Taniec, pantomima i aktorstwo - luźne przemyślenia

Taniec, pantomima i aktorstwo - luźne przemyślenia

Niczego mi tak obecnie mi nie brakuje tak bardzo, jak imprez w klubach.

Charakter mojej pracy polega głównie na tym, że prowadzę szkolenia, co sprowadza się do kilkugodzinnego nawijania do monitora laptopa w pozycji siedzącej. I tak od kilku tygodni. Nie narzekam. Jestem całkiem spokojny, bo zdaję sobie sprawę jak dalece uprzywilejowana jest moja sytuacja. Jednak taki kołowrotek mocno siada na głowę. Wczoraj pandemiczna rutyna tego zajęcia wybiła skalę w mojej głowie. Zaczęło się od kolejnego przesłuchania niedawno odkrytego przeze mnie utworu pt. „No Plans for Love (D-Nice z Ne-Yo z  Kentem Jonesem)”. Potem już poszło z górki (i nie sposób było to zatrzymać): Justin Timberlake, Bruno Mars, Shakatak, Shalamar… . Przez pół godziny „ogarniałem” mieszkanie tańcząc. Był moment (naprawdę!), że łzy napłynęły mi do oczu. Taniec wyzwala we mnie z niczym nieporównywalne poczucie wolności, jakby to ciało było głodne ruchu w niestandardowym niż na co dzień zakresie. Paradoksalnie, mam poczucie, że moje ciało jest „poruszane” przez rytm muzyki, nie odwrotnie. Ciało nie jest wtedy na usługach muzyki. Rytm, melodia są raczej drogowskazem do tego jak ciało ma się poruszać. Werbel – bach! ręka w bok, werbel – bach! noga do tyłu. Po pewnym czasie to przychodzi trochę automatycznie. W trakcie pandemii jestem prawie odcięty od takich odruchów i nawet brak seansów kinowych mi tak nie doskwiera (za którymi również bardzo tęsknie!), jak brak tanecznej wolności, która uruchamia się tylko w klubach.

Wczoraj taką namiastką klubu było mieszkanie, a publicznością moja Luba. Po kilkunastu minutach nieskrępowanego tańca zdałem sobie (nie po raz pierwszy), że nic mnie tak nie nakręca do tańca jak publiczność. Czuję się obecnie jak clown bez publiczności. W trakcie tańca uwielbiam się wygłupiać, naruszać tabu (bez naruszania czyjejś sfery intymnej, oczywiście). Ale po co mi te wszystkie wygłupy kiedy publiczności brak? Nie ma smutniejszego klauna, od tego któremu brakło publiki. Pani Luba jest oczywiście bardzo zacną odbiorczynią moich pląsów, ale jednak z ciężkim sercem nie potrafię zestawić tego z połączeniem dudnienia basu z mocnego nagłośnienia i kilkuset stłoczonych rozgrzanych tańcem ciał, których właściciele czasem zerkają w stronę wariata, który wygląda jakby właśnie wyszedł spod prysznica.

Te przemyślenia zawiodły mnie kolejny raz w kierunku rozważania jak blisko tancerzom jest do aktorów, ale też do mimów. Oglądając tancerzy poppingu, jazz funku czy lockingu ogromną frajdę mi sprawia wyłapywanie elementów pantomimy w ich występach. Wszelkie izolacje czy mimika twarzy to przecież typowe elementy artystów pantomimy. Natomiast choreografie taneczne, bardzo często starają się przekazać jakąś historię lub wyrazić emocje - wtedy układ staje się czymś w rodzaju tanecznej etiudy. Tym ostatnim jest na przykład performens Marcela Marceau pt. „The Mask Maker” (1959), w którym podczas nakładania iluzorycznych masek zmienia się również charakter odgrywanej postaci. Z kolei ścisły związek pantomimy i tańca pokazał w skeczu „Historia tańca” Ireneusz Krosny. I jest to przypadek najbardziej oczywisty, ponieważ występy pana Ireneusza są doskonałym przykładem, jak wiele łączy te dwie formy artystycznego opowiadania ciałem. Jego twórczość jest również dowodem na to, że bycie mimem wymaga sporej kondycji fizycznej i nie ogranicza się tylko do „szukania szyby” (na pewno ten gag ma swoją fachową nazwę w środowisku artystów).

Pantomima jest jednym fundamentów burleski filmowej. Na swój rodowód pantomimiczny wskazywało wielu komików niemych filmów. Jednym z nich był Stan Laurel, połowa ponadczasowego duetu Stan & Ollie (u nas znani jako Flip i Flap). Postać jaką odgrywał w tej serii była mieszanką absurdalnego spokoju i mentalności dziecka. Laurel był również aktorem, który wykazywał się często niesamowitą, taneczną w swoim charakterze, gibkością ciała. Można to zobaczyć w Liberty (1929) Leo McCarey’go. Nasza para pechowców gra tu zbiegów z więzienia, którzy nieszczęśliwie wjeżdżają na stalowy szkielet budowanego wieżowca. Stan w pewnym momencie zaczyna się tak bardzo bać, że trzęsie kolanami, zbliżając i oddalając je od siebie w półprzysiadzie. Ta nadekspresyjność dolnej partii ciała, dodaje komizmu odejmując tym samym nieco powagi całej sytuacji. Natomiast sam ruch ma w sobie ogromny ładunek tanecznego powabu, który wiele razy widziałem jako element choreografii tanecznej.

I chociaż zdaję sobie sprawę, że sukces artystów pantomimy zależy w pewnej mierze na improwizacji, to jednak ich występy są wynikiem ogromnej ilości godzin spędzonych na próbach. Jeśli moje taneczne, w pełni improwizowane pląsy, można określić jakąś namiastką pantomimy, to nie mogę sobie wyobrazić, co przeżywają w obecnych czasach wszyscy artyści, którzy żyją z występowania dla publiczności. Zostają występy online, ale czy są one zawodowo satysfakcjonujące?

PS Takie to przemyślenia w czasach kiedy obsesyjnie szukam prostych przyjemności, takich jak piętka chrupiącego chlebka, która jest najpyszniejszą częścią całego chlebka. Kumulacja chlebkowości. Próbowaliście jeść chlebek tańcząc?


Flip i Flap, Małe Urwisy i inni, czyli przegląd świątecznych filmów slapstickowych.

Flip i Flap, Małe Urwisy i inni, czyli przegląd świątecznych filmów slapstickowych


Harold Lloyd z żoną Mildred Davis (również gwiazdą kina) i synem Haroldem Dukiem Juniorem. Zdjęcie zostało zrobione w posiadłości Greenacres, o której pisałem TUTAJ. Natomiast o miłości wielkiego komika do świąt opowiada TUTAJ, jego córka Suzanne.

Ten rok był wyjątkowo trudny dla wielu z nas.

Rozpoczynając poszukiwania filmów świątecznych do tej listy, uznałem, że powinny to być tytuły, które pozwolą na chwilę oderwać się od trosk, których uzbierało się ponad miarę. Dobrym sposobem na to jest oglądanie filmów z uniwersalnym slapstickowym humorem.

