logo festiwalu filmowego

4. Bytom Film Festival – wywiad z organizatorami

4. Bytom Film Festival – wywiad z organizatorami

logo festiwalu filmowego

Bytom Film Festival dobiegł końca. Mimo przeciwności losu organizatorzy stanęli na wysokości zadania i sprawili, że tegoroczna edycja zapadnie w pamięci gościom Festiwalu jako wartościowe filmowe spotkanie. O misji, którą chcą spełnić swoją inicjatywą, opowiadają koordynatorka do spraw artystycznych Katarzyna Panas oraz koordynator do spraw produkcji Michał Tyszkiewicz.

Pan Klatek: Co skłoniło was do skupienia się w trakcie Festiwalu na formie popularyzowania sztuki filmowej poprzez krytykę filmową?

Katarzyna Panas: W trakcie rocznej przerwy między pierwszą a drugą edycją zastanawialiśmy się nad tym, jaką tożsamość może przybrać nasze wydarzenie, co wyróżni je na polskiej mapie festiwali filmowych. Sami obracamy się w środowisku ludzi, którzy żyją kinem – duchowo i zawodowo; zajmują się pracą, o której zwykle się nie mówi, a wiedza przeciętnego widza zatrzymuje się na nazwisku reżysera. Stwierdziliśmy, że fajnie byłoby stworzyć wydarzenie, które koncentruje się właśnie na nich: dziennikarzach, krytykach, ale także dystrybutorach, plakacistach czy kiniarzach. Akcentowanie tego kursu rozpoczęliśmy od organizacji konkursów popularyzatorskich na najlepszych internetowych recenzentów i blogerów. Chcemy tym samym oddać hołd wszystkim piszącym o kinie (amatorom i profesjonalistom), za to, że starają się edukować, jednocześnie propagując w sieci dialog o kinie. W tym roku mija trzeci nabór konkursowy w kategorii popularyzatorskiej i muszę przyznać, że jakość nadesłanych prac jest zdecydowanie lepsza. Uważam, że dzięki (między innymi) aktywności na tym polu kultura filmowa naszego społeczeństwa wzrasta, tak samo jak nawyk chodzenia do kina, czy korzystania z legalnych źródeł podczas oglądania filmów. Z zaciekawieniem obserwujemy kategorię wideorecenzji. Jeszcze rok temu musieliśmy odwołać ten konkurs, bo przyszły tylko dwa zgłoszenia, lecz podczas tej edycji przyszło ich kilkanaście. Widać, że autorzy mają już odwagę sięgnąć po to medium, jednak wciąż się go uczą, eksperymentują z różnymi skutkami. Z jednej strony forma audiowizualna wymaga dużej kreatywności, aby udźwignąć swoją wielowymiarowość obrazu i dźwięku, a z drugiej strony również dużej dyscypliny, by przekaz “nie rozpadł się” w trakcie realizacji.

Michał Tyszkiewicz: W przyszłości zależałoby mi np. na konkursie plakatów czy klubów filmowych. Marzy mi się, żeby BFF stał się spotkaniem blogerów, twórców portali streamingowych, itd. Na razie są to tylko strzępy pomysłów. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy.

Pan Klatek: Czy na co dzień też zajmujecie się czymś związanym z filmem?

Kasia: Troje z naszej ośmioosobowej ekipy studiuje kierunki filmoznawcze i produkcję filmową w Krakowie, Łodzi i Katowicach. Reszta zawodowo jest na innej orbicie, ale jakoś naturalnie grupą dopasowaliśmy się w strukturę organizacyjną festiwalu. Mamy informatyków-cudotwórców, którzy przebranżowili się na specjalistów od kopii filmowych (Jarek, kochamy Cię) i festiwalowej strony (Wojtek), Madzię – doradcę filozoficznego, polonistę Michała, wiedzącego, jak rozmawiać i pisać z prasą oraz Sabinę i Dominika, czyli speców od marketingu. Mieliśmy jeszcze filmoznawcę Rafała, który na ten rok uciekł do Stanów.

Michał: Super rzecz podczas tej edycji festiwalu to duża ilość praktykantów z produkcji filmowej z Katowic. Bardzo to przyspiesza naszą pracę, ponieważ możemy się szybko porozumieć, będąc niejako w tym samym środowisku. Jednocześnie chciałbym docenić wolontariuszy, którzy przyszli do nas z bezinteresowną chęcią pomocy.

Pan Klatek: Wróćmy do źródeł. Jaka jest historia festiwalu? Co okazało się inspiracją? Jak trudne były początki? No i co stało się po pierwszej edycji? Z czego wynikła roczna przerwa między pierwszą a drugą edycją?

Kasia: Pomysł wielokrotnie ewoluował. Jednocześnie urodziła się w nas naturalna potrzeba zbadania tego, co jest związane z filmem w naszym otoczeniu, czyli w Bytomiu. Cierpieliśmy na niedosyt filmowych wydarzeń i seansów w mieście. Pierwsza edycja była poświęcona tylko lokalnym twórcom (Mieczysławowi Szemalikowskiemu, Leszkowi Staroniowi, Andrzejowi Klamtowi), pokazywaliśmy wtedy filmy kręcone w Bytomiu (“Autobus odjeżdża 6.20”). Udało nam się zaprosić Lecha Majewskiego z prapremierą  „Onirici – Psiego Pola”! Oprócz tego wystartowaliśmy z konkursem krótkich metraży – była to intryga, mająca zwabić młodych filmowców do Bytomia, rozkochać ich w mieście oraz zachęcić do pozostania w mieście i realizowania tutaj filmów.

Michał miał wówczas 17 lat, zajmował się naszymi sponsorami. Musiał ich prosić, żeby nie dzwonili o niektórych porach, bo np. był na lekcjach matematyki. Organizacja festiwalu już wtedy była przyjemnością – wciąż spotykamy się z ogromną serdecznością lokalnych władz, partnerów, instytucji.

Jeśli chodzi o roczną przerwę, to wynikała ona z trudnego dla nas okresu. Ja zaczęłam studiować jednocześnie zarządzanie kulturą i filmoznawstwo, Michał przygotowywał się do matury, odeszła od nas Ola, która także była trzonem wydarzenia. Rok przerwy dobrze nam zrobił, bo zaczęliśmy szerzej myśleć o Festiwalu i wróciliśmy z nową formułą.

Michał: Przede wszystkim brakowało nam rąk do pracy, bo na początku robiliśmy festiwal tylko w piątkę. A teraz każdy ma umiejętności, które są nierozłącznym elementem struktury logistycznej festiwalu. Dlatego ciągle zastanawiam się, jakim cudem pierwsza edycja wypaliła w tak wąskim gronie.

Pan Klatek: a edycja też to najszczęśliwszych nie należy. Problemem małych festiwali zawsze będą pieniądze. Nie inaczej jest w tym roku. Na konferencji powiedzieliście, że obcięto wam dotacje z Ministerstwa, co zmusiło was do zorganizowania internetowej zbiórki, aby dopiąć galę zamknięcia festiwalu w formie, jaka wam się wymarzyła. Jak to rzutuje na organizację pracy i ewentualną przyszłość wydarzenia?

Kasia: Najbardziej zaskoczył nas brak finansowania ze strony województwa i PISF-u, bowiem ich programy mają wspierać inicjatywy ważne dla regionu, a taką niewątpliwie jesteśmy. Nasza bytomska tożsamość z pierwszej edycji rozszerzyła się na śląską, której filmową esencją jest oczywiście Kazimierz Kutz, którego retrospektywę mieliśmy w tegorocznym programie. Oprócz tego charakter popularyzatorski dotyczy również dydaktycznego wymiaru Festiwalu – chcemy zachęcać do zapoznawania się z klasykami kina, przygotowujemy prelekcje przed seansami, warsztaty. Staramy się nie tworzyć zamkniętej bańki awangardowych tytułów. Nie mamy także bariery finansowej – wszystkie nasze wydarzenia są bezpłatne. Żeby móc realizować te cele, potrzebujemy wsparcia z zewnątrz. Wierzymy, że jesteśmy ważni zarówno dla mieszkańców Bytomia czy Śląska, jak i dla kinomanów, co pokazuje rosnąca z roku na rok frekwencja. Co prawda w tym roku poradziliśmy sobie z tym brakiem, jednak kosztem dużego stresu i wielu nieprzespanych nocy. Chcieliśmy jednak, aby było jeszcze lepiej, stąd pomysł organizacji zrzutki.

Michał: Moim zdaniem to nie jest kwestia bezduszności instytucji filmowych w Polsce (składaliśmy jeszcze wnioski do Ministerstwa Dziedzictwa Narodowego, Narodowego Centrum Kultury). Może to wynika z trudnego roku dla wydarzeń kulturalnych w kraju (np. pierwszy w historii brak dofinansowania Kina na Granicy)? Może podaliśmy do wniosków niewystarczającą ilość informacji, może jesteśmy za mało rozpoznawalni? Trudno mi powiedzieć z czego to wynika, ale myślę, że prawda leży pośrodku.

Pan Klatek: Jakie są wasze plany i marzenia związane z BFF? Ciągle będziecie rozwijać kierunek popularyzatorski? Jakieś nowe sekcje w planach?

Kasia: Na pewno będziemy rozwijać kierunek popularyzatorski. Moim wielkim marzeniem jest stworzenie okazji do spotykania się organizatorów festiwali filmowych, wymiany know-how, integracji środowiska, szkoleń. Potrzeba organizacji takiej inicjatywy była nawet poruszana na Konferencji Festiwali Filmowych w Polsce w listopadzie zeszłego roku. Chcemy także od przyszłego roku ruszyć z konkursem na najlepszy plakat filmowy (profesjonalny i amatorski). Ogólnie temat plakatów filmowych jest bardzo inspirujący, szczególnie, że jak to w internecie mówią – Polską Szkołę Plakatu zastąpiła Polska Szkoda Plakatu… Dialog na ten temat jest kontrowersyjny i potrzebny.

Michał: Dla mnie najważniejsze jest to, żeby spotkać się za rok w tym samym miejscu przy okazji następnej edycji; żeby zaktywizować jeszcze większą ilość praktykantów i wolontariuszy. Mam nadzieję, że uda się zorganizować wystawę w Kronice. Przede wszystkim marzy mi się jednak ten sam trzon organizacyjny festiwalu.

Tekst pierwotnie został opublikowany na Reflektor. Rozświetlamy kulturę.

logo festiwalu filmowego

4. Bytom Film Festival już w najbliższy weekend!

4. Bytom Film Festival już w najbliższy weekend!

logo festiwalu filmowego

Mimo że od dobrych kilku lat nie mieszkam w Bytomiu, to miasto zawsze będzie zajmowało specjalne miejsce w moim sercu. Uwielbiałem poznawać jego historię, chodząc ulicami wśród rozpadających się kamienic, licząc w duchu, że ktoś przywróci im dawną świetność. Równolegle rozwijała się moja miłość do kina. Słuchałem opowieści ojca o kinie Jutrzenka w rodzinnej dzielnicy Szombierki. Miał szczęście obejrzeć tam, między innymi, zapomnianych dziś „Dzieci Sancheza” czy „Łowcę jeleni”. Pamiętam swoje seanse w Kinoteatrze Bałtyk oraz swój pierwszy ever seans w życiu, jakim był pokaz „Króla lwa” w kinie Gloria. Serce do dzisiaj się kraje na myśl o tym, jak blisko było do wskrzeszenia tego miejsca.

Kiedy dowiedziałem się, że Bytom będzie miał własny festiwal filmowy, byłem zaintrygowany. Niestety dotychczas nie było mi dane zagościć na żadnej edycji. Tym bardziej cieszę się, że będę mógł pojawić się na 4. FPF Bytom Film Festival, przerywając tym samym moją dotychczasową, wstydliwą absencję.

A tegoroczna edycja nie bez kozery zapowiadana jest jako najlepsza ze wszystkich. Organizatorzy nie tylko nie zbaczają z obranego przed laty kursu – co więcej – nabierają wiatru w żagle, udoskonalając sprawdzoną formułę. Konsekwentnie, świadomie łączą miejsca pokazu z charakterem dzieła, wzmacniając tym samym jego przekaz. Tak było już dwa lata temu w przypadku seansu „Ziemi obiecanej” na dziedzińcu Sądu Rejonowego. W tym roku zobaczymy w tym samym miejscu „Over the limit” Marty Prus. Film, który ma ponoć szansę na nominację do Oscara, jednocześnie może przejść  w naszym kraju bez echa… Historia skomplikowanej relacji gimnastyczki z jej trenerkami z pewnością zasługuje jednak na uwagę, a budynek Sądu będzie sprzyjał chłodnej ocenie filmu.

Opera Śląska w tym roku również zostanie wykorzystana jako miejsce pokazu specjalnego. I to nie byle jakiego  – zobaczymy tam „Halkę” z roku 1929 w reżyserii Konstantego Meglickiego na podstawie opery Stanisława Moniuszki. Filmowi zostanie nadany współczesny sznyt, dzięki ambientowej muzyce na żywo autorstwa Łukasza „Kixnare’a” Muszyńskiego, ze stajni U Know Me Records. Budynek Opery Śląskiej, ekranizacja opery Moniuszki, melancholijne elektroniczne nuty  – brzmi intrygująco, prawda?

Jako twórcy Festiwalu popularyzującego sztukę filmową organizatorzy poszli w tym roku o krok dalej i postanowili przybliżyć nam sylwetki słynnych krytyków. Pierwszym z nich jest Roger Ebert, jeden z najsłynniejszych znawców kina na świecie, a jednocześnie człowiek, który przez wielu określany był po prostu jako „fajny gość”. Jego sylwetkę przybliży nam film „Po prostu życie” w reżyserii Steve’a Jamesa. Prelekcję do filmu poprowadzi  Michał Oleszczyk, jeden z najpoczytniejszych krytyków filmowych w Polsce i jedyny, jak dotąd, krytyk publikujący na stronie rogerebert.com.

Kolejną postacią, z którą będziemy mieli szansę się zapoznać jest osobowość stawiana obecnie w panteonie polskiej krytyki filmowej  – Zygmunt Kałużyński. W czasach kiedy aktywnie działał, czy to w programach telewizyjnych czy w prasie, wzbudzał mnóstwo kontrowersji. Bywał niezrozumiany, proszono go nawet o zaprzestanie swojej działalności. O jego życiu będzie można posłuchać w trakcie prelekcji Michała Oleszczyka przed filmem „Pół życia w ciemnościach”, w którym Tomasz Raczek, wieloletni współpracownik (współautor serii książek „Perły z lamusa” i współprowadzący program w TVP pt. „Poławiacze pereł”) rozmawia z Kałużyńskim o jego pasji do kina.

Co jeszcze? Retrospektywa jedynego, żyjącego przedstawiciela Polskiej Szkoły Filmowej – Kazimierza Kutza, warsztaty o nowych mediach redaktora naczelnego pisma EKRANy – Miłosza Stelmacha oraz warsztaty Michała Oleszczyka z języka dokumentu i pokaz specjalny „Twojego Vincenta”, połączonego ze spotkaniem z reżyserką jedynej na świecie pełnometrażowej animacji malarskiej.Ponadto, podobnie jak rok temu, mamy trzy filmowe sekcje konkursowe: animacja/eksperyment, fabuła i dokument, oraz dwie kategorie wyłaniające najlepszą recenzję: w formie pisanej i audiowizualnej. Oprócz statuetki Lwa, który widnieje w logo Festiwalu, uczestnicy będę mogli powalczyć o nagrody pieniężne, a w przypadku najlepszego dokumentu i fabuły o voucher na sprzęt filmowy.

