baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (dzień drugi)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(dzień drugi)

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Tradycyjny pakiet festiwalowicza plus mój ulubiony plecak typu "worek".

Wczorajszy dzień zacząłem od studium przypadku Twojego Vincenta. Producent Sean Bobbit, oraz operator dźwięku i autor sound designu „Loving Vincent" przez godzinę odpowiadali na pytania prowadzącej Magdaleny Stasiak oraz słuchaczy na temat tego wyjątkowego dzieła. Uznałem, że najlepiej będzie podać Wam te informacje w czytelny i zwięzły sposób. Poniżej garść z mniej lub bardziej istotnymi informacjami/ciekawostkami o filmie:

1. W amerykańskiej wersji scena na prostytutką została wycięta, aby filmowi nie przydzielono kategorii R.
2. Z ponad 900 tysięcy obrazów, które powstały w ramach filmu, spora ilość została już sprzedana prywatnym kolekcjonerom. Cytuję: "do tanich nie należą".
3. W grudniu planowana jest wystawa obrazów z filmu, oraz przedstawiających kolejne etapy produkcji. Łącznie wystawa ma obejmować 12 obrazów.
4. Czasem trzeba było zmienić paletę kolorów oryginalnych obrazów, np. dziennych na nocne.
5. Powstało 7 wersji scenariusza. W jednej z pierwszych koncepcji Twój Vincent miał być mockumentem, czyli filmem nakręconym w konwencji tradycyjnego dokumentu, lecz opowiadającym fikcyjną historię.
6. Malarze zostali podzieleni że względu na umiejętności, na takich, którzy zajmowali się malowaniem np. tylko w określonym stylu (realistyczne sekwencje czarno-białe), statycznych ujęć, portretów.
7. Ze względu na odbijanie światła od białych powierzchni, w trakcie kręcenia zdjęć aktorskich każdy z technicznej ekipy filmowej musiał nosić czarne koszulki z napisem "Loving Vincent Crew".
8. Film w pierwszej kolejności sprzedał się w Hongkongu i we Francji a jako ostatni byli Niemcy, Australia, USA.
9. We Włoszech podczas pokazów eventowych (2 pokazy/tydzień) film zarobił 1,3 mln euro w 3 dni od pierwszego pokazu.
10. Munch, Bosch, Hopper, Goya - te nazwiska padły w odpowiedzi na pytanie o obrazy jakich malarzy twórcy chcieliby ożywić na ekranie. Przy czym film z obrazami Goyi miałby być horrorem. Na kolejny tego typu film widzowie musieliby poczekać ok. 10 lat.

Obraz może zawierać: 6 osób, uśmiechnięci ludzie

Producent „Twoim Vincenta" Sean Bobbit opowiada o  historii powstawania filmu.

Pierwszym filmem, który zobaczyłem tego dnia to „Wróg" Villenueva to film bez pretensji do bycia ambitnym kinem. Reżyser konsekwentnie prowadzi fabułę naszpikowaną biedafreudyzmem, biorąc się za motyw Księcia i Żebraka klimacie thrillera. Reżyser chyba potrzebował oddechu po nakręceniu tak, kolokwialnie pisząc, ciężkich klimatycznie filmów, jakimi niewątpliwie były Pogorzelisko a później Labirynt. W efekcie widzowie otrzymali zabawny, miejscami wręcz rubaszny dreszczowiec (tak bardzo kino klasy B!), bezwstydnie czerpiący garściami z estetyki Hitchcocka czy Lyncha. Jest to film, który równie dobrze mógłby też nakręcić Refn. Z tą różnicą, że paleta kolorów nie zawiera tej neonowości tak bardzo charakterystycznej dla filmów Duńczyka. Całość jest mało subtelna, ale konsekwentna na każdej płaszczyźnie czego nie sposób nie docenić.
„Wróg" (Enemy, 2013) 6

