeszłość z teraźniejszością. Mimo to nie tylko nie przeszkadza w odbiorze, a wręcz wzmacnia emocjonalny odbiór filmu. Z kolei Marce Achard zwraca uwagę na psychologiczną wiarygodność każdej z odgrywanych postaci. Polecam lekturę. Nawet tę niedoskonałą, z translatorów.
  • 16. Jak się okazuje tytułowa rola była przeznaczona dla włoskiej aktorki, Eleonory Duse. Ze względu na problemy zdrowotne, rolę tę przejęła Ève Francis. Z tego co rozumiem Francis (w chwili produkcji filmu - 36 lat), miała grać młodszą, a Duse (lat 62) jej współczesną wersję bezimiennej kobiety znikąd. Duse zmarła dwa lata po premierze.
  • 17. Lionel Landry, rozwija swoją myśl z pkt. 10. Niestety nie znalazłem nic na temat tego krytyka, ale znalazłem antologię francuskiej krytyki filmowej z lat 1907-1929 (TUTAJ), wnioskuję więc że był osobą w środowisku poważaną. Wnosząc po powyższej recenzji - nie dziwię się. Bardzo mi się podoba ta recenzja. Wspominałem, że Cinea był magazynem, którego naczelnym był Delluc? To by teoretycznie tłumaczyło recenzenckie zachwyty, które gromadził dotychczas na jego łamach. Otóż tekst Landry'ego przełamuje ten schemat, co jest całkiem odważne ze strony Delluca, który potrafił docenić dobrą robotę krytyczno-filmową, ale niekoniecznie w stu procentach pozytywną, ale też pokazuje jakim zaufaniem cieszył się sam autor tekstu. Landry narzeka trochę na nieobecność Rogera Karla, który grał męża młodej kobiety. Zwraca uwagę również na niezdecydowanie realizatorskie: czasem pokazuje za dużo, czasem za mało, ale nigdy nie robi tego źle. (Na marginesie:: to chyba pierwszy tekst recenzencki w ogóle z jakim znalazłem, w którym ktoś wymienia z nazwiska operatora kamery!). Poza tym Landry w pięknym stylu rozpływa się nad arcydzielnością Kobiety...
  • 18. Według angielskiej Wikipedii oficjalna premiera we Francji miała miejsce 26 lipca, 1922 roku. W paryskich kinach wtedy żadnego pokazu nie było, więc jak sądzę sierpniowy wysyp recenzji jest wynikiem jakieś pokazu prasowego, albo czegoś w tym stylu. To jest trochę sprawa dla reportera, bo mogę wychodzić z błędnego założenia, że skoro filmu nie wyświetlano w wcześniej w Paryżu, to nie wyświetlano nigdzie we Francji. W każdym razie wyjątkowo zrobiłem screen z wynikami wyszukiwania tytułu filmu, żeby było widać ilość zaplanowanych seansów w paryskich kinach...
  • 19. ...tymczasem dwa tygodnie później miał miejsce tylko jeden seans. Film okazał się kompletną porażką. Do końca istnienia magazynu (1923) nie było wzmianki o Kobiecie... . Nawet w repertuarach kin w Paryżu go już nie wyświetlono. Mogę sobie tylko wyobrazić co czuł wtedy Delluc. Szczególnie, że przy tak fantastycznej recepcji krytycznej, nic nie zapowiadało takiej klęski. Współcześnie uważa się go za arcydzieło awangardy filmowej.
  • Na osłodę pozytywna recenzja, autorstwa René Jeanne'a. opublikowana w magazynie, którego, tak na marginesie Delluc kiedyś również był naczelnym redaktorem. W zasadzie nie ma tu niczego, co by się nie pojawiło w innych tekstach. Zastanawiająca jest tylko ostatnia uwaga. Czy to może być prztyczek w kierunku Louisa Feuillade'a i jego seriali kinowych?


Das cabinet des dr. Caligari (Gabinet doktora caligari, 1920, reż. Robert Wiene)

To jeden z największych hitów, w chwili premiery, z puli filmów tegorocznej edycji Festiwalu Filmu Niemego.

W prasie można było odczuć, że ten film ukształtuje historię. Recenzenci nie mieli wcześniej z czymś podobnym do czynienia. W Stanach porównywano film Wiene do prozy Edgara Alan Poego i a scenografię do obrazów Picassa. Z drugiej strony wybuchły protesty, nawołujące do bojkotu tego filmu, który miał zajmować czas ekranowy rodzimym produkcjom. Znalazłem artykuł pokazujący absurd tych protestów. Polecam zerknąć.

  • 1. Zaczynamy nieco zabawnym, z dzisiejszej perspektywy newsem z amerykańskiego magazynu. Meble są stawiane do góry nogami, fururystyczny film czy Drzwi otwierają się na boki - takie tajemnicze określenia pokazują, że do Stanów miał być niebawem film radykalnie różniący się od tego co dotychczas oglądali Amerykanie.
  • 2. Pierwsza wskazówka, że rozpoczęło się poruszenie na amerykańskim rynku filmowym, w związku z importowanymi z zagranicy (w domyśle z głównie z Europy) filmów. Studzi się emocje wskazując, że nie będą one miały większego wpływu na frekwencję na filmach produkcji amerykańskiej, zresztą większość z nich i tak nie przechodzi przez cenzurę, która obowiązuje w wielu stanach.
  • 3. Recenzentkę, Marion Russell film rozczarował, ale domniemuje, że to co przyciąga tak bardzo widzów do kin to fantastyczna aura filmu i jego zwroty akcji. Dwukrotnie zwraca uwagę, że film Wienego nie nadaje się dla kobiet i dzieci, którzy mogą źle znieść drastyczność filmu. Kolejny raz pokazuje, że publiczność amerykańska nie była przyzwyczajona do tak mrocznych obrazów i mierzyła się z czymś nowym czego jeszcze na ekranach kin nie widziała.
  • 4. Amerykański/a redaktor/ka konstatuje z pewną rezerwą, że w ekspresjonizmie filmowym widać pewien potencjał, jednak jest on dotychczas niewykorzystany i trudno na podstawie kilku tytułów wyrokować, w którą stronę on się rozwinie. Podaje również nazwisko artysty, który był autorem scenografii opartej na zakrzywionej perspektywie, jednak nie udało mi się nic o nim znaleźć. Pani ze zdjęcia jeszcze w prasówce wróci.
  • 5. Agnes Smith jest Caligarim  z b i t a  z  t r o p u. Zaznacza, że widownia musi się przygotować na wpływ jaki będzie miał ten film również na kinematografię amerykańską., nazywając go najważniejszą i najbardziej znaczącą produkcją roku. Zaznacza prawdopodobne inspiracje malarskie oraz już drugi raz w tej prasówce pojawia się odwołanie do twórczośći Edgara Alana Poego. Wskazuje również na unikalną pespektywę narracji - osoby psychicznie chorej, czego do tej pory nikt na ekranie w USA nie oglądał.
    (w gratisie otrzymujecie recenzję filmu z bohaterką innej edycji Festiwalu Filmu Niemego - Gypsy blood >>u nas znany pod tytułem Carmen<< z Polą Negri w reżyserii Lubitscha). Trochę mnie rozbawiło dodanie kategorii wartość rozrywkowa a jeszcze bardziej przyporządkowanie.
  • 6. W tekście zwrócono uwagę, że nie jest to pozycja, po której można spodziewać się szczęśliwego zakończenia i generalnie jest to film dość przygnębiający. Znowu pada nazwisko Poego a scenografię określono jako prawie namacalną. Pojawia się również ciekawe spostrzeżenie, że film wygląda tak świetnie przy niewielkim budżecie, tymczasem amerykańscy producenci wydają spore pieniądze na pojedyncze tylko sceny.
  • 7. Oho, mamy to! Prawdziwe oburzenie, że niemieckie, miernej jakości filmy zalewają amerykańskie kina a rodzimych produkcji nikt nie chce oglądać. Bardzo zjadliwy tekst, na którego weryfikację nie am możliwości. Trzeba by sprawdzić czy faktycznie było tak jak pisze autor z miernym poziomem tych filmów i czy faktycznie zalegały niesprzedane stosami na półkach. Jednak histeryczny ton ten wypowiedzi, zahaczający w jednym miejscu o ksenofobię każe mi traktować ten tekst z dystansem. Polecam przeczytać całość.
  • 8. Całkiem zabawna, krótka notka. Uwielbiam ten cytat:

Being a reasonably calm, ordinary sort of individual we left the theater believing strongly that the author of the picture was a little mad, the director a little madder, the actors engaged quite mad indeed.

Oprócz tego pojawia się obowiązkowo nazwisko pewnego znanego amerykańskiego pisarza.

  • 9. O! Jakże piękny komentarz do tekstu z punktu siódmego. Przy okazji na samym początku dowiadujemy się o protestach w Los Angeles, które wybuchły przy okazji wprowadzenia Gabinetu... do amerykańskich kin. Dodam w najbliższym czasie dokładną datę tych protestów. A, poza tym po prostu polecam tekst.
  • 10. / 11. / 12. Bardzo ciekawy artykuł napisany przez S. S. Van Dine'a, piszącego tutaj pod swoim stałym pseudonimem - Willard Huntington Wright. Jest to bardzo wnikliwa analiza scenografii Gabinetu doktora Caligari.
  • 13. Proponuję zabawę: znajdźcie tytuł reklamowanego tutaj filmu 😂 Zastanawia mnie czy taka forma reklamy przykuwała uwagę odbiorcy. Z drugiej strony, reklamy kiedyś diametralnie różniły się od tego co otrzymujemy teraz, więc i percepcja widza była trochę inna.
  • 14. Jeszcze jedna wzmianka o protestach.
  • 15. Wparcie estetyczne. Jedno z wielu dla tego filmu w europejskiej prasie.