1. Good Cheer (1926) z serii Little Rascals

Zaczynam tę listę pozycją wyjątkowo smutną jak na film burleskowy. Podobnie jak filmy Chaplina, filmy o tytułowych Małych Urwisach są bardzo zadłużone w poetyce dickensowskiego świata. W świecie gdzie radość dają najmniejsze drobiazgi i nie można mieć zbyt wielkich marzeń, dzieci często muszą sami zarabiać pieniądze (bardzo rzadko, albo w ogóle nie widzimy ich rodziców). Efekt komediowy w filmach z tej serii często dostarczała konfrontacja urwisów z przedstawicielami wyższych sfer społecznych.
Tak o filmach z serii Little Rascals pisałem w czerwcu tego roku:

Mimo, że seria była jednym z pierwszych przełomów w kwestii prezentacji mniejszości rasowych i narodowościowych, w czasach premiery kolejnych filmów pojawiało się mnóstwo głosów krytycznych dotyczącej samej jakości tej reprezentacji: twórców oskarżano o szkodliwe powielanie stereotypów. Z dzisiejszej perspektywy możemy ocenić, jak dalece bezkompromisową serią były te filmy. Roach przede wszystkim stawiał na zabawę. Dawał aktorom ogromne poczucie swobody na planie, jednocześnie nie pozwalając, by ktoś z nich górował nad resztą (dlatego do obsady nigdy nie dołączyła m.in. Shirley Temple). I nawet jeśli zabawa stereotypami bywała niepotrzebnie przeciągnięta lub zwyczajnie nietrafiona, to zdarzały się pomysły absolutnie perfekcyjne w swoim szaleństwie. Przykłady? Mało śmieszną znajduję serię dowcipów opartą o pomyłkę w jednym z filmów, w którym nasz tytułowy gang sądzi, że czarnoskóry brat jednego z bohaterów zamienił się w szympansa. Z drugiej strony pomysł, by w jednym z pierwszych odsłon serii założyli klub Cluck Cluck Klams, jest zarówno świetnym obśmianiem rasizmu jak i niepokojącym komentarzem, na temat przejmowania wzorców przez dzieci, ze świata dorosłych (jeden z bohaterów dowiedział się o istnieniu organizacji o podobnej nazwie z gazety). Hal Roach stworzył jedną z najdłużej i najbardziej przełomowych społecznie franczyz w historii kina. Przez serię przewinęli się bohaterowie najróżniejszych narodowości i ras. Był chłopak pochodzący z Włoch, dwóch tzw. „Asian American" oraz pięciu afroamerykańskich malców. Wśród nich był czarnoskóry Farina, którego postać nie posiadała jednoznacznie określonej płci. Często w jednym filmie występował jako dziewczynka i chłopczyk.

W Good Cheer pomagają rozbić gang fałszywych Świętych Mikołajów i próbują zarobić pieniądze sprzedając marznącym przechodniom gorące cegły. Inspiruje ich do tego duch prawdziwego Świętego Mikołaja. W świecie Małych Urwisów powstał jeszcze jeden świąteczny epizod. Był to odcinek specjalny animowanego serialu The Little Rascals wyemitowany w roku 1979. Jednak jego wydźwięk jest jeszcze bardziej smutny niż filmu z 1926. Do zobaczenia TUTAJ.

 

2. Malice in the Palace (1949) i Rumpus in Harlem (1956) z serii The Three Stooges


Powyższy film to Malice in the Palace (1949). Jego remake Rumpus in Harlem (1956) możecie obejrzeć TUTAJ

Kolejny archiwalny wpis w ramach tej polecanki. Tym razem dokładnie sprzed roku i o najbardziej fizycznej odmianie slapsticku w wykonaniu panów z The Three Stooges

Wyobraźcie sobie, że wszystkie gagi oparte na przemocy, które możecie oglądać w kreskówkach Warner Brothers czy Disneya są zagrane przez żywych aktorów. Tym właśnie są filmy z Three Stooges. Luźno zlepionymi gagami, doprawionymi efektami dźwiękowymi, które od zawsze odrealniały przemoc, nadając jest humorystycznego wydźwięku (wspominam o tym TUTAJ). Chciałbym w tym miejscu oddać głos Michałowi Oleszczykowi (dzięki, któremu dowiedziałem się o Trzech Głupkach), który w recenzji The Three Stooges braci Farrellych pisze o samej serii tak:

>>Krytyk J. Hoberman zwrócił niedawno uwagę na żydowskość Stoogesów jako klucz do zrozumienia ich powtarzanego raz za razem „numeru”: pomijając etniczną przynależność i życiorysy samych wykonawców, także treść ich kolejnych filmów stanowi metaforę nieudanej asymilacji żydowskiego proletariusza w tkankę amerykańskiego społeczeństwa (Moe jest w tej optyce sfrustrowanym ojcem Curly’ego i Larry’ego, starającym się ich bezskutecznie wyuczyć rozumu przez wymierzane bez opamiętania ciosy i rzucane non-stop obelgi).

(...)Nie byli wielkimi komikami, ale stanowili najczystszy destylat utraconego świata wodewilu, w którego stęchliźnie i śmiechu dorastało amerykańskie społeczeństwo wielojęzycznych imigrantów, a reprezentowane przez nich komediowe rzemiosło było jednocześnie grubo ciosane i koronkowo precyzyjne. Śmiejąc się z ich barokowo brutalnych bójek, zmieniających burdę w balet, cofamy się do własnego dzieciństwa, zdzierając pokłady kulturowego lakieru, którym paćkają nas szkoły, salony i autorytety, docierając do czegoś tak pierwotnego i prawdziwego, że – do licha – Grotowski by pozazdrościł.<<

Wystąpienie Świętego Mikołaja (czy raczej Świętych Mikołajów), w poniższych odcinkach, jest dość pretekstowe, ale wystarczająco zabawne. Zwróćcie uwagę na przezabawne nazwy państw na mapie w jedenastej minucie i dwudziestej sekundzie filmu. Mapa ta ma pomóc głównym bohaterom w zdobyciu diamentu, którego sprzedaż pozwoli im na wynajęcie lepszego mieszkania.
Z kolei plansza otwierająca remake pod tytułem Rumpus in Harlem (1956) jest ona zapowiedzią trochę innej motywacji bohaterów (Orient - gdzie mężczyźni są mężczyznami, a kobiety są z tego zadowolone). Tutaj również próbowali ukraść diament, jednak po to, by uchronić narzeczone z tytułowego harlemu przed niewolnictwem. 
W obydwu wersjach można obejrzeć popisową sekwencję przygotowania pozornie makabrycznego posiłku. Dla samych samych tych gagów warto obejrzeć jeden z tych dwóch filmów.

 

3. There ain't no Santa Claus (1926) z Charleyem Chasem


Od 59:45 panowie zaczynają wprowadzenie do filmu.

Na Facebooku nie raz wspominałem o fantastycznym przedsięwzięciu jakim jest Silent Comedy Watch Party. Panowie Ben Model Steve Massa co tydzień w niedzielę o godzinie dwudziestej pierwszej naszego czasu, zapraszają na swój kanał na YouTube. Drugi z panów po opowiada, o osobach biorących udział w powstawaniu filmów, do których wcześniej pierwszych z nich grał na pianinie. W trakcie każdego rejestrowanego streamingu można często zobaczyć nigdzie wcześniej nie pokazywane komediowe perły z niemej epoki kina.

W ostatnią niedzielę, 20 grudnia, jednym z trzech wyświetlanych filmów był There ain't no Santa Claus z jednym z jednym z największych gwiazdorów Hal Roach Productions, Charleyem Chasem. Komik gra tutaj niezamożnego mężczyznę, który próbuje wszelkimi sposobami zdobyć prezenty dla swojej rodziny. Jednym z nich jest zegarek dla żony. Problem polega na tym, że Charley (komicy często występowali wtedy pod swoim imieniem i nazwiskiem) zalega z czynszem, a właściciel nie należy do wyrozumiałych.

 

4. Big Business (1929) z serii Stan and Ollie (znani u nas jako Flip i Flap)

Do niedawna świadomie unikałem filmów z tym duetem. Ich humor z jakiegoś niewytłumaczalnego dla mnie z dzisiejszej perspektywy powodu, wydawał mi się mało oryginalny i szalony jak na komedie slapstickowe. Powrót do nich był dla mnie niemałym, Pozytywnym szokiem. Nie sądziłem, że filmowa relacja tych dwojga będzie miała w sobie tyle czułości. Zachwyca mnie też postać grana przez Stana Laurela. Był uroczo niezdarny, jakby wiecznie o parę sekund przed wydarzeniami z otaczającego go świata. Objawiał magiczne zdolności w najbardziej absurdalnych momentach (jak w fantastycznym Block-Heads). Z kolei jego linie dialogowe były często rozpisane na przezabawne gry słowne. Jeśli Laurel był niczym jezioro, z nie smaganym żadnymi podmuchami wiatru powierzchnią, to Hardy był tym wiatrem, który za nic nie mógł wpłynąć na absurdalny spokój swojego towarzysza, co tylko wzmagało jego frustrację. Jednocześnie w kryzysowych momentach doskonale potrafili wzajemnie się ochraniać, wspierać i w kryzysowych sytuacjach ich współpraca to czysta poezja destrukcji.

