„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi

„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi

"Panie Klatek, no weź pan coś zapodaj z nowości, co nie, bo ino nieme filmy i nieme."
Tak zapewne brzmiałyby początki listów, gdybyście takowe do mnie pisali.

[To jest recenzja, a więc może zawierać spojlery]

A byłem se w kinie wczoraj. A co. Moja ukochana żona wybrała tym razem film i jestem jej niezwykle wdzięczny. Ona zawsze wie, co fajnego i dobrego wyświetlają na srebrnym ekranie. Ufam jej i już nigdy nie będę kwestionował jej decyzji w tym zakresie. [zaufaj korektorce, to dostaniesz potem takie prezenty]

Także byłem na filmie w kinie i nie były to znowu Avędżersi. Nawet w zapowiadanej wersji rozszerzonej (jeśli wejdzie u nas do kin, to oleję chyba temat). Byłem na OSZUSTKACH (2019) Chrisa Addisona, który zadebiutował w roli reżysera filmowego.
Przez pierwsze kilkanaście minut żałowałem, że nie poszedłem jednak na „Rocketmana", który był wyświetlany w tym samym czasie w innej sali. Humor "genitalny" długo szuka tutaj swojego miejsca i odpowiedniego natężenia. Po tym przyciężkawym wstępie poczułem, że to jednak film idealny dla mnie.
Historia rywalizujących ze sobą oszustek to teatr dwóch aktorek, za którymi nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem: Anne Hathaway i Rebel Wilson. Jednak muszę się tutaj wznieść ponad własne resentymenty i stwierdzam, że chemia między nimi jest niezwykła.
Film stoi slapstickiem. W różnym w stylu. Takim a'la Three Stooges: fizykalnym, opartym na bolesnych, co bardziej wymyślnych, uderzeniach w różne partie ciała*. Sporo też typowych dla filmowej burleski, rewelacyjnie rozegranych i przemyślanych przebieranek (jeden z przykładów widoczny w załączonym kadrze), wchodzenia w różne role. Amatorzy gagów słownych oraz kąśliwych dialogowych popisów również znajdą tu coś dla siebie. „Oszustki"remakiem „Parszywych drani" z 1988 roku, do którego scenariusz napisał Dale Launer i który prawdopodobnie współpracował przy przeróbkach z debiutantką (!), Jac Schaeffer. Ich scenariusz ma odpowiedni, żwawy rytm, z lekkimi momentami zadyszki, chwilami zawieszenia niewiary i kompletnym poślizgiem w finale.
W „Parszywych draniach" gwiazdami byli Michael Caine i Steve Martin. „Oszustki" są kolejnym filmem z silnie feministycznym wydźwiękiem. Niedawno mieliśmy w kinach nieudaną kontynuację „Ocean's 8", a teraz „kobiecą wersję" filmu sprzed lat, którego producentką jest m.in. Rebel Wilson. Uwielbiam, kiedy patriarchat wyciera sobie ten głupi ryj o gorący asfalt. Film Addisona nie jest jednak aż tak brutalny, chociaż długo nie uświadczymy na ekranie mężczyzny nie będącego śliniącym się, bogatym, starzejącym się oblechem, z kompleksem Piotrusia Pana. Panowie, którzy wybierają się na ten film, proszeni są o „dystans".
Kobiety rządzą światem złodziei, nawet jeśli mężczyzna jest złodziejem, to wiedzę przekazuje mu kobieta. Główne bohaterki wpasowują się do patriarchalnego systemu, stając się jego plastycznymi (raz seksownymi, innym razem zagubionymi) trybikami. Wiadomo: to się musi zemścić.
A mści się niestety w sposób, który zgrzyta mi piachem między zębami. Okazuje się, że system działa dalej, bez szwanku, bo wystarczy... dopasować się jeszcze bardziej. Czyli niby feminizm, ale trzeba znowu uznać wyższość faceta. Bardzo bezpiecznie, a mogło być tak dobrze.
„Oszustki", to mimo wad, idealny film na weekend. Rzadko płaczę ze śmiechu na filmach, a tutaj miałem kilka momentów, że nie byłem w stanie przez łzy przeczytać napisów. Takie to dobre! Znak jakości: łzy śmiechu Pana Klatka