Mocny człowiek (1929, reż. Henryk Szaro)

Szaro, czy raczej Chmara, jak sugerują wycinki prasowe, byli pod ewidentnym wpływem ekspresjonizmu niemieckiego, chociaż niektóre techniki zastosowane w tym filmie (takie jak liczne przenikania obrazu) przywołują na myśl rosyjską szkołę filmową. Kto by pomyślał, że Szaro, kojarzony głównie z komediami ma w dorobku tak szalony a zarazem spójny realizacyjnie film.

Uważam za skandal, że ten tytuł nie doczekał się jak dotąd jakiegoś porządnego wznowienia na Blu-Ray. Film został wydany x-lat temu na DVD z muzyką nagraną przez Macieja Maleńczuka. Muzyka ta jest nagrana jakby do zupełnie innego filmu, kompletnie nie oddająca klimatu tego co się dzieje w filmie. Na płycie dołączono miernej jakości dodatki (chociaż jak na tamte czasy do i tak dużo). Fizyczne egzemplarze sprzedawane są na aukcjach za ceny dochodzące tysiąca złotych. Czy doczekamy się w końcu jakiegoś sensownego wydania?

Screeny otrzymałem od Michała Pieńkowskiego, za co mu serdecznie dziękuję. Przekopywanie się przez polskie archiwa gazetowe wydłużyłoby pracę nad tym projektem o kilka tygodni.

  • 1. / 2. Kino polskie wstaje mozolnie z kolan. We wstępie tej krótkiej oceny recenzent wskazuje, że to już czas, by oczekiwać dobrych filmów całościowo i nie trzeba zachwycać się pojedynczymi scenami. Poza jednym aspektem, film Szaro wypadł całkiem nieźle. Recenzent wskazał również możliwy wkład Grzegorza Chmary (Bielecki) w ostateczny wygląd filmu, który w oku piszącego nadał mu jakąś trochę obcą fizjonomię.
  • 3. Wywiad z odtwórca głównej roli, Grzegorzem Chmarą. Ujmuje mnie akapit bezpośrednio poprzedzający pierwszą wypowiedź. Aktor opowiada o pracy przy filmie Szaro i doświadczeniu przy pracy z Raskolnikowem Wiene.
  • 4 Wywiad z Andrzejem Strugiem, który opracował tekst Mocnego... . Opowiedział trochę o koniecznych zmianach w konstrukcji głównego bohatera, w stosunku do oryginału literackiego. Swoją drogą co to oznacza, że opracował? Przygotował tekst oryginału do spisania scenariusza?
  • 5. Reżyser o mękach jakie przeżywał przy montażu Mocnego człowieka.
  • 6. Streszczenie z króciutką oceną. Zwróćcie uwagę na opis przy Charakter filmu!
  • 7. Wywiady z Arturem Sochą (Górski) i Marią Madrowicz (Nina). Aktor i aktorka opowiedzieli o swoich przygotowaniach do roli.
  • 8. Streszczenie filmu plus gwarancja wyniesienia jakości filmu polskiego na wyższy poziom. Pojawia się nazwisko włoskiego operatora filmowego, który pracował wcześniej przy Quo Vadis.
  • 9. Krótkie omówienie podstawy literackiej filmu Szaro. Dotychczasowe dokonania tego reżysera, każą wierzyć w powodzenie tego filmu.
  • 10. Krótka wzmianka o filmie ze wskazaniem jego walorów artystycznych.
  • 11. Reklama repertuaru. Bonus: Jackie Coogan w filmie dla dorosłych pt. Jackie u ludożerców 🤣
  • 12. Jedyna, ale jakże ciekawa wzmianka o Mocnym człowieku w amerykańskiej prasie do jakiej udało mi się dotrzeć. Zastępca komisarza ds. handlu, Gilbert Redfren pisze o trudnościach z jakimi boryka się polski przemysł filmowy. Trudnościach związanych z tendencją do udźwiękowiania filmów. Redfren wskazuje jednakże, że jest również dużo korzyści w związku z tym opóźnieniem. Gdyby ktoś chciał się o tym więcej dowiedzieć polecam wykład dr. hab. Nataszy Korczarowskiej-Różyckiej z 2017 roku. Do zobaczenia TUTAJ.

La Passion de Jeanne d'Arc (Męczeństwo Joanny d'Arc, 1928, reż. Carl Theodor Dreyer)

Przyznam się Wam w tajemnicy, że obejrzałem ten film na przyspieszeniu, w celu spisania swoich wrażeń w kilku zdaniach na potrzeby tej prasówki. Nie wiem czy w prędkości standardowej nie będzie mnie nużył (jak niektórych recenzentów poniżej), jednak zrobił na mnie ogromnie wrażenie. Słyszałem oczywiście wcześniej, że te film jest emocjonalnie trudny do zniesienia, dlatego też tak długo odwlekałem seans. Kiedy film się skończył, dochodziłem do siebie kilka minut. Nie byłem przygotowany na tak emocjonalny finał. Jego montaż to mistrzostwo budowania napięcia. Obejrzałem całość będąc niemożebnie smutnym, a koniec dodatkowo oglądałem na skraju kanapy.

Czy podobne emocje towarzyszyły krytykom w okolicach premiery? Polecam sprawdzić, znalazłem bardzo ciekawe teksty.


 

  • 1. / 2. Filmowe cierpienie jeszcze nigdy nie było tak blisko fizycznego terroru - pisze Pierre Audard.
  • 3. / 4. / 5. / 6. Dla równowagi negatywne oceny Męczeństwa... . Pierwsza w ramach recenzji Jedenastego Wiertowa, filmu bezpośrednio poprzedzającego Człowieka z kamerą. Nie lubię filmów które mnie nudziły - pisze. Autor obiecał rozwinąć dlaczego nienawidzi tego fałszywego filmu. Niestety niczego nie znalazłem. Drugi tekst autorstwa Denisa Mariona jest rozliczeniem z dokonaniami awangardzistów francuskich takich Epstein, Dulac czy L'Herbier. Ciekawy tekst będący dowodem na to, na jakim etapie była ówczesna wrażliwość krytyczno-filmowa we Francji w tamtym czasie.
  • 7. W tym newsie film Dreyera określony jest jako najlepszy film wyświetlany w brytyjskim kinie Roxy.
  • 8. Kilka ciekawych faktów dotyczących  filmu Dreyera - długość trwania zdjęć, nazwisko ich autora, budżet.
  • 9. / 10. / 11. Grafiki promujące Męczeństwo..., jako niezwykłe osiągnięcie filmowe i superprodukcja z Francji, tej samej produkcji, która dała światu Napoleona Gance'a.
  • 12. Recenzentowi film generalnie się podobał, chociaż jego monotonna narracja momentami go/ją nużyła. Zwraca uwagę również, że film zyskałby na płynności, gdyby był nakręcony z dźwiękiem. Jak myślicie?
  • 13. Trochę kuriozalny tekst, o tym że co jakiś czas będzie się kręcić na nowo historię Joanny d'Arc i jedna z nich będzie w kolorze, żeby pokazać jej piękny (chyba?). Ostatniego zdania kompletnie nie rozumiem. Zostawiam jako ciekawostkę 🤷‍♂️
  • 14. Znane są problemy filmu z amerykańską cenzurą. W tym newsie można wyczytać, że Męczeństwo... zostało zaakceptowane. Swój wkład w akceptację miał krytyk i pisarz George Bernard Shaw, autor sztuki opartej o życie męczenniczki, której film Dreyera nie jest adaptacją. Pojawia się również komentarz pisarza odnośnie filmu.
  • 15. / 16. / 17. / 18. Kolejne złoto, które znalazłem w magazynie o jakże znamiennym tytule. Długi analityczny tekst, autorstwa Wernera Klingera dotyczący technik filmowej narracji zastosowanych w filmie Dreyera. Swoją drogą to znamienne, że tekst został napisany w kraju, w którym narodził się niemiecki ekspresjonizm.
  • Recenzja z literówką w tytule. Tekst dotyczy nowej wersji Męczeństwa..., która była dystrybuowana na terenie USA w lektorem tłumaczącym narrację. Z dzisiejszej perspektywy można odbierać taki zabieg jak profanację, jednak na tamtym etapie odbiorcy odczuwali zmęczenie kinem niemym. Wg tekstu z punktu 12. taka wersja była pożądana, a autor powyższej recenzji był z powstałego efektu zadowolony. Trudno wyrokować na podstawie jednej wypowiedzi czy był to zdanie większości krytyki / odbiorców. Temat do rozwinięcia. Na BluRay'u Criterion Collection jest dokument poświęcony różnym wersjom tego filmu. 


Alice in wonderland (Alicja w krainie czarów, reż. W.W. Young, 1915)

Idealny film by z nim dorastać.

Jak zresztą sama książka, której film jest całkiem dokładną ekranizacją. Świat dorosłych w tym filmie, jest enigmatyczny, niebezpieczny i mroczny. Dla najmłodszych widzów będzie dziwaczny, może nawet trochę zabawny, dla nastolatków będzie uosabiał sporo lęków związanych z dorastaniem a starsi widzowie, mogą wpaść w zadumę, nad uniwersalnymi, niemal filozoficznymi, problemami przedstawionymi w filmie Younga. Swoją drogą Young był (wg IMDB) psychologiem dziecięcym, z dorobkiem dwóch filmów w karierze. Drugim był Mistery of life z 1930 roku. Twórcy zależało chyba na zadawaniu ważkich egzystencjalnych pytań, sądząc po doborze tematu swoich filmów. Szkoda, że tak mało informacji o nim można znaleźć.

