danuta holacka w wiadomościach TVP

Moja historia. Mój kryzys. Moja spowiedź.

Moja historia. Mój kryzys. Moja spowiedź.

danuta holacka w wiadomościach TVPMiłością do kina zaraził mnie mój ojciec. On pierwszy zaczął zwracać moją uwagę na niuanse ukryte w scenach bez dialogów. Jego opowieści na temat seansów w nieistniejącym już dzisiaj osiedlowym kinie „Jutrzenka” słuchałem z wypiekami na twarzy. Z czasem przyszedł czas, kiedy mój gust filmowy zaczął się krystalizować. Paradoksem jest, że ojciec zaszczepił we mnie jednocześnie niechęć do zamykania się na jedną estetykę. I chociaż nigdy nie będę należał do fandomu „Gwiezdnych wojen" , to już kilkakrotnie poległem w rozmowie z nim, kiedy próbowałem go przekonać do filmów z trykociarzami czy anime. Do dzisiaj pamiętam, jak nie potrafił zrozumieć, czemu dziadkowi podobał się film „Marsjanie atakują" „Łowca jeleni"! To jest prawdziwe kino!” - grzmiał. Minęły lata, kiedy wreszcie zrozumiałem bezcelowość takich zestawień. Bez względu na to, jak różnimy się teraz w pojmowaniu kina, mam pewność, że on pierwszy zaczął mnie na nie uwrażliwiać. Dzięki niemu poznałem Chaplina, braci Marx, Pythonów czy Nielsena którzy mieli niebotyczny wpływ na moje poczucie humoru.
Po maturze, w trakcie swoich najdłuższych wakacji (i właściwie rzecz biorąc, ostatnich, bo za każdymi kolejnymi ciągnął się smród zbliżającej się „kampanii wrześniowej”), zobaczyłem całą filmografię Lyncha. Do dzisiaj pamiętam, jak mama zachwycała się obejrzanymi po latach odcinkami „Miasteczka Twin Peaks" i jaką sieczkę w głowie zrobiła mi „Zagubiona autostrada". (zdradzę Wam w sekrecie, że moim osobistym top of the top jest „Głowa do wycierania". Nic już tego raczej nie zmieni, choć nie widziałem jeszcze trzeciego sezonu TP). Lynch to kolejna osoba, której zawdzięczam swoją kinofilię.
Mimo tego wszystkiego poszedłem na studia inżynierskie. Bardzo bałem się z miłości do kina uczynić sposób na życie, a wtedy znałem siebie na tyle, by móc stwierdzić, że bardzo szybko się nudzę i irytuje mnie, kiedy coś przestaje być przyjemnością, a stanie się obowiązkiem (brzmi jak dorosłe życie, huh?). Nie chcąc niszczyć tego uczucia, przezornie poszedłem na studia mechaniczno-górnicze.
Czy żałuję?
Są takie chwile, kiedy żałuję, że omija mnie wiedza, którą filmoznawcy i kulturoznawcy przyswajają na studiach i nawet gdy próbuję dokształcić się sam czuję, że brakuje mi jej omówienia, wpisania w kontekst, osadzenia. Chwilę potem znów nachodzi mnie refleksja o nierozwiązywalnym konflikcie pasja vs mamona. I tak krążę od jednego narożnika do drugiego, boksując się z własnymi myślami.
Z moim brakiem wykształcenia w kierunku filmoznawczym wiążą się odwieczne kompleksy. Jakoś na drugim roku studiów znajoma, która studiowała kulturoznawstwo na UŚ, usilnie mnie namawiała, żebym poszedł na te studia, bo mam wiedzę większą niż przeciętny student z jej roku (będę szczery i przyznam, rzuciłem ledwie paroma tytułami filmów z Chaplinem i rozpoznałem „Podróż na Księżyc" Mélièsa, jako pierwszy film sci-fi. No naprawdę, łeb jak sklep ). Sporo ludzi też wspomina, że zwracałem zawsze uwagę na detale, które im umykają. To mnie ośmieliło i zacząłem udzielać się na dyskusjach w Klub Filmowy Ambasada. Moje „udzielanie się” ograniczało się głównie do słuchania mądrzejszych od siebie, jako że spora część klubowiczów (tak jak i teraz zresztą) to studenci/absolwenci kierunków filmoznawczych/antropologicznych/kulturoznawczych. Było to szalenie inspirujące doświadczenie. Filmowa burza mózgów. Z czasem stwierdziłem, że dyskusja o filmie powinna być nieodłączną częścią seansu.