Big Business zaczyna się niepozornie. Ot, Stan i Ollie próbują, z mizernym skutkiem, zarabiać sprzedając drzewka świąteczne. Film rozwija się zgodnie z podstawową regułą slapstickowych komedii rozpędzającej się powoli maszyny destrukcji. Wyjątkowość tej pozycji polega na tym, że niszczycielska siła skierowana jest w większej mierze na świat zewnętrzny, pomijając przy tym ludzi. Nie doświadczymy tu prawie klasycznych gagów takich jak kopniaki, obrzucanie się ciastami, ucieczki, itp., gdzie rzeczywistość wokół jest niszczona niejako przy okazji. W Big Business głównym źródłem ataków dwóch stron konfliktu jest własność przeciwnika (za wyjątkiem samego początku, w którym panowie m.in. obcinają nożyczkami różne części garderoby). I tak dla Stana i Olliego będzie to dom niedoszłego klienta, który z kolei rozniesie w pył samochód i drzewka sprzedawców. Finał tej farsy jest równie absurdalny jak eskalacja konfliktu.

Hal Roach opowiadał, że na potrzeby filmu kupiono dom do wyburzenia. Wg producenta pomylono domy i zniszczono posiadłość właścicieli, którzy akurat byli na wakacjach. Mimo, że Stan Laurel zdementował tę opowiastkę jako zmyśloną, to Roach do śmierci twierdził, że jest prawdziwa.

 

5. Babes in Toyland (1934) z serii Stan and Ollie (znani u nas jako Flip i Flap)


Wersję kolorową można obejrzeć TUTAJ

Kolejna świąteczna propozycja z serii przygód Stana i Olliego. Tym razem ich bohaterowie są pracownikami w fabryce zabawek, która przyjmuje zlecenia od samego Świętego Mikołaja. Film jest filmową adaptacją operetki pod tym samym tytułem z 1903 roku. Wygląd tytułowej wioski, imiona i charakter postaci zostały wprost przeniesione z bajek dla dzieci lub różnych rymowanek popularnych wśród najmłodszych w Stanach na przełomie XIX i XX wieku (więcej na angielskiej Wikipedii TUTAJ). Film z Laurelem i Hardym miał, więc w chwili premiery delikatny powiew nostalgii. Mogę sobie wyobrazić, że bawili się na nim równie dobrze dzieci jak i dorośli.

Reżyserami byli Gus Meins i Charley Rogers. Pierwszy z nich reżyserował w latach 1934-36 filmy z serii Little Rascals (wtedy jeszcze znanej pod nazwą Our Gang). Drugi wyreżyserował dziewięć filmów z serii przygód Stana i Olliego w latach 1929-36.

Efekt ich współpracy nie jest powalający pod względem ilości i jakości gagów. Jest to rzecz zrealizowana solidnie, zgodnie z wszelkimi prawidłami komedii burleskowych. Fabularnie jest dość prostą i braną na tapet w wielu baśniach historią o złoczyńcy, który chce posiąść za żonę lokalną piękność. W filmie Meinsa/Rogersa małżeństwo ma pełnić funkcję spłaty czynszu (sic!) mieszkania babci rzeczonej piękności. U tej babci rezydują nasi nieudacznicy, który mimo wielkich chęci nie potrafią jej pomóc, doprowadzając do coraz większych katastrof.

Mój zachwyt wzbudziły obłędne dekoracje i kostiumy. Stan Laurel opowiadał później, że tytułowa wioska i kostiumy ich mieszkańców zostały pomalowane na bardzo żywe kolory. Bardzo żałował, że ostatecznie film nie został nakręcony  w bardzo popularnym wtedy i ciągle rozwijającym się Technicolorze. Poniekąd to  marzenie spełniło się, ale kilkadziesiąt lat po jego śmierci. Najpierw w 1991 pokolorowano i odrestaurowano film na potrzeby telewizji, a piętnaście lat później zrobiono ponownie to samo tylko z użyciem najnowszych dostępnych wtedy technologii. Kolorowej wersji jeszcze nie obejrzałem, ale już w czarno-białej całość robi ogromne wrażenie.

Z dzisiejszej perspektywy można zauważyć pewne elementy filmu, które się zestarzały, takie jak przedmiotowe traktowanie bohaterki, która ma zostać żoną złego Barnaby czy pomocnik rzeczonego złoczyńcy i rzemieślnicy ucharakteryzowani na Żydów. Jednak jeśli podejdziemy do tego filmu ze świadomością czasów w jakich powstał, akceptując ten świat (ale nie pochwalając jednocześnie), powinien dać nam sporo radości. Mimo sporego intertekstualnego bagażu fabularnego i pewnych moralnie wątpliwych z dzisiejszego punktu widzenia elementów, jest to pozycja nader urokliwa.

 

6. One Ham’s Family (1943), reż. Tex Avery

Zapewne powinno się ułożyć podobną listę tylko z animacjami (i być może nawet kiedyś taką kiedyś zrobię). Slapstickowy humor na dobre po dzień dzisiejszy rozgościł się w filmach, w których umowność świata przedstawionego jest jeszcze większa niż w filmach z aktorami, co pozwala no nadanie każdemu gagowi jeszcze bardziej absurdalnego i groteskowego charakteru. Natomiast jako dorosły (ho ho, wielkie słowa) człowiek, który na nowo odkrywa animacje, które oglądał dziecięciem będąc, zdałem sobie sprawę jak ogromny wpływ miał na mnie Tex Avery, twórca takich postaci jak królik Bugs czy kaczor Duffy i wielu, wielu innych.

One Ham's Family to slapstickowa, wersja słynnej bajki o trzech świnkach, a raczej jej kontynuacją, według której punktem wyjścia jest porażka wilka, który nie potrafił zdmuchnąć domku świnki w kamiennym domku. Po latach, świnka zakłada rodzinę, której owocem jest Junior - ryjek aniołka, charakter diabełka. Trafiła kosa, na kamień a jabłko nie padło daleko od jabłoni. Ba! jeśli tata Juniora był sprytny w swojej defensywie to synalek swoją samoobroną uczynił atak.

Animacja cechuje się dość makabrycznym humorem. Szczególnie w finale, śmiech miesza się z lekkim niedowierzaniem. Jednak miało to w moim przypadku charakter niemalże katartyczny. Dlatego tak sobie cenię przesuwanie granicy przez twórców komedii slapstickowych (zarówno w odmianie aktorskiej, jak i animowanej). Rozwałka jakiej jesteśmy świadkami, ma w sobie coś relaksującego. W końcu nie nas dotyczy krzywda podana w humorystyczny sposób (pamiętajmy, że w dużym uproszczeniu: tragedia+gagi=komedia), a po seansie wracamy do naszego mniej lub bardziej poukładanego świata, którego prawidła działania mniej lub bardziej jesteśmy w stanie przewidzieć.


„The Great Dictator" (1940), reż. Charles Chaplin

The Great Dictator (1940), reż. Charles Chaplin


Na powyższym  autorstwa Alana Reeve'a wykonany z okazji premiery Dyktatora opublikowany w grudniu 1940 w Fortune magazine. Z lewej strony znajduje się lista znanych osobistości, które zostały na nim uwiecznione.

Dyktator to jeden z tych filmów, który jest przestrogą w spokojnych czasach. Niestety co jakiś czas staje na powrót czymś aktualnym i z sygnału ostrzegawczego staje się komentarzem do „tu i teraz”. Taką próbą obśmiania aktualnego stanu rzeczy była właśnie wspomniana wyżej produkcja, znana również jako pierwszy w pełni „mówiony” film Charliego Chaplina.

Uznany dzisiaj za jeden z najważniejszych filmów karierze mistrza, w swoim czasie wróżono mu klęskę, jeszcze na długo przed premierą. Chaplin jednak od początków swojej kariery przejawiał ogromną wrażliwość na „zachodzące wokół niego zmiany, a niekiedy potrafił je nawet przewidzieć”. Takie pozycje w jego twórczości jak Gorączka złota, Charlie żołnierzem czy Emigrant pokazują, że nie unikał drażliwych tematów społecznych. Dyktator nie jest, więc niczym niezwykłym spoglądając całościowo na twórczość reżysera i aktora. Wzbudzał natomiast bardzo silne kontrowersje od momentu ogłoszenia rozpoczęcia pracy nad nim.

1. Szkic koncepcyjny autorstwa Rusella Spencera. 2. Szkic koncepcyjny autorstwa Russella Spencera. 3. Szkic koncepcyjny sceny finałowej przemowy, która miała na celu ułożyć plan rozlokowania 300 statystów na planie filmowym.

Co więcej jak zauważa autor artykułu z 1939 roku „opatrzność była w ironicznym nastroju, gdy pięćdziesiąt lat temu zarządziła, aby Charles Chaplin i Adolf Hitler przyszli na świat w odstępie czterech dni”. Takie skojarzenia pojawiały już na początku lat trzydziestych, czego dowodem są liczne karykatury z tamtego okresu. Jak napisał w swojej autobiografii Chaplin po premierze Dzisiejszych czasów w 1936 roku, cierpiał na głód pracy z jednoczesnym brakiem pomysłu na film. Rok po premierze tamtej pozycji, reżyser i producent filmowy Aleksander Korda zasugerował mu nakręcenie filmu o Hitlerze, ze względu na fizyczne podobieństwo postaci trampa do dyktatora III Rzeszy. Sugestia ta stała się katalizatorem i Chaplin prawie natychmiast zabrał się do pracy nad filmem.

Ależ oczywiście! Jako Hitler mógłbym przemawiać do tłumów szwargotem i mówić, co bym tylko chciał. A jako włóczęga mogłem być  mniej czy więcej milczący, Historia o Hitlerze dawała pole do burleski i pantomimy. Toteż z entuzjazmem pospieszyłem na powrót do Hollywood zabrałem się do pisania scenariusza. Praca nad nim trwała dwa lata.

1. Główną atrakcją, która przyciągała publikę do kin aby zobaczyć Dyktatora było fizyczne podobieństwo między Chaplinem a Hitlerem. Powyższe karykatury wykonał Al Hirshfeld. Więcej o tym fantastycznym artyście przeczytacie tutaj: Zabawa na niedzielny wieczór – znajdź wszystkie Niny! 2. Chaplin usuwa swe charakterystyczne wąsy, przypominające te hitlerowskie, które mają powodować złość z Niemczech  Mimo wielu plotek, do dzisiaj nie udało się ustalić czy Hitler zobaczył Dyktatora. Karykatura autorstwa Rollina Kirby'ego. New York World Telegram, wrzesień 1933.

Przy pracy na Dyktatorem korzystał z pomysłów ze swoich wcześniejszych niewykorzystanych pomysłów. Użył m.in. scenę u golibrody wyciętą z Idylla na wsi z 1919. Z kolei taniec z balonem to przetworzony gag, który został uwieczniony na imprezie zorganizowanej przez Marion Davies w 1929 (może być to również plagiat o czym pisałem tutaj: Chaplin plagiatorem?). Jednak przede wszystkim korzystał z doświadczenia uzyskanego w trakcie przygotowań do nigdy nieukończonego filmu o Napoleonie Bonaparte. Jak pisze David Robinson w biografii Chaplina miał w nim znaleźć się wątek planu „ucieczki Napoleona ze Świętej Heleny przy pomocy poświęcającego się sobowtóra, który zajmie jego miejsce. (…) Chaplin chciał także przedstawić poprzez postać Napoleona własne poglądy na pokój i politykę. Na konferencji dotyczącej Dyktatora powiedział: Każdy aktor marzy by zagrać Napoleona. Mam to za sobą. Zagrałem jednocześnie Napoleona i Hitlera i szalonego cara Pawła [Pawła I Romanowa – przyp. własny].”

Produkcja Dyktatora najeżona była problemami.

Kiedy zdjęcia ukończone były w połowie, do reżysera zaczęły docierać wiadomości o możliwej cenzurze filmu. W Stanach w tamtym czasie wzrastały nastroje narodowościowe i izolacjonistyczne, popierające działalność Hitlera w Europie, a jednocześnie sprzeciwiające się udziałowi Amerykanów w II Wojnie Światowej. Filmy takie jak Dyktator czy prawie rok You Nazty Spy! z serii The Three Stooges, były uważane za propagandę antyhitlerowską mającą zachęcić Amerykanów do zmiany optyki w kwestii udziału ich kraju w militarnym sporze. Chaplin pisał, że dostawał listy z pogróżkami, które po premierze jeszcze przybrały na sile. Mimo wszystko był zdeterminowany by zrobić ten film, choćby miał stracić pięć milionów dolarów, jak napisał w autobiografii.

Głównym źródłem trudności był jednak charakter samego reżysera. Dyktator zwiastował spore zmiany w procesie produkcyjnym twórcy. Chaplin był podekscytowany faktem drobiazgowego scenariusza. Wcześniej na każdym każdy etapie zdjęć skrypt był rozpisywany przez Brytyjczyka na bieżąco. W przypadku tego filmu rozrósł się do monstrualnych trzystu stron, jeszcze przed przystąpieniem do zdjęć. Dla porównania standardem pełnometrażowego filmu fabularnego było 100-150 stron scenariusza. Harmonogram pracy był trudny do ustalenia ze względu na przypadkowość godzin w jakich na planie stawiał się Chaplin. O ile w ogóle się pojawiał. Współpracownicy zwracali uwagę na nieprzystawalność jego stylu pracy do zmieniających się warunków na planach filmów. Niczym żydowski fryzjer ze swojego filmu, zachowywał się jakby na jakiś czas zapadł w śpiączkę, w czasie kiedy organizacja produkcji filmowej zrobiła ogromne postępy. Kłócił się z pracownikami technicznymi czy asystentką reżysera, tzw. script girl , których roli na planie nie mógł zrozumieć. Chwalił się, że używa najnowszych rozwiązań technicznych takich jak bardziej mobilne kamery, wózki, itp., które de facto były używane na planach filmowych od lat.

Dyktator stał się największym sukcesem komercyjnym Chaplina. Natomiast jego recepcja w prasie była mieszana. Dyllis Powell z New York Times zachwycał się konstrukcją gagów i udanym balansem między satyrą a brutalnym realizmem. Z drugiej strony, wskazuje na niekompatybilność formalną finałowej przemowy fałszywego dyktatora. Jak można się domyślić pojawiały się również zarzuty, że komedia to nie najlepszy wybór na film o niemieckim zbrodniarzu. Co więcej, co jak pisał w swojej recenzji Rudolph Arnheim w 1940, Chaplin swoim filmem wyważał otwarte drzwi. Absurdalność i głupota postulatów nazistów są widoczne dla każdego kto zacznie ich analizę. Niemiecki pisarz zanotował również, że fokusowanie się na parodiowaniu jednej postaci, spowodowało, że ostrze satyry chyba celu, zamiast skupiać się na obśmianiu szkodliwej ideologii.

1. W III Rzeszy odbył się tylko jeden pokaz „Dyktatora". Był to pokaz dla hitlerowskiej armii. Pierwsze oficjalne pokazy w Niemczech miały miejsce dopiero w roku 1958. Plakat powyżej chociaż wykonany w 1940, reklamował właśnie tamte seanse. Źródło: https://www.filmposter.net/en/the-great-dictator-original-release-german-movie-poster/. 2. Plakat reklamujący Dyktatora pochodzący z All Family News Magazine. 3. Węgierski plakat reklamujący Dyktatora

Z perspektywy czasu jesteśmy w pełni docenić skalę i moc satyry jakie nosił w sobie w tamtym burzliwym okresie Dyktator. Paweł Mościcki swoją książką Chaplin. Przewidywanie teraźniejszości, której obszerne fragmenty poświęcone są właśnie temu filmowi, stworzył najbardziej kompletną obronę tego filmu, w ostatnich latach w naszym kraju.