Najważniejsze w kontekście tego filmu to obłędne kostiumy i charakteryzacje. Czekam kiedy film wyjdzie w lepszej jakości, żeby się napatrzeć na detale. W prasówce troszkę tego widać.

  • 1. Recenzentka zachwyca się filmem Younga. Rolą Savoy, zabawnym królikiem czy sprytną myszą. Według autorki film jest idealny dla dzieci.
  • 2. Tutaj z kolei wskazuje się na mnogość następujących po sobie wątków, a jednocześnie wskazuje na wspaniałą realizację.
  • 3. Informacja o pokazie zorganizowanym dla sierot oraz o zwrocie kosztów biletu dla harcerzy w kinie niedaleko Nowego Jorku.
  • 4. Przyznaję: nie rozumiem tego akapitu. Myers ma bogaty dorobek, ale Alicja... do niego nie należy. Do poprawy, zastąpię to jakimś innym screenem.
  • 5. Kilka miesięcy po premierzy filmu w lutym, zmarła Lotta Savoy (lub Savey) matka aktorki grającej tytułową rolę, Violi. Nie jest znana dokładna pisownia nazwiska. Więcej szczegółów TUTAJ
  • 6. Reklama filmu zachęcająca m.in. rekomendowanie filmu dla dzieci w szkołach publicznych.
  • 7. Kolejna pochwała w kierunku ekranizacji bajki Lewisa Carrolla. Wskazuje się na wierność oryginałowi i rysunkom, które do książkowej wersji wykonał John Tenniel.
  • 8. / 9. 10. / 11. / 12. Wersja filmu, którą możecie zobaczyć w internecie, jest w jakości DVD (720p), co odbiera trochę przyjemność z oglądania. Dlatego zazdroszczę osobom, które miały okazję oglądać ten film na krakowskim festiwalu. Tutaj widać namiastkę, tego jak wygląda film w dobrej jakości. Dwie strony wybranych najciekawszych kadrów z filmu Younga w dobrej jakości. 


Assunta Spina
(1915, reż. Francesca Bertini, Gustavo Serena)

Bertini uważała się za prekursorkę neorealizmu włoskiego. Na pewno w powyższym filmie pokazała podobną wrażliwość. Assunta Spina to portret jednostki żyjącej w małym miasteczku, którego rytm wyznaczają posiłki, religia, praca. Bohaterka cały czas jest portretowana na tle krajobrazów, budynków miejskich czy wśród tłumu.

Niestety włoska prasa, która wspomina film Bertini jest w trzymana w koszmarnej jakości na archive,org a druga baza jest ciągle zamknięta i nie mam do niej dostępu. Mimo wszystko, coś udało się znaleźć. W pliku PDF znajdziecie jeszcze opowiadanie i sztukę, które stały się podstawą do nakręcenia tego filmu.

A jeżeli ktoś chciałby posłuchać czegoś więcej na temat filmu, zapraszam do odsłuchu odcinka Accademii Filmu Włoskiego od Diany Dąbrowskiej, z moim skromnym udziałem. LINK

  • 1.  Cine Mundial to hiszpańskojęzyczna wersja magazynu Motion Picture News, na Amerykę Łacińską. Tutaj Ricardo Marino pisze o trudnościach związanych z dystrybucją filmów w Ameryce Łacińskiej. Wymienia filmy Bertini w tym Assuntę Spinę w gronie tych, które odniosły sukces w Hawanie w Meksyku, przy okazji wychwalając aktorstwo włoskiej diwy. Zapowiada również wyświetlanie kolejnych filmów z jej udziałem.
  • 2. I wracamy do artykułu, którego fragment był widoczny przy okazji tekstu o Caligarim. Ciekawy tekst analizujący współpracy włoskich i amerykańskich dystrybutorów. Amerykanie nie otrzymują filmów, za które rzekomo zapłacili, a Włosi mają nazywać kolegów po fachu złodziejami. I tak to się kręci. Polecam tekst.


Opium (1919, reż. Robert Reinert)

Ciekawy film, chociaż z dość nużącymi i powtarzalnymi retrospekcjami. Gdyby je ograniczyć film mógłby być piętnaście minut krótszy i byłby dużo bardziej zwarty narracyjnie. A tak widz jest prowadzony za rączkę, żeby przypadkiem się nie zgubił w opowieści. Ciekawy przypadek filmu ekspresjonistycznego z wątkiem przestrogi przed braniem narkotyków.

To mógłby być nieoficjalna pierwsza część historii Gabinetu Doktora Caligari. Grają tutaj zarówno Werner Krauss jak i Conrad Veidt. Widzę to tak: chiński diler opium wychodzi z więzienia i wskrzesza Richarda, który w Opium zginął. Czyni go somnambulikiem-zombie-mordercą na własnych usługach. Caligari, bo takie nazwisko przyjął handlarz, stał się żądnym zemsty na świecie człowiekiem, za krzywdy, które mu wyrządzono odbierając środki do życia.

  • 1. / 2. Najmocniejszy film jaki kiedykolwiek wyprodukowano w Niemczech - wiem, że reklama rządzi się swoimi prawami, ale znajduję to całkiem zabawnym. Mocne słowa, jak na film, który miał prawie zerową promocję w prasie. Ale za to jest to jedyna reklama w tej prasówce, która zajmuje aż cztery strony magazynu (po dwie w różnych częściach tego samego numeru).


Schatten - eine nächtliche halluzination (Cienie, reż. Arthur Robison, 1923)

Mój ulubiony film tej edycji krakowskiego festiwalu. Film bez plansz dialogowych, w całości opierających się na ekspresjonistycznej grze aktorów. Tytułowe cienie są tutaj odpowiednikiem emocji bohaterów. Czasem są rozmyte, często przerastają swoich właścicieli, czasem pełnią funkcję przedstawienia magicznego, który działa jak nośnik emocji w kierunku widza. Takich autotematycznych wątków jest tu kilka. Na nich również opiera się finałowy twist, będący zaskakującą afirmacją ludzkiej natury - nawet jeśli targają nami sprzeczne emocje, to odpowiednio poprowadzone emocje (w filmie przez kogoś na kształt bożka Hermesa lub Amora) odkrywają naturalne piękno ludzkiej duszy. Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale jest to dość unikalne podejście w ekspresjonizmie, który meandrował mroki ludzkiego umysłu. Czy to nie brzmi jak idealny film na święta? 😁

Seans Cieni w Czerwonej Sali w Kinie Pod Baranami ilustrowany był absolutnie fantastyczną muzyką na żywo autorstwa duetu Eta Hox & Pruski. Miks niskich basów na pierwszym planie z wysokimi na drugim, dał odpowiednio niepokojący efekt, ilustrujący to co dzieje się w duszach bohaterów filmu Robisona. Chapeau bas!

Niestety, film był prawdopodobnie bardzo niszową produkcją, gdyż jego promocja w ówczesnej prasie była znikoma. A szkoda, bo reklamy z kadrami filmów mogłyby wyglądać całkiem zacnie i przykuć uwagę widzów.

 

  • 1. Pierwszą ciekawszą wzmiankę o filmie Robisona znalazłem w amerykańskim Variety. Cienie według autora/ki są niepodobne do jakiegokolwiek filmu, który wcześniej powstał i z pewnością nikogo nie pozostawi obojętnym. Zwraca również uwagę, że w Wielkiej Brytanii trzeba było czekać, aż dwa lata na wprowadzenie tego filmu do kin.
  • 2. Sekcja, w której pojawia się wzmianka o Cieniach nazywa się Co myślicie? Wasze poglądy i nasze. Tymczasem trochę mi zajęło co tutaj jest poglądem redakcji. Czytelnik pyta czy jest szansa na poświęcenie całej strony niemieckiemu filmowi, rozpisując swoją interpretację, będącą alegorią napięć między państwami w tamtym czasie. Odpowiedź redakcji: Genialna sugestia. Tekstu poświęconego Cieniom w tym magazynie nie znalazłem, ale poszukam kiedyś.
  • 3. Nie znalazłem żadnej informacji o tej organizacji. Na pewno nie jest ona powiązana z BFI, które powstało w 1933 roku. Na pewno ten akapit pokazuje, że istniała silna potrzeba wprowadzania do brytyjskich kin filmów o wysokim walorze artystycznym, a do takich zaliczają się tutaj Cienie czy Caligari

Zarys historyczny przełomu dźwiękowego w kinie indyjskim

Zarys historyczny przełomu dźwiękowego w kinie indyjskim


Klasyczne indyjskie ragi często były wygrywane przez akompaniatorów w czasie kina niemego w indyjskich tanich kinach. Tutaj  wykonywana przez Anoushkę Shankar, jedną z najwybitniejszych współczesnych piosenkarek i muzyczek z tamtego kraju.

Okres przełomu dźwiękowego w indyjskiej kulturze był naznaczony ogromnym oddziaływaniem kultury zachodniej i walką i wpływy nie tylko pieniężne, ale również o zachowanie tożsamości kulturowej w czasach kolonialnych.

Kina Indii Brytyjskich, bo taka była oficjalna nazwa tego państwa w latach 1858–1947, zalewane były produkcjami ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Francji, Wielkiej Brytanii i wielu innych. Jednocześnie lata ’20 były szczytem popularności niemych filmów na terenie Indii. Pierwszym dźwiękowym filmem wyświetlanym w Indiach był jednocześnie pierwszym „talkie” wyprodukowanym przez studio Universal – Melody of love (1928). Pokaz miał miejsce w 1929 roku w Kalkucie, zaledwie kilka miesięcy po amerykańskiej premierze. Dwa lata później miał premierę w pełni indyjski udźwiękowiony film Alam Ara w reżyserii Ardeshira Iraniego. Żadna kopia tego filmu nie została odnaleziona.

Pictures: Rare stills from India&#39;s first talkie, Alam AraAlam Ara (1931), o fabule będącego historią miłości pomiędzy cyganką i księciem przeczytacie na Wikipedii TUTAJ

Między innymi powyższy fakt uniemożliwia określenie jaka muzyka była grana w trakcie seansów filmów niemych. Pierwszy dźwiękowy film indyjski mógłby stanowić pomost w tej kwestii między dwiema epokami kina w Indiach. Wiadomo na pewno, że pokazy filmów niemych były silnie podzielone klasowo: Europejczycy odwiedzający tamtejsze kina i wykształceni Indusi słuchali w trakcie pokazów muzyki granej przez fortepian czy małą orkiestrę; w kinach przeznaczonych dla niższych warstw społecznych można było usłyszeć harmonie i tradycyjnej indyjskiej tabli, które są podwójnymi drewnianymi, glinianymi lub miedzianymi bębenkami. „Zeuropeizowane” kina stanowiły około 25% wszystkich trzystu pięćdziesięciu kin w Indiach Brytyjskich (wg pierwszego raportu Indyjskiego Komitetu Kinematograficznego z 1927 roku). Można było w nich usłyszeć muzykę klasyczną w stylu Beethovena czy Mozarta, ale także muzykę taneczną importowaną z, szeroko rozumianego, Zachodu. Natomiast w tańszych kinach można było usłyszeć popularne piosenki teatralne, religijne, ludowe oraz tzw. ragi, będące częścią kanonu indyjskiej muzyki. Zatrudnianie takich akompaniatorów znacznie obniżało koszty utrzymania kina. Wyobrażacie sobie zobaczyć Generała Keatona z ragą w tle? Teraz już wiem, że muszę sobie taki seans w domu zrobić!

Wejście dźwięku do kina indyjskiego diametralnie zmieniło jego oblicze. W przeciągu trzech lat licząc od roku 1930 ilość filmów indyjskich wzrosła z 24 do 120 rocznie. Od tego momentu stała się poważnym konkurentem dla filmów zagranicznych. Jak pisze Alison E. Arnold w Hindi Hindi fīlmi gīt: On the history of commercial Indian popular music (University of Illinois, 1991):

Sound film production not only put an end to the live, incidental music accompanying silent film but presented an immediate need for musical composition integral to the sound film. The success and popularity of Ardeshir Irani's first 'musical' talkie encouraged successive filmmakers in the 1930s to follow suit and incorporate an average of eleven or twelve songs and several dances in to their three hour Hindi films.

Autorka wskazuje również jakie problemy wynikają z braku precyzyjnych informacji na temat muzyki granej do filmów w większości indyjskich kin:

The lack of precise information regarding musical accompaniment for Indian silent films renders any connection between this and the early film songs difficult to draw. According to journalist V. A. K. Ranga Rao, songs for the first Indian talkies were all taken from stage dramas of the time (Hindi, Marathi, and Parsi), which were themselves based on Indian light classical music, or in some instances from Indian classical music or foreign music, as in the use of English music hall songs to accompany scenes of revelry. The heavy influence of stage music resulted from the predominance of former stage musicians as film music composers during the first three years of sound film; only in the mid 1930s did people with no stage background begin to enter the field of film music composition.

Wprowadzenie dźwięku do kina indyjskiego pokazuje jak ogromną rolę muzyka odgrywa w kulturze indyjskiej oraz jaki miała przemożny wpływ na podtrzymanie tradycji wśród narodu indyjskiego w trudnych czasach kolonializmu. W naszym kręgu kulturowym zniosła wiele blokad technicznych, a przeładowane tekstem plansze przestały być problemem. W Indiach wprowadzenie dźwięku w filmie pozwoliło na zwiększenie wpływów z filmów indyjskich a tym samym podtrzymanie tradycji i tożsamości narodowej u obywateli tego kraju.

Pierwszą śpiewającą gwiazdą kina indyjskiego był K. L. Saigal. Ten Pan niebawem będzie bohaterem kolejnej notki z cyklu Muzyczne Podróże z Panem Klatkiem.


„The Little Lord Fauntleroy" (1921), reż. A. E. Green, J. Pickford

„The Little Lord Fauntleroy" (1921), reż. Alfred E. Green, Jack Pickford

Jednym z największych hitów w dorobku Mary Pickford, najpopularniejszej amerykańskiej aktorki kina niemego, był The Little Lord Fauntleroy z 1921 roku. Jego premiera był wypadkową kilku nieprzypadkowych decyzji aktorki, a pozycja Mary Pickford w świecie przemysłu filmowym była tak duża, że gwarantowała jej sporą swobodę twórczą.

Na początku kilka informacji na temat różnych wytworów kultury, który wpłynęły na ostateczny kształt The Little Lord Fauntleroy.

Film jest adaptacją jednej z najsłynniejszych powieści Frances Hodgson Burnett, autorki takich pozycji jak The Secret Garden (Tajemniczy ogród) czy The Little Princess (Mała Księżniczka). Little Lord Fauntleroy była jedenastą powieścią w jej dorobku, ale pierwszą, której grupą docelową była młodzież. Sukces książki zachęcił niejakiego E. V. Seebohma do przeniesienia fabuły na deski teatru bez porozumienia z autorką literackiego oryginału. Kiedy Burnett skontaktowała się z nim w celu ściągnięcia sztuki z afisza, Seebohm w zamian zaoferował jej udział w zyskach. Burnett odrzuciła tę propozycję. Postanowiła za to napisać swoją sztukę pod znamiennym tytułem The Real Little Lord Fauntleroy, która odniosła spory sukces frekwencyjny. Następnie wytoczyła sprawę Seebohmowi o naruszenie praw autorskich. Jej wygrana ustanowiła precedens w przypadku dochodzenia praw do scenicznych adaptacji dzieł literackich [1].


Z lewej strony jedna ze scen The Little Lord Fauntleroy z Mary Pickford w roli głównej, z prawej jedna z ilustracji autorstwa Reginalda B. Bircha.

Powieść Burnett miała spory wpływ na modę wśród nastoletnich chłopców. Autorem ilustracji do pierwszego wydania książkowego tej historii, w 1886 roku, był Reginald B. Birch. On z kolei wzorował wygląd głównego bohatera, Cedrika, na Busterze Brownie. Był on postacią komiksową autorstwa jednego z ojców medium komiksowego, Richarda F. Outcaulta. Jego seria pasków komiksowych o Busterze Brownie opowiadała o przygodach psotnika z bogatej rodziny, jego przyjaciółki Mary Jane oraz pierwszego komiksowego psa, który mówił. Imię Browna Outcault zapożyczył najprawdopodobniej od Keatona, który był w tamtym czasie popularnym dziecięcym aktorem wodewilowym, występującym z rodzicami pod szyldem Three Keatons.


Buster Brown i jego pies rasy pitbulterier o imieniu Tygrys. Trochę niepokojący ten piesek.

Outcault tworząc postać Bustera Browna inspirował się ubiorem młodego Księcia Edwarda (późniejszego Edwarda VII-go). Królowa Wiktoria ubierała syna na wzór brytyjskich żeglarzy. Po premierze książki, strój stał się bardzo popularny wśród biedniejszych rodzin, które próbowały ukrywać pochodzenie swoich synów, dzięki tej królewskiej stylizacji. Strój Bustera Browna składał się z (za Wikipedią):

(…) a belted, double-breasted tunic or jacket worn with a large round collar, floppy bow, and shorts or knickerbockers.

Bardzo często strój Bustera Browna noszono do fryzury typu pageboy 1. Młody Książę Edward, syn Królowej Wiktorii. 2. Historia zatoczyła koło: Buster Keaton w stroju Bustera Browna. Prawda, że wygląda uroczo? 3. Audrey Tatou jako Amelia we fryzurze w stylu pageboy. 4. Postać He-mana również nosiła ten fryz. W dodatku tutaj  za przyjaciela ma prawdziwego tygrysa a nie udawanego jak Buster Brown.

Sophie Warner, która była autorką kostiumów w The Little Lord Fauntleroy z dość dużą dokładnością odtworzyła strój z ilustracji książkowej wersji Małego Lorda, który nosiła w filmie Mary Pickford. [2].

Współcześnie Amerykanie kojarzą wizerunek Bustera Browna głównie z reklam Brown Shoe Company, firmy obuwniczej która wykupiła prawa do używania tej postaci w 1904 roku. Jedną z tych reklam możecie zobaczyć TUTAJ.

Wróćmy do powieści Burnett i jej adaptacji. W rolę Małego Lorda nie pierwszy raz wcieliła się aktorka. Podobna sytuacja miała miejsce w czasie od 3 grudnia 1888 do 11 maja roku następnego. W tym okresie na deskach Broadway Theatre wystawiana była wersja Małego Lorda scenariusza samej Frances Burnett [4]. W głównej roli wystąpiła siedmioletnia wówczas Elsie Leslie – w swoim czasie najpopularniejsza i najlepiej opłacana dziecięca aktorka w USA. Podobno jej charakter był bardzo podobny do postaci, którą grała – mówiono, że była przemiłą i  komunikatywną osobą.


Leslie Elsie jako Cedric Fauntleroy w sztuce napisanej przez autorkę książkowego powieściowego oryginału, Frances Hodgson Burnett.