Ciągle jednak czegoś mi brakowało. Przestała mi wystarczać wymiana myśli z najbliższymi czy w wąskim gronie Ambasady. Idąc na przekór powszechnej tendencji do zamykania się w bańkach informacyjnych, postanowiłem założyć stronę na Facebooku. Nazwa Klatki na oczach już od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie zupełnie bez związku z tym pomysłem i czułem, że muszę ją zgarnąć dla siebie, bo jest całkiem zgrabna (jak się później okazało, byli i przeciwnicy ). Po miesiącach przekładania założenia fanpage’a, zacząłem prokrastynację ogłoszenia, że ma zaistnieć i publikowałem posty inaugurujące jego założenie. Trwało to chyba z tydzień i było zabawne. Zero polubień, ale były i zdjęcia, i opis, i pierwszy post nawet… . Wszystko było ukulane.
Wchodziłem na profil raz po raz w nadziei, że ktoś, jakimś cudem „odkryje” Klatki dla świata za mnie i wyręczy mnie w tym niezręcznym zadaniu, jaka jest reklama samego siebie. Byłem człowiekiem znikąd. Inżynierem górnictwa po trzech urlopach dziekańskich, który wiedział, czym jest diegeza. Ale czy to dawało mi prawo do mądrzenia się o filmach? Do dzisiaj mam z tym problem. Po drodze zdarzały się mniejsze lub większe kryzysy, ale dwa miesiące temu skurczybyk dopadł mnie na dobre i długo trzymał za gardło.
Zostałem zaproszony na prelekcję do zaprzyjaźnionego Klubu Filmowego FilmoHolic w charakterze prelegenta. Z jednej strony miałem poczucie, że to zadanie mógłby wykonać każdy. Wystarczyło przeczytać materiały podesłane przez Magdę (koordynatorkę FilmoHolika), opracować kilka minut wystąpienia i po sprawie. Tak jak czułem – prelekcja wyszła fatalnie. Światło raziło mnie w oczy i wydukałem 1/3 tego, co miałem do powiedzenia. Oczywiście to tylko moje zdanie. Doszły mnie co prawda słuchy, że było całkiem spoko, ale jestem zbyt uparty, żeby pozwolić się przekonać w tej kwestii.
Potem przyszła niemożebnie inspirująca dyskusja. I wtedy poczułem pełen luz. Dyskusje mogę prowadzić, ale do prelegenta pełną gębą to mi jeszcze brakuje. Po wszystkim opublikowałem post, który miał działać jako suplement do dyskusji. Palnąłem w nim głupstwo o „wyznawaniu płci”, mniejsza o to. Sam fakt, że coś takiego miało miejsce, otworzył mi oczy. Nie mogę wymagać od swoich czytelników, żeby za każdym razem weryfikowali informacje zawarte w moich tekstach. W zasadzie każdy mój artykuł poprzedzony był kilkudniowym, a w przypadku wpisów o Chaplinie, nawet ~tygodniowym riserczem. W tym przypadku popełniłem największą głupotę, bo opublikowałem tekst pod wpływem chwili i olałem korektę u Lubej. To się zemściło.
Zablokowało mnie. Odpowiedzialność za to, co się pisze, to spore brzemię, z którego niewiele osób zdaje sobie sprawę. W dobie fake newsów, plotek i informacyjnego bagna stwierdziłem, że nie mam zamiaru przykładać do tego ręki przez swoją niefrasobliwość.
Oprócz tego, każdą prośbę o opinię na temat jakiegokolwiek filmu traktowałem jako automatyczne zobowiązanie z mojej strony do podzielenia się z Wami tą opinią w dłuższym tekście. A czasu brak. No i standardowo pytałem siebie: „Ale jak to? Dlaczego ktoś chciałby znać moją opinię?”. I tak w kółko. Męczarnia. Gdyby wynaleziono wskaźnik asertywności w moim przypadku ten wskazywałby zero. Dołączając do tego wszystkiego ciągły brak pewności w kwestii swojej opinii i porównywania jej z tzw. „autorytetami”, daje to uczucie podobne do zamknięcia w kołowrotku (nie żebym wiedział, jak się czuje chomik zamknięty w kołowrotku. Powiedzmy sobie to jasno [CC email@peta.com]: NIE ZAMYKAŁEM NIGDY CHOMIKA W KOŁOWROTKU). Po miesiącu miałem w głowie listę zobowiązań, której niezrealizowanie skutkowało w mojej głowie masowym odpływem czytelników z Klatek.

No ale jednak jestem ! Dlaczego? Ponieważ chęć pisania o kinie jest silniejsza ode mnie. W trakcie pisania tego tekstu (który, nie ukrywam, ma działać jak autoterapia; co z tego wyjdzie — zobaczymy) „usłyszałem” głos rozsądku w głowie:

- Twoja historia, nie jest dziełem przypadku. Masz wszystko czego potrzeba, żeby pisać. Potrzeba ci tylko szlifów. Treningu.
To ja mu na to:
- Panie Rozsądek, weź się! Nie masz dostępu do moich kompleksów. Gdzie byłeś jak urosły do takich absurdalnych rozmiarów? Hę? Idź się baw w coaching gdzie indziej. Wal się pan!

Taka rozmowa. Tak że tego. Wróciłem.
Muszę przemodelować swój sposób pracy na tym ściernisku. San Francisco może nie będzie, ale będę walczyć. Nie mogę też obiecać, że nie będzie więcej przestojów w pisaniu, zaznaczę swoją obecność w miarę możliwości przynajmniej raz dziennie.

Bez obaw, nie zamienię Klatek w memisko. Chciałem się z Wami tym podzielić. Być może w jakiś sposób uporządkuje to bajzel w mojej głowie a Wy trochę bardziej będziecie wiedzieć co w niej się kotłuje.

PS1 Korekta: Kornelia Musiałowska , Patrycja Mucha z Filmowe odloty

PS2 Zdjęcie w tle wykonane za pomocą generatora https://pasek-tvp.pl/, ale autorem jest niezawodny Jarosław Dudycz.


kobieta w balowej sukni stoi na schodach

Kamp na poważnie - recenzja filmu „Red Sparrow" (2018)

Kamp na poważnie - recenzja filmu „Red Sparrow" (2018)

kobieta w balowej sukni stoi na schodach„Sowiecki wróbel" siedzi we mnie ten film jak upierdliwy kamień w porządnie zasznurowanym, zimowym bucie.

Koncept już na papierze wygląda tak, jakby wygrzebano dawno zapomniany projekt z czasów Reagana. Irons gra rosyjskiego złola, który wypowiada swoje kwestie (a jakże!) po angielsku, z tym charakterystycznym, twardym „R”. Czy my zatrzymaliśmy się w latach 80? Kto dzisiaj tak pisze scenariusze? Ano ten sam człowiek który napisał skrypt do „Jeźdźca znikąd". Teraz naprawdę ze strachem czekam na „Bohemian Rhapsody", które będzie miało u nas premierę pod koniec roku. Skoro nie można było zatrudnić rosyjskojęzycznych aktorów, to czemu tylko część kwestii wypowiadanych jest po rosyjsku a reszta po angielsku, z rosyjskim akcentem? Naprawdę uwielbiam oglądać Ironsa w filmach, ale jego ostatni bohaterowie są nudni i niewiele znaczący. „Batman v Superman", „Zwyczajna dziewczyna", „Assassin's creed"... . Czekam na film z jego udziałem, na miarę „Ukrytych pragnień". Nie idź Pan tą drogą, panie Irons. Nie jest to warte Pana talentu.

Pomysł wyjściowy jest najbardziej bezkompromisowym dzieckiem patriarchatu, jaki można sobie wyobrazić. Główna bohaterka jest już u podstaw trochę zwichrowana. To zawistna bitch, która dla kariery sprzedałaby pewnie własnego kota (aż dziw, że takowego w filmie nie posiadała). Wstępuje w szeregi elitarnej jednostki szpiegów zwanych tak jak w tytule Jaskółkami, którego głównym zadaniem jest uwieść wroga za wszelką cenę i wyciągnąć z niego ważne dla wywiadu informacje. Gdyby przetłumaczyć dosłownie tytuł filmu z języka angielskiego, brzmiałby CZERWONY WRÓBEL, ale dystrybutor w Polsce poszedł w ślady wydawcy książki i nazwał film tak samo, jak wersję papierową w naszym kraju. Wbrew całej zawierusze wokół tytułu, całkiem przytomnie, bo właśnie głównie kobiety widzimy pracujące jako szpieżki. Szpiedzy służą tutaj tylko do pokazania swojego wróbla (hehe, macie ochłap równouprawnienia). Co kobieta ma do zaoferowania? Jeszcze mniej niż postać Charlize Theron z Atomic Blonde (który to film i tak był przeciętny). Jest uwodzicielska, seksowna, trochę sprytna, ale inteligentna? Po co, skoro ma całą resztę? Tak to działa oczami twórców „Red sparrow". Świat szpiegów testosteronem stoi, więc seksapil to jedyna karta jaką może kobieta w tym rozdaniu gra. Niby główna bohaterka działa na własnych zasadach: jej ciało, jej warunki. Tylko tak naprawdę, to taki cyniczny feminizm na patriarchalnych fundamentach. Brakuje tu jakiejkolwiek przeciwwagi dla kampowych konstruktów postaci. Wszystko jest ultrapoważne, ale to taka powaga jak na zjeździe rodzinnym: ktoś rzuci żenującym żartem, reszta musi tego słuchać.

Równie „subtelna" jest propaganda. Szkalowanie Rosji przez Amerykanów przybiera tutaj absurdalne formy. Stoi sobie rosyjski niedźwiedź okrakiem między obskurnymi wnętrzami podmiejskich hotelików a barokowym przepychem, należących do włodarzy rosyjskiego wywiadu. Wyobraźcie sobie, że ten durny rosyjski wywiad mimo tego bogactwa przechowuje tajne dane na dyskietkach! Amerykanie, co prawda nie wszyscy są nieskazitelni (trafi się czasem zdrajczynia), ale przy Rosjanach to ludzie do rany przyłóż.

Jeszcze, gdyby „Czerwoną jaskółkę" podano chociażby ze szczyptą ironii. Ale twórcy wyszli z założenia, że jest im w ogóle niepotrzebna. Ba! odniosłem wrażenie, że to historia zapiera się każdym wątkiem, każdą, kadrem, literą scenariusza, żeby jej nie wprowadzić do siebie. Chociaż ta cały czas wraca i się doprasza: „Przecież masz u siebie aktora, który wygląda jak Putin. Charlotte Rampling, grającą heterę, której spojrzenie wysyła każdego na Kamczatkę. Masz tam nawet, aktora, który ma na nazwisko CAMP! Jestem tam potrzebna! Halo! Słyszysz filmie? HALOOOOOO".
Fabuła „Czerwonej jaskółki", parafrazując jednego z największych seksistów polskiego kina, Pasikowskiego: „to jednak zła i głupia kobieta jest”.

PS Konia z rzędem temu, kto mi powie w jakich czasach dzieje się film. Może to świat równoległy? Może jakieś kontinuum z wymieszanymi artefaktami z różnych epok?

„Czerwona jaskółka", reż. Francis Lawrence (2018), ocena: 4/10


dziewczyna umazana błotem celuje ze strzelby przed siebie

Projekt Scope100, edycja 2018 - recenzje filmów

Projekt Scope100, edycja 2018 - recenzje filmów

Wreszcie! W bólach, ale udało się w końcu złożyć ranking filmów, które obejrzałem w ramach projektu Scope100. Zadanie to do łatwych nie należało. Czy docenić oryginalny formalnie, ale trudny w odbiorze „Obraz niemożliwy", czy wybrać nagradzony „Western", bez gwarancji tak ciepłego przyjęcia jak na Nowych Horyzontach? A może uniwersalna, ale ultranaturalistyczna historia hodowcy krów? A sam Scope to fantastyczna przygoda. Dziękuję Patrycji Musze za namówienie mnie na wysłanie zgłoszenia. Poznałem mnóstwo ciekawych osób i ich inspirujących historii. A burze mózgów, dyskusje po seansach, czyli to co kocham najbardziej w kinie, były dla mnie bardzo pomocne w pisaniu. Teksty powstały z punktu widzenia osoby, która nie zna jeszcze wyników, bo ich zarys ogólny miałem już w głowie tuż po seansach. Ciekawie oceniać filmy pod kątem możliwie jak największej recepcji u widza masowego. Człowiek ma autentyczne poczucie, że ma szanse COŚ zrobić a kropla drąży skałę, prawda? ;) Zapraszam do lektury!

kobieta w okularach mówi, że nie może opuścić swoich kotówJeden z czołowych francuskich dokumentalistów swój ostatni film nakręcił w szpitalu psychiatrycznym. Za punkt wyjścia, wziął przepis we francuskim prawie, który ustanawia obowiązkową rozmowę po dwunastu dniach pacjenta z sędzią, który/a to ma zdecydować o konieczności kontynuowania leczenia tego pierwszego.
Długi spacer kamery korytarzami szpitala, niczym po hotelu Overlook, świetnie rymował się z planszą, która ten spacer poprzedziła, z cytatem Michela Foucaulta: "Droga do istoty człowieczeństwa biegnie przez szaleństwo”.
Francuski dokument chwyta za serce. Rozmowy odbywane z pacjentami są tutaj traktowane, z wielkim wyczuciem, ale jednak też prawnym obowiązkiem, którego mogłoby nie być i niewiele by to zmieniło. Matka, która chce dogadać warunki widywania się z córka, czy kobieta, która nie czuje woli istnienia a jednocześnie nie chce opuszczać swoich kotów – to przykłady osób „uznanych za wyleczalne”. Bez względu na okoliczności i bez możliwości negocjacji.
Potencjał dystrybucyjny: prawie zerowy. Dokumenty zazwyczaj nie są wdzięcznym materiałem do promocji i przebicia się do masowego widza. Sam mam problem z oceną takich filmów i czuję się trochę jak dziecko we mgle analizując takie kino. Ale intuicyjnie rzecz biorąc, tak wybitnie statyczny i jednostajny film (mimo nieznacznych przebitek na deptak na świeżym powietrzu, odgrodzonym płotem), sporą część widzów by nużył. Tak czy inaczej film na pewno jest wart uwagi i jeżeli zobaczycie go w harmonogramie któregoś z kin studyjnych wybierzcie się koniecznie.
„12 jours" (2017), reż. Raymon Depardon. Ocena: bez oceny /10

dwóch starszych mężczyzn stoi naprzeciw siebieUwspółcześniony western. Główny bohater, to małomówny robotnik z Niemiec, który wyjechał z ekipą do pracy w Bułgarii. Konflikt między przedstawicielami dwóch narodów wydaje się być nieunikniony. Tymczasem nasz bohater stara się być ponad to. Brata się z Bułgarami, kocha przyrodę i... kobiety.
Szczególnie zabolało mnie to ostatnie. W czasach kiedy, żeby uznać postać kobiecą za udaną, musi być chociaż odrobinę zniuansowana, rozpisanie w scenariuszu kilka linijek tekstu i ustanowić ją trofeum dla samców jest krokiem w tył i znakiem, że twórcy nie nadążają za społecznymi nastrojami, dla których kino jest jak lustro, znajdując w nim swoje odbicie. A może WESTERN to po prostu nie moje kino? Jakkolwiek cenię sobie filmowe snuje (patrz miejsce 3), WESTERN kompletnie mnie nie zaangażował.
Potencjał dystrybucyjny: śladowy. Film Grisebach jest zeszłorocznym zwycięzcą Nowych Horyzontów. Nie widzę osobiście jednak szans na większą recepcję na większym zasięgu. Świetnie nadaje się do śledzenia tropów gatunkowych na dyskusjach w DKF-ach.
„Western" (2017), reż. Valeska Grisebach. Ocena: 5 /10

postać w cieniu, na tle święcącej lampyNiesamowity debiut. Upakować tyle symboliki w tak krótkim filmie (70 minut!) to nie lada wyczyn. Trudno pisać o tym filmie bez spojlerów, więc będę pisać ogólnikami.
To z pewnością najbardziej oryginalny formalnie film. Główna bohaterka kręci (?) swój film z ręki, rejestrując życie domostwa. I taka rejestracja stawia widza w pozycji detektywa, który analizując powolnie podawane poszczególne kadry, składa sobie z nich historię. Kiedy piszę powolnie, mam na myśli                          P O W O L N I E. Obserwujemy w jaki sposób demony rozlewają się po kolejnych pokoleniach. Mamy możliwość podejrzenia zasad funkcjonowania płci społecznej w czasach tuż po zakończeniu II Wojny Światowej. A to ledwie początek.
Film nie angażowałby tak bardzo gdyby nie narracja. Twórcy pogrywają sobie tutaj z oczekiwaniami widzów. Coś co z początku wygląda na thriller, zamienia się w dramat, by za chwilę uciec w estetykę prawie rodem z horroru, by zakończyć się sceną prawie poetycką.
No właśnie, koniec... . Cały film budowany jest aura tajemnicy. Mnożone są wątki, dyskretnie zapowiadana jest końcówka (co stwierdzam, w trakcie pisania tego tekstu właśnie). Po czym następuje wolta w stylu Hitchcocka, która odstaje stylistycznie do reszty. Sposób wprowadzenia twistu w stylu “obuchem w głowę”, zamiast kontynuowania poczucia zagrożenia w stylu Oza Perkinsa, zgrzyta mi okropnie pójściem na łatwiznę. Szkoda, że chęć szokowania wzięła górę nad budowaniem klimatu. Mimo wszystko, to najbardziej oryginalny film w zestawieniu i chyba mój ulubiony, pomimo swoich bolączek.
Potencjał dystrybucyjny: trochę większy niż w przypadku WESTERNU, ale i tak słaby. Głównie dzięki angażującej formie, która doskonale gra przestrzenią pozakadrową. Problem w tym, że to co dla mnie jest ogromnym plusem filmu dla innych może być gwoździem do jego trumny.
„Das unmögliche Bild" (2016), reż. Sandra Wollner. Ocena: 7 <3 / 10

dziewczyna z okiem w buziMysius w swoim filmie w pierwszej jego połowie składa obietnicę doświadczenia czegoś nowego w konwencji coming of age. Swoją surrealną narracją oraz niepokojącymi obrazami przemyca sporo symboliki na temat koszmaru dorastania u boku matki, która przeżywa kryzys wieku średniego. Już na wstępie dowiadujemy się o chorobie wzroku, która z czasem ograniczy jej pole widzenia w nocy do zera. Czyżby reżyserka widziała okres dojrzewania jako stopniowe zawężanie horyzontów, a dorosłych jako osoby hedonistyczne, skupione na chwilowych podnietach? Przykry to wniosek, ale w filmie niezwykle sugestywny.
Kiedy fabuła zaczyna nabierać nieco bardziej realistycznego kształtu, wszystko zaczyna się rozłazić w szwach i dłużyć. Niepokojąca oniryczna narracja, zastąpiona została mętną i nudną intrygą. Relacja rodzącego się uczucia, która zapowiadała młodzieńczą wersję Bonniego i Clyde'a ostatecznie okazuje się czymś zupełnie innym. Koniec, który koresponduje z finałem „Absolwenta", gdzie zamiast niewiadomej przyszłości pary bohaterów mamy młodzieńczy optymizm i ufność, jakby problemy dorosłego świata nie czekały na nich tuż za zakrętem. Czy to jeszcze otucha, czy już cynizm?

Potencjał dystrybucyjny: całkiem spory. Filmy coming od age mają w kinie bardzo długą tradycję. Zaczynając od „Buntownika bez powodu" i „400 batów", na niedawnych „Moonlight" i „Call my by your name" kończąc. Emocjonalna burza, przez którą przechodził każdy z nas, ukazana na ekranie łączy pokolenia: aktualnie doświadczanych nastolatków i tych, którzy mają już to za sobą. „Ava" ze swoją symboliką ma potencjał do łączenia gustów ponad pokoleniami, dzięki ukazaniu dorastania w odświeżającej formie. To co może odstraszać to sporo bezkompromisowej golizny, której nie widziałem w takiej formie w kinie już dawno.

„Ava" (2017), reż. Léa Mysius. 6 / 10

mężczyzna otoczony krowamiDrugi film w zestawieniu spod znaku "człowiek kontra bezduszne przepisy". Tym razem głównym bohaterem jest Pierre, hodowca krów mlecznych, który odkrywa, że w jego stadzie zaczyna rozprzestrzeniać się śmiertelna choroba. Wg unijnego prawa, po wykryciu u jednej z krów symptomów tej choroby, całe stado musi iść do odstrzału.
Nie bez powodu wybrałem taki a nie inny fotos. Pierre to człowiek, którego określa zawód. Ba! To hodowca, którego określa miłość do krów. Jest osobą na tyle wyalienowaną ze społeczeństwa, że każda próba posiadania życia osobistego (randki, wypad na kręgle z kumplami, też hodowcami) kończy się porażką. Wybicie całego stada, którym się opiekuje spowodowałoby utratę dochodu, ale i sensu życia. Świetnie koresponduje to z physis aktora Swanna Arlauda, jego siwizną, czy podkrążonymi oczami.
Im bardziej Pierre wydaje się być przyparty do muru, tym bardziej zdjęcia Goepferta podkreślają tragiczną miłość do jego „dzieci". Mnóstwo tu zbliżeń zarówno na twarz Arlauda, jak i oczu zwierząt. Czułość gestów Pierre'a jest coraz silniej obciążona bólem. Pojedynek drobny przedsiębiorca-poczciwiec (oryginalny tytuł to w wolnym tłumaczeniu "Mały wieśniak"), kontra prawna machina, nabiera uniwersalnego charakteru, ale

SPOJLER:... ale nie katartycznego. Seans jest dołującym doświadczeniem. KONIEC SPOJLERA

Potencjał dystrybucyjny: największy w zestawieniu, ale nie bez możliwych problemów. Pomijając uwagę w spojlerze, ten film naturalizmem stoi. Kręcony był na farmie reżysera. Nawet filmowy ojciec Pierre'a, jest ojcem Charuela w prywatnym życiu. Mamy możliwość obejrzenia jak wyglądają narodziny cielaka, co już może być niełatwym doświadczeniem dla wielu. W dodatku nie zauważyłem* informacji w napisach końcowych, czy podczas kręcenia filmu ucierpiało jakiekolwiek zwierzę. A dzisiaj, w przypadku takich filmów, taka notka jest już standardem. Jeżeli użyto przy kręceniu już chore osobniki, warto to było, gdzieś zaznaczyć, żeby nie wzbudzać kontrowersji. Efekt może być odwrotny do zamierzonego: film, który ma przesłanie ekologiczne i sprzeciwia się cierpieniu zwierząt, ma niejasne kulisy powstania. Trochę strzał w stopę. Tak, czy inaczej ciągle uważam, że uniwersalność tej historii to najsilniejszy atut tego filmu, który ma szanse zdobyć serca sporej ilości widzów w Polsce.

*Jeżeli ktoś wyłapał takie info, to odszczekam wszystko 

„Bloody milk" (2017), reż. Hubert Charuel. Ocena: 7 <3 / 10

 

...a wygrała „Ava". Jednym punktem wygrała z „Westernem". „Bloody milk" przegrał tylko dwunastoma punktami z miejscem pierwszym. Dalej już większa przepaść. „Das unmögliche Bild" dostał punktów 214, a „12 jours" - "tylko" 152, co jest i tak świetnym wynikiem jak na tak statyczny dokument.

Z wszystkich krajów, które brały udział w projekcie (Czechy, Węgry, Litwa, Norwegia, Portugalia, Szwecja), „Ava" wygrała tylko u nas.

Komentarz do wygranej: nie rozpaczam. Daleko mi do entuzjazmu Anii z Biegiem na film (która też brała udział w projekcie), ale hej! to był w końcu mój drugi typ! Mimo, że reżyserka „Ava" koniec końców, nie spełniła obietnic "jazdy po bandzie", którą złożyła w części pierwszej filmu, a od której powoli odchodziła im bliżej końca filmu, to... jest to jeden lepszych coming-of-age jakie widziałem ostatnimi czasy. Głównie dlatego, że w końcu temat eksplorowania własnej seksualności nie jest głównym, ale równoległym tematem (co tak bardzo mnie mierziło np. w „Sercu z kamienia").


kolaż kadrów filmowych

Oscary 2018 - aktorskie filmy krótkometrażowe

Recenzje aktorskich filmów krótkometrażowych nominowanych do Oscara w roku 2018

Rok temu w tej kategorii znalazło się jedno zgniłe jabłko w postaci „Silent nights" (do dzisiaj mam #ciarkiżenady na samą myśl). Natomiast w tym roku żadne z zaserwowanych pięciu jabłek nie jest w takim stopniu soczyste jak „Timecode" z zeszłego. Na szczęście jest kilka, które pozostawiają całkiem przyjemny posmak w ustach. W tym roku kategoria została zdominowana przez historie oparte na faktach.

smutna dziewczynka o blond włosach5. „Silent child" (2017), reż. Chris Overton. Pracownica opieki społecznej ma nauczyć języka migowego głuchoniemą dziewczynkę z wielodzietnej rodziny, oraz wchodzenia w bliższe interakcje z otoczeniem.
Z punktu widzenia społecznej świadomości to ważny film, ale filmowo to się nie broni w ogóle. Gdyby wyciąć 80% filmu, można by z tego co zostało zmontować dynamiczny spot kampanii reklamowej, naświetlającej problem niedostatecznej opieki na dziećmi głuchymi i głuchoniemymi. A tak? Nudno, schematycznie i bez polotu.

chłopak z bronią siedzi w szkolnym sekretariacie4. „Dekalb elementary" (2016), reż. Reed van Dyk. Oparte na historii prawdziwego telefonu na 911, który miał miejsce w trakcie strzelaniny w tytułowej szkole (http://on-ajc.com/2Fb67La). Główna bohaterka, jedna z recepcjonistek stała się mediatorką pośredniczącą między niestabilnym psychicznie (jak on sam twierdzi) mężczyzną a policją.
Fala napaści z bronią na szkoły w ostatnim czasie w USA jest inspiracją jak najbardziej słuszną. Szkoda, że nie dane mi było odczuć niebezpieczeństwa oglądając film. Nie ma tu prawie nic co mogłoby zbudować napięcie. Sam początek i jedna scena pod koniec wprowadzają jakiś suspens i tyle. Pogroził, postrzelał, przeprosił i został wyprowadzony. Główna aktorka za to gra tak, jakby zamawiała obiad w restauracji. W ogóle nie poczułem, że jest w sytuacji granicznej. Więc jej histeryczny płacz w finale nie zrobił na mnie wrażenia. Mam serce z kamienia?

grupa terrorystów celuje bronią w zakładników na tle autobusu3. „Watu wote: all of us" (2017), reż. Katja Benrath. Jedyny w stawce całkowicie nieanglojęzyczny film. Wszyscy tu mówią w suahili. Reżyserka wzięła na tapet napięcia muzułmańsko-chrześcijańskie. Główną bohaterkę uczyniła chrześcijankę, która chce dotrzeć do rodziny oddalonej o trzydzieści jeden godzin drogi autobusem po sawannie. W trakcie podróży autobus zostaje zaatakowany przez terrorystów... .
Przyznaję, bywam czasem łasy na takie banalne historie. Po wyjściu z kina niemal natychmiast stwierdziłem, że to jest mój faworyt. Tylko im dłużej o tym filmie myślę, tym bardziej jestem przekonany, że można było ograć temat subtelniej. A może to jeden z tych przypadków, gdzie potrzebne było takie prostolinijne podejście, bez finezji? Czasem trzeba zobaczyć/usłyszeć, że fanatycy z wypranymi mózgami to też ludzie a jednocześnie szkodliwe ideologie, których są wyznawcami nie „metkują” wszystkich wyznawców danej religii? Są natomiast sceny, które szczególnie mnie urzekły. Ujęcie muzułmanina z plecakiem w autobusie (ciekawe co ma w środku?), radość ludzi, którzy przytulają się wzajemnie, po wyjściu żywym z ataku, itp. Takie pojedyncze smaczki mają w sobie odpowiednią dla krótkiego metrażu intensywność. Dlatego mimo, że można było całość, w moim zdaniem, zrobić trochę lepiej, nie będę płakał jeśli film Benrath wygra. Film oparty jest na faktach.

afroamerykanin siedzi ze strzelbą i wypatruje czegoś1. „My nephew Emmett" (2017), reż. Kevin Wilson Jr. Kolejne „based on true story” (http://bit.ly/1K8LyjA). Film nakręcony jest z punktu widzenia wujka tytułowego Emmeta. Temat rasizmu jest już przepracowany na tyle różnych sposobów, że Wilson musiał zdać sobie sprawę, że należałoby "uzbroić" swój film od strony formalnej. Zdecydował się na nocne zdjęcia, rozświetlone słabym, pomarańczowym światłem pojedynczych żarówek. Dialogi ograniczono do niezbędnego minimum, co pozwoliło w odpowiedni sposób nadawać tempo narracji i wprowadzić niezbędny suspens. Co prawda nic tutaj nie wykracza poza utarty schemat, ale całość ma w sobie tak potrzebną emocjonalną intensywność („Myślisz, że jestem tu dla zabawy” - rasizm jako przykry obowiązek samca alfa). W efekcie powstał bardzo solidny film, który ma spore szanse na zgarnięcie statuetki.

https://image.tmdb.org/t/p/original/7kVaE2IfeY2fyuxNzJKDxsoVha5.jpg

mężczyzna w okularach, w biurze patrzy przed siebie1 „Eleven o'clock" (2016), reż. Josh Lawson, Derin Seale. Pamiętacie taki film z Murrayem „What about Bob?" (swoją drogą jedna z moich ulubionych, durnych komedii ever)? Film duetu Lawson-Seale opiera się na podobnym pomyśle. Jak doprowadzić do szaleństwa psychiatrę? Niech jego pacjentem zostanie ktoś, kto podczas sesji będzie używał technik leczenia psychiatrycznego przeciw samemu lekarzowi. „Eleven o'clock" to klasyczna komedia nieporozumień, w stylu skeczu „Sęk" kabaretu Dudek (http://bit.ly/1PlR7Mx), która jest w iście mistrzowskim stylu pociągnięta do granic nieznośnej irytacji u widza. Całość prowadzi do dość oczywistego finału, chociaż z bardzo sympatyczną puentą, której nie zdradzę. Może będziecie mieli okazję go kiedyś obejrzeć. Szans na złotą statuetkę ten film raczej nie ma. W końcu to komedia, która ważne społecznie tematy pozostawia prawie nietknięte, ale może dlatego tak bardzo go sobