„Les Vampires" (1915), reż. Louis Feuillade

„Les Vampires" (1915), reż. Louis Feuillade

"Panie Klatek, poleć Pan coś lekkiego na weekend z kina niemego" piszecie do mnie w wiadomościach.

Spieszę z pomocą. Polecam zatem jeden z pierwszych seriali kinowych w historii kina, „Les Vampires" w reżyserii Louisa Feuillade'a. Serial powstał dla wytwórni Gaumont jako odpowiedź na inną produkcję kinową tego typu „Tajemnice Nowego Jorku", od konkurencyjnej wytwórni Pathé.

„Les Vampires" ustanowiło thriller kryminalny w kinie. Tą produkcją inspirowali się tacy twórcy jak Hitchcock, Lang, czy Resnais. Nawet Tarantino odwołał się do niego w swoich „Bękartach wojny". Stał się trampoliną dla kariery Musidory, a właściwie Jeanne Roques, która grała rolę kochanki jednego z przywódców gangu. Dzięki „Les Vampires" Musidora stała się jedną z największych gwiazd filmowych we Francji w tamtym czasie.

Tytułowe Wampiry to nazwa tajemniczego gangu, którego działalność stara się powstrzymać dziennikarz Philippe Guérande z przyjacielem. Odcinków jest dziesięć, nie mają więcej niż pięćdziesiąt dwie minuty, a zazwyczaj około pół godziny. Każdy kończy się cliffhangerem.  Zabieg ten czyni go de facto pierwszym serialem w historii. Ten typ produkcji zapisze się w historii jako serial kinowy.

Serial miał bardzo ciekawą kampanię reklamową. Paryż był oplakatowany tajemniczymi plakatami z pytaniami "Kto? Co? Gdzie? Kiedy?".
Przykład z innego plakatu:

„Z bezksiężycowe noce są królami, ciemność jest ich królestwem. Niosą śmierć i sieją terroru, mroczne Wampiry latają z wielkimi zamszowymi skrzydłami, gotowe nie tylko czynić zło ... ale czynić rzeczy o wiele gorsze".

Kiedyś to umieli w promocję, co nie? :D

Wszystkie odcinki dostępne są do ściągnięcia za darmo na archive.org: „Les Vampires"

„Uśmiechnięta Pani Beudet" (1923), reż. Germaine Dulac

„Uśmiechnięta Pani Beudet" (1923), reż. Germaine Dulac

Skoro #czwarteczek, to feminizm. Bo czemu nie.

Film, który linkuję o ironicznym, biorąc pod uwagę fabułę, tytule wyreżyserowała jedna z najbardziej kreatywnych twórczyń epoki kina niemego, Germaine Dulac. Ironicznym, gdyż tytułowa bohaterka ani razu w filmie nie uśmiecha się, co doprowadza do wściekłości jej męża. Co jest tylko jednym z punktów, na długiej liście co panu Beudet w jego żonie nie odpowiada. Jego ciągłe niezadowolenie, doprowadza bohaterkę do ostateczności.

Dulac zainteresowała się kinem, za namową Stasi Napierkowskiej, słynnej towarzyszki filmowej Maxa Lindera.

Jej drugim najważniejszym filmem jest „Muszelka i Pastor" - jeden z pierwszych filmów surrealistycznych w historii kina.

To jeden z pierwszych wyraźnie profeministycznych filmów w historii kina. Bardzo lubię do niego wracać (pomimo karykaturalnej postaci męża). To kino jednej aktorki. Germaine Dermoz w roli pani Beudet, jest absolutnie rewelacyjna. Jej minimalistyczna mimika, czyni w mojej opinii, film Dulac ogromnie immersyjnym. Pani Beudet jest osobą o zdeptanej osobowości, bez szans na rozwijanie swoich zainteresowań. Dulac nie zdecydowała się na tanie szokowanie. Jej bohaterka nie jest kobietą, która nienawidzi mężczyzn. To doprowadzona na skraj rozpaczy osoba, która próbuje ratować siebie. Nie dający nadziei finał nadaje  smutnie aktualne przesłanie.