Dla Mary Pickford film The Little Lord Fauntleroy był drugą w karierze ekranizacją powieści Burnett. W 1917 roku dwudziestopięcioletnia wówczas aktorka zagrała w The Little Princess (Mała Księżniczka 1917, reż. Marshall Neilan) główną rolę dziesięciolatki Sary Crew, córki wdowca, brytyjskiego żeglarza pracującego na terenie Indii czasów kolonialnych.

W chwili premiery prasa chwaliła film za antydyskryminacyjny wydźwięk i polecała go zwłaszcza na okres zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia [4]. Aktorka, mierząca wtedy 154 centymetry, mówiła później, że cała organizacja planu filmowego było podporządkowane ukryciu jej faktycznego wieku i wzrostu:

I was supposed to look like a girl of eight or ten. In order to create the illusion of small child everything I touched had to be a third bigger than life. That was the first time artificial proportion was used on the screen. If I touched a glass it would be a third larger than the actual glass. Knobs of doors were both larger and higher, and of course the people I worked with were selected for their abnormal height. [5]

The Little Princess (Mała Księżniczka 1917, reż. Marshall Neilan) .

Podwójna rola Pickford w The Little Lord Fauntleroy nie była pierwszą tego typu w jej karierze. Z ważniejszych filmów należy tu wymienić Rags (1915) i Stella Maris (1917). Ten ostatni jest o tyle ważnym tytułem, że obydwie postaci grane przez Pickford kilkukrotnie pojawiają się jednocześnie w kadrze.

Piszę o tych filmach nie bez powodu. Chciałem pokazać, że The Little Lord Fauntleroy, nie jest dziełem przypadku a konsekwencją wielu świadomych wyborów Pickford: od wyboru powieści do adaptacji, przez podwójną rolę (w tym jedną męską), na charakterze głównej postaci kończąc. Aktorka, która była również producentką tego filmu, miała ogromną władzę decyzyjną na planie. Dojście do takiego punktu w karierze było efektem jej ogromnej determinacji.


Mary utrzymywała bardzo dobre relacje ze swoją matką. Cały czas wzajemnie się wspierały. Więcej o tym możecie przeczytać na stronie fundacji Mary Pickford: KLIK

Mary Pickford, a właściwie Gladys Louise Smith, urodziła się 8 kwietnia w 1892 roku (niektóre źródła podają 1893 rok). Była najstarszą z trójki rodzeństwa, córką potomków angielskich imigrantów osiadłych w Kanadzie. Matka Mary, Charlotte również aktorka, pozwalała siedmioletniej wówczas córce występować w drobnych rólkach teatralnych. Zmusiła ją do tego kiepska sytuacja materialna rodziny. Jej mąż i ojciec Mary, John Charles Smith, zmarł w wyniku wypadku na parowcu linii Niagara Steamship Lines, na których był głównym kelnerem. Od tamtej pory, Mary przyjmowała z biegiem lat coraz większą ilość ról, by z czasem stać się główną żywicielką rodziny. Jej brat John Jack i siostra Charlotte Lottie również grali w filmach, ale nigdy nie odnieśli takiego sukcesu jak Mary [6].

Pickford zdała sobie sprawę, że w im większej ilości filmów będzie grać, tym większe zapotrzebowanie będzie na jej role [7]. Dzięki temu była w stanie zapewnić dochód swojej rodzinie. Jak wspominała po latach w wywiadzie była outsiderką, która poświęciła życie towarzyskie na rzecz tego, co kochała robić:

I suppose……it was that my pictures were my whole life, outside of my family. I never went any place. I never went to cafes, restaurants, never went dancing.  I had no social life whatsoever. My whole life was wrapped up in the creative.  As a mother lion or tigress, I had to assume the business role, in order to protect the thing I loved, my work……It was a protective measure……I run my own business; so I have to tend to these dry, dreadful meetings….I never enjoyed it, to tell you the truth….It’s just a foreign atmosphere that I dislike. There’s something about a typewriter that upsets me. It looks as if it’s going to bite me – I don’t know – I really detest it. [8]

Tess of the Storm Country (Tess z Burzy, 1914, reż. Edwin S. Porter). Film, który uczynił Pickford najważniejszą aktorką w USA.

Po premierze Tess of the Storm Country (Tess z Burzy, 1914, reż. Edwin S. Porter) Mary stała się jedną z najpopularniejszych aktorek w USA, o ile nie na świecie jak napisał w jej biografii Kevin Brownlow, słynny historyk filmowy. Dwa lata później wynegocjowała, jako pierwsza aktorka, kontrakt na ponad milion dolarów.

Emploi Pickford, które praktycznie nie wykraczało (zgodnie z panującym systemem gwiazd) poza postać tzw. ingénue (z francuskiego ingénu - pomysłowy, szczery), czyli prawdomównej, niewinnej i energicznej osoby, która często wikłała się w relacje z równie niewinnymi partnerami. Wizerunek granych przez Pickford postaci bardzo kontrastował z prawdziwym charakterem aktorki. Dwa lata po sukcesie filmu Portera, mogła nie tylko negocjować sobie stawki, ale także nadzorowała produkcję filmów z jej udziałem, dzięki firmie Mary Pickford Film Corporation [9]. Ich dystrybucją zajmowała się firma Artcraft, również pod czujnym okiem aktorki. Pickford przetarła szlaki na polu większej kontroli twórców nad ich filmami. Wszystko to osiągnęła w wieku dwudziestu czterech lat. I nie zamierzała na tym poprzestać.  5 lutego 1919 roku wraz z Charlesem Chaplinem, Douglasem Fairbanksem i Dawidem W. Griffithem została współzałożycielką firmy produkcyjnej United Artist, która była pierwszą tego typu firmą na rynku filmowym założoną przez reżyserów i aktorów na tak wielką skalę:

In 1919, Pickford, Fairbanks, Griffith, and Chaplin formed United Artists (UA). UA was not only a production company, but a distribution business, which offered filmmakers access to UA's own screens as well as the rental of temporarily unbooked cinemas owned by other companies. Producers who signed with UA were true independents: producing, creating and controlling their work to an unprecedented degree [10].

Od lewej: Griffith, Pickford, Chaplin (siedzi), and Fairbanks (ostatni z prawej) podpisują kontrakt na założenie firmy United Artist w 1919. Prawnicy Albert Banzhaf (z lewej) i Dennis F. O'Brien (z prawej) stoją w tle. Mary Pickford bardzo się spieszy na plan kolejnego filmu.

Mimo swojego kanadyjskiego pochodzenia Pickford szybko stała się ulubienicą Amerykanów. W 1916 roku wraz z Constance deMille, aktorką i żoną słynnego reżysera Cecila, założyła Hollywood Studio Club, akademik dla młodych kobiet działających w przemyśle filmowym. W 1921 roku została współzałożycielką i wiceprezeską Motion Picture & Television Fund [11]. Jest to działająca do dziś organizacja charytatywna wspierająca osoby z przemysłu filmowego i telewizyjnego, które mają ograniczony budżet. Ze względu na wsparcie, jakiego udzielała amerykańskiej armii podczas I Wojny Światowej, dostała tytuł honorowego pułkownika a marynarka wojenna nazwała ją swoją „Małą Siostrą”. Dzięki takim działaniom oraz wielu drobniejszym akcjom, jak wystawienie jednego ze swoich słynnych loków na aukcji charytatywnej czy publiczne całowanie flagi amerykańskiej, miała swoje stałe miejsce w sercach Amerykanów.

Podsumujmy, w momencie rozpoczęcia prac na planie The Little Lord Fauntleroy Mary America’s Sweatheart Pickford:

  • była jedną z najlepiej opłacanych aktorek w Hollywood
  • miała własną firmę produkcyjną
  • była współwłaścicielką niezależnej firmy produkcyjnej, w której miała równe udziały
  • ta sama firma miała zająć się współdystrybucją Małego Lorda
  • miała doświadczenie w graniu podwójnych ról w jednym filmie oraz wcielaniu się w dziecięce role w filmach, w których wykorzystywano podwójną ekspozycję.

Tak wielka swoboda twórcza i doświadczenie musiały zaowocować sukcesem.

Jak przyznaje Steve Massa w swojej książce Slapstick Divas: The Women of Silent Comedy Mary Pickford nigdy nie była aktorką stricte komediową, jednak miała ogromny talent komediowy, co wyróżniało ją od innych aktorek D.W. Griffitha (w latach 1909-1913 zagrała u niego w stu dwudziestu ośmiu filmach) [12].

Jej talent zarówno dramatyczny, jak i komediowy, doskonale widać w filmie The Little Lord Fauntleroy. Z jednej strony widzimy role Cedrika – uroczego, kipiącego pozytywną energią chłopca, który jest przekonany, że zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych. Pewnego dnia zostaje mu zakomunikowane, że jest wnukiem bogatego lorda z Wielkiej Brytanii, po którym ma przejąć majątek. Z drugiej strony jest matka chłopca (nazywana przez Cedrica Najdroższą) – kiedyś wyszła za syna wspomnianego brytyjskiego lorda, czym wzbudziła jego nienawiść. Nie pałał on, delikatnie mówiąc, sympatią do Amerykanów. Po śmierci prawowitego spadkobiercy majątku, czyli ojca jej syna, zmuszona jest przepłynąć Atlantyk, aby Cedric mógł przyjąć swój nowy tytuł. Pickford biorąc na swoje barki obydwie role, pokazała jak bardzo była wszechstronną aktorką. The Little Lord Fauntleroy potwierdził, że status najpopularniejszej aktorki swoich czasów nie był wynikiem przypadku, a efektem kombinacji ciężkiej pracy i ogromnego talentu aktorskiego.

Kto z Was wyrywał zęby na nitkę?

Jednym z moich ulubionych fragmentów filmu jest pewna z końcowych scen. Mały Cedric próbuje wyrwać swojego zęba sposobem na nitkę. Widząc to, jego matka patrzy to na niego, to na lorda. Ta wymiana spojrzeń, będąca zapowiedzią happy endu, jest jednym z TYCH spojrzeń, pełnych wyrozumiałości, wymieszanych z politowaniem i troską. Lubię tę scenę ze względu na to, że określa nie tylko spektrum możliwości aktorskich Pickford, ale też klimat całego filmu, którego pozytywne uczucia niosą cały film (głównie za sprawą postaci Cedrica).

The Little Lord Fauntleroy był bardzo dużym sukcesem komercyjno-krytycznym. W momencie premiery prasa zachwycała się przede wszystkim tym aspektem, dzięki którym pamiętany jest do dzisiaj. Chodzi oczywiście o mistrzowskie wykorzystanie podwójnej ekspozycji:

The double exposures are the finest that have ever been mad in the history of the business. When Mary Pickford (…) kisses herself as 'Dearest' and hugs herself, and when both characters walk off together, one ahead of the other—well, it's almost uncanny. Hats off to Rosher. [13]

Krytyk w powyższym cytacie zachwycał się pracą Charlesa Roshera, jednego z najlepszych operatorów filmowych w swoim czasie. Był autorem zdjęć m.in. do pierwszego hollywoodzkiego filmu F. W. Murnaua, czyli Sunrise: A Song of Two Humans z roku 1927. Oprócz tego pracował przy wspomnianym wyżej Tess of the Storm Country oraz remake’u pod tym samym tytułem z 1922 roku. Zdjęcia Małego Lorda z 1936 roku w reżyserii Johna Cromwella również są jego autorstwa.

Jedna aktorka, dwoje bohaterów - podwójna ekspozycja jeszcze nigdy nie była tak doskonała. [14]
Najbardziej pamiętna scena z The Little Lord Fauntleroy z użyciem podwójnej ekspozycji to ta, w której Cedric całuje w policzek swoją śpiącą mamę. Dlaczego to tak niezwykła scena? Jej wykonanie jest perfekcyjne, dzięki wyeliminowaniu jakiegokolwiek przenikania na linii ust. Na IMDB.com, wśród ciekawostek na temat filmu, można znaleźć informację jak nakręcono tę scenę:

In scene in which Little Lord Fauntleroy meets Dearest (both parts being played by Mary Pickford) the kiss-on-the-cheek cut took 15 hours to film and lasts 3 seconds on-screen due to the complexity of the multiple exposures. To ensure stability between takes, the camera used by cinematographer Charles Rosher was weighted down to the tune of close to a ton.

Zachwyca mnie jeszcze jeden moment, w którym talent aktorski Pickford i maestria operatora skrzyżowały się ponownie. Mam na myśli scenę z około połowy filmu, w której Cedric i jego matka spotykają się pierwszy raz po przybyciu do zamku Lorda Fauntleroya. Bohaterowie chwilę ze sobą rozmawiają, patrząc sobie w oczy, po czym Cedric przechodzi za krzesłem, przed którym stoi jego matka. Ta odwraca się do syna (ciągle widzimy jej profil) i znowu ich spojrzenia się spotykają. Na pierwszy rzut oka ten fragment nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dla mnie jest jak sztuczka magika, który po wykonaniu numeru pokazuje, że kapelusz, który unosi się w powietrzu na naszych oczach, nie jest zawieszony na sznurkach. Tutaj podobnie: w tej scenie zagrała ta sama żywa aktorka, która w jednej z wersji stoi na platformach podwyższających a w drugiej ma tylko 154 centymetry .

Dziwi mnie natomiast decyzja, by Pickford jako Cedric miała ciemno pomalowane usta. Biorąc pod uwagę jak łatwo można było zrezygnować z tak drobnego detalu oraz charakter roli Pickford, której sposób mówienia i poruszania się był typowo chłopacki, nie bardzo rozumiem taki zabieg. Mimo tego, nie był to szczegół, który zniszczył mi odbiór. Jeśli szukacie filmu w stylu feel good, po którym poczujecie się naładowani pozytywnymi emocjami to The Little Lord Fauntleroy to idealny wybór dla Was.

The Little Lord Fauntleroy był kilka dni temu jedną z propozycji Kino Szkoły Filmowej w Łodzi. Obecnie możecie tam obejrzeć inny hit z filmografii Pickford The Poor Little Rich Girl z 1917 roku. Pełen harmonogram seansów znajdziecie na Facebooku KSF.

PS W filmie jest sporo scen, w których postać matki stoi tyłem a obok stoi Cedric. W takich momentach dublerem Mary Pickford w roli matki, była legenda wśród statystów, Harvey Perry. TUTAJ opowiada o dublowaniu Harolda Lloyda w Safety last! z 1923 roku.

___________________________________________________________________

Przypisy

[1] www.copyright.gov/history/lore/pdfs/201003%20CLore_March2010.pdf
[2] Sophie Wachner była również autorką kostiumów do adaptacji Małego Lorda 
z 1936 roku w reżyserii Johna Cromwella z dziecięcą gwiazdą Freddiem Bartholomew.
[3] https://www.ibdb.com/broadway-production/little-lord-fauntleroy-5718
[4] https://archive.org/details/exhibitorsherald05exhi/page/n1047/mode/2up
[5] Seeing the American Woman, 1880-1920: The Social Impact of the Visual Media 
Katherine H. Adams, Michael L. Keene, Jennifer C. Koella. Wyd. McFarland, 2011, s.35
[6] Jednym ze współreżyserów Małego Lorda był brat Mary Jack. Był on wtedy
w głębokiej depresji po śmierci żony Olive Thomas jednej z Ziegfield Follies 
(polecam w tym temacie artykuł Patrycji Muchy o chorus girls w najnowszym numerze
czasopisma Ekrany pt. Bezimienne piękności. Chorus girls). Jack Pickford
wyreżyserował jeszcze jeden film. Był nim Through the Back Door również z 1921 roku. 
Ze starszą siostrą w roli głównej oczywiście.
[7] https://www.nytimes.com/1979/05/30/archives/mary-pickford-is-dead-at-86-americas-sweetheart-of-films-outshone.html
[8] Slapstick Divas: The Women of Silent Comedy (2017). Steve Massa. Wyd. BearManor Media, 2017, s.225
[9] https://marypickford.org/mary-pickford-chronology/
[10] https://u-s-history.com/pages/h3890.html
[11] Mary Pickford: queen of the movies (2012). Edited by Christel Schmidt.
Wyd. The University Press of Kentucky, s.77
[12] Slapstick Divas: The Women of Silent Comedy (2017). Steve Massa. Wyd. BearManor Media, 2017, s.224
[13] The parade's gone by… (1968) Kevin Brownlow. Wyd. University of California
Press (1970), s.259
[14] https://drnorth.wordpress.com/2014/10/27/how-special-effects-work-5-mary-pickford-kisses-herself/

„Gorączka złota" (1925) - relacja z premiery

„Gorączka złota" (1925) - relacja z premiery

Strony z broszury reklamującej program premiery „Gorączki złota"

Jak wyglądała premiera „Gorączki złota" w 28 czerwca, w 1925 roku?

Dzięki dyrektorowi Egyptian Theatre w Hollywood, który zorganizował masę towarzyszących mu wydarzeń było to jedna z najgłośniejszych premier w roku. W mojej opinii musiało to wyglądać dość osobliwie. David Robinson, autor najsłynniejszej biografii Chaplina opisuje to wydarzenie w swojej książce tak (w cudzysłowach cytaty z gazety Los Angeles Eveninig Herald):

>>Dziedziniec przed Egipskim Teatrem Graumana był "prawdziwą bajkową krainą z barw i świateł . Najlepsi dekoratorzy ze świata iluzji pracowali nad tym przez cały tydzień (...). Grauman przeszedł sam siebie i premiery Gorączki złota nic zapewne nie zdoła prześcignąć. Jeżeli to się stanie, dokona tego tylko podobny do niego geniusz". Kurtyna podniosła się odsłaniając panoramę skutej mrozem północy ze stadem fok, które wspinały się na postrzępioną górę lodu. Do fok szybko dołączyła grupa eskimoskich tancerek. Po nich nastąpiła "seria artystycznych tańców w wykonaniu urodziwych młodych kobiet ubranych w godne podziwu bogate i piękne stroje nawiązujące do arktycznej atmosfery i oddające nastrój białej i jałowej ziemi".Dalsze numery spektaklu obejmowały ślizgawkę, scenkę z balonem wykonaną przez Lilian Powell i scenę na dancingu w Monte Carlo.
Po filmie reżysera-gwiazdę zaprowadzono na scenę. "Jest zbyt wzruszony, wyjaśnił, żeby przemówić, i potem wygłosił zupełnie dobrą mowę". Georgia [Hale, odtwórczyni głównej roli kobiecej, przyp. mój] zauważyła, że była to jedna z rzadkich okazji, kiedy Chaplin nie miał wątpliwości co do swego dzieła: „Był o to spokojny. Naprawdę czuł, że zrobił swój największy film. Był zupełnie zadowolony". <<

Przyznacie, że mieli rozmach Szkoda, że nie zachowały się zdjęcia z tego wydarzenia.

A film będzie można obejrzeć w najbliższą środę, tj. 10 lipca w Kino Kosmos o godzinie 20.