Uhh. Będzie się działo! Statek o nazwie Bytom Film Festival znowu wypływa z portu. Już w czwartek! Obrali znany sobie kurs. Nie osiadając na laurach, eksperymentują z nowymi sekcjami i nowymi lokacjami. Szkoda tylko, że takim oddolnym inicjatywom, zrodzonym z młodzieńczej pasji do kina, przeszkadzają szturmowe fale. Brak wsparcia ze strony Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej czy Marszałka Województwa Śląskiego  zmusił bowiem organizatorów do zorganizowania internetowej zbiórki pieniędzy na domknięcie wymarzonej gali zamknięcia… Pozostaje trzymać kciuki za pomyślne dobicie do portu! Do zobaczenia w Bytomiu!

Korekta: Marta Rosół

Tekst pierwotnie został opublikowany na Reflektor. Rozświetlamy kulturę.

danuta holacka w wiadomościach TVP

Moja historia. Mój kryzys. Moja spowiedź.

Moja historia. Mój kryzys. Moja spowiedź.

danuta holacka w wiadomościach TVPMiłością do kina zaraził mnie mój ojciec. On pierwszy zaczął zwracać moją uwagę na niuanse ukryte w scenach bez dialogów. Jego opowieści na temat seansów w nieistniejącym już dzisiaj osiedlowym kinie „Jutrzenka” słuchałem z wypiekami na twarzy. Z czasem przyszedł czas, kiedy mój gust filmowy zaczął się krystalizować. Paradoksem jest, że ojciec zaszczepił we mnie jednocześnie niechęć do zamykania się na jedną estetykę. I chociaż nigdy nie będę należał do fandomu „Gwiezdnych wojen" , to już kilkakrotnie poległem w rozmowie z nim, kiedy próbowałem go przekonać do filmów z trykociarzami czy anime. Do dzisiaj pamiętam, jak nie potrafił zrozumieć, czemu dziadkowi podobał się film „Marsjanie atakują" „Łowca jeleni"! To jest prawdziwe kino!” - grzmiał. Minęły lata, kiedy wreszcie zrozumiałem bezcelowość takich zestawień. Bez względu na to, jak różnimy się teraz w pojmowaniu kina, mam pewność, że on pierwszy zaczął mnie na nie uwrażliwiać. Dzięki niemu poznałem Chaplina, braci Marx, Pythonów czy Nielsena którzy mieli niebotyczny wpływ na moje poczucie humoru.
Po maturze, w trakcie swoich najdłuższych wakacji (i właściwie rzecz biorąc, ostatnich, bo za każdymi kolejnymi ciągnął się smród zbliżającej się „kampanii wrześniowej”), zobaczyłem całą filmografię Lyncha. Do dzisiaj pamiętam, jak mama zachwycała się obejrzanymi po latach odcinkami „Miasteczka Twin Peaks" i jaką sieczkę w głowie zrobiła mi „Zagubiona autostrada". (zdradzę Wam w sekrecie, że moim osobistym top of the top jest „Głowa do wycierania". Nic już tego raczej nie zmieni, choć nie widziałem jeszcze trzeciego sezonu TP). Lynch to kolejna osoba, której zawdzięczam swoją kinofilię.
Mimo tego wszystkiego poszedłem na studia inżynierskie. Bardzo bałem się z miłości do kina uczynić sposób na życie, a wtedy znałem siebie na tyle, by móc stwierdzić, że bardzo szybko się nudzę i irytuje mnie, kiedy coś przestaje być przyjemnością, a stanie się obowiązkiem (brzmi jak dorosłe życie, huh?). Nie chcąc niszczyć tego uczucia, przezornie poszedłem na studia mechaniczno-górnicze.
Czy żałuję?
Są takie chwile, kiedy żałuję, że omija mnie wiedza, którą filmoznawcy i kulturoznawcy przyswajają na studiach i nawet gdy próbuję dokształcić się sam czuję, że brakuje mi jej omówienia, wpisania w kontekst, osadzenia. Chwilę potem znów nachodzi mnie refleksja o nierozwiązywalnym konflikcie pasja vs mamona. I tak krążę od jednego narożnika do drugiego, boksując się z własnymi myślami.
Z moim brakiem wykształcenia w kierunku filmoznawczym wiążą się odwieczne kompleksy. Jakoś na drugim roku studiów znajoma, która studiowała kulturoznawstwo na UŚ, usilnie mnie namawiała, żebym poszedł na te studia, bo mam wiedzę większą niż przeciętny student z jej roku (będę szczery i przyznam, rzuciłem ledwie paroma tytułami filmów z Chaplinem i rozpoznałem „Podróż na Księżyc" Mélièsa, jako pierwszy film sci-fi. No naprawdę, łeb jak sklep ). Sporo ludzi też wspomina, że zwracałem zawsze uwagę na detale, które im umykają. To mnie ośmieliło i zacząłem udzielać się na dyskusjach w Klub Filmowy Ambasada. Moje „udzielanie się” ograniczało się głównie do słuchania mądrzejszych od siebie, jako że spora część klubowiczów (tak jak i teraz zresztą) to studenci/absolwenci kierunków filmoznawczych/antropologicznych/kulturoznawczych. Było to szalenie inspirujące doświadczenie. Filmowa burza mózgów. Z czasem stwierdziłem, że dyskusja o filmie powinna być nieodłączną częścią seansu.
Ciągle jednak czegoś mi brakowało. Przestała mi wystarczać wymiana myśli z najbliższymi czy w wąskim gronie Ambasady. Idąc na przekór powszechnej tendencji do zamykania się w bańkach informacyjnych, postanowiłem założyć stronę na Facebooku. Nazwa Klatki na oczach już od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie zupełnie bez związku z tym pomysłem i czułem, że muszę ją zgarnąć dla siebie, bo jest całkiem zgrabna (jak się później okazało, byli i przeciwnicy ). Po miesiącach przekładania założenia fanpage’a, zacząłem prokrastynację ogłoszenia, że ma zaistnieć i publikowałem posty inaugurujące jego założenie. Trwało to chyba z tydzień i było zabawne. Zero polubień, ale były i zdjęcia, i opis, i pierwszy post nawet… . Wszystko było ukulane.
Wchodziłem na profil raz po raz w nadziei, że ktoś, jakimś cudem „odkryje” Klatki dla świata za mnie i wyręczy mnie w tym niezręcznym zadaniu, jaka jest reklama samego siebie. Byłem człowiekiem znikąd. Inżynierem górnictwa po trzech urlopach dziekańskich, który wiedział, czym jest diegeza. Ale czy to dawało mi prawo do mądrzenia się o filmach? Do dzisiaj mam z tym problem. Po drodze zdarzały się mniejsze lub większe kryzysy, ale dwa miesiące temu skurczybyk dopadł mnie na dobre i długo trzymał za gardło.
Zostałem zaproszony na prelekcję do zaprzyjaźnionego Klubu Filmowego FilmoHolic w charakterze prelegenta. Z jednej strony miałem poczucie, że to zadanie mógłby wykonać każdy. Wystarczyło przeczytać materiały podesłane przez Magdę (koordynatorkę FilmoHolika), opracować kilka minut wystąpienia i po sprawie. Tak jak czułem – prelekcja wyszła fatalnie. Światło raziło mnie w oczy i wydukałem 1/3 tego, co miałem do powiedzenia. Oczywiście to tylko moje zdanie. Doszły mnie co prawda słuchy, że było całkiem spoko, ale jestem zbyt uparty, żeby pozwolić się przekonać w tej kwestii.
Potem przyszła niemożebnie inspirująca dyskusja. I wtedy poczułem pełen luz. Dyskusje mogę prowadzić, ale do prelegenta pełną gębą to mi jeszcze brakuje. Po wszystkim opublikowałem post, który miał działać jako suplement do dyskusji. Palnąłem w nim głupstwo o „wyznawaniu płci”, mniejsza o to. Sam fakt, że coś takiego miało miejsce, otworzył mi oczy. Nie mogę wymagać od swoich czytelników, żeby za każdym razem weryfikowali informacje zawarte w moich tekstach. W zasadzie każdy mój artykuł poprzedzony był kilkudniowym, a w przypadku wpisów o Chaplinie, nawet ~tygodniowym riserczem. W tym przypadku popełniłem największą głupotę, bo opublikowałem tekst pod wpływem chwili i olałem korektę u Lubej. To się zemściło.
Zablokowało mnie. Odpowiedzialność za to, co się pisze, to spore brzemię, z którego niewiele osób zdaje sobie sprawę. W dobie fake newsów, plotek i informacyjnego bagna stwierdziłem, że nie mam zamiaru przykładać do tego ręki przez swoją niefrasobliwość.
Oprócz tego, każdą prośbę o opinię na temat jakiegokolwiek filmu traktowałem jako automatyczne zobowiązanie z mojej strony do podzielenia się z Wami tą opinią w dłuższym tekście. A czasu brak. No i standardowo pytałem siebie: „Ale jak to? Dlaczego ktoś chciałby znać moją opinię?”. I tak w kółko. Męczarnia. Gdyby wynaleziono wskaźnik asertywności w moim przypadku ten wskazywałby zero. Dołączając do tego wszystkiego ciągły brak pewności w kwestii swojej opinii i porównywania jej z tzw. „autorytetami”, daje to uczucie podobne do zamknięcia w kołowrotku (nie żebym wiedział, jak się czuje chomik zamknięty w kołowrotku. Powiedzmy sobie to jasno [CC email@peta.com]: NIE ZAMYKAŁEM NIGDY CHOMIKA W KOŁOWROTKU). Po miesiącu miałem w głowie listę zobowiązań, której niezrealizowanie skutkowało w mojej głowie masowym odpływem czytelników z Klatek.