„Profesor Bosco" (1919), reż. Charles Chaplin

„Profesor Bosco" (1919), reż. Charles Chaplin

Tydzień temu minęła 130. rocznica urodzin Charlesa Spencera Chaplina. Długo zastanawiałem się o czym napisać tutaj z tej okazji, żeby w efekcie nie streszczać notki z Wikipedii.

Pomyślałem, że warto napisać o jednym z najbardziej tajemniczych filmów aktora/reżysera, czyli o „Profesor Bosco" z 1919 roku.

7-minutowa scenka to prawdopodobnie jedyny zachowany fragment tego filmu. Był jednym z punktów spornych w negocjacjach we wrześniu 1922 roku między Chaplinem, którego reprezentował jego brat Sydney a Harrym Schwalbe, sekretarzem i skarbnikiem wytwórni First National. Głównym filmem, którego dotyczyły owe rozmowy, był czteroaktowy (czyt. "około godzinny") „Pielgrzym" (który miał ostatecznie premierę w 1923 roku). Włodarze wytwórni nie chcieli się zgodzić na podział wpływów z dystrybucji „Pielgrzyma" . Jako dodatek, który miał przekonać tandem Charles&Sydney, chcieli „dorzucić" „Profesora Bosco" właśnie. W pewnym momencie zrobiło się tak gorąco, że Chaplin rozpoczął rozmowy o prawa do dystrybucji „Pielgrzyma" z konkurencyjną wytwórnią United Artist, zostawiając First National z prawami do krótszego o połowę „Profesora...". Ostatecznie prawa do „Pielgrzyma" nabyli ci pierwsi, a o krótkiej formie wszyscy zapomnieli.

Listy, które wymieniali między sobą bracia oraz wzmianka o prywatnym pokazie w roku 1939 są jedynymi dowodami na istnienie tajemniczej „dwuaktówki". Jak pisze Dave Robinson w biografii Chaplina:

"Żaden film Chaplina pod tym tytułem nie był nigdy pokazywany ani rozpowszechniany, ani też w szczegółowych dziennych raportach studia Chaplina nie ma wzmianki o jego produkcji".

Robinson pisze o możliwości, że „Profesor Bosco" był wielkim blefem, którym miał przekonać pracodawców Schwalbego do przystania na niewygodne dla nich warunki kontraktu. Spekuluje się też, że mógł to być film zmontowany z odrzutów filmów wyprodukowanych zarówno dla First National jak i dla poprzedniej wytwórni, dla której Chaplin kręcił - Mutual.

Co możemy wywnioskować z tej 7-minutowej scenki? Pierwsze co rzuca się w oczy to charakteryzacja, która mocno postarza Chaplina. Co ciekawe, wychodzenie poza standardowe trampowskie emploi nie było niczym nowym w karierze aktora, mimo że nie robił tego za często. Jego metamorfozy ograniczały się do przebierania postaci Trampa za postaci kobiece („Panna Charlie", 1920), czy po prostu graniu postaci kobiecych („Pani Charlie", 1914). Takie zmiany były zawsze czymś ryzykownym w tamtym czasach. Zaszufladkowanie, czyli coś przed czym współcześni aktorzy starają się uciekać, w czasach kina niemego było wymagane. Z tego powodu takie eksperymenty jak „Profesor Bosco" czy kobiece metamorfozy filmowe Chaplina zdarzały się sporadycznie. Czy postać tytułowego profesora, właściciela cyrku z pchłami, mogła zdobyć wtedy uznanie publiczności? Dziś możemy jedynie zgadywać. Coraz większą popularnością cieszyły się pełne metraże, krótkie formy powoli traciły na znaczeniu. Z drugiej strony, Chaplin który bardzo nie lubił nie wykorzystywać swoich gagów w filmach, z powodzeniem użył pomysłu z cyrkiem pcheł trzydzieści lat później w „Światłach rampy".

Fragment, o którym mowa został odnaleziony w archiwum Chaplina przez Kevina Brownlowa i Davida Gilla, którzy przygotowywali dokument „Chaplin nieznany".
Notka na marginesie: cyrk pcheł to tak doskonały pomysł na zastosowanie tradycyjnej pantomimy, że aż dziw, że tak rzadko był wykorzystywany w komediach slapstickowych.

„Little Rascals: Teacher's Pet" (1930), reż. R. F. McGowan

„Little Rascals: Teacher's Pet" (1930), reż. R. F. McGowan 

„Our gang" , znany też później pod tytułem „Little Raascalls" to jeden z moich ulubionych seriali w dziećmi na pierwszym planie. Wyprodukowany przez wytwórnię Hala Roacha, wypełniony jest po brzegi przeuroczym slapstickiem i skrzy się równie uroczymi dialogami (scenariusze do odcinków pisał m.in. Frank Capra).

Bardzo istotnym elementem tej serii są postacie nauczycieli. Jedną z popularniejszych była panna June Crabtree (June Marlowe). Pierwszy raz pojawia się w odcinku pt. „Pet's teacher". Zatrudnia się na miejsce nauczycielki, którą dzieciaki wprost uwielbiały (nigdy jej w serialu nie pokazano). Wkupiając się w łaski najmłodszych za pomocą ogromnej porcji lodów z łatwością przeskakuje wysoko postawioną poprzeczkę przez poprzedniczkę. Postać grana przez Marlowe była zawsze blisko swoich podopiecznych. Ze względu na niskie zarobki mieszkała w mieszkaniu rodziców jednego z uczniów. Była empatyczną, maksymalnie zaangażowaną w problemy swoich wychowanków nauczycielką.

Przez moje życie przewinęła się ogromna ilość nauczycieli. Spora większość z nich to pasjonaci, którzy oddali swoje serce swojej profesji. Z perspektywy czasu dopiero widzę z czym musieli się borykać. Ten zawód trawi niewyobrażalna ilość problemów. Nie będę się nawet podejmował ich punktowania. W tym celu polecam obserwowanie Leszek Legut na Facebooku. Chciałem tylko napisać, że każdemu obserwującemu mnie nauczycielowi ślę ogromne wyrazy wsparcia. Mam nadzieję, że z tej walki o godne warunki zatrudnienia wyjdziecie z tarczą

Protest z Wykrzyknikiem


„Winky causes a smallpox panic" (1914), reż. Cecil Birch

„Winky causes a smallpox panic" (1914), reż. Cecil Birch

Temu weekendowi patronuje huncwot Winky, czyli postać grana w latach 1913-15 przez jednego z najpopularniejszych komików brytyjskich w tamtym czasie, Reginalda Switza.

Jego wygłupy przypominają różne akcje współczesnych pranksterów, z tą różnicą, że krótkie metraże w których grał Switz były oczywiście reżyserowane.

Na przykład w „Winky causes a smallpox panic" z 1914 roku straszy ludzi w przebraniu niedźwiedzia. Na końcu trafia do baru, skąd w popłochu uciekają na jego widok klienci zostawiając swoje kufle z piwem. Bardzo szybko opróżnia dwa z nich.

Polecam zerknąć też do notki o twórcy serii i samym Switz w zakładce "Context" pod miejscem, gdzie powinien wyświetlić się film (u niektórych może nie działać przez geoblokadę): WINKY CAUSES A SMALL-POX PANIC

Film idealny na weekend prawda? Jakie szaleństwa planujecie na te dwa dni? Włączycie sobie na komputerze odtwarzanie losowe na Spotify? Tylko pamiętajcie bez patologii! Spokojnego weekendowania wszystkim 


„Bout-de-Zan et l'embusqué" (1916), reż. L. Feuillade

„Bout-de-Zan et l'embusqué" (1916), reż. L. Feuillade

Tytułowy bohater powyższego filmu Bout-de-Zan był głównym bohaterem jednej z pierwszych serii filmowych w historii kinematografii.

Wyreżyserowana została przez Louisa Feuillade'a, jednego z największych twórców kina niemego w kinematografii francuskiej. Postać Bout-de-Zan grał René Poyen, nieprzerwanie przez cztery lata od premiery pierwszego filmu z serii, czyli od 1912 roku. Stał się jedną z pierwszych dziecięcych gwiazd w historii kinematografii. Wystąpił w sześćdziesięciu dwóch filmach wyreżyserowanych przez Feuilladego. Większość z nich to seria o psotnym chłopcu Bout-de-Zan.

Bardzo urocze to filmy. Większość filmów z serii, które znajdziecie na YouTube zawiera sporo burleskowego humoru. Trudno znaleźć do nich angielskie napisy (ten film, to jeden z wyjątków), ale jak to bywa z takim humorem jest uniwersalny, więc nie powinno Wam to odebrać przyjemności z oglądania.

Zarówno dorobek reżysera Feuillade'a jak i Poyen będą jeszcze wracać na łamy Klatek  Tymczasem dziękuję za przekroczenie szczęśliwej siódemki z przodu przy liczbie lajków  dobrej nocy Robaczki 


zaspany mężczyzna siedzi na łóżku

„Three's a crowd" (1927), reż. Harry Langdon

„Three's a crowd" (1927), reż. Harry Langdon

„Three's a crowd" to film Harry'ego Langdona, który dzisiaj często jest określany jako największe osiągnięcie jednego z królów niemej burleski filmowej.

Langdon gra tutaj bohatera, którego ubiór ewidentnie był wzorowany na postaci Trampa Chaplina. Różnica tkwi w czasie reakcji na otaczający świat. Charlie często wyprzedzał przeciwnika swoją obroną, przechodząc od razu do ataku. Postaci grane przez Langdona natomiast miały w sobie "syndrom opóźnionej reakcji" i zanim przyswoi informacje z zewnątrz a następnie zdecyduje czy w ogóle reagować na nie, mijają całe minuty. Jego gagi mają w sobie urokliwy „somnambuliczny" ładunek. W połączeniu z charakterem Harry'ego (imię aktora i głównego bohatera są takie same) tworzy ujmującą kompilację cech charakteru dużego, samotnego, łaknącego ciągłej atencji i poklasku dziecka. Co można odczuć również w samym sposobie realizacji „Three's a crowd". Jest w filmie scena, w której główny bohater wchodzi do swojego mieszkania, gdzie leży kobieta uratowana przez niego przed śmiercią na mrozie. Jak się później okazało, była w ciąży, co zmusiło do ściągnięcia odpowiedniej pomocy. Po szczęśliwym rozwiązaniu wszyscy gratulują głównemu bohaterowi, mylnie zakładając, że jest on ojcem. Ani razu w kadrze nie widać samej matki z dzieckiem. Jedynie ludzie wokół Harry'ego, który zachwycony jest faktem, że znajduje się w centrum uwagi. Żałosne? No, trochę. Ale w kontekście ostatnich minut filmu smutne. Ta scena dobrze też oddaje charakter samego Langdona.