[EDIT: a obecnie możecie ją obejrzeć w super jakości na nowej platformie FlixClassic]

 


„Gorączka złota" (1925) - scena z indykiem

„Gorączka złota" (1925) - scena z indykiem


Podlinkowałem film od momentu sceny przemiany i wyraźnie widać, że finalnie do GORĄCZKI... trafiła wersja, w której Swain nie podpiera się głową. W momencie przenikania widać, że musiał delikatnie opuścić głowę

Post z okazji dzisiejszego Święta Dziękczynienia, które obchodzi się dzisiaj w USA. Efekt przenikania w słynnej scenie przemiany w kurczaka w „Gorączce złota" jest wynikiem ogromnej kreatywności ekipy pracującej nad filmem Chaplina.

David Robinson w biografii aktora i reżysera pisze tak:
"Operatorzy tamtych czasów musieli umieć sobie radzić. Ich kamery były technicznie znakomite, ale nie miały dzisiejszych udoskonaleń. Wiele efektów w rodzaju zaciemnień, przenikań i tych podobnych, które później wykonywano w laboratorium, trzeba było robić w kamerze. Tak było z przemianami w kurczaka w „Gorączce złota". Chaplin zaczynał scenę w normalnym kostiumie. W pewnym momencie w kamerze zaczynano przenikanie i kamerę. Podczas gdy Chaplin szybko przebierał w kostium kurczaka, sytuacja na planie i pozycja kamery pozostawały bez zmian . Równocześnie cofano taśmę w kamerze do początku przenikania, czyli momentu w którym przemiana Charliego w kurczaka miała się zacząć. Gdy kamera ruszała i zaczynała drugą część przenikania, Charlie dokładnie powtarzał akcję którą poprzednio sfilmowano. W ten sposób otrzymywano podwójną ekspozycję - obrazy Charliego i kurczaka dokładnie nakładały się na siebie, prze co powstawał efekt efekt jednej postaci w drugą. Dokładnie ta sama technika była potrzebna, by kurczak znów stał się Charliem. W czasie przerwy na zmianę kostiumu Chaplina Mack [Swain] , który także był widoczny na zdjęciach, musiał pozostawać absolutnie bez ruchu. By łatwiej to osiągnąć, siedział przy stole z głową opartą na ramionach. Precyzja, bezbłędne wykonanie efektu jest sukcesem tak techników, jak i aktorów (skomplikowany efekt komiczny musiał być oczywiście zrealizowany przez dwie kamery pracujące równocześnie). Wszystko wygląda tak jakby odbyło się bez wysiłku. Magia działa, jak chciał Chaplin."
Techniczna strona realizacji filmów niemych jest absolutnie fascynująca.
Chwilę wcześniej ma miejsce słynna scena wieczerzy z okazji Święta Dziękczynienia, podczas której bohaterowie zjedli całego buta. Podeszwa i sznurówki wykonane były z lukrecji <bleh>. Jej ilość wywołała u aktorów efekt "Xenny"...

Gorączkę złota będziecie mogli zobaczyć z muzyką na żywo na 20. Festiwalu Filmu Niemego - 20th Silent Film Festival w Krakowie w Kinie Pod Baranami 6 grudnia o 18.30

[EDIT: a obecnie możecie ją obejrzeć w super jakości na nowej platformie FlixClassic]


Rozmowa z Łukaszem „Universo" Maszczyńskim

„Filmy nieme mają w sobie cząstkę psychodelii, której szukam również w muzyce." Rozmowa z Łukaszem Maszczyńskim

Pierwotnie ten wywiady miały ukazać się w Reflektor. Rozświetlamy Kulturę niestety RIP [*], ale takie soczyste teksty nie czekają zbyt długo na publikację. 16mm przyjęło go do siebie i wszyscy są szczęśliwi.

Wywiad z Łukaszem Universo Maszczyńskim, DJ'em i producentem muzycznym zrobiłem parę lat na Bytom Film Festival, przed filmem Halka w reżyserii Meglickiego z 1930 roku. Sam film jest koszmarnie nudny, ale to co robił Łukasz z muzyką to był jakiś obłęd. Ten koncert zapamiętam na długo. Był technicznie niesamowicie trudny (zmiana muzyki co paręnaście sekund w zależności od przestrzeni, gdzie odbywała się akcja filmu), jak również fantastyczny dźwiękowo (psychodelia wjechała wtedy na niezłym kwasie). Polecam uwadze tego pana

Zapraszam do lektury!

Ja: Często bierzesz udział w takich projektach, gdzie grasz muzykę na żywo do filmów niemych, jak np. rok temu na Bytom Film Festiwal?
Łukasz Maszczyński: Niezbyt często, ale kilka razy miałem już okazję w Krakowie zagrać muzykę na żywo podczas Festiwalu Filmu Niemego.

Ja: Jakie to były filmy?
Ł.M: Pierwszym filmem był polski „Mocny Człowiek”, drugi to „Alicja w Krainie Czarów” z 1915 roku a trzeci film to francuski “Droga do Ernoa” z 1921 roku.

Ja: Kto wybiera filmy: Ty czy organizator festiwalu?
Ł.M: Organizator. Dostaję wcześniej film i wybieram do niego muzykę. I te występy to występy stuprocentowo didżejskie, czyli gram sety z płyt winylowych dostosowując utwory do poszczególnych scen.

Ja: W jakim stopniu Twoje występy są improwizowane, a ile z Twoich działań podporządkowane jest ścisłemu planowi? Jak się przygotowujesz do takich wydarzeń?
Ł.M: Z improwizacją w trakcie takich seansów jest taki problem, że muszę mieć czas na wyciągnięcie płyty winylowej, więc nie jestem w stanie zareagować dźwiękiem w ciągu ułamka sekundy. Żeby muzyka dobrze współgrała z obrazem to jednak muszę się do tego wcześniej przygotować. Jako że gram z płyt winylowych, w trakcie takiego seta, muszę taką płytę wyciągać, położyć na gramofonie, opuścić ramię z igłą, a następnie sprawdzić na słuchawce moment od którego chcę ją puścić. Nie ma takiej możliwości żebym mógł zareagować na obraz w taki sposób jak na przykład grając jakiś dźwięk na klawiszu lub innym instrumencie. Dlatego muzycy mają większe pole do popisu jeśli chodzi o improwizację. Często jednak na drobne improwizacje sobie pozwalam. Czasami są takie momenty kiedy miksuję ze sobą dwa utwory i patrząc na obraz mogę fragmentami tych utworów w pewien sposób manipulować np. używając jakichś efektów na mikserze – ograniczają mnie tutaj tylko możliwości sprzętu z którego gram. Natomiast utwory które gram, wybieram wcześniej i dopasowuję do każdej ze scen w filmie.

Ja: W Internecie można wyczytać, że jesteś kojarzony głownie z nutami ambientowymi. Czy taką muzykę również dobierasz podczas seansów na żywo?
Ł.M: Głównie tak. Choć staram się nie ograniczać do jednego gatunku, to jednak w mojej opinii ambient czy szeroko pojęta muzyka eksperymentalna w tej dziedzinie zdaje egzamin. W zależności od tego jaki jest to film i jakie są w nim sceny, staram się coś z mojej kolekcji do tego dopasować.

Ja: Czy podczas pierwszych występów na Święcie Kina Niemego odczuwałeś stres w związku z nowym wyzwaniem?
Ł.M: Kiedy dostałem pierwsze zaproszenie do zagrania na żywo na Festiwal Filmu Niemego w Krakowie od jakiegoś czasu grzebałem w muzyce eksperymentalnej i psychodelicznej, więc wydawało mi się to odpowiednim wyzwaniem biorąc pod uwagę moje obece zainteresowania muzyczne. Natomiast sam występ na pewno w jakimś stopniu stresujący był. Trochę jak z jazdą samochodem. Kiedy wsiada się pierwszy raz za kierownice stres jest nieunikniony i tak samo było z pierwszym występem na żywo do filmu. Była to dla mnie zupełnie nowa forma grania seta, gdzie nie chodzi o zgrywanie utworów w opcji “bit do bitu” tylko dokładne dopasowanie utworów i pojawiających się w nich dźwięków do każdej ze scen.

Ja: Jak Ty, jako muzyk odczuwasz kino nieme? Oglądając takie filmy zastanawiasz się jakich dźwięków byś do nich użył?
Ł.M: Nie znam kina niemego zbyt dobrze, ale te filmy które widziałem mają w sobie jakąś cząstkę psychodelii i wydaje mi się, że to czego ja szukam obecnie w muzyce doskonale pasuje do tych filmów.

Ja: Czy byłbyś w stanie zagrać takie psychodeliczne dźwięki, na przykład do jakiegoś filmu Chaplina? Taki zabieg zmieniłby znacznie wydźwięk filmu. Czy uważasz, że muzyka jest w stanie wpłynąć na odbiór filmu i zmienić jego przekaz?
Ł.M: Muzyka do takich filmów niekoniecznie musi być infantylna i myślę, że dałbym radę coś takiego zrobić. Co do drugiego pytania, jak najbardziej. Myślę, że czegoś takiego udało mi się dokonać w Krakowie przy okazji seansu „Alicji w Kranie Czarów”. Sięgnąłem wtedy po dość dziwne płyty, których nigdy nie zagrałbym w innych warunkach, a wtedy doskonale dopasowały się do niektórych scen, i w mojej opinii nadały temu filmowi zupełnie nowej jakości. Pamiętam, że bardzo ładnie to wtedy „siadło”.

Ja: Uważam, że to co robisz i to co robią w ogóle ludzie, którzy zajmują się graniem muzyki na żywo do filmów wykonują bardzo ważna pracę. W końcu ich autorska i niepowtarzalna ścieżka dźwiękowa może znacząco wpływać na odbiór filmu o czym przed chwilą wspomnieliśmy. Czy odczuwasz wagę takich przedsięwzięć? A może wiążesz z tą działalnością swoją karierę zawodową?
Ł.M: To jest dobre pytanie, ponieważ od dłuższego czasu mam w sobie ogromną chęć, żeby produkować muzykę do filmów. Tylko nie jestem niestety typem osoby która szukałaby tego typu opcji, nie wiem też za bardzo do których drzwi pukać. Natomiast gdyby ktoś się do mnie zgłosił i złożył mi taką ofertę, bez wahania bym ją przyjął.

Ja: Jakie są Twoje muzyczne inspiracje?
Ł.M: Nie lubię mówić o swoich inspiracjach, ponieważ swoją muzyczną historię postrzegam jako podróż, i tych inspiracji przez ostatnie kilkanaście lat zgromadziło się bardzo dużo. Nie potrafię skupić się na jednym konkretnym brzmieniu, lubię różnorodność i eklektyzm.

Ja: Często grasz muzykę eksperymentalną?
Ł.M: I tak, i nie. Na co dzień w klubach gram muzykę taneczną, z wyraźnym, zazwyczaj prostym bitem, choć z drugiej strony często jest ona na swój sposób eksperymentalna i psychodeliczna. Czasami zdarzają mi się eventy niedzielne, na które ludzie przychodzą się wyciszyć, i posłuchać np. ambientu. Na marginesie dodam, że w Off Radio Kraków prowadzę audycję “Rotacje”, której formuła jest taka że gram głównie elektronikę eksperymentalną nieprzeznaczoną do klubów.

Ja: Można tych audycji posłuchać w formie podcastów?
Ł.M: Niestety nie. Póki co można posłuchać na żywo, w każdy poniedziałek o 22.


Zabawa na niedzielny wieczór - znajdź wszystkie Niny!

Zabawa na niedzielny wieczór - znajdź wszystkie Niny!

 

Amerykańskie znaczki wydane w roku 1991. Autorem rysunków jest, zmarły w 2003 roku Al Hirschfield, jeden z najsłynniejszych karykaturzystów w historii.

W 1943 roku wziął ślub ze znaną aktorką Dolly Haas. Dwa lata później urodziła się Nina. Hirschfield od tamtego czasu zaczął ukrywał jej imię w swoich grafikach publikowanych w New York Timesie. Z czasem szukanie tego imienia stało się prawie sportem dla czytelników NYT. Do tego stopnia, że kiedy autor chciał porzucić ten pomysł, gazeta dostawała taką ilość listów, że rysownik stwierdził iż łatwiej będzie powrócić do zabawy w ukrywanie imienia córki, niż odpowiedzenie na każdy z listów. Był zły, że ta drobna sztuczka przesłania jego sztukę. W swojej antologii „World of Hirschfield" z 1966 roku zamieścił rysunek zatytułowany „Zemsta Niny", w którym można było znaleźć imiona rodziców samej Niny: Al i Dolly (szukajcie w komentarzu).

W porównaniu z innymi Ninami te tutaj są wyjątkowo łatwe do znalezienia. Być może to też część zemsty: może Hirschfield chciał odebrać przyjemność z szukania?

W 1991 zarząd United States Postal Service zlecił Hirchfeldowi narysowanie karykatur amerykańskich komików i komiczek. Głównie były to gwiazdy kina niemego, ale znalazło się też miejsce dla Abotta i Costello czy Jackiego Benny'ego.

Niezmiernie mi się podobają te karykatury. W dodatku dowiedziałem się o kilku komikach, o których nie miałem pojęcia jak Jack Benny czy Edgar Bergen.

Spędziłem kilkanaście minut na wpatrywaniu się w znaczki (co ja robię ze swoim życiem?). Udało mi się odnaleźć prawie wszystkie NINY. A Wam? 

A tu na dokładkę łapcie dokument o artyście. Bardzo przyjemny, w dostatecznym stopniu laurkowy: The Line King. The Al Hirschfeld Story.


Joris Ivens - buntownik z Niderlandii

Joris Ivens - buntownik z Niderlandii

Czy reżyserzy wchodząc do salonu fryzjerskiego, na pytanie "Jak obcinamy?", odpowiadali "Na Eisensteina, poproszę"?

Holandia, połowa lat '20. Do kraju docierają pierwsze filmy awangardowe i kino radzieckie. „Matka" Pudowkina nie została dopuszczona do oficjalnej dystrybucji. W klubie De Kring udaje się ostatecznie zorganizować pokaz tego filmu. W międzyczasie do głosu dochodzi działacz lewicowy, Joris Ivens.

Już w 1922 roku brał udział w demonstracjach robotniczych w Niemczech. Został współzałożycielem Amsterdamskiej Ligi Filmowej, który we wrześniu opublikował manifest o następującej treści:

"DIE NIBELUNGEN, THE BIG PARADE, POTIOMKIN, MÉNILMONTANT, MAT', VARIÉTÉ.
Film jest w niebezpieczeństwie!
Raz na sto oglądamy film, poza tym oglądamy ruchome obrazy. Komercyjne obrazki. Ameryka! Kicz!
W tym stadium film i ruchome obrazy są naturalnymi przeciwnikami. Wierzymy w czysty, autonomiczny film; film, który jest sztuką. Film przyszłości może być ocalony tylko wtedy, jeśli ujmiemy sprawę w swoje ręce.
Tego chcemy dokonać.
Chcemy oglądać filmy eksperymentalne, filmy francuskiej, niemieckiej, i rosyjskiej awangardy. Chcemy rozwinąć krytykę filmową, która byłaby oryginalna, konstruktywna i niezależna. Dlatego zakładamy Amsterdamską Ligę Filmową, której celem byłoby pokazywanie ograniczonej ilości widzów - filmów, których nie wyświetla się w kinach, lub które widzowie odkrywają przypadkiem. Mamy pewne możliwości: dobre filmy nie są drogie, ponieważ szeroka publiczność ich się nie domaga. Dobre filmy leżą bezużytecznie w magazynach Paryża i Berlina. Chcemy je zakupić."
"Historia kina. Tom I, wyd. Universitas, Kraków 2012"

Kiedyś to pisano manifesty, co? A Wy co, pewnie czekacie na nowy film z MCU? Nawet mi Was nie żal. Tak swoją drogą: niby nadeszły nowe czasy, ale problemy pozostają te same.

Wracając do Ivensa, został jednym z najbardziej utytułowanych holenderskich reżyserów filmów dokumentalnych. Jego dorobek charakteryzował się silnym wydźwiękiem propagandowym. Zmarł w roku 1989, czyli w roku upadku systemu, których wychwalał w swoich filmach.

Jedną z pozycji w jego filmografii była „Nędza w borinage", która ma kilka w wersji. Ivens wymieszał dokument z rekonstrukcją rzeczywistych wydarzeń, ze społeczności belgijskich górników z tytułowego miasta. Wersję z 1934 roku znajdziecie w komentarzu.

Marek Klimowicz wybrał wspomnianą „Matkę" Pudowkina na temat jednej z następnych notek, w związku z niedawnym konkursem. Będzie więc pisane. A film jest zaiste fascynujący!

Na zdjęciu Ivens z godną wielkiego reżysera fryzurą a'la Eisenstein.


Little Rascals - slapstick w wydaniu dziecięcym

Little Rascals - slapstick w wydaniu dziecięcym

Dla wielu dzieciaków dzisiejszy dzień był pierwszym dniem w szkole.

Z tej okazji chciałbym Wam przypomnieć o serialu, o którym kiedyś już na Klatkach pisałem. Mianowicie o „Our gang" znany również pod tytułem „Little Rascals".

W 1922 roku Hal Roach ze swojej wytwórni wypuścił pierwszy film pt. „Our gang". Zapoczątkował on serię krótkich metraży, które przetrwały przełom dźwiękowy, a później przekształciły się w serial telewizyjny. Powstało również kilka pełnometrażowych filmów inspirowanych LR (kojarzycie „Klan urwisów" z '94?).

Serial wyróżniał się nie tylko tym, że w głównej roli obsadzono dzieci. To pierwsza produkcja filmowa, w której kolor skóry bohaterów kompletnie nie miał znaczenia dla fabuły. Jak wspominał po latach Ernest Morrison (grał w latach '22-'24 afroamerykańskiego chłopca o imieniu Sammy Sunshine <3): "Jeśli chodziło o rasę, Hal Roach nie rozrózniał kolorów". Każdy z bohaterów pochodził z nizin społecznych i obśmiewanie bogatszej klasy było jednym z głównych tematów komizmu serii. Co więcej McGowan, który reżyserował większość filmów z serii do '33 roku, pozwalał aktorom dziecięcym na improwizacje i z rzadka ich partie dialogowe trzymały się skryptu (a pisał je m.in. Frank Capra).

Żadne słowa nie opiszą jak wielką miłością darzę tę serię. Pamiętam odcinek (już z ery dźwiękowej), w którym Alfalfa, który miał wiecznie "niedokładnie" ulizane brylantyną włosy, zjadł z jakiegoś powodu kawałek mydła. Żeby pozbyć się tego smaku wypił na raz cały dzbanek wody z kwiatków. Wywołany chwilę później w szkole do odpowiedzi nie był w stanie wydobyć z siebie dźwięku, gdyż ilekroć otwierał buzię wypuszczał z niej mydlaną bańkę.

Odcinek, który tutaj zamieszczam jest jednym z pierwszych nakręconych jeszcze w erze kina niemego. Ale zachęcam gorąco do zapoznania się z chociaż kilkoma dźwiękowymi.

„Małe dranie" na pewno jeszcze tu wrócą


Privacy Preference Center