*co warte zaznaczenia, Rebel Wilson przejęła tutaj typowo "męski" gag, czyli cios w krocze. Rzadka rzecz w kinie 

PS Ten film wygląda jak spin-off przygód Catwoman z ostatniego Batmana Nolana :o


„A Florida enchantment" (1914), reż. Jacques Feyder

„A Florida enchantment" (1914), reż. Jacques Feyder

Skoro czerwiec i #lgbtpride to lecim z takimi motywami w kinie niemym.

Na początku chciałbym zaznaczyć, że prób ukazania tęczowości w filmach przed przełomem dźwiękowym nie brakowało. Natomiast zawsze było to obarczone niemałym skandalem i najczęściej kończyło się finansowym fiaskiem.

Chciałbym polecić Wam film, który w sieci jest często opisywany jako „pierwszy lesbijski film w historii". Czy tak jest w istocie? Dzisiaj, kiedy język, którym operujemy mówiąc o widzialności osób nieheteronormatywnych kształtuje się na nowo, filmy takie jak „A Florida enchantment" (1914), nabierają zupełnie nowych kontekstów.

Film jest adaptacją opowiadania z 1891 roku i sztuki z 1896 roku o tych samych tytułach. To semifantastyczna historia Lilian Travers (Edith Storney), która w przededniu zamążpójścia zażywa specjalne ziarno, które zamienia ją stopniowo w mężczyznę. Zanim to nastąpi mamy sporo kobiecych pocałunków w usta, co pewnie tłumaczy tę internetową szufladkę.

[Czy spojlery dotyczą również filmów sprzed ponad stu lat? Bo tutaj za chwilę padnie jeden :P]
To, co nadaje temu filmowy tego szczególnego wydźwięku, to finał, w którym niedoszły mąż (Sidney Drew, również reżyser), również zażywa wspomniane ziarno... .

Z perspektywy czasu widać jak na dłoni prosty humor oparty na seksizmie (po zażyciu magicznego ziarna kobiety przed przemianą zaczynają obłapywać uciekające przed nimi, inne kobiety, którego niczego nie wzięły) czy rasizm (mnóstwo tu blackfaces, co może być trochę niekomfortowe w trakcie oglądania). Mimo tych wad film dziś robi wrażenie swoją postępowością i naturalnością, którą współcześni widzowie nie byli w stanie przeboleć. Jego premiera była sporym skandalem, który jednak szybko przycichł ze względu na piekło Wielkiej Wojny.

Interpretacja tego filmu sprawia mi nie lada problem. Na angielskiej Wikipedii widnieje:

"(...)the film has also been considered to have the first documented appearance of bisexual characters in an American motion picture"

- z referencją do artykułu z 15 września 2012 roku, gdzie znajdziemy potwierdzenie tych słów. Moim zdaniem jest to błędne założenie. Jeżeli ten film jest próbą czyjejś reprezentacji to prędzej osób transpłciowych, a nie biseksualnych. Główny bohater zażywa rzeczone ziarno, właśnie po to, żeby stać się kobietą i zostać partnerką Lawrenca, który niedawno był jeszcze Lilian. W dodatku finalnie wszystko okazuje się snem głównej bohaterki i wszystko wraca do swojego punktu startowego. Czyli normą w świecie przedstawionym jest związek kobiety i mężczyzny i tylko on może dać głównym bohaterom szczęście.

A Wy co myślicie?


„Profesor Bosco" (1919), reż. Charles Chaplin

„Profesor Bosco" (1919), reż. Charles Chaplin

Tydzień temu minęła 130. rocznica urodzin Charlesa Spencera Chaplina. Długo zastanawiałem się o czym napisać tutaj z tej okazji, żeby w efekcie nie streszczać notki z Wikipedii.