Nakręcił z królem amerykańskiej komedii Frankiem Caprą dwie komedie - „Siłacza" i „Długie spodnie". Capra wspomina w swojej biografii, że kiedy po premierze tego drugiego Langdon został ogłoszony „drugim Chaplinem" i poczuł się na tyle pewnie, że prawił uwagi Caprze na temat jego reżyserii. Kiedy Capra nie zgodził się na takie traktowanie, Langdon go zwolnił. Na marginesie: to pokazuje jak wielką władzę mieli kiedyś aktorzy. „Three's a crowd" nie jest filmem idealnym. W momencie premiery był zresztą krytykowany, że ma za mało gagów i za bardzo skupia się na opowiadaniu historii. I nie tutaj moim zdaniem tkwi problem, tylko w tym, że Langdon miał problemy z prowadzeniem narracji. Wątki są połączone ze sobą trochę chaotycznie a wspomniane ego reżysera-aktora nieco wadzi całemu filmowi. Mimo wszystko, minusy nie przysłaniają plusów takich jak świetne wykorzystanie potencjału somnambulicznego charakteru głównego bohatera i usypiania dziecka, poranna senna gimnastyka czy (jak na tamte czasy) kapitalne wykorzystanie ekspozycji ukazując w kadrze przedmioty określające charakter bohatera... Te i wiele innych zalet sprawiły, że film oglądało mi się z nieskrywaną przyjemnością.


uśmiechający się mężczyzna

23 lutego - Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją

„Max, victime du quinquina" (1911), reż. Max Linder, Maurice Delamare

23-go lutego miał miejsce Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją.

Król Slapsticku, czyli francuski aktor Max Linder, również cierpiał na przewlekłą depresję. Miał wszystko. Był największą gwiazdą filmową w tamtym okresie. Zawsze o krok przed konkurentami. Swego czasu był nawet przymierzany na największego zagranicznego konkurenta Chaplina. Ale Wielka Wojna oraz klapy frekwencyjne jego kolejnych filmów w Stanach i związane z nimi kryzysy twórcze nie pomogły w osiągnięciu celu, którym był międzynarodowy sukces na miarę wspomnianego Chaplina.

Postęp, który można zaobserwować w leczeniu choroby jaką jest depresja, od czasów kiedy aktor na nią cierpiał, jest niewątpliwie ogromny. Czy słyszał wtedy: "Ogarnij się?", "może wyjdź na spacer do ludzi?", "masz miliony, a ty ciągle marudzisz"? Możliwe. Wtedy mogłoby to być zrozumiałe, ze względu na brak wiedzy. Czemu więc takie wyrazy "wsparcia" pojawiają się ciągle dzisiaj, w odpowiedzi na słowa kiedy, ktoś zwierza się z cierpienia? Lenistwo, przekora, „poprzewracane w dupie", itd. Tymczasem przyczyną mogą być czynniki biologiczne, hormonalne, genetyczne, traumy i wiele innych.

Zapraszam do obejrzenia przezabawnego filmu „Max, victime du quinquina" (1911), uznanego przez jednego z największych krytyków filmowych i reżyserów w historii, Jeana Mitry'ego, za arcydzieło w filmografii Lindera.

PS Trzeba wziąć poprawkę, że tytuł przełożony na polski to „Max, ofiara quinquina". Chodzi o trunek na bazie chininy, który kiedyś był regularnie stosowany jako napój na wzmocnienie organizmu. Natomiast w linkowanym filmie napisane jest, że receptą lekarza był kieliszek wina z tonikiem, co nie jest prawdą. Max po prostu myli quinquina ze zwykłym winem.


kobieta z dwójką dzieci, jedno z nich trzyma na rękach

„Ingeborg Holm" (1913), reż. Victor Sjöström

„Ingeborg Holm" (1913), reż. Victor Sjöström

Moje życie to mniej lub bardziej świadome poszukiwanie równowagi. Zacząłem od najbardziej radykalnego ale jednak klasycznego podziału: jako kinomaniak poszedłem na studia mechaniczno-górnicze. Oparłem się wtedy pokusie pójścia na kulturoznawstwo.