Zaraz po „Wrogu" zobaczyłem „Pogorzelisko" tego samego reżysera. Nie jestem w stanie pisać o nim bez zdradzania szczegółów fabuły, dlatego streszczę się pięciu zdaniach. Takie filmy jak ten zwykło się określać emocjonalnymi walcami. Wojna kreuje cyniczne historie, które mają konstrukcję naczyń połączonych. Uważam ten film na tyle niejednoznaczny, że można go interpretować na wiele różnych (czyt. potwierdzających chore poglądy) sposobów. Seanse powinny być połączone z dyskusją jak w przypadku Mein Kampf.
„Pogorzelisko" (Incendies, 2010) 9 

Nie od dzisiaj wiadomo, że praca architekta/budowlańca nie cieszy się wielkim zaufaniem w Korei Południowej (patrz: historia dla której punktem wyjścia jest krótki metraż pt. „Simpan", Park Chan-wooka). Pokłosiem takiego postrzegania tych zawodów jest film „Tunel". Reżyser nie ogranicza się tylko do krytyki etyki wyżej wymienionych profesji. Pyta czy w ekstremalnych sytuacjach towarzysz niedoli może być pasożytem i jak istotna jest wtedy ludzka dobroć. Ale czy ostatecznie idealizm nie pociąga za sobą zbyt wiele kosztów? Nawet jeżeli pod koniec twórcy niepotrzebnie operują oczywistościami, warto dowiedzieć się co mają w tej kwestii do powiedzenia.
PS Amerykański „Tunel" (Daylight, 1996) ma z tym filmem wspólny tylko tytuł. Koreański Stallone to taki sympatyczny, trochę pierdołowaty idealista.
„Tunel" (Teo-neo, reż. Seong-hoong Kim, 2016) 7


baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (dzień pierwszy)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(dzień pierwszy)

Opaski festiwalowe nosiłem jeszcze przez kilka tygodni po powrocie do domu.

W tym roku festiwal odbył się w Łódzkim Domu Kultury. Po odebraniu karnetu i wypiciu pysznego podwójnego, festiwalowego espresso doczekałem się pierwszej dyskusji.

Michał Pabiś-Orzeszyna (znowu w roli prowadzącego, Uniwersytet Łódzki), Marcin Kotyła (Legalna Kultura), Michał Walkiewicz (Filmweb), Dawid Adamek (kanał Sfilmowani), Anna Sienkiewicz-Rogowska (Filmoteka Narodowa - Instytut Audiowizualny) dyskutowali o pułapkach jakie czyhają na twórców audiowizualnych treści w internecie, o tym jak nasze polskie prawo bywa mętne w kwestii wydawałoby się prostej zasady prawa cytatu. Generalnie można było odnieść wrażenie, że twórcy recenzji pisanych mają nieco prościej, chociaż już w kwestii publikowania konkretnych kadrów na stronach bloga trzeba uważać. Poruszona została również kwestia jak bardzo zmieniło się oblicze krytyki filmowej na przestrzeni lat, kiedy zawód ten startował z pozycji niepodważalnego autorytetu. Przetrwał kryzys mediów papierowych a dzisiaj w czasach, gdy każdy ma prawo aspirowania do tytułu krytyka filmowego, działalność ta jest bardziej hobby, a po dłuższym czasie i ogromnych pokładów cierpliwości, dodatkowym (niestety tylko) źródłem utrzymania. Cóż... Na bogactwo przyjdzie mi jeszcze poczekać.

Po dyskusji postanowiłem coś wszamać. Krytyk biedny, ale coś jeść musi. Z pustym żołądkiem nie sposób oglądać filmów ani o nich pisać. Zrezygnowałem, więc oficjalnego otwarcia festiwalu i quizu w o Łodzi filmowej i poszedłem do Papuvege. Żadnych hipsterskich trocin tam nie uświadczycie. Dużo wege pyszności.

Pierwszy film obejrzany w Łodzi mógłby być lepszy niż „Niemiłość" Zwiagincewa. Mógłby gdyby reżyser chciał chociaż trochę bardziej polubić swoich bohaterów. Najpierw każe im się taplać przez godzinę w basenie wypełnionym betonem a kiedy po godzinie beton zaczyna schnąć (budowlańcy muszą przymknąć oko na tę metaforę) zaczyna kopać ich po wystających głowach. Co prawda jest kilka zaledwie momentów kiedy głaszcze ich po głowach, ale w kontekście całego filmu jawi mi się to jako coś bardzo cynicznego. Film otwiera ujęcie rzeki sobą płynącej pośród powalonych drzew. Zestawiając go z następnym, pokazującym dzieci wybiegające ze szkoły w słoneczny, jesienny dzień, reżyser mówi widzowi "Za chwilę zrobi Ci się zimno, smutno". I to się udaje. Historia rodziców poszukujących swojego zaginionego dziecka łatwo mogła przerodzić w płaczliwy dramat. Zwiagincew przesadził w drugą stronę i stworzył pretensjonalny film, pełen nachalnych metafor (dorośli utracili kontakt z rzeczywistością wpatrując się w ekrany smartfonów), z bohaterami napisanymi w jakiś sadystyczny sposób, których nie da się polubić mimo szczerych chęci. A wystarczyło trochę odpuścić. 5/10


Piękna pusta skorupa – recenzja filmu „Blade Runner" (2017)

Piękna pusta skorupa – recenzja filmu „Blade Runner" (2017)

Film Scotta po dziś dzień zachwyca wykreowanym weń światem. Mimo głównego bohatera bez charakteru i budzącej wątpliwości natury moralnej sceny miłosnej Deckarda z Rachael, Blade Runner z 1982 roku, jest dziełem niepokojącym i intrygującym m.in. dzięki wielości interpretacji, którą wygenerował na przestrzeni lat. Upakowanie klimatu kina noir lat ’40 w neonowy świat przyszłości, spod znaku cyberpunku, zaowocowało jednym z najbardziej niepokojących dzieł postmodernizmu.

Scott oddał hołd kinu okresu złotych lat ’40, nadając swoim bohaterom artefakty behawioralne (główny bohater o wiecznie smutnej minie Forda a’la Bogart, Rachael jako kobieta fatalna), jak i fizyczne (trencz, papierosy, broń). Jednocześnie działał na własnych zasadach. Zadawał fundamentalne pytania o istotę człowieczeństwa, o relację człowieka z technologią w oryginalny sposób, mieszając porządki i uaktualniając ich istotę. Oglądając Blade Runnera 2049 można odnieść wrażenie, że Dennis Villenueve nie był w stanie się zdecydować, którą drogę wybrać: stworzenie nostalgicznego pomnika filmowi Scotta, czy stworzenie filmu osobnego, ale z szacunkiem traktującego starszego o 35 lat poprzednika. Szwy między tymi dwoma wizjami są tak grubymi nićmi szyte, że brakuje tu wyważenia, balansu. Główny temat filmu, czyli kwestia rozmnażania się androidów, jest „ładowany” na ekran w równie mało subtelny sposób. Między innymi to jest przyczyną sporej, nawet jak na dzisiejsze standardy, długości filmu, bo aż prawie 3 godzin. Skracając o zbędne dialogi (dziwnym trafem w większości przypadające postaci granej przez Jareda Leto) film tylko by zyskał a lakoniczne kwestie wypowiadane przez aktorów korespondowałyby z kontemplacyjnym tempem BR2049., odzwierciedlonym w długich ujęciach. Nie są one jednak problemem tego filmu. Bynajmniej. Są zdecydowanie jego najmocniejszą stroną. Pozwalają zawiesić oko na przepięknej urody kadrach autorstwa operatora Richarda Deakinsa, jednego z czołowych estetów w Hollywood. Pytanie czy wyszło to na dobre samemu filmowi i czy efekty pracy Deakinsa łączą się w spójną całość z wizją Villenueva?

Deakins postanowił odkurzyć nieco świat uchwycony na zdjęciach „Łowcy…” z ’82 przez Jordana Cronenwetha. Odkurzyć dosłownie. Z brudnego, mrocznego, światła dnia nie zaznającego Las Vegas w wersji Scotta, pozostały jedynie kolory. Scott dopieszczał w swoim filmie każdy, wydawałoby nieistotny, szczegół (jak etykiety na produktach widocznych tylko dla aktorów). Porównując te dwie wizje, Miasto Grzechu widziane oczami operatora Villenueva wydaje się być wręcz aseptyczne a jego tajemnica jakby uleciała wraz z wpuszczeniem weń światła słonecznego. Widzowi pozostaje więc bierne podziwianie pięknych, filtrowanych pomarańczowych, chłodno niebieskich, lub szarych kadrów. Tam gdzie Vegas u Scotta było kolejnym bohaterem, u Villenueva stało się, piękną co prawda, ale tylko wymuskaną i zbyt idealną skorupą, w której dzieje się akcja. I niewiele jest momentów w filmie, w których ten nowy świat działa jak powinien. Jedną z nich jest scena bijatyki w kawiarni. Pojawiające się w serii hologramy tancerek wykonujących cancana, czy boskiej Marylin lub Elvisa, są nostalgiczną, popkulturową pocztówką z czasów, dla głównego bohatera już bardzo zamierzchłych. Jednocześnie Harrison Ford, który jest twarzą Kina Nowej Przygody, sci-fi, sensacyjnego i wielu innych, doskonale działa jako swoisty „spinacz” dla czasów współczesnych (reprezentowanych przez Goslinga) jak i w makrokosmosie wykreowanym przez Villenueva. Takich autotematycznych scen, dających widzowi możliwość smakowania kina per se w BR2049 jest jak na lekarstwo. Dzięki niej film jest nieco lepszy, ale nie ratuje go w całości.

Nieco lepiej bywa z postaciami. Najlepszą gra Gosling, który wciela się w androida K, zwanego później Joe. Pinokio przyszłości, o kamiennej twarzy i maślanych oczach młodego Herkulesa wypada zaskakująco dobrze. Mimo skrajnie lakonicznej gry aktora, udaje mu się wiarygodnie oddać marzenie o posiadaniu duszy. Chociaż scena, w której aktor wydaje z siebie krzyk (szczęścia, rozpaczy?), zawarta w jednym z trailerów, jawi mi się kuriozalna. Może reżyser chciał tym sposobem dać przytyk wszystkim #heheszkom w Internecie pokazując, że Gosling ma zakres mimiki większy niż standardowy trademark pt. „zabrali mi pączka i teraz mi smutno”?

Na drugim biegunie znajduje się rola Leto jako szefa korporacji Tyler, Niandera Wallace’a. Już w wywiadach czuć było, że coś nie gra („It was like seeing Jesus walking into a temple” – Villenueve o Leto, ćwiczącym do roli w oślepiających soczewkach). Efekt tylko potwierdził te obawy. Każde jego pojawienie się na ekranie wzbudza niezamierzony śmiech. Dopóki nie zacznie wypowiadać swoich kwestii, możemy podziwiać pretekstowe, pomarańczowo-złote kadry pokazujące korporację Wallace’a. Kiedy Boss się odzywa i zaczyna wygłaszać „piękne” kwestie o bólu, radości, schyłki cywilizacji, cały czar pryska. „Guilty” zaczyna wygrywać z „pleasure”, widz dostaje zgagi od pretensjonalnych gadek i zdaje sobie sprawę, że Villenueve źle odrobił pracę domową i nie załapał, że „nie dopowiedzieć” nie znaczy „ująć wartości” a wręcz przeciwnie. Luv, prawa ręka Wallace’a cierpi na tę samą przypadłość. To android z ambicją bycia najlepszym, doskonałym i… nic ponadto. A można to naprawić jedną sceną. [SPOJLER] Wyobraźmy sobie sytuację, że Luv podaje pilot do hologramu Joi K miast to rozdeptywać [KONIEC SPOJLERU]. Jak bardzo zmieniłaby się w oczach widza postać Luv? A tak jest zwykłym zakapiorem z żądzą bycia morderczą córeczką tatusia, tylko w wersji robociej. Za mało trochę na odświeżenie konwencji, o co wydaje się zabiegać Villenueve. To ciągle Roy Batty , w wykonaniu Rutgera Haura z filmu z 1982 roku, ze swoim zwierzęcym romantyzmem, pozostaje najbardziej intrygującą postacią ze świata Łowców Androidów.

Blade Runner 2049 mimo, że urzekający swym pięknem wyzbyty jest z całej seksowności jaką posiadał film Scotta. Mimo tego, że Gosling wreszcie ma w swoim dorobku rolę wartą uwagi, niewiele jest w filmie twórcy WROGA jasnych aktorskich punktów (chociaż muszę przyznać: Harrison Ford, zagrał o niebo lepiej niż filmowym pierwowzorze). BR2049 nie działa również jako komentarz do rozwoju cybernetyki. Ten film cierpi na casus filmów sci-fi ostatnich lat, które wydają się nie nadążać za trendami w technologiach IT. Jak pisze Marcin Michno z bloga Nolife Style: „(…)od lat 80 technologia rozwinęła się w takim tempie i nieoczekiwanych (wtedy) kierunkach, że można by zadawać setki ciekawszych pytań. Zresztą padają one nawet na konferencjach branżowych. W tym kontekście to wszystko co dostajemy w kinematografii jest aktualnie strasznie wtórne. My już mamy cyberprotezy, testujemy SI, pozwoliliśmy algorytmom decydować o naszym życiu i śmierci”.

Chociaż bardzo chciałem ten film polubić, w mojej opinii jest to film niepotrzebny w takiej formie a brak kolejnego oczekiwanego sukcesu finansowego (po fiasku GHOST IN THE SHELL na przykład) może spowodować opóźnienia w produkcji innych filmów w klimacie cyberpunku, jakim jest na przykład AKIRA, planowana aktorska wersja klasycznego anime z 1988 roku w reżyserii Katsushiro Otomo.

 


Oceans11 grafika promocyjna

Recenzja trylogii Ocean's, reż. Steven Soderbergh (2001-2007)

Trylogia Ocean's, reż. Steven Soderbergh (2001-2007)

Oceans11 grafika promocyjna

Miałem ostatnio przyjemność powtórzyć sobie "wodną" (Ocean -> woda, badum ts) trylogię Soderbergha. Jedna z niewielu serii, która trzyma równy poziom od początku do końca. Idealne połączenie fantastyki, humoru i dawkowania napięcia.

Heist movie to jeden z moich ulubionych podgatunków filmowych. Taki "Hudson Hawke", na przykład, kocham całym sercem i nigdy nie zrozumiem tych wszystkich Złotych Malin, które zebrał.

Ale wróćmy do trylogii pana Steve'a. Osią pierwszej części jest "walka" o uczucie kobiety. A jeśli jedną stroną konfliktu jest włamywacz a drugą multimiliarder to efektem jest mierzenie sobie fiutków. Tak na marginesie Roberts to jednak aktorsko zdolna bestia.

W drugiej odsłonie bohaterowie mentalnie upadli jeszcze niżej. Odstawili linijki przechodząc do piaskownicy. Role się odwracają, ofiara się mści. Dochodzi do tego pewien szczwany lis o twarzy Vincenta Cassela, z siwym włosem na głowie, który cierpi na syndrom Piotrusia Pana. No i jest zafascynowana złodziejskim fachem pani prokurator Zeta-Jones, która zawsze i wszędzie jest ULTRA.

W "Ocean's Thirteen" przeciwnikiem jest kawał chuja. Niebotyczne ego i nieczyste zagrywki to znaki rozpoznawcze kasiastego Willy'ego Banka (ktoś tu widzę też potrafi w suchary). Powraca motyw mentalnych linijek, które przy każdej sposobności wyciągają i przystawiają sobie do rozporków. Jest i piaskownica Las Vegas. Zabrakło tylko miejsca na rozbudowane postaci kobiece i mielibyśmy idealny miks. Jak widać wszystkiego mieć nie można.

I nawet jeśli w ostatniej części seria obniża nieznacznie loty to i tak jest to świetna zabawa. Pitt i Clooney wypracowali między sobą taka niezwykła chemię, że z radością ujrzałbym ich znowu na ekranie. Pełen luz. Damon w roli naturszczyka z mlekiem pod nosem, to rola leżąca, gdzieś na drugim biegunie tego co zaprezentował w równolegle kręconej trylogii Bourne'a. Trochę brakuje mi Matta z tamtych lat. Jego może nie rewelacyjnego i powalającego na kolana aktorstwa, ale tego gwarantu solidnej, aktorskiej roboty, która często potrafiła uratować cały film.

Bracia Malloy (szczypior Affleck z wąsem! ) to niekończąca się seria bratobójczych złośliwości, walk, które o dziwo, nie przestają śmieszyć do końca.

Kluczowym elementem dla wszystkich części są elementy fantastyki. To momenty, w których normalnie człowiek robi klasycznego "facepalma". Jeśli jednak całość trzyma się w ryzach pewnej umowności świata przedstawionego, bez specjalnych szarży w jedną czy w drugą stronę, to kupujemy to bez gadania. Mamy więc potężny reaktor plazmy w uniwersyteckim laboratorium, płytkę tworząca hologram złotego jaja Faberge i wreszcie kombajn wiercący na kilkumetrowej średnicy obsługiwany przez JEDNĄ osobę. Takich nieprawdopodobnostek jest tutaj mnóstwo, mniejszych lub większych. Dzięki temu, że użyte świadomie miast drażnić cieszą i budzą w widzu małe, uśpione dziecko.

Osobny akapit należy się muzyce. Ścieżka dźwiękowa częściowo oddaje hołd epoce Sinatry, który zagrał w oryginale z 1960 czy Elvisa. Znalazł się tu również nieśmiertelny klasyk Debussy'ego "Claire de Lune". Z drugiej strony są tu takie przyjemne stosunkowo świeże nuty jak "LSD Partie" Rolanda Vincenta czy "Thé à la Menthe" La Caution. Za to oryginalne utwory z filmów skomponowane przez Davida Holmesa to jazzowe perełki. Ich rytmika z pogranicza jamu, bondowskich klimatów i funku tworzy jakby ich współczesną mieszankę (nu-orlean?). Natomiast ilekroć kiedy w sukurs przyszły montażowe zabawy Stephena Mirionego moją twarz rozjaśniał grymas mimowolnego uśmiechu. Pan, który odpowiada za "sklejenie" rewelacyjnego "Good night and good luck" Clooneya świetnie wyczuł klimat serii oddając jej nonszalancki, zawadiacki charakter.

Taniec Cassela "Foxa" wśród laserowych to taka wisienka w stylu fantasy na tym pysznym ciastku. z potrójną bitą śmietaną. Cassel miał wtedy 38 lat! Utwór: La Caution - Thé à la Menthe.

To nie „Mad Max” – recenzja filmu „Jason Bourne" (2016)

To nie „Mad Max” – recenzja filmu „Jason Bourne" (2016)

Darzę tę serię ogromnym sentymentem. Można powiedzieć, że ja i mój gust filmowy dojrzewaliśmy razem z trylogią („Dziedzictwo” pomijam. Świat Bourne’a bez Bourne’a się dla mnie nie liczy). Podczas moich najdłuższych w życiu, 4-miesięcznych wakacji, tuż po maturze odświeżyłem sobie całą serię. Pokochałem bezgranicznie „Ultimatum”, polubiłem bardzo „Tożsamość”, zaś „Krucjatę” potraktowałem jako syndrom „środkowej” części trylogii – leniwe filmidło, które musiało powstać; zapchajdziura między częścią pierwszą a trzecią. Jak te filmy wytrzymują próbę czasu? Całkiem nieźle. Trochę bardziej doceniłem drugą część, zauważyłem trochę niespójności w trzeciej, ale summa summarum to ciągle jedna z moich ulubionych filmowych serii w ogóle.

Najnowsza odsłona perypetii byłego agenta specjalnego cierpiącego na amnezję kuleje na kilku poziomach, ale to ciągle niezłe kino sensacyjne. Po fiasku operacji Treadstone, CIA, na czele Robertem Deweyem (Tommy Lee Jones) i z Heather Lee (Alicia Vikander) u boku, jako szefową działu cybernetyki, tworzy kolejną ewolucję poprzednich programów o nazwie Iron Hand. Ma on działać w oparciu o ideę inwigilacji totalnej przy pomocy znanego portalu społecznościowego (jawna aluzja do Facebooka), który ma na celu wczesne wykrywanie ruchów terrorystycznych na świecie. Pliki ze wszystkimi projektami CIA, w tym Iron Hand, wykrada znana z poprzednich części Nicki Parsons (Julia Stiles). Przy okazji odkrywa, że we wszystko zamieszany był ojciec tytułowego bohatera. Parsons odnajduje Bourne’a w Grecji, gdzie bierze on udział w nielegalnych walkach na pięści, zarabiając w ten sposób na życie. Parsons opowiada Jasonowi o swoim odkryciu, a ten znowu wyrusza w świat, by odkryć prawdę.

Film podąża znanym z poprzednich części schematem, z tą różnicą, że Tony Gilroy zdecydował się przesunąć ciężar fabularny na elementy, które dotychczas funkcjonowały na drugim planie. Mamy dwa równolegle prowadzone wątki: główny, nawiązujący do sytuacji geopolitycznej panującej na świecie i terroryzmu, a także konieczności poświęcenia wolności jednostki na rzecz bezpieczeństwa ludności. Poboczny dotyczy samego Bourne’ a, który stara się odkryć własne początki jako agenta specjalnego i to, jaką rolę pełnił we wszystkim jego ojciec. Oba zgrabnie i bezszwowo przeplatają się ze sobą, co zawsze było mocną stroną serii. To, co wywołuje zgrzyty, to sama postać Jasona Bourne’ a, ledwo nakreślona w scenariuszu.

Nie da się ukryć, że filarem wszystkich czterech filmów o Bournie jest Matt Damon. Seria zapewniła mu status supergwiazdy w Hollywood. Nie jest to przykład aktora, który swoją grę opierałby na brawurze i eksperymentach, jednak filmy z jego udziałem są gwarancją obcowania z filmem co najmniej dobrej jakości, a często stają się takimi, które określa się w pewnych kręgach jako kultowe (vide: „Buntownik z wyboru”).

W serii o Bournie widać (konieczny w tym wypadku) rozwój postaci w każdym kolejnym filmie, z czym Damon poradził sobie bardzo dobrze. W „Tożsamości” Bourne to zagubiony facet, który z przerażeniem odkrywa, kim był przed utratą pamięci, co powoduje, że potrzebuje oparcia, bliskości drugiej osoby w tym chaosie, który próbuje opanować, odkąd stracił pamięć (pamiętny cytat: Jak mógłbym cię zapomnieć, skoro jesteś jedyną osobą, którą znam?). W „Krucjacie” i „Ultimatum” stara się naprawić błędy przeszłości, konfrontując się z ich skutkami. W ostatnim filmie Bourne to już dojrzały i rozgoryczony facet po przejściach. Zarabia na przemocy, którą się brzydzi i miota się między odcięciem od swojej przeszłości a wykorzystywaniem technik, których nauczył się dzięki zawodowi, który kiedyś wykonywał. Jedynym celem jego życia staje się, jak sam przyznaje, fundamentalne pragnienie świętego spokoju. Jak się okaże, nie będzie miał wyjścia, i po raz kolejny będzie musiał dać pokaz swoich umiejętności.

W tym momencie zaczynają się schody. Pozostałe tytuły w serii wskazywały na coś, co do Bourne’ a przynależy lub jest z nim związane – tożsamość, ultimatum – a tytuł ostatniego filmu jest po prostu imieniem i nazwiskiem. Paradoks polega na tym, że tytułowy bohater jest w „Jasonie Bournie” postacią drugoplanową, potrzebną w zasadzie do zaaranżowania finałowego pojedynku. Jest to zabieg dość ryzykowny i w efekcie nieudany. Bourne to nie Mad Max. Tam drugoplanowość tytułowego bohatera wywoływała wrażenie spójności z jego charakterem, tu taki zabieg powoduje, że historia Bourne’a prowadzona w filmie traci na sile rażenia. A szkoda, bo momenty, w których Damon pojawia się na ekranie, są jednym z najmocniejszych punktów filmu.

To, co naprawdę się udało, to kreacja dwójki aktorów: Tommy Lee Jonesa i Alici Vikander. Robert Dewey w interpretacji Jonesa to pierwszy przeciwnik Bourne’ a, który samym tylko uśmiechem powodował u mnie ciarki na plecach. Bohaterka grana przez Vikander pełni funkcję „tej, która z czasem zacznie pomagać Bourne’owi”, nie jest jednak postacią, która podąża schematem wytyczonym w poprzednich odsłonach, co czyni ją niejednoznaczną. To ona przez lwią część filmu gra pierwsze skrzypce, zresztą ze znakomitym skutkiem. Jest reprezentantką pokolenia, które ma przejąć schedę po Deweyu. A nie jest to pokolenie kryształowe. Cynizm, manipulatorstwo, brak skrupułów i pełne poświęcenie dla kraju bez względu na konsekwencje to cechy, które nie zwiastują końca kłopotów Jasona. Żal jedynie Vincenta Cassela w roli głównego zakapiora, Asseta. Z jednej strony to pierwszy przeciwnik, który ma osobisty motyw, żeby zabić Bourne’ a, z drugiej nic z tego zbaczania z utworzonych we wcześniejszych filmach ścieżek nie wynika. Cassel najlepiej prezentuje się w statycznych ujęciach, w słabo oświetlonych pomieszczeniach, gdzie wygląda jak mityczna bestia. Czuć wtedy, że to jedyny człowiek, który stanowi fizyczne zagrożenie dla Bourne’ a. Takich kadrów mamy jednak jak na lekarstwo. Liczyłem, że tej klasy aktor będzie miał więcej do zagrania, a Cassel tylko bije się lub biega. Asset mógł zostać najlepszym dotychczasowym przeciwnikiem Bourne’ a, a ostatecznie odegrał mało znaczący epizod.

Cała reszta elementów, charakterystycznych dla cyklu filmów o Bournie, czyli walki wręcz, nerwowy montaż, chwiejna kamera, są w filmie obecne. Stawiają widza w pozycji podglądacza, co nadaje opowieści odpowiedniej dawki realizmu i nie pozwala się nudzić.

„Jason Bourne” to pierwszy film z serii z całkowicie autorskim scenariuszem. Można tutaj doszukiwać się źródeł jego częściowego niepowodzenia. Tony Gilroy chciał udowodnić, że szkielet fabularny „Krucjaty…” (jeden zabójca, jeden pomocnik, jeden szef wszystkich szefów) mógł się sprawdzić ponownie. Aby uniknąć powielania tych motywów w skali 1:1, zmienił co nieco, próbując nadać opowieści odrobiny świeżości. Mimo dobrych chęci zmiany te poszły trochę za daleko. Greengrassowi i spółce wyszedł film, który miał pożenić stare motywy z nową historią, ale efekt finalny nie jest do końca zadowalający. Ma on jednak swoje mocne strony i zarówno nowi widzowie, jak i fani serii nie powinni uznać poświęconego czasu na seans za stracony.

Tekst został pierwotnie opublikowany na portalu Reflektor. Rozświetlamy Kulturę.


Privacy Preference Center