Pomyślałem, że warto napisać o jednym z najbardziej tajemniczych filmów aktora/reżysera, czyli o „Profesor Bosco" z 1919 roku.

7-minutowa scenka to prawdopodobnie jedyny zachowany fragment tego filmu. Był jednym z punktów spornych w negocjacjach we wrześniu 1922 roku między Chaplinem, którego reprezentował jego brat Sydney a Harrym Schwalbe, sekretarzem i skarbnikiem wytwórni First National. Głównym filmem, którego dotyczyły owe rozmowy, był czteroaktowy (czyt. "około godzinny") „Pielgrzym" (który miał ostatecznie premierę w 1923 roku). Włodarze wytwórni nie chcieli się zgodzić na podział wpływów z dystrybucji „Pielgrzyma" . Jako dodatek, który miał przekonać tandem Charles&Sydney, chcieli „dorzucić" „Profesora Bosco" właśnie. W pewnym momencie zrobiło się tak gorąco, że Chaplin rozpoczął rozmowy o prawa do dystrybucji „Pielgrzyma" z konkurencyjną wytwórnią United Artist, zostawiając First National z prawami do krótszego o połowę „Profesora...". Ostatecznie prawa do „Pielgrzyma" nabyli ci pierwsi, a o krótkiej formie wszyscy zapomnieli.

Listy, które wymieniali między sobą bracia oraz wzmianka o prywatnym pokazie w roku 1939 są jedynymi dowodami na istnienie tajemniczej „dwuaktówki". Jak pisze Dave Robinson w biografii Chaplina:

"Żaden film Chaplina pod tym tytułem nie był nigdy pokazywany ani rozpowszechniany, ani też w szczegółowych dziennych raportach studia Chaplina nie ma wzmianki o jego produkcji".

Robinson pisze o możliwości, że „Profesor Bosco" był wielkim blefem, którym miał przekonać pracodawców Schwalbego do przystania na niewygodne dla nich warunki kontraktu. Spekuluje się też, że mógł to być film zmontowany z odrzutów filmów wyprodukowanych zarówno dla First National jak i dla poprzedniej wytwórni, dla której Chaplin kręcił - Mutual.

Co możemy wywnioskować z tej 7-minutowej scenki? Pierwsze co rzuca się w oczy to charakteryzacja, która mocno postarza Chaplina. Co ciekawe, wychodzenie poza standardowe trampowskie emploi nie było niczym nowym w karierze aktora, mimo że nie robił tego za często. Jego metamorfozy ograniczały się do przebierania postaci Trampa za postaci kobiece („Panna Charlie", 1920), czy po prostu graniu postaci kobiecych („Pani Charlie", 1914). Takie zmiany były zawsze czymś ryzykownym w tamtym czasach. Zaszufladkowanie, czyli coś przed czym współcześni aktorzy starają się uciekać, w czasach kina niemego było wymagane. Z tego powodu takie eksperymenty jak „Profesor Bosco" czy kobiece metamorfozy filmowe Chaplina zdarzały się sporadycznie. Czy postać tytułowego profesora, właściciela cyrku z pchłami, mogła zdobyć wtedy uznanie publiczności? Dziś możemy jedynie zgadywać. Coraz większą popularnością cieszyły się pełne metraże, krótkie formy powoli traciły na znaczeniu. Z drugiej strony, Chaplin który bardzo nie lubił nie wykorzystywać swoich gagów w filmach, z powodzeniem użył pomysłu z cyrkiem pcheł trzydzieści lat później w „Światłach rampy".

Fragment, o którym mowa został odnaleziony w archiwum Chaplina przez Kevina Brownlowa i Davida Gilla, którzy przygotowywali dokument „Chaplin nieznany".
Notka na marginesie: cyrk pcheł to tak doskonały pomysł na zastosowanie tradycyjnej pantomimy, że aż dziw, że tak rzadko był wykorzystywany w komediach slapstickowych.

„Film" (1964), reż. Samuell Beckett

„Film" (1964), reż. Samuell Beckett

„Film" wpisuje się w renesans poetyki slapsticku oraz samych aktorów w latach 50. i 60.

Zaczęło się umownie od artykułu Jamesa Agee’go z '49 roku w LIFE, zatytułowanego „Największa epoka komedii” z Benem Turpinem na okładce (KLIK). Najlepsze filmy w swoim dorobku zrobił w tym okresie Jacques Tati. W roku premiery „Do utraty tchu" Godarda (1960) miał premierę również nowofalowy przedstawiciel filmowej burleski, „Zazie w metrze" Louisa Malle’go. Jerry Lewis, jeden z największych komików epoki kina dźwiękowego w USA, rozpoczynając solową karierę „Boy'em hotelowym", stał się jednym z największych spadkobierców zarówno niemego, jak i dźwiękowego slapsticku. Z kolei w '68 roku miała premierę absolutnie szalona komedia „Skidoo" z Groucho Marxem w roli Boga. Bracia Marx stworzyli zaś fundamenty dźwiękowej komedii w USA, doskonale wykorzystując siłę dźwięku w kinie oraz dorobek klasycznych Wielkich Komików epoki kina niemego, takich jak Max Linder czy Charlie Chaplin.

„Film" z Busterem Keatonem — którego „kamiennej twarzy” kamera bardzo długo nie pokazuje — jest o tyle ciekawym przykładem, że daleko mu do komedii. Surrealna narracja 17-minutowego filmu przywodzi na myśl wczesne krótkometrażowe dokonania Davida Lyncha. W moim odczuciu „Film" jest przede wszystkim próbą przeniesienia na ekran lęku przed ciągłą obserwacją. Dochodzi do tego niechęć do mody na utrwalanie wspomnień na trwałych nośnikach takich jak fotografie.

To bardzo ciekawa pozycja w dorobku Keatona: jego sława w tamtym czasie dawno już bowiem przebrzmiała (komik grał jedynie epizodyczne role w filmach oraz w reklamach), co w kontekście tego filmu jest znamienne. W końcu jego głównym bohaterem jest człowiek, który jak duch przemierza miasto unikając kontaktu z jakimikolwiek istotami. Fotografie traktuje jak znienawidzone totemy przeszłości, przynoszącej niegdyś radość, a teraz nic ponad cierpienie. Owo połączenie — obserwacji społecznych z refleksją na temat fotografii, a przez to samego kina — czyni „Film" swoistym komentarzem do samego życia Bustera, który rok później odejdzie z tego świata niedoceniony.

Korekta: Patrycja Mucha


„Little Rascals: Teacher's Pet" (1930), reż. R. F. McGowan

„Little Rascals: Teacher's Pet" (1930), reż. R. F. McGowan 

„Our gang" , znany też później pod tytułem „Little Raascalls" to jeden z moich ulubionych seriali w dziećmi na pierwszym planie. Wyprodukowany przez wytwórnię Hala Roacha, wypełniony jest po brzegi przeuroczym slapstickiem i skrzy się równie uroczymi dialogami (scenariusze do odcinków pisał m.in. Frank Capra).

Bardzo istotnym elementem tej serii są postacie nauczycieli. Jedną z popularniejszych była panna June Crabtree (June Marlowe). Pierwszy raz pojawia się w odcinku pt. „Pet's teacher". Zatrudnia się na miejsce nauczycielki, którą dzieciaki wprost uwielbiały (nigdy jej w serialu nie pokazano). Wkupiając się w łaski najmłodszych za pomocą ogromnej porcji lodów z łatwością przeskakuje wysoko postawioną poprzeczkę przez poprzedniczkę. Postać grana przez Marlowe była zawsze blisko swoich podopiecznych. Ze względu na niskie zarobki mieszkała w mieszkaniu rodziców jednego z uczniów. Była empatyczną, maksymalnie zaangażowaną w problemy swoich wychowanków nauczycielką.

Przez moje życie przewinęła się ogromna ilość nauczycieli. Spora większość z nich to pasjonaci, którzy oddali swoje serce swojej profesji. Z perspektywy czasu dopiero widzę z czym musieli się borykać. Ten zawód trawi niewyobrażalna ilość problemów. Nie będę się nawet podejmował ich punktowania. W tym celu polecam obserwowanie Leszek Legut na Facebooku. Chciałem tylko napisać, że każdemu obserwującemu mnie nauczycielowi ślę ogromne wyrazy wsparcia. Mam nadzieję, że z tej walki o godne warunki zatrudnienia wyjdziecie z tarczą

Protest z Wykrzyknikiem


„Winky causes a smallpox panic" (1914), reż. Cecil Birch

„Winky causes a smallpox panic" (1914), reż. Cecil Birch

Temu weekendowi patronuje huncwot Winky, czyli postać grana w latach 1913-15 przez jednego z najpopularniejszych komików brytyjskich w tamtym czasie, Reginalda Switza.

Jego wygłupy przypominają różne akcje współczesnych pranksterów, z tą różnicą, że krótkie metraże w których grał Switz były oczywiście reżyserowane.

Na przykład w „Winky causes a smallpox panic" z 1914 roku straszy ludzi w przebraniu niedźwiedzia. Na końcu trafia do baru, skąd w popłochu uciekają na jego widok klienci zostawiając swoje kufle z piwem. Bardzo szybko opróżnia dwa z nich.

Polecam zerknąć też do notki o twórcy serii i samym Switz w zakładce "Context" pod miejscem, gdzie powinien wyświetlić się film (u niektórych może nie działać przez geoblokadę): WINKY CAUSES A SMALL-POX PANIC

Film idealny na weekend prawda? Jakie szaleństwa planujecie na te dwa dni? Włączycie sobie na komputerze odtwarzanie losowe na Spotify? Tylko pamiętajcie bez patologii! Spokojnego weekendowania wszystkim 


„Bout-de-Zan et l'embusqué" (1916), reż. L. Feuillade

„Bout-de-Zan et l'embusqué" (1916), reż. L. Feuillade

Tytułowy bohater powyższego filmu Bout-de-Zan był głównym bohaterem jednej z pierwszych serii filmowych w historii kinematografii.

Wyreżyserowana została przez Louisa Feuillade'a, jednego z największych twórców kina niemego w kinematografii francuskiej. Postać Bout-de-Zan grał René Poyen, nieprzerwanie przez cztery lata od premiery pierwszego filmu z serii, czyli od 1912 roku. Stał się jedną z pierwszych dziecięcych gwiazd w historii kinematografii. Wystąpił w sześćdziesięciu dwóch filmach wyreżyserowanych przez Feuilladego. Większość z nich to seria o psotnym chłopcu Bout-de-Zan.

Bardzo urocze to filmy. Większość filmów z serii, które znajdziecie na YouTube zawiera sporo burleskowego humoru. Trudno znaleźć do nich angielskie napisy (ten film, to jeden z wyjątków), ale jak to bywa z takim humorem jest uniwersalny, więc nie powinno Wam to odebrać przyjemności z oglądania.

Zarówno dorobek reżysera Feuillade'a jak i Poyen będą jeszcze wracać na łamy Klatek  Tymczasem dziękuję za przekroczenie szczęśliwej siódemki z przodu przy liczbie lajków  dobrej nocy Robaczki 


Stepin Fetchit - niezrozumiały buntownik?

Stepin Fetchit - niezrozumiały buntownik?

Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się

Kilka dni temu pisałem o Zenobii", czyli nieudanej próbie stworzenia nowego duetu komików w czasie krótkotrwałego rozdzielenia Stana Laurela i Olivera Hardy'ego, znanych w Polsce jako Flip i Flap.

Obejrzałem kilka minut tego filmu i jedna postać przykuła moją uwagę. Była to postać pomagiera o imieniu Zero. Mówił bardzo wolno, skrzekliwie, jednocześnie cały czas przyjmując przygarbioną i skuloną postawę.
Aktor, który grał Zero nazywał się Stepin Fetchit, a właściwie Lincoln Theodore Monroe Andrew Perry. Był pierwszym czarnoskórym aktorem w historii, który stał się milionerem. Zarazem przez wielu jest uważany za jedną z tych osób, które utrwaliły szkodliwy wizerunek afroamerykańskiej społeczności w kinematografii w Stanach.
Kiedy w latach 50. coraz większą sławę zdobywały takie gwiazdy jak Harry Belafonte czy Sidney Poitier, świadomość czarnoskórej społeczności w kwestii krzywdzących stereotypów powielanych w filmach stale rosła. Oglądanie filmów z udziałem Fetchita wzbudzało coraz większy dyskomfort. Kiedy w 1968 roku premierę miał film „Black history: lost stolen or strayed", Fetchit pozwał producenta, stację CBS, o zniesławienie. Paradoksalnie, mimo przegranej sprawy, był to moment kiedy zaczęto się nieco przychylniej przyglądać jego dorobkowi.
O swojej metodzie aktorskiej mówił:

„Postanowiłem kontynuować swoją pantomimę, tak jak robiłem to poza ekranem. Wybrałem ważne słowa w moich linijkach dialogowych, te ważne dla śmiechu lub które były istotne dla innych aktorów. Świadomie je akcentuję, reszta mowy nie ma znaczenia. Mamroczę resztę, wykonując gesty, które mają opisać sytuację, o której mówię."

Fetchit miał ambicję stworzenia parodii wizerunku typowego „coon", którym określano ślamazarnych, często głupich przedstawicieli czarnoskórej społeczności. Jednocześnie mało kto wtedy miał świadomość, że była to ekranowa kreacja, której brzmienie można było wyrazić słowami: „solidaryzuję się z Wami w Waszym oporze przeciw opresji białych!". O jaki opór chodzi?
Pozorna "powolność" była formą biernego protestu i buntu przeciw opresji na czarnoskórych. Powolne wykonywanie zleconych zadań, tzw „putting on old massa," generowało koszty, za które płacić musiał nie kto inny jak zlecający. Tak interpretują to współcześni badacze. Tymczasem sam Stepin odniósł się do kontrowersji wokół swojego wizerunku takimi słowami:

"Tylko dlatego, że Charlie Chaplin grał włóczęgę, nie sprawia, że ​​wszyscy Anglicy są włóczęgami, a ponieważ Dean Martin pije, to nie czyni pijaków ze wszystkich Włochów”.

Trudno dzisiaj wskazać powody tak nieporadnego tłumaczenia. Może inny cytat będzie lepiej oddawał podejście Fetchita do swojego dorobku:

„Grałem tylko postać, a ta postać dobrze się przyjęła”.

Jedynym sposobem na przebicie się do hollywoodzkiej śmietanki było dostosowanie się.
Nie był aniołem. Miał słabość do młodych dziewczyn i alkoholu. Z pierwszą żoną rozwiódł się kiedy brutalnie ją pobił. Kilka lat po drugim rozwodzie trafił do więzienia za niepłacenie alimentów. Jednocześnie walczył o równe płace dla czarnoskórych aktorów, co poskutkowało kilkuletnim wykluczeniem z zawodu. Był pisarzem, założył firmę producencką, która miała na celu kręcenie filmów o czarnoskórych sportowcach.

Stepin Fetchit do dzisiaj pozostaje niejednoznaczną postacią. Strona black-face.com, która tropi motywy "blackface" (czyli ośmieszania społeczności czarnoskórych) w popkulturze, nie wypowiada się w swoim artykule o nim zbyt pochlebnie. Zarazem jednak nie można mu odmówić pewnych zasług dla wizerunku Afroamerykanów w kinematografii.

 


„Boy hotelowy" (1960), reż. Jerry Lewis

„Boy hotelowy" (1960), reż. Jerry Lewis

Jerry Lewis w pewnym momencie komik miał tak silną pozycję w studiu Paramount, że kierownik produkcji studia Barney Balaban powiedział: "Jeśli Jerry zechce spalić studio, będę tym który da mu zapałki".

Kawałek filmu, który tu zamieściłem doskonale obrazuje jak Lewis świadomie wykorzystywał dźwięk w slapsticku, jednocześnie nie zapominając o tym co mogą zaoferować widzowi klasyczne gagi wywodzące się jeszcze kina niemego. Czyni to Lewisa jednym z największych spadkobierców kina burleskowego w ogóle w tamtym czasie. A może i w historii kina. Sam film jest bezskładnym, chaotycznym zlepkiem pojedynczych scenek, który dobrze oddaje charakter niemej burleski filmowej. 


„Zenobia" (1939), reż. Gordon Douglas

„Zenobia" (1939), reż. Gordon Douglas

Pierwszy dzień wiosny. Przynajmniej tej astronomicznej, bo wskaźnik na termometrze pokazuje...zimę? A guzik pokazuje. Taką wiosnę jak dzisiaj mieliśmy od grudnia z drobnymi przerwami.

"Czy masz jakieś polecanki z tej okazji, Panie Klatek?" pytacie w listach (te listy istnieją! Kiedyś zrobię zdjęcie tego stosu).

Otóż nie bardzo. Za to mam będzie ciekawą historię.

„It's spring again" to roboczy tytuł filmu z 1939 roku, który wyprodukowany został w stajni Hala Roacha, z której wywodził się m.in. Harold Lloyd. Finalnie ukazał się pod tytułem „Zenobia". To próba stworzenia nowego duetu komików z Laurelem Hardym oraz Harrym Langdonem (slapstickowym śpiochem, o którym pisałem o tutaj: Three’s a crowd). Stan Laurel i Oliver Hardy (znani w Polsce jako Flip i Flap) mieli okres w swojej karierze, w której pracowali osobno. Hal Roach chciał wymusić na słynnym duecie jeden „podwójny kontrakt", który pozwoliłby mu na większą kontrolę nad karierą zawodową aktorów. Chodziło o to, że Roach nie chciał pozwolić na jakiekolwiek solowe projekty swoich podwładnych, żeby w świadomości widzów ciągle tkwił ich nierozerwalny wizerunek. Stan „Flip" Laurel nie zgodził się na to, więc Roach musiał wykombinować kogoś na jego zastępstwo i tak wybór padł na Langdona, którego gwiazda przygasła po przełomie kina dźwiękowego.

Film był katastrofą finansową. pisano o nim jak o nieudolnej próbie pożenienia filmu kostiumowego i slapstickowego. Gordon Douglas (reżyser „Them", którego sequel nakręcił John Carpenter oraz mojego ukochanego serialu „Little rascals"), zekranizował opowiadanie z 1891 roku autorstwa H. C. Bunnera. Weterynarz Tibbet (Hardy), który wyleczył cyrkową słonicę, zdaje sobie sprawę, że uleczona pacjentka tak bardzo się do niego przywiązała, że nie opuszcza go na krok i wszędzie za nim chodzi.

Filmu jeszcze nie widziałem, ale średnio mnie przekonują filmy ze zwierzętami, które w tamtym czasie musiały przeżywać katorgę na planie filmowym (nie mniejszą niż tę na cyrkowej arenie). Może uda się go w najbliższym czasie obejrzeć i dam Wam znać czy warto.

Natomiast w związku z tym filmem dokonałem ciekawego aktorskiego odkrycia, o którym napiszę już niebawem. Stay tuned!