Kiedy poszukiwałem swojej niszy, poszedłem na całość: postanowiłem skupić się na niemej burlesce filmowej. Nisza niszy.
Kiedy zacząłem intensywniej eksplorować „bezdźwiękowe" rejony kina los podsunął mi „Ingeborg Holm". Jeden z pierwszych filmów reżysera, którego twórczość inspirowała Bergmana - Victora Sjöströma.
Moja filmowa dusza chyba miała dość tortów lokowanych na twarzach innych ludzi, kopniaków, ucieczek, itd. Potrzebowała pocierpieć sobie.
Nigdy nie czułem się tak przewalcowany emocjonalnie przez kino nieme. Historia matki trójki dzieci, na którą spada ogromne nagromadzenie katastrof - umiera mąż, popada w długi, opieka społeczna odbiera jej dzieci - trafia jako Hiob, poniżona i sponiewierana do nizin społecznych.
Tytułowa bohaterka żyje w świecie, gdzie panujący porządek ustanawia bezduszny aparat państwowy oraz (prawie) kompletny brak ludzkiej solidarności. Wszystko jest tu ograne na minimalistycznej (jak na kino nieme) grze aktorskiej i zaskakująco małej ilości plansz dialogowych. To ostatnie szczególnie sobie cenię w filmach sprzed przełomu dźwiękowego - dobitność przekazu. Pokazuje się tylko te linijki scenariusza, które są niezbędne do zrozumienia fabuły.
Wykończył mnie ten film. Polecam, ale w towarzystwie wina, wódki czy czegoś innego co będzie Wam ryjoki wykrzywiać, kiedy oczy będą spijać w tym czasie gorycz z ekranu. Ja w tym czasie przywrócę sobie wewnętrzną równowagę i obejrzę trochę slapsticku.


Krótkie recenzje trzech czarno-białych nowości

Krótkie recenzje trzech czarno-białych nowości

Nie sądziłem, że tak bardzo mi będzie brakować tego uczucia kiedy składam kolejne zdania do pisania tekstów okołorecenzenckich.

W niekrótkim odstępie czasu obejrzałem niedawno trzy współczesne, czarno-białe filmy. Dwa wybitne a jeden narracyjnie kulejący, ale ciągle bardzo dobry. W każdym z nich wybór (bo to zawsze jest wybór), by kręcić nie-kolorowy film był podyktowany innymi pobudkami i w inny sposób wybór ten współpracował z historią.

Znalezione obrazy dla zapytania: roma 2018

„Roma" (2018), reż. Alfonso Cuarón. Bolesny i drażniący. Zrealizowany tak, żeby wzbudzić w widzu złość na dystans, który wprowadza między nim a wykreowanym światem i bohaterami. I rozumiem doskonale zarzuty ludzi, którym ten film nie przypadł do gustu. Bo całość, wespół z czarno-białymi kadrami, jest przeniesieniem na ekran niemocy, złości na widok braku komunikacji między postaciami z różnych sfer/klas społecznych. Współczesne filmy rzadko biorą na tapet niemożność porozumienia się kobiet między różnymi klasami. Tutaj zostało to jednak pokazane idealnie, co bardzo doceniam. Kapitalizm tworzy bariery? No jasne, ale w dobie III fali feminizmu (nie było manifestu, ale to taki mój skrót myślowy) owe bariery nabierają nowego, gorzkiego wymiaru. Jednocześnie bardzo mnie ujmuje, kiedy kino zajmuje się cierpieniem i troskami tych, o których tak często zapominamy - tych z najniższych warstw społecznych czy tych którzy ucierpieli w wyniku wojen (pośrednio lub bezpośrednio). Dlatego jedną z moich ulubionych scen jest ta, kiedy kamera zatrzymuje się na kobiecie trzymającej w ramionach prawdopodobnie już martwego mężczyznę. Kobieta woła o pomoc. Wszyscy wokoło uciekają w popłochu. Żadnego zbliżenia na tę kobietę. Tylko dystans.

spacerująca para„Zimna wojna" (2018), reż. Paweł Pawlikowski. Tak jak rozumiem brak zrozumienia dla zachwytów nad filmem wyżej, tak zarzutów w kierunku filmu Pawlikowskiego nie pojmuję. Czy bohaterowie są od tego, żeby ich lubić? Czy film jest od tego, żeby pieczołowicie dokumentować rzeczywistość świata, w której dzieje się jego akcja? Film jest niesamowicie skondensowaną, emocjonalnie piekielnie precyzyjną i alegoryczną historią uczucia niemożliwego. Uczucia okrutnie toksycznego, osadzonego w zimnowojennych realiach powojennej Europy. I tak do połowy myślałem sobie "no, takie solidne 7/10". A potem przyszedł finał. I wywindował "dziewiątkę". Zakończenie dopełnia i zabawnie puentuje, unikając „coelhizmów”. Zachwyca również scenariusz gorzko komentujący rzeczywistość po obu stronach żelaznej kurtyny, z którą muszą się mocować główni bohaterowie - lizanie tyłków w komunizmie niewiele różni się od tej samej czynności w demokratycznym, zachodnim świecie dla Polaków. Mimo, że bohaterowie składają się głównie z niedopowiedzeń, nie czułem niekonsekwencji. Odczułem to raczej jako zaproszenie do zabawy, by samemu sobie „złożyć” postać. Tym bardziej, że role te są zagrane na mistrzowskich nutach. Relacja bohaterów granych przez Kulig i Kota jest przykładem, że każdy emocjonalny krwiopijca potrzebuje swojej ofiary - człowieka, którego będzie mógł wodzić za nos. Każda ich ekranowa konfrontacja powoduje zagęszczenie powietrza wokół i zawłaszcza cały kadr. Wszystko jest tu soczyste, skondensowane... i smutne. Każdy gest, spojrzenie, nawet pocałunki, które wyglądają tak jakby kochankowie chcieli się wchłonąć wzajemnie, są naznaczone cierpieniem, którego nie sposób przeskoczyć.

Znalezione obrazy dla zapytania: good night and good luck

„Good night and good luck" (2005), reż. George Clooney. Film sprzed trzynastu lat stał się dzisiaj aktualny w ciekawy sposób. Może stać się kolejnym przykładem tego, że historia kołem się toczy i będziemy niebawem potrzebować kogoś takiego jak dziennikarz Edward Murrow – człowieka z poczuciem misji, który weźmie na swoje barki odpowiedzialność za niesienie informacji nieskażonej paranoją i cenzurą. Film ciągle całkiem nieźle się broni. Ma problem z brakiem punktu kulminacyjnego i natłokiem dokumentalnych wstawek (przez co miałem wrażenie, że momentami oglądam rewelacyjnie zrealizowany pełnometrażowy dokument historyczny Wołoszańskiego). Ale ciągle jest to mistrzowsko nakręcony (praca kamery!) film o misji jaką pełnią mass media. W kontekście współczesnej "ery natłoku informacji” ciekawie ogląda się film, który dzieje się w czasach, jak to określiła moja Luba, kiedy „przejmowano się tym, co widzowie zobaczą na swoich kineskopach”. Ekipa redaktorów w telewizji CBS stale poszukuje różnych odcieni szarości, ukrywających się w historiach osób, które aparat dekomunizujący McCarthy’ego usilnie starał się ignorować. Świetnie współgra to z klaustrofobiczną pracą kamery. Przez cały film nie zobaczymy nic ponad duszne i ciasne pomieszczenia wspomnianego studia. Efekt ten wzmacnia czarno-biała kolorystyka filmu, która mocno podkreśla mimikę aktorów. Szczególnie postaci Murrowa, granej przez Strathairna (Oscar za pierwszoplanową rolę), którego kolejne próby ukrywania nerwowości po zakończonych nagraniach, mogą być analizowane na poszczególnych stopklatkach.