Zaskakujące wydaje się to, jak ambiwalentną figurą jest ów dyktator z punktu widzenia krytyków filmu Chaplina. Z jednej strony wydaje się zbyt mało istotny, aby symbolizować problem nazizmu w całości, z drugiej zaś – wystarczająco ważny, aby śmiech z jego zachowań obrażał jego ofiary. W pierwszym wypadku krytycy wydają się rozdzielać coś, co wcale nie występuje oddzielnie. Owszem, nazizm miał źródła historyczno-polityczne i opierał się na masowym ruchu, w którym uczestniczyła, lub który przynajmniej popierała, znaczna część społeczeństwa. Ale ów ruch nie byłby aż tak prężny i dynamiczny, gdyby nie spajała go wyrazista i intensywnie oddziałująca postać Wodza. W takim wypadku satyra na Hitlera nie jest wyłącznie krytyką jednego elementu, unikającą namysłu nad działaniem całej struktury nazistowskiego fantazmatu, lecz właśnie uderzeniem w ten punkt, w którym cała struktura osiąga stan najwyższej kondensacji.

Autor zauważa również, że obśmianie może być najsilniejszą bronią w walce ideologią nazistowską. Z kolei kontrowersyjna finałowa przemowa, (…)która prawicy pachniała komunizmem, a dla lewicy była podejrzanie sentymentalna(…), oddała szacunek ofiarom reżimu jednocześnie dając nadzieję, a nawet wyrokując nadejście lepszego tu i teraz. Podniosły finał, w którym następuje metafizyczne na gruncie świata przedstawionego i formalne, dzięki montażowi, połączenie bohaterów, paradoksalnie kolejny raz w historii twórczości Chaplina, zamienia dramat z komedią miejscami. Francuski badacz kina, Jean-Pierre Coursodon powiedział, że gdyby usunąć z burleski gagi, zostanie czysty dramat. Działalność reżysera filmu, o którym tutaj piszę, jak żadna inna jest na to doskonałym dowodem. Chaplin pokazał, że można jednocześnie śmiać się z oprawcy, na przykład parodiując manierę hitlerowskich przemówień i nie szczędząc widzom brutalnych scen, okazując rewerencję buntującym się przeciw totalitaryzmowi. Co znamienne, to pierwszy raz kiedy Chaplin pozwala przemówić postaci wagabondy, dla którego to ostatnie wystąpienie na ekranie. Wszyscy są jednak zgodni: mimo tego, że z mównicy przemawia żydowski fryzjer, omyłkowo wzięty za dyktatora Tomanii, z ekranu patrząc prosto w kamerę, mówi do nas sam Chaplin. Co jak zauważył inny recenzent Paul Goodman jeśli nie jest głosem jego serca, byliśmy zwodzeni przez dwadzieścia pięć lat.


Fragment końcowej przemowy z polskimi napisami. Polecam obejrzeć całą, około dwie minuty dłuższą. Tutaj nie zobaczymy montażowych przebitek na postać Hanny i jej towarzyszy w Austerii.

Jak zauważa Mościcki w jednej ze scen po długim i męczącym marszu w obozie jenieckim, fryzjer zasypia w baraku. Nigdy nie doczekamy się natomiast sceny pobudki. Można, więc interpretować ciąg dalszy jako sen śpiącego. Podkreśla to idylliczna scena wyjazdu ukochanej do sąsiedniego państwa. Wszystko, łącznie z podmianą i końcową mową staje się w tym odczytaniu się mrzonką, niemożliwą do spełnienia. Autor przywołuje w swojej książce niemieckiego filozofa Theodora Adorno, wg którego bez niemieckiej powagi Hitler nigdy nie zdobyłby władzy. W krajach zachodnich stałby się ofiarą śmiechu. Wg Adorno śmiech z reżimowej ideologii często przychodził zbyt wcześnie (np. przewidując rychły upadek szkodliwej doktrynie), lub za późno, gdy śmiech nie ma oznak buntu, lecz jest postawą z gruntu oportunistyczną. Chaplin kręcąc Dyktatora wykorzystał okazję, by użyć narzędzia, którym posługiwał się najlepiej, komedią slapstickową zaprzęgniętą w służbie satyrze, która trafiła idealnie w swój czas. Mimo, że Chaplin, jak przyznał nie nakręciłby tego filmu, gdyby wiedział o okrucieństwach wyrządzonych ludziom przez ojca nazistowskiej ideologii.

Dzisiaj, kiedy historia zatacza zaskakujące koło, Dyktator niesie współczesnym widzom nowe przesłanie, które można ująć w parafrazę słynnych słów księdza Twardowskiego: śpieszmy się śmiać z naszych oprawców. Tak szybko dochodzą do władzy.

___________________________________________________________________ 

Literatura 

[1]  Chaplin. Jego życie i sztuk (1985). David Robinson. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1995
[2]  My autobiography (1975). Charles Chaplin. Wydawnictwo Dolnośląskie, Poznań 2006-2007
[3]  Chaplin. Przewidywanie teraźniejszości. Paweł Mościcki. Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2017
[4]  The Charlie Chaplin Archives. Paul Duncan. Wydawnictwo Taschen, 2015
[5]  http://www.charliechaplinarchive.org/en
[6]  Dokumenty Chaplin's Napoleon i The Tramp and the Dictator, będących dodatkami w wydaniu Blu-Ray kolekcji Criterion Collection
[7]  Historia kina. Kino nieme. Tom I. Wydawnictwo Universitas, Kraków 2012

„Santa Claus Conquers the Martians" (1964), reż. Nicholas Webster

Santa Claus Conquers the Martians (1964), reż. Nicholas Webster

Santa Claus Conquers the Martians - nie kumam o co biega z tym tytułem, bo nikt tam nie kolonizuje Marsa, ten głupek z filmu, Święty Mikołaj tym bardziej. Pozwólcie, że opiszę tu w skrócie fabułę, bo jest to hit.

Dzieci na Marsie tylko wlepiają gały w telewizor oglądając ziemskie programy, uczą się, śpią i jedzą tabletki, które imitują w smaku ziemskie jedzenie. Od jakiegoś czasu te dwie ostatnie czynności nie wychodzą im najlepiej. Stan apatii zmartwił marsjańskich rodziców, więc ojciec, który jest kimś w rodzaju lidera społeczności, poszedł do Chochem (w jidysz oznacza mędrca) który wygląda jak bieda wersja Gandalfa i jako jedyny z jakiegoś powodu nie ma zielonej skóry. Radzi im, żeby sprowadzili z Ziemi Świętego Mikołaja, który wskrzesi w małych dorosłych, jak mówią o swoich dzieciach Marsjanie, dziecięcą radość z życia. Wybierają się na Ziemię i spotykają parę dzieciaków (jedne z najgorszych dziecięcych aktorów w historii kina). Mierząc do nich z czegoś co przypomina karabin AK-47 mówią tym dzieciakom, żeby się ich nie bały i wskazały im drogę do prawdziwego Świętego Mikołaja.

Marsjanie mają pistolet, który pozwala zamrozić przeciwnika na jakiś czas. No, to zamrozili pomocników i panią Klausową (na marginesie: to pierwszy film, w którym pojawia się żona Świętego Mikołaja). Święty okazuje się śmieszkiem: "Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałem, żebyś tak długo stała bez ruchu i nic nie mówiła". Tak czy owak, porywają go na Marsa.

Wtrącenie: w trakcie podróży Mikołaj rzuca dowcipem, którego nie zrozumiałem, może mi ktoś pomoże: KLIK. Czy to jest nawiązanie do wielkiego londyńskiego smogu z roku 1952? 


Przytul misia. Misiu zimno. Aktor przebrany za niedźwiedzia polarnego w tej scenie, Gene Lindsey, zagrał potem we Wszystkich ludziach prezydenta Alana J. Pakuli, w roli Alfreda D. Baldwina.

Na miejscu Marsjanie budują Klausowi małą fabrykę zabawek a ten utyskuje, że nie może robić ich ręcznie, tylko za pomocą przycisków na maszynie (krytyka mechanizacji przemysłu wjechała jak hiszpańska inkwizycja). Marsjanin Voldar, bad guy tego filmu, nie zgadza się na to, by ich dzieci były dziećmi, cały czas próbuje sabotować pracę Mikołaja. Pod koniec filmu porywa jednego ze swoich współobywateli przebranych za Świętego, przekonany, że to sam Mikołaj, który zaczął transformować w Marsjanina. Kiedy zdaje sobie sprawę z pomyłki atakuje fabrykę, ale czeka tam na niego zasadzka, którą zorganizował Mikołaj. Polegała ona na tym, że dzieciaki (ziemskie i marsjańskie) zaczęły rzucać czym popadnie w swojego wroga. Pojawia się tam przez moment czołg. Dlaczego marsjańskie dziecko, chciałby czołg na święta? - pomyślałem. Nim zdążyłem rozwikłać tę zagadkę film się skończył odlotem Świętego Mikołaja wraz z Billym i Betty (ziemskimi dziećmi) jakimś statkiem kosmicznym na Ziemię. Kto tym kieruje? Co to za statek? Skąd się tam wziął? Po co pytać. Film się skończył a widz zostaje z poczuciem, że obejrzał coś niezwykłego. Dziwnego, ale niezwykłego.

Film jest absolutnie okropny, ale ma swój urok. Co jakiś czas pojawia się na liście najgorszych filmów wszech czasów. Film z miejsca stał się kultowy w Stanach a ze względu na to, że film jest częścią domeny publicznej, co jakiś czas popkultura sobie o nim przypomina. Paul L. Jacobson, procent i scenarzysta swój jedyny film, który zrobił w karierze określił (za angielską Wikipedią):

>>(...)a „yuletide science fiction fantasy" and said he made it because of a perceived gap in the market. „Except for the Disneys, there's very little in film houses that children recognize as their own".<<

Muszę kiedyś zerknąć ile jeszcze Jacobson takich luk wymyślił. Parafrazując: space is the limit.

Braki budżetowe widać na każdym kroku. Aktor przebrany za niedźwiedzia polarnego, którego morda może przyprawić o koszmar niejednego dzieciaka, kartonowe dekoracje, absurdalne stroje Marsjan, ich makijaże, które kończą się tam, gdzie zaczyna szyja, wycinki z filmów reklamujących, jak mi się zdaje, NASA, koszmarna gra aktorów na czele z dziecięcymi... . Mimo to lubię ten film. Szczególnie za slapstickową scenę z końca, w której dzieciaki atakują Voldara zabawkami z fabryki zabawek. To była chwila dziecięcej ostatecznej unii ziemsko-marsjańskiej, który miał w sobie tę nieposkromioną energię, jaką charakteryzują się najmłodsi. Jeśli miałbym na coś narzekać w tym miejscu, to na to, że słabo tę scenę podbudowano. Ten moment prawdziwego, szczerego dziecięcego szaleństwa w tym filmie, jak szybko się zaczął, tak szybko skończył. Bęc, nie ma. Przyszedł niszczyciel dobrej zabawy i uśmiechów dzieci w postaci ojca i powiedział DOŚĆ! i zabawa skończona. Nie mogę jednak wymagać za dużo. Nie był to czas stracony, chętnie obejrzałbym więcej takich zjaranych filmów :D


To co widzicie to jeden z moich ulubionych „niedorobionych" momentów tego filmu wynikających z braków budżetowych. O tym, że Ziemianie dowiadują się o porwaniu dowiadujemy się ze stron tytułowych gazet w różnym języku. Ostatnia anglojęzyczna (fikcyjna jak się domyślam) zatrzymała się na dłużej. Jej nagłówek brzmiał: "Święty Mikołaj porwany!". Widz ma się domyślić, że pozostałe nagłówki miały podobny zatrważający ton. Jak widać Życie Warszawy olał temat porwania Klausa. Cóż..., mieliśmy wtedy sowieckiego Dziadka Mroza :D

To w tym filmie zadebiutowała Pia Zadora, jedna z najgorszych aktorek w historii kina, ale całkiem spora gwiazda muzyki. Możecie ją kojarzyć z hitu When the Rain Begins to Fall z Jermainem Jacksonem. Polski akcent: nazwisko jej matki, Polki (Zadorowski) posłużyło jej za sceniczny pseudonim sceniczno-aktorski.

PS Niech ktoś zrobi dziesięciogodzinną wersję tego fragmentu: KLIK 2 - czy tylko ja czuję niepokój oglądając to? :D to w sumie jedyny taki dziwny moment, który jak mi się zdaje, wyszedł przypadkiem.


„Gorączka złota" (1925) - relacja z premiery

„Gorączka złota" (1925) - relacja z premiery

Strony z broszury reklamującej program premiery „Gorączki złota"

Jak wyglądała premiera „Gorączki złota" w 28 czerwca, w 1925 roku?

Dzięki dyrektorowi Egyptian Theatre w Hollywood, który zorganizował masę towarzyszących mu wydarzeń było to jedna z najgłośniejszych premier w roku. W mojej opinii musiało to wyglądać dość osobliwie. David Robinson, autor najsłynniejszej biografii Chaplina opisuje to wydarzenie w swojej książce tak (w cudzysłowach cytaty z gazety Los Angeles Eveninig Herald):

>>Dziedziniec przed Egipskim Teatrem Graumana był "prawdziwą bajkową krainą z barw i świateł . Najlepsi dekoratorzy ze świata iluzji pracowali nad tym przez cały tydzień (...). Grauman przeszedł sam siebie i premiery Gorączki złota nic zapewne nie zdoła prześcignąć. Jeżeli to się stanie, dokona tego tylko podobny do niego geniusz". Kurtyna podniosła się odsłaniając panoramę skutej mrozem północy ze stadem fok, które wspinały się na postrzępioną górę lodu. Do fok szybko dołączyła grupa eskimoskich tancerek. Po nich nastąpiła "seria artystycznych tańców w wykonaniu urodziwych młodych kobiet ubranych w godne podziwu bogate i piękne stroje nawiązujące do arktycznej atmosfery i oddające nastrój białej i jałowej ziemi".Dalsze numery spektaklu obejmowały ślizgawkę, scenkę z balonem wykonaną przez Lilian Powell i scenę na dancingu w Monte Carlo.
Po filmie reżysera-gwiazdę zaprowadzono na scenę. "Jest zbyt wzruszony, wyjaśnił, żeby przemówić, i potem wygłosił zupełnie dobrą mowę". Georgia [Hale, odtwórczyni głównej roli kobiecej, przyp. mój] zauważyła, że była to jedna z rzadkich okazji, kiedy Chaplin nie miał wątpliwości co do swego dzieła: „Był o to spokojny. Naprawdę czuł, że zrobił swój największy film. Był zupełnie zadowolony". <<

Przyznacie, że mieli rozmach Szkoda, że nie zachowały się zdjęcia z tego wydarzenia.

A film będzie można obejrzeć w najbliższą środę, tj. 10 lipca w Kino Kosmos o godzinie 20.


„Gorączka złota" (1925) - scena z indykiem

„Gorączka złota" (1925) - scena z indykiem


Podlinkowałem film od momentu sceny przemiany i wyraźnie widać, że finalnie do GORĄCZKI... trafiła wersja, w której Swain nie podpiera się głową. W momencie przenikania widać, że musiał delikatnie opuścić głowę

Post z okazji dzisiejszego Święta Dziękczynienia, które obchodzi się dzisiaj w USA. Efekt przenikania w słynnej scenie przemiany w kurczaka w „Gorączce złota" jest wynikiem ogromnej kreatywności ekipy pracującej nad filmem Chaplina.

David Robinson w biografii aktora i reżysera pisze tak:
"Operatorzy tamtych czasów musieli umieć sobie radzić. Ich kamery były technicznie znakomite, ale nie miały dzisiejszych udoskonaleń. Wiele efektów w rodzaju zaciemnień, przenikań i tych podobnych, które później wykonywano w laboratorium, trzeba było robić w kamerze. Tak było z przemianami w kurczaka w „Gorączce złota". Chaplin zaczynał scenę w normalnym kostiumie. W pewnym momencie w kamerze zaczynano przenikanie i kamerę. Podczas gdy Chaplin szybko przebierał w kostium kurczaka, sytuacja na planie i pozycja kamery pozostawały bez zmian . Równocześnie cofano taśmę w kamerze do początku przenikania, czyli momentu w którym przemiana Charliego w kurczaka miała się zacząć. Gdy kamera ruszała i zaczynała drugą część przenikania, Charlie dokładnie powtarzał akcję którą poprzednio sfilmowano. W ten sposób otrzymywano podwójną ekspozycję - obrazy Charliego i kurczaka dokładnie nakładały się na siebie, prze co powstawał efekt efekt jednej postaci w drugą. Dokładnie ta sama technika była potrzebna, by kurczak znów stał się Charliem. W czasie przerwy na zmianę kostiumu Chaplina Mack [Swain] , który także był widoczny na zdjęciach, musiał pozostawać absolutnie bez ruchu. By łatwiej to osiągnąć, siedział przy stole z głową opartą na ramionach. Precyzja, bezbłędne wykonanie efektu jest sukcesem tak techników, jak i aktorów (skomplikowany efekt komiczny musiał być oczywiście zrealizowany przez dwie kamery pracujące równocześnie). Wszystko wygląda tak jakby odbyło się bez wysiłku. Magia działa, jak chciał Chaplin."
Techniczna strona realizacji filmów niemych jest absolutnie fascynująca.
Chwilę wcześniej ma miejsce słynna scena wieczerzy z okazji Święta Dziękczynienia, podczas której bohaterowie zjedli całego buta. Podeszwa i sznurówki wykonane były z lukrecji <bleh>. Jej ilość wywołała u aktorów efekt "Xenny"...

„Gorączce złota" będziecie mogli zobaczyć z muzyką na żywo na 20. Festiwalu Filmu Niemego - 20th Silent Film Festival w Krakowie w Kinie Pod Baranami 6 grudnia o 18.30


Betty Boop's Halloween Party, reż. Dave Fleisher (1933)

„Betty Boop's Halloween Party", reż. Dave Fleisher (1933)

 

Od kilku dni zastanawiałem się co napisać w związku z Halloween. Wtem wczoraj obudziłem się rano i pomyślałem „Przecież dawno nie było na Klatkach slapstickowej animacji!”. Chwilę potem stwierdziłem, że na pewno w serii przygód Betty Boop był film z nazwą tego święta w tytule. #takbyło

Betty w pocie czoła drąży dynie pod lampiony halloweenowe. W przygotowaniu imprezy pomagają jej m.in. słomiany strach na wróble, który maluje żywe koty i czarownice na ścianach. Nagle przybywa niszczyciel dobrej zabawy i uśmiechów dzieci, czyli goryl. Betty i ekipa muszą uratować imprezę!

Betty Boop to postać, która zadebiutowała cztery lata przed wdrożeniem tzw. Kodeksu Haysa, który miał na celu wyrugować m.in. jakiekolwiek przejawy seksualności w produkcjach filmowych. Jego wejście w życie w 1934 roku poskutkowało m.in. ubraniem Betty w koszulkę z długimi rękawami z dekoltem przy samej szyi i dłuższą spódnicę. Jak Betty wyglądała wcześniej możecie obejrzeć w filmie „Betty Boop's Halloween Party" z 1933. Ubrana w sukienkę bez ramiączek z głębokim dekoltem, wyraźnie widoczne podwiązki, buty na wysokim obcasie, stała się w swoich czasach jednym z największych i do dzisiaj najsłynniejszych symboli seksu w historii kina.
Najczęściej uznaje się, że postać Betty miała być początkowo karykaturą aktorki Helen Kane, chociaż czasem wspomina się też jedną z największych gwiazd kina niemego – Clarę Bow.
Zaprojektowana w momencie debiutu na antropomorficznego pudla z wielką głową (design postaci przypomina trochę figurki firmy Funko), z czasem została przemianowana na stałe na postać kobiecą. Na początku „kariery” można było ją określić jako tzw. „flapper girl”, czyli podlotka – bezczelną kobietę słuchającą (czy też jak w wypadku Betty śpiewającą) jazzu, ignorującą normy społeczne i seksualne. Jej partie wokalne najczęściej śpiewała Mae Questel.

Na początku lat ‘90 planowano pełnometrażowy film fabularny z Betty w roli głównej. Niestety projekt upadł. Miała również swoje cameo w filmie „Kto wrobił królika Rgera?" z ’88, przełomowym technicznie połączeniem animacji i filmu aktorskiego

No, ale co z tym slapstickiem? Samo słowo pochodzi od włoskiego słowa „botacchio” (po ang. „slapstick”), które oznaczało przedmiot złożony z dwóch listewek używanych podczas XVI-wiecznych przedstawień „commedia dell'arte” we Włoszech. Dźwięk jaki wydobywał się przy dźwięku zderzania ze sobą tych deseczek, w trakcie odgrywania przez aktorów gagów, miał pozbawić przemoc negatywnego wydźwięku i nadać jej humorystyczny kontekst. Taki sam zabieg stosowany jest również współcześnie w filmach, często adresowanych do dzieci (ale nie tylko), kiedy bohater upada na tyłek, potyka się, zostaje przez kogoś uderzony, itp. W halloweenowym odcinku Betty Boop również kilkakrotnie możemy usłyszeć „dźwiękowe” podbicie gagów. We wczesnych filmach animowanych, które przez większość czasu nie posiadały żadnych dialogów ani partii śpiewanych, możemy dodatkowo zaobserwować jak muzyka podkreśla każdy ruchy postaci. W efekcie daje to złudzenie integralności gagów w narracji i większą jej płynność niż w przypadku filmów aktorskich, w których gagi pełniły funkcję oddzielną w stosunku do filmowej narracji. 


120. rocznica urodzin Izaaka Dunajewskiego

 

120. rocznica urodzin Izaaka Dunajewskiego

O flircie filmowej burleski z sowiecką Rosją pisał np. Owen Hatherley w swojej książce „The Chaplin Machine: Slapstick, Fordism and the International Communist Avant-Garde".

W Kwartalniku Filmowym recenzował ją dr Strożek Przemysław. Tekst ten czytałem tak dawno temu, że zupełnie o nim zapomniałem. Kiedy więc przeczytałem niedawno o rosyjskich komediach farsowych poczułem, że muszę przyjrzeć się im bliżej. Dzisiaj zobaczyłem fragmenty „Świat się śmieje" Grigoriya Aleksandrova z 1934 i prawie zapiałem z zachwytu. Jeśli początek jest w miarę spokojny, tak im bliżej końca tym większe szaleństwo i slapstickowy rozpierdziel. Już napisy początkowe zapowiadają się ciekawie:

„Chaplin. Harold Lloyd. Buster Keaton... NIE występują w tym filmie. W filmie występują..."

Cóż za cudowny trolling XD

Muzykę do tego filmu skomponował Izaak Dunajewski. Dzisiaj mija 120. rocznica jego urodzin. Z tej okazji kilka faktów z życia jednego z największych kompozytorów w historii muzyki rosyjskiej muzyki, oraz o samym filmie:

  •  Izaak urodził się w rodzinie o tradycjach muzycznych: matka grała na pianinie, dziadek komponował żydowskie hymny dla miejscowej synagogi, z kolei pięcioro z siedmiorga rodzeństwa Izaaka też zostało muzykami.
  • W wieku 10 lat nauczył się grać na pianinie.
  • Ukończył dwa kursy z prawa na prośbę ojca, który nie był w stanie wyuczyć go zawodu.
  • Od 18-go roku życia Dunajewski pisał muzykę do sztuk teatralnych.
  • Jest jednym z ojców radzieckiej operetki
  • Dunajewski był jednym z pierwszych radzieckich kompozytorów zafascynowanych jazzem i używających go do komponowania muzyki filmowej; nazywany jest często twórcą stylu radzieckiego w jazzie.- Jego relacja z aparatem władzy była, delikatnie mówiąc, oziębła. Często był krytykowany w swojej ojczyźnie za zbytnie odejście od "linii partyjnej". Skomponował „Pieśń Stalina", która miała na celu zachwyt nad personą "przywódcy narodów". Podobno sam zainteresowany po jej przesłuchaniu miał powiedzieć: „Towarzysz Dunajewski wykorzystał cały swój wspaniały talent, aby nie zaśpiewać w tej piosence o towarzyszu Stalinie”. W 1947 roku zakazano mu udziału w weneckim festiwalu .
  • Utwór „Serce", który znalazł się w „Świat się śmieje" jest jednym z najczęściej wykonywanych utworów w rytmie tanga argentyńskiego, który nie jest śpiewany w języku hiszpańskim; autorem muzyki jest oczywiście Dunajewski
  • Dzięki swojej obecności na Festiwalu w Wenecji „Świat się śmieje" był ogromnym sukcesem komercyjnym i krytyczno-filmowym nie tylko w ZSRR, ale i na świecie. Krytycy pisali, że "radzieccy twórcy wprowadzili całkowicie nowy typ humoru", za którym "nie stoi tragedia, tylko elektryzująca siła, witalność i wolność zwycięskiej klasy robotniczej".
  • Na koniec moja osobista wisienka na torcie: Dunajewski jest autorem muzyki do ekranizacji „Dzieci kapitana Granta" Verne'a, którą przeczytałem za dzieciaka (11 lat chyba miałem) w kilka wakacyjnych dni. Pamiętam, że będąc gdzieś w połowie książki, uznałem że czas się ruszyć z podłogi i wyrzucić ogryzek jabłka, który jadłem w trakcie czytania. Okazało się, że byłem tak zaaferowany fabułą, że go zjadłem. Niby nic wielkiego, ale nie znoszę twardych łupin ogryzka. W dodatku hodowałem w sobie długo lęk, że jak zjem pestkę jakiegoś owocu to mi z tyłka zacznie wyrastać drzewo. Po tym wydarzeniu przez kilka dni walczyłem z moją bujną wyobraźnią. Z raz lepszym, z raz gorszym skutkiem. A film możecie zobaczyć (z angielskimi napisami) tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=_-d4dO9zGrg.

Wspomniana książka dostępna jest na Amazonie: https://www.amazon.com/Chaplin-Machine-Slapstick-International-Avant-Garde/dp/0745336019

Z kolei „Świat się śmieje" (poza granicami ZSRR wyświetlany jako „Moskwa się śmieje") jest dostępny na YouTube w wersji z napisami angielskimi:

oraz... z Tomaszem Knapikiem ( <3 ) w roli lektora!

 


Zabawa na niedzielny wieczór - znajdź wszystkie Niny!

Zabawa na niedzielny wieczór - znajdź wszystkie Niny!

 

Amerykańskie znaczki wydane w roku 1991. Autorem rysunków jest, zmarły w 2003 roku Al Hirschfield, jeden z najsłynniejszych karykaturzystów w historii.

W 1943 roku wziął ślub ze znaną aktorką Dolly Haas. Dwa lata później urodziła się Nina. Hirschfield od tamtego czasu zaczął ukrywał jej imię w swoich grafikach publikowanych w New York Timesie. Z czasem szukanie tego imienia stało się prawie sportem dla czytelników NYT. Do tego stopnia, że kiedy autor chciał porzucić ten pomysł, gazeta dostawała taką ilość listów, że rysownik stwierdził iż łatwiej będzie powrócić do zabawy w ukrywanie imienia córki, niż odpowiedzenie na każdy z listów. Był zły, że ta drobna sztuczka przesłania jego sztukę. W swojej antologii „World of Hirschfield" z 1966 roku zamieścił rysunek zatytułowany „Zemsta Niny", w którym można było znaleźć imiona rodziców samej Niny: Al i Dolly (szukajcie w komentarzu).

W porównaniu z innymi Ninami te tutaj są wyjątkowo łatwe do znalezienia. Być może to też część zemsty: może Hirschfield chciał odebrać przyjemność z szukania?

W 1991 zarząd United States Postal Service zlecił Hirchfeldowi narysowanie karykatur amerykańskich komików i komiczek. Głównie były to gwiazdy kina niemego, ale znalazło się też miejsce dla Abotta i Costello czy Jackiego Benny'ego.

Niezmiernie mi się podobają te karykatury. W dodatku dowiedziałem się o kilku komikach, o których nie miałem pojęcia jak Jack Benny czy Edgar Bergen.

Spędziłem kilkanaście minut na wpatrywaniu się w znaczki (co ja robię ze swoim życiem?). Udało mi się odnaleźć prawie wszystkie NINY. A Wam? 

A tu na dokładkę łapcie dokument o artyście. Bardzo przyjemny, w dostatecznym stopniu laurkowy: The Line King. The Al Hirschfeld Story.


Little Rascals - slapstick w wydaniu dziecięcym

Little Rascals - slapstick w wydaniu dziecięcym

Dla wielu dzieciaków dzisiejszy dzień był pierwszym dniem w szkole.

Z tej okazji chciałbym Wam przypomnieć o serialu, o którym kiedyś już na Klatkach pisałem. Mianowicie o „Our gang" znany również pod tytułem „Little Rascals".

W 1922 roku Hal Roach ze swojej wytwórni wypuścił pierwszy film pt. „Our gang". Zapoczątkował on serię krótkich metraży, które przetrwały przełom dźwiękowy, a później przekształciły się w serial telewizyjny. Powstało również kilka pełnometrażowych filmów inspirowanych LR (kojarzycie „Klan urwisów" z '94?).

Serial wyróżniał się nie tylko tym, że w głównej roli obsadzono dzieci. To pierwsza produkcja filmowa, w której kolor skóry bohaterów kompletnie nie miał znaczenia dla fabuły. Jak wspominał po latach Ernest Morrison (grał w latach '22-'24 afroamerykańskiego chłopca o imieniu Sammy Sunshine <3): "Jeśli chodziło o rasę, Hal Roach nie rozrózniał kolorów". Każdy z bohaterów pochodził z nizin społecznych i obśmiewanie bogatszej klasy było jednym z głównych tematów komizmu serii. Co więcej McGowan, który reżyserował większość filmów z serii do '33 roku, pozwalał aktorom dziecięcym na improwizacje i z rzadka ich partie dialogowe trzymały się skryptu (a pisał je m.in. Frank Capra).

Żadne słowa nie opiszą jak wielką miłością darzę tę serię. Pamiętam odcinek (już z ery dźwiękowej), w którym Alfalfa, który miał wiecznie "niedokładnie" ulizane brylantyną włosy, zjadł z jakiegoś powodu kawałek mydła. Żeby pozbyć się tego smaku wypił na raz cały dzbanek wody z kwiatków. Wywołany chwilę później w szkole do odpowiedzi nie był w stanie wydobyć z siebie dźwięku, gdyż ilekroć otwierał buzię wypuszczał z niej mydlaną bańkę.

Odcinek, który tutaj zamieszczam jest jednym z pierwszych nakręconych jeszcze w erze kina niemego. Ale zachęcam gorąco do zapoznania się z chociaż kilkoma dźwiękowymi.

„Małe dranie" na pewno jeszcze tu wrócą