No ale jednak jestem ! Dlaczego? Ponieważ chęć pisania o kinie jest silniejsza ode mnie. W trakcie pisania tego tekstu (który, nie ukrywam, ma działać jak autoterapia; co z tego wyjdzie — zobaczymy) „usłyszałem” głos rozsądku w głowie:

- Twoja historia, nie jest dziełem przypadku. Masz wszystko czego potrzeba, żeby pisać. Potrzeba ci tylko szlifów. Treningu.
To ja mu na to:
- Panie Rozsądek, weź się! Nie masz dostępu do moich kompleksów. Gdzie byłeś jak urosły do takich absurdalnych rozmiarów? Hę? Idź się baw w coaching gdzie indziej. Wal się pan!

Taka rozmowa. Tak że tego. Wróciłem.
Muszę przemodelować swój sposób pracy na tym ściernisku. San Francisco może nie będzie, ale będę walczyć. Nie mogę też obiecać, że nie będzie więcej przestojów w pisaniu, zaznaczę swoją obecność w miarę możliwości przynajmniej raz dziennie.

Bez obaw, nie zamienię Klatek w memisko. Chciałem się z Wami tym podzielić. Być może w jakiś sposób uporządkuje to bajzel w mojej głowie a Wy trochę bardziej będziecie wiedzieć co w niej się kotłuje.

PS1 Korekta: Kornelia Musiałowska , Patrycja Mucha z Filmowe odloty

PS2 Zdjęcie w tle wykonane za pomocą generatora https://pasek-tvp.pl/, ale autorem jest niezawodny Jarosław Dudycz.


dziewczyna umazana błotem celuje ze strzelby przed siebie

Projekt Scope100, edycja 2018 - recenzje filmów

Projekt Scope100, edycja 2018 - recenzje filmów

Wreszcie! W bólach, ale udało się w końcu złożyć ranking filmów, które obejrzałem w ramach projektu Scope100. Zadanie to do łatwych nie należało. Czy docenić oryginalny formalnie, ale trudny w odbiorze „Obraz niemożliwy", czy wybrać nagradzony „Western", bez gwarancji tak ciepłego przyjęcia jak na Nowych Horyzontach? A może uniwersalna, ale ultranaturalistyczna historia hodowcy krów? A sam Scope to fantastyczna przygoda. Dziękuję Patrycji Musze za namówienie mnie na wysłanie zgłoszenia. Poznałem mnóstwo ciekawych osób i ich inspirujących historii. A burze mózgów, dyskusje po seansach, czyli to co kocham najbardziej w kinie, były dla mnie bardzo pomocne w pisaniu. Teksty powstały z punktu widzenia osoby, która nie zna jeszcze wyników, bo ich zarys ogólny miałem już w głowie tuż po seansach. Ciekawie oceniać filmy pod kątem możliwie jak największej recepcji u widza masowego. Człowiek ma autentyczne poczucie, że ma szanse COŚ zrobić a kropla drąży skałę, prawda? ;) Zapraszam do lektury!

kobieta w okularach mówi, że nie może opuścić swoich kotówJeden z czołowych francuskich dokumentalistów swój ostatni film nakręcił w szpitalu psychiatrycznym. Za punkt wyjścia, wziął przepis we francuskim prawie, który ustanawia obowiązkową rozmowę po dwunastu dniach pacjenta z sędzią, który/a to ma zdecydować o konieczności kontynuowania leczenia tego pierwszego.
Długi spacer kamery korytarzami szpitala, niczym po hotelu Overlook, świetnie rymował się z planszą, która ten spacer poprzedziła, z cytatem Michela Foucaulta: "Droga do istoty człowieczeństwa biegnie przez szaleństwo”.
Francuski dokument chwyta za serce. Rozmowy odbywane z pacjentami są tutaj traktowane, z wielkim wyczuciem, ale jednak też prawnym obowiązkiem, którego mogłoby nie być i niewiele by to zmieniło. Matka, która chce dogadać warunki widywania się z córka, czy kobieta, która nie czuje woli istnienia a jednocześnie nie chce opuszczać swoich kotów – to przykłady osób „uznanych za wyleczalne”. Bez względu na okoliczności i bez możliwości negocjacji.
Potencjał dystrybucyjny: prawie zerowy. Dokumenty zazwyczaj nie są wdzięcznym materiałem do promocji i przebicia się do masowego widza. Sam mam problem z oceną takich filmów i czuję się trochę jak dziecko we mgle analizując takie kino. Ale intuicyjnie rzecz biorąc, tak wybitnie statyczny i jednostajny film (mimo nieznacznych przebitek na deptak na świeżym powietrzu, odgrodzonym płotem), sporą część widzów by nużył. Tak czy inaczej film na pewno jest wart uwagi i jeżeli zobaczycie go w harmonogramie któregoś z kin studyjnych wybierzcie się koniecznie.
„12 jours" (2017), reż. Raymon Depardon. Ocena: bez oceny /10

dwóch starszych mężczyzn stoi naprzeciw siebieUwspółcześniony western. Główny bohater, to małomówny robotnik z Niemiec, który wyjechał z ekipą do pracy w Bułgarii. Konflikt między przedstawicielami dwóch narodów wydaje się być nieunikniony. Tymczasem nasz bohater stara się być ponad to. Brata się z Bułgarami, kocha przyrodę i... kobiety.
Szczególnie zabolało mnie to ostatnie. W czasach kiedy, żeby uznać postać kobiecą za udaną, musi być chociaż odrobinę zniuansowana, rozpisanie w scenariuszu kilka linijek tekstu i ustanowić ją trofeum dla samców jest krokiem w tył i znakiem, że twórcy nie nadążają za społecznymi nastrojami, dla których kino jest jak lustro, znajdując w nim swoje odbicie. A może WESTERN to po prostu nie moje kino? Jakkolwiek cenię sobie filmowe snuje (patrz miejsce 3), WESTERN kompletnie mnie nie zaangażował.
Potencjał dystrybucyjny: śladowy. Film Grisebach jest zeszłorocznym zwycięzcą Nowych Horyzontów. Nie widzę osobiście jednak szans na większą recepcję na większym zasięgu. Świetnie nadaje się do śledzenia tropów gatunkowych na dyskusjach w DKF-ach.
„Western" (2017), reż. Valeska Grisebach. Ocena: 5 /10

postać w cieniu, na tle święcącej lampyNiesamowity debiut. Upakować tyle symboliki w tak krótkim filmie (70 minut!) to nie lada wyczyn. Trudno pisać o tym filmie bez spojlerów, więc będę pisać ogólnikami.
To z pewnością najbardziej oryginalny formalnie film. Główna bohaterka kręci (?) swój film z ręki, rejestrując życie domostwa. I taka rejestracja stawia widza w pozycji detektywa, który analizując powolnie podawane poszczególne kadry, składa sobie z nich historię. Kiedy piszę powolnie, mam na myśli                          P O W O L N I E. Obserwujemy w jaki sposób demony rozlewają się po kolejnych pokoleniach. Mamy możliwość podejrzenia zasad funkcjonowania płci społecznej w czasach tuż po zakończeniu II Wojny Światowej. A to ledwie początek.
Film nie angażowałby tak bardzo gdyby nie narracja. Twórcy pogrywają sobie tutaj z oczekiwaniami widzów. Coś co z początku wygląda na thriller, zamienia się w dramat, by za chwilę uciec w estetykę prawie rodem z horroru, by zakończyć się sceną prawie poetycką.
No właśnie, koniec... . Cały film budowany jest aura tajemnicy. Mnożone są wątki, dyskretnie zapowiadana jest końcówka (co stwierdzam, w trakcie pisania tego tekstu właśnie). Po czym następuje wolta w stylu Hitchcocka, która odstaje stylistycznie do reszty. Sposób wprowadzenia twistu w stylu “obuchem w głowę”, zamiast kontynuowania poczucia zagrożenia w stylu Oza Perkinsa, zgrzyta mi okropnie pójściem na łatwiznę. Szkoda, że chęć szokowania wzięła górę nad budowaniem klimatu. Mimo wszystko, to najbardziej oryginalny film w zestawieniu i chyba mój ulubiony, pomimo swoich bolączek.
Potencjał dystrybucyjny: trochę większy niż w przypadku WESTERNU, ale i tak słaby. Głównie dzięki angażującej formie, która doskonale gra przestrzenią pozakadrową. Problem w tym, że to co dla mnie jest ogromnym plusem filmu dla innych może być gwoździem do jego trumny.
„Das unmögliche Bild" (2016), reż. Sandra Wollner. Ocena: 7 <3 / 10

dziewczyna z okiem w buziMysius w swoim filmie w pierwszej jego połowie składa obietnicę doświadczenia czegoś nowego w konwencji coming of age. Swoją surrealną narracją oraz niepokojącymi obrazami przemyca sporo symboliki na temat koszmaru dorastania u boku matki, która przeżywa kryzys wieku średniego. Już na wstępie dowiadujemy się o chorobie wzroku, która z czasem ograniczy jej pole widzenia w nocy do zera. Czyżby reżyserka widziała okres dojrzewania jako stopniowe zawężanie horyzontów, a dorosłych jako osoby hedonistyczne, skupione na chwilowych podnietach? Przykry to wniosek, ale w filmie niezwykle sugestywny.
Kiedy fabuła zaczyna nabierać nieco bardziej realistycznego kształtu, wszystko zaczyna się rozłazić w szwach i dłużyć. Niepokojąca oniryczna narracja, zastąpiona została mętną i nudną intrygą. Relacja rodzącego się uczucia, która zapowiadała młodzieńczą wersję Bonniego i Clyde'a ostatecznie okazuje się czymś zupełnie innym. Koniec, który koresponduje z finałem „Absolwenta", gdzie zamiast niewiadomej przyszłości pary bohaterów mamy młodzieńczy optymizm i ufność, jakby problemy dorosłego świata nie czekały na nich tuż za zakrętem. Czy to jeszcze otucha, czy już cynizm?

Potencjał dystrybucyjny: całkiem spory. Filmy coming od age mają w kinie bardzo długą tradycję. Zaczynając od „Buntownika bez powodu" i „400 batów", na niedawnych „Moonlight" i „Call my by your name" kończąc. Emocjonalna burza, przez którą przechodził każdy z nas, ukazana na ekranie łączy pokolenia: aktualnie doświadczanych nastolatków i tych, którzy mają już to za sobą. „Ava" ze swoją symboliką ma potencjał do łączenia gustów ponad pokoleniami, dzięki ukazaniu dorastania w odświeżającej formie. To co może odstraszać to sporo bezkompromisowej golizny, której nie widziałem w takiej formie w kinie już dawno.

„Ava" (2017), reż. Léa Mysius. 6 / 10

mężczyzna otoczony krowamiDrugi film w zestawieniu spod znaku "człowiek kontra bezduszne przepisy". Tym razem głównym bohaterem jest Pierre, hodowca krów mlecznych, który odkrywa, że w jego stadzie zaczyna rozprzestrzeniać się śmiertelna choroba. Wg unijnego prawa, po wykryciu u jednej z krów symptomów tej choroby, całe stado musi iść do odstrzału.
Nie bez powodu wybrałem taki a nie inny fotos. Pierre to człowiek, którego określa zawód. Ba! To hodowca, którego określa miłość do krów. Jest osobą na tyle wyalienowaną ze społeczeństwa, że każda próba posiadania życia osobistego (randki, wypad na kręgle z kumplami, też hodowcami) kończy się porażką. Wybicie całego stada, którym się opiekuje spowodowałoby utratę dochodu, ale i sensu życia. Świetnie koresponduje to z physis aktora Swanna Arlauda, jego siwizną, czy podkrążonymi oczami.
Im bardziej Pierre wydaje się być przyparty do muru, tym bardziej zdjęcia Goepferta podkreślają tragiczną miłość do jego „dzieci". Mnóstwo tu zbliżeń zarówno na twarz Arlauda, jak i oczu zwierząt. Czułość gestów Pierre'a jest coraz silniej obciążona bólem. Pojedynek drobny przedsiębiorca-poczciwiec (oryginalny tytuł to w wolnym tłumaczeniu "Mały wieśniak"), kontra prawna machina, nabiera uniwersalnego charakteru, ale

SPOJLER:... ale nie katartycznego. Seans jest dołującym doświadczeniem. KONIEC SPOJLERA

Potencjał dystrybucyjny: największy w zestawieniu, ale nie bez możliwych problemów. Pomijając uwagę w spojlerze, ten film naturalizmem stoi. Kręcony był na farmie reżysera. Nawet filmowy ojciec Pierre'a, jest ojcem Charuela w prywatnym życiu. Mamy możliwość obejrzenia jak wyglądają narodziny cielaka, co już może być niełatwym doświadczeniem dla wielu. W dodatku nie zauważyłem* informacji w napisach końcowych, czy podczas kręcenia filmu ucierpiało jakiekolwiek zwierzę. A dzisiaj, w przypadku takich filmów, taka notka jest już standardem. Jeżeli użyto przy kręceniu już chore osobniki, warto to było, gdzieś zaznaczyć, żeby nie wzbudzać kontrowersji. Efekt może być odwrotny do zamierzonego: film, który ma przesłanie ekologiczne i sprzeciwia się cierpieniu zwierząt, ma niejasne kulisy powstania. Trochę strzał w stopę. Tak, czy inaczej ciągle uważam, że uniwersalność tej historii to najsilniejszy atut tego filmu, który ma szanse zdobyć serca sporej ilości widzów w Polsce.

*Jeżeli ktoś wyłapał takie info, to odszczekam wszystko 

„Bloody milk" (2017), reż. Hubert Charuel. Ocena: 7 <3 / 10

 

...a wygrała „Ava". Jednym punktem wygrała z „Westernem". „Bloody milk" przegrał tylko dwunastoma punktami z miejscem pierwszym. Dalej już większa przepaść. „Das unmögliche Bild" dostał punktów 214, a „12 jours" - "tylko" 152, co jest i tak świetnym wynikiem jak na tak statyczny dokument.

Z wszystkich krajów, które brały udział w projekcie (Czechy, Węgry, Litwa, Norwegia, Portugalia, Szwecja), „Ava" wygrała tylko u nas.

Komentarz do wygranej: nie rozpaczam. Daleko mi do entuzjazmu Anii z Biegiem na film (która też brała udział w projekcie), ale hej! to był w końcu mój drugi typ! Mimo, że reżyserka „Ava" koniec końców, nie spełniła obietnic "jazdy po bandzie", którą złożyła w części pierwszej filmu, a od której powoli odchodziła im bliżej końca filmu, to... jest to jeden lepszych coming-of-age jakie widziałem ostatnimi czasy. Głównie dlatego, że w końcu temat eksplorowania własnej seksualności nie jest głównym, ale równoległym tematem (co tak bardzo mnie mierziło np. w „Sercu z kamienia").


baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (warsztaty)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(warsztaty)

Na Festiwal Kamera Akcja wziąłem udział w dwóch bardzo ciekawych spotkaniach. Pierwsze z nich było panelem dyskusyjnym o wideoesejach dotyczących m.in. tematu wykluczeń podejmowanych przez polskie filmy. Prowadzili go Kuba Mikurda, wraz z Jakubem Majmurkiem. Drugim były warsztaty poprowadzone przez Michała Piepiórkę (Bliżej Ekranu), który podjął się odpowiedzi na pytanie czy podział na krytyków i blogerów filmowych ma sens.

Czym jest wideoesej lub inaczej esej audiowizualny? Jak sama nazwa wskazuje jest to esej w formie zarówno audialnej jak i wizualnej co, jak zauważył Bartosz Zając z Uniwersytetu Łódzkiego, już samo w sobie nastręcza problemy jego definiowalności ze względu na zakres formalny jaki obejmuje jego piśmienny odpowiednik. W dużym uproszczeniu można przyjąć, że wideoesej wypełnił lukę między filmem dokumentalnym a fabularnym. Ze względu na to, że twórcy takiej formy wizualnej bazują tylko na stworzonych już produktach kultury, wideoeseje wywodzą się bezpośrednio z formy zwanej found footage (mogliście się z nimi spotkać przy okazji horrorów typu [REC], czy BLAIR WITCH PROJECT), która polega na łączeniu różnego rodzaju „wycinków”, cytatów tekstów kultury, czego efektem jest nowe dzieło.

Pierwszym wideoesejem panelu byli GŁODNI, Joanny Ostrowskiej i Łukasza Surowca, którego można było zobaczyć w ramach poznańskiej wystawy „Późna polskość” w sierpniu). Tematem dzieła było ogólnie pojęte wykluczenie przedstawione w polskim kinie ze względu na płeć lub brak pieniędzy. Autorzy połączyli w jedną całość rożne polskie filmy na zasadzie prostych przejść: ktoś kładzie telewizor na półce – cięcie – ktoś włącza telewizor, itp. Mało angażujące, mnóstwo gadających głów, szybko się znudziłem. Wprost odwrotnie było w przypadku następnego wideoeseju...

PARY (Wojciech Puś, Monika Talarczyk-Gubała) to wizualny kolaż stworzony w całości w oparciu o formę tzw. split screen'u, czyli podzielenia ekranu ( w przypadku PAR, na dwa poziomy), na których równolegle opowiadane są historie, wzajemnie się uzupełniające. Forma ta sprawiła, że PARY są nie tylko prostą zabawą w skojarzenia. Zapadł mi w pamięć szczególnie fragment, który cytował symultanicznie „W imię..." Magdaleny Szumowskiej i „Wszystko co kocham" Jacka Borcucha. W obydwu tytułach zagrali Mateusz Kościukiewicz i Andrzej Chyra. Zestawienie tych dwóch filmów pokazało w ciekawy sposób jednocześnie miłość w dwóch odmianach: jako miłość fizyczną i w relacji ojciec-syn. Tandem Puś-Talarczyk-Gubała swoim filmem zabrali również głos w sprawie uprzedmiotowienia kobiet, m.in. poprzez gwałt. No, i to był bardzo trudny fragment. Pojawił się jakiś nieznany mi fragment filmu nakręconego kamerą z ręki, lub telefonem. Forma tylko dodawała realizmu temu, co się działo na jednej z połówek ekranu. Pominę dokładny opis. Dość powiedzieć, że nie pamiętam zupełnie co w tym czasie działo się na „drugiej połówce”... . Jako całość „Pary" są wideoesejem luźno powiązanych ze sobą cytatów płynnie przechodzących od jednego tematu do drugiego. Świetny pomysł a efekt wwierca się w umysł i daje momentami bardzo nieszablonowe skojarzenia i porównania.

Kolejne dwa eseje audiowizualne były dużo „lżejsze” w przekazie. Pierwszym z nich była „Wojna polska-ruska pod flagą biało-czerwoną" autorstwa jednego z prowadzących warsztaty, Kuby Mikurdy, filmoznawcy i filozofa. Zmiksował ze sobą dwa produkty kultury: film „Wojna polsko-ruska" Xawerego Żuławskiego, oraz książkę „Pamiętniki" Jana Chryzostoma Paska. Kreacja Borysa Szyca pozostaje jedną z najlepszych w dorobku aktora. Jego Silny to doskonałe przełożenie na ekran tzw. „typowego Seby” z blokowiska posługującego się polszczyzną z pojęciami oderwanymi od swoich definicji, sposobem poruszania się i w ogóle sposobem bycia, który w każdym momencie akcentuje „jestem tu! Jeżeli na mnie patrzysz to patrz ze strachem!”. Na ekranie oczywiście, jak pamiętamy, wypadło to komicznie i samo w sobie już stało się bardzo ciekawym komentarzem do subkultury pseudokibicowskiej. W swoim wideoeseju Mikurda podkreślił absurdalność poczynań Silnego planszami z cytatami PAMIĘTNIKÓW. Jak określił na warsztatach Pasek nie był wybitnym pisarzem, a „nieusystematyzowana forma językowa, brak wewnętrznej spójności, czy rubaszność” unaoczniły widzom jeszcze bardziej humorystyczny wydźwięk „Wojny polsko-ruskiej".

Za to połączenie w wideoeseju z 2001 roku „Bitwa pod Grunwaldem" Bogny Burskiej „Potopu" Hoffmana i inscenizacji najazdu Szwedów w wersji LEGO z cut-scenkami (animowane wstawki filmowe w grach) z gier komputerowych sprawiło że pękałem ze śmiechu. Wiem dużo w jednym, więc powtórzę: POTOP Hoffmana + POTOP w wersji LEGO + bitewne cutscene z komputerowych gier. Podniosłość aktorskich scen bitewnych w połączeniu z infantylnością walk ludzików z plastyku to jakiś surrealistyczny odjazd. Uwielbiam gdy patos ściągany jest na Ziemię i wydobywa się z niego śmieszność przez takie zestawienia. A patos w wydaniu sienkiewiczowsko-hoffmanowskim nadaje się do tego doskonale.

Podczas Festiwalu Kamera Akcja byłem również na warsztatach Michala Piepiórki, który starał się m.in. przekazać praktyczne rady, zarówno jako bloger oraz jako krytyk filmowy, młodym, aspirującym do tego miana, pasjonatom. Dla mnie były to bardzo owocne w przemyślenia. Dość powiedzieć, że głównie ja zadawałem pytania. Miałem poczucie, że jak teraz nie zapytam to potem stracę okazję na zawsze. Najważniejszym wnioskiem jaki powinienem wyciągnąć z tego spotkania to, żeby krytyk filmowy mógł zbudować wokół siebie wiernych czytelników potrzebne jest regularne i systematyczne publikowanie tekstów.

Ekhm. Ta... . Obiecuję poprawę, cóż mogę więcej napisać 

Pod tym linkiem można zobaczyć „Bitwa pod Grunwaldem" B. Burskiej -> https://artmuseum.pl/…/pr…/burska-bogna-bitwa-pod-grunwaldem

PS Chciałbym z tego miejsca serdecznie podziękować panu Mikurdzie za pomoc i udzielenie mi niezbędnych informacji o prezentowanych na warsztatach wideoesejach, oraz udzielenie mi dostępu do swojego eseju. bez tej pomocy ten tekst byłby bardzo ubogi.


baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (dzień trzeci)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(dzień trzeci)

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Kawa zimna, ale co tam! Teksty same się nie napiszą.

Przez pomyłkę zamiast warsztatów pt. "Kinofilia czy akademia?" poszedłem na „Grę Ciieni" Kim Jee-woona. Mówią, że wszędzie lepiej, gdzie nas nie ma. Mam jednak nieodparte wrażenie, że moje gapiostwo zadziałało na moją niekorzyść. „Gra..." to dwugodzinna epopeja szpiegowska. Nagromadzenie splątanych ze sobą wątków​ i pędząca na złamanie karku akcja powoduje, po pierwsze, znużenie, a po drugie, nie pozwala im wystarczająco wybrzmieć. Spowodowało to, że w finale zawarto zbyt wiele punktów kulminacyjnych. Mimo plejady gwiazd koreańskiego kina i bardzo dobrych zdjęć autorstwa Kina Ji-yonga, reżyser nie uniknął niepowodzenia.
„Gra cieni" (Mil-yeong, reż. Kim Jee-woon, 2016), 5/10

Drugi pełnometrażowy film w karierze Villenueva wygląda jak porzucony projekt von Triera. Eksperymentalny montaż, gadająca ryba w roli narratora i emocjonalne szantaże na widzu... . Czy to nie brzmi jak zaginiony odcinek KRÓLESTWA? Niepokojący, z groteskowym humorem, eksperyment formalny z przed ośmiu lat sprawia wrażenie jakby Kanadyjczyk chciał złapać za dużo srok za jeden ogon. „Wir", dla którego punktem wyjścia jest trauma poaborcyjna przeradza się w thriller, by pod koniec stać się specyficzną komedią romantyczną obśmiewającą schematy gatunku. Za dużo jak na 90 minut.
„Wir" (Maelström, reż. Dennis Villenueve, 2000), 6/10

Trailer „Wiru" daje jakieś ogólne pojęcie jaką produkcją jest ten film.

Gdyby Stephen King postanowił pewnego dnia napisać komedię prawdopodobnie wyszłoby z tego coś pokroju książkowego „Sing Street".  Z tą różnicą, że fabuła traktowałaby o szkolnej gazetce a nie, jak w przypadku filmu Johna Carneya, o raczkującym zespole rockowym. Wszystko jest tutaj tak bardzo schematyczne jak się da: muzyka jest sposobem na wyrażenie siebie, buntem przeciw światu dorosłych, czy zdobyciem miłości. Mamy szkolny bal, księdza, który jest dyrektorem i sadystą. Carney przekuwa prostotę historii w jej zaletę. Świat widziany oczami dziecka pełen jest przecież uproszczeń i wyolbrzymień, jak słusznie zauważył prelegent w ramach festiwalowego konkursu Krytyk Mówi. Wygląda to jak ekranizacja młodzieżowych fantazji o podboju swojego mikroświatka. Ma w sobie nastoletnią energię, która doświadczana przez dorosłego potrafi wzruszyć. „Sing Street" jest biletem od reżysera „Once" w nostalgiczny świat nastoletnich, często porzuconych, marzeń. Zastanawia mnie tylko dlaczego reżyser wytycza granicę do ich spełnienia w zależności od wieku? Czyżby Carney był orędownikiem mocy jaką niesie za sobą okres dojrzewania, ale z pozycji zrezygnowanego, pogodzonego ze swoim losem pesymisty?
Polska premiera podobno jest planowana około lutego. Wypatrujcie tytułu Młodzi przebojowi"

„Sing Street", reż. John Carney 2016), 8/10

PS polecam posłuchanie tego kawałka ze ścieżki dźwiękowej. Cały OST rządzi, ale przy tym nóżka chodzi.

Czy ktoś z Was był kiedyś na pokazie VHS HELL? Ja tak. Dwa razy. Za każdym razem na Kamerze Akcji. Oba filmy wyreżyserował Tom Kincaid, którego filmografia zamyka „Jej powrót" z '89 roku (rok moich urodzin) z Carrie Fisher w jednej z głównych ról. Przypadek czy Wszechświat daje mi znaki bym zrobił przegląd Klatkowy "dzieł" tego pana?

Koncepcja pokazów VHS HELL LIVE! jest taka, że lektor "tworzy" improwizowaną fabułę w trakcie seansu. I tak historia walki grupki ludzi z korporacją, kontrolującą cyborgi (Deckard by się uśmiał) przerodziła się w trakcie pokazu w coś, co gdyby powstało naprawdę byłoby jednym z moich top ukochanych filmów w ogóle. Wyobraźcie sobie taką historię...
Nieokreślona przyszłość. Potężna korporacja, zarządzana przez fanatyków (miłośnikami bym ich nie nazwał) różnej maści tekstyliów i krojów w pikowane trójkąty. Wysyłają swoje cyborgi do gościa, który uwielbia walczyć w białych majtaskach. Jest też fanem zamków błyskawicznych. Skrzykuje paczkę przyjaciół, którzy mają mu pomóc w walce z robotami dziesięć razy silniejszymi od człowieka. Wśród nich jest typ, który bierze kilometrowy rozbieg by zadać superkopniaka, którego nie powstydziłby się sam Chuck. Jest też rudowłosa piękność, która lubi wchodzić nieproszona do czyjegoś pokoju. Całe szczęście w lubieżnym celu. Wszyscy wyposażeni w przydatne zegarki do grania w kółko i krzyżyk na pięciolinii mogą stawić czoła zagrożeniu. Czy im się uda? Czy domina dostanie swoje ocieplane spodnie? Czy pojawi się cyborg wzorowany na bałwanku Michelina? Cały film w komentarzu. Przekonajcie się sami!

„Polowanie na roboty" (Mutant hunt, reż. Tom Kincaid, 1987) bez oceny, ale milion serduszek 

PS Był jeden moment podczas seansu, że dostałem takiego ataku śmiechu, że myślałem że czas się żegnać ze światem. A zaczęło się od tego, że anulowali dostawę spodni dominy, bo "zjebał się overlock" :D

Obraz może zawierać: 1 osoba

Jaki film taka jakość zdjęcia.

 


baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (dzień drugi)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(dzień drugi)

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Tradycyjny pakiet festiwalowicza plus mój ulubiony plecak typu "worek".

Wczorajszy dzień zacząłem od studium przypadku Twojego Vincenta. Producent Sean Bobbit, oraz operator dźwięku i autor sound designu „Loving Vincent" przez godzinę odpowiadali na pytania prowadzącej Magdaleny Stasiak oraz słuchaczy na temat tego wyjątkowego dzieła. Uznałem, że najlepiej będzie podać Wam te informacje w czytelny i zwięzły sposób. Poniżej garść z mniej lub bardziej istotnymi informacjami/ciekawostkami o filmie:

1. W amerykańskiej wersji scena na prostytutką została wycięta, aby filmowi nie przydzielono kategorii R.
2. Z ponad 900 tysięcy obrazów, które powstały w ramach filmu, spora ilość została już sprzedana prywatnym kolekcjonerom. Cytuję: "do tanich nie należą".
3. W grudniu planowana jest wystawa obrazów z filmu, oraz przedstawiających kolejne etapy produkcji. Łącznie wystawa ma obejmować 12 obrazów.
4. Czasem trzeba było zmienić paletę kolorów oryginalnych obrazów, np. dziennych na nocne.
5. Powstało 7 wersji scenariusza. W jednej z pierwszych koncepcji Twój Vincent miał być mockumentem, czyli filmem nakręconym w konwencji tradycyjnego dokumentu, lecz opowiadającym fikcyjną historię.
6. Malarze zostali podzieleni że względu na umiejętności, na takich, którzy zajmowali się malowaniem np. tylko w określonym stylu (realistyczne sekwencje czarno-białe), statycznych ujęć, portretów.
7. Ze względu na odbijanie światła od białych powierzchni, w trakcie kręcenia zdjęć aktorskich każdy z technicznej ekipy filmowej musiał nosić czarne koszulki z napisem "Loving Vincent Crew".
8. Film w pierwszej kolejności sprzedał się w Hongkongu i we Francji a jako ostatni byli Niemcy, Australia, USA.
9. We Włoszech podczas pokazów eventowych (2 pokazy/tydzień) film zarobił 1,3 mln euro w 3 dni od pierwszego pokazu.
10. Munch, Bosch, Hopper, Goya - te nazwiska padły w odpowiedzi na pytanie o obrazy jakich malarzy twórcy chcieliby ożywić na ekranie. Przy czym film z obrazami Goyi miałby być horrorem. Na kolejny tego typu film widzowie musieliby poczekać ok. 10 lat.

Obraz może zawierać: 6 osób, uśmiechnięci ludzie

Producent „Twoim Vincenta" Sean Bobbit opowiada o  historii powstawania filmu.

Pierwszym filmem, który zobaczyłem tego dnia to „Wróg" Villenueva to film bez pretensji do bycia ambitnym kinem. Reżyser konsekwentnie prowadzi fabułę naszpikowaną biedafreudyzmem, biorąc się za motyw Księcia i Żebraka klimacie thrillera. Reżyser chyba potrzebował oddechu po nakręceniu tak, kolokwialnie pisząc, ciężkich klimatycznie filmów, jakimi niewątpliwie były Pogorzelisko a później Labirynt. W efekcie widzowie otrzymali zabawny, miejscami wręcz rubaszny dreszczowiec (tak bardzo kino klasy B!), bezwstydnie czerpiący garściami z estetyki Hitchcocka czy Lyncha. Jest to film, który równie dobrze mógłby też nakręcić Refn. Z tą różnicą, że paleta kolorów nie zawiera tej neonowości tak bardzo charakterystycznej dla filmów Duńczyka. Całość jest mało subtelna, ale konsekwentna na każdej płaszczyźnie czego nie sposób nie docenić.
„Wróg" (Enemy, 2013) 6

Zaraz po „Wrogu" zobaczyłem „Pogorzelisko" tego samego reżysera. Nie jestem w stanie pisać o nim bez zdradzania szczegółów fabuły, dlatego streszczę się pięciu zdaniach. Takie filmy jak ten zwykło się określać emocjonalnymi walcami. Wojna kreuje cyniczne historie, które mają konstrukcję naczyń połączonych. Uważam ten film na tyle niejednoznaczny, że można go interpretować na wiele różnych (czyt. potwierdzających chore poglądy) sposobów. Seanse powinny być połączone z dyskusją jak w przypadku Mein Kampf.
„Pogorzelisko" (Incendies, 2010) 9 

Nie od dzisiaj wiadomo, że praca architekta/budowlańca nie cieszy się wielkim zaufaniem w Korei Południowej (patrz: historia dla której punktem wyjścia jest krótki metraż pt. „Simpan", Park Chan-wooka). Pokłosiem takiego postrzegania tych zawodów jest film „Tunel". Reżyser nie ogranicza się tylko do krytyki etyki wyżej wymienionych profesji. Pyta czy w ekstremalnych sytuacjach towarzysz niedoli może być pasożytem i jak istotna jest wtedy ludzka dobroć. Ale czy ostatecznie idealizm nie pociąga za sobą zbyt wiele kosztów? Nawet jeżeli pod koniec twórcy niepotrzebnie operują oczywistościami, warto dowiedzieć się co mają w tej kwestii do powiedzenia.
PS Amerykański „Tunel" (Daylight, 1996) ma z tym filmem wspólny tylko tytuł. Koreański Stallone to taki sympatyczny, trochę pierdołowaty idealista.
„Tunel" (Teo-neo, reż. Seong-hoong Kim, 2016) 7


baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (dzień pierwszy)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(dzień pierwszy)

Opaski festiwalowe nosiłem jeszcze przez kilka tygodni po powrocie do domu.

W tym roku festiwal odbył się w Łódzkim Domu Kultury. Po odebraniu karnetu i wypiciu pysznego podwójnego, festiwalowego espresso doczekałem się pierwszej dyskusji.

Michał Pabiś-Orzeszyna (znowu w roli prowadzącego, Uniwersytet Łódzki), Marcin Kotyła (Legalna Kultura), Michał Walkiewicz (Filmweb), Dawid Adamek (kanał Sfilmowani), Anna Sienkiewicz-Rogowska (Filmoteka Narodowa - Instytut Audiowizualny) dyskutowali o pułapkach jakie czyhają na twórców audiowizualnych treści w internecie, o tym jak nasze polskie prawo bywa mętne w kwestii wydawałoby się prostej zasady prawa cytatu. Generalnie można było odnieść wrażenie, że twórcy recenzji pisanych mają nieco prościej, chociaż już w kwestii publikowania konkretnych kadrów na stronach bloga trzeba uważać. Poruszona została również kwestia jak bardzo zmieniło się oblicze krytyki filmowej na przestrzeni lat, kiedy zawód ten startował z pozycji niepodważalnego autorytetu. Przetrwał kryzys mediów papierowych a dzisiaj w czasach, gdy każdy ma prawo aspirowania do tytułu krytyka filmowego, działalność ta jest bardziej hobby, a po dłuższym czasie i ogromnych pokładów cierpliwości, dodatkowym (niestety tylko) źródłem utrzymania. Cóż... Na bogactwo przyjdzie mi jeszcze poczekać.

Po dyskusji postanowiłem coś wszamać. Krytyk biedny, ale coś jeść musi. Z pustym żołądkiem nie sposób oglądać filmów ani o nich pisać. Zrezygnowałem, więc oficjalnego otwarcia festiwalu i quizu w o Łodzi filmowej i poszedłem do Papuvege. Żadnych hipsterskich trocin tam nie uświadczycie. Dużo wege pyszności.

Pierwszy film obejrzany w Łodzi mógłby być lepszy niż „Niemiłość" Zwiagincewa. Mógłby gdyby reżyser chciał chociaż trochę bardziej polubić swoich bohaterów. Najpierw każe im się taplać przez godzinę w basenie wypełnionym betonem a kiedy po godzinie beton zaczyna schnąć (budowlańcy muszą przymknąć oko na tę metaforę) zaczyna kopać ich po wystających głowach. Co prawda jest kilka zaledwie momentów kiedy głaszcze ich po głowach, ale w kontekście całego filmu jawi mi się to jako coś bardzo cynicznego. Film otwiera ujęcie rzeki sobą płynącej pośród powalonych drzew. Zestawiając go z następnym, pokazującym dzieci wybiegające ze szkoły w słoneczny, jesienny dzień, reżyser mówi widzowi "Za chwilę zrobi Ci się zimno, smutno". I to się udaje. Historia rodziców poszukujących swojego zaginionego dziecka łatwo mogła przerodzić w płaczliwy dramat. Zwiagincew przesadził w drugą stronę i stworzył pretensjonalny film, pełen nachalnych metafor (dorośli utracili kontakt z rzeczywistością wpatrując się w ekrany smartfonów), z bohaterami napisanymi w jakiś sadystyczny sposób, których nie da się polubić mimo szczerych chęci. A wystarczyło trochę odpuścić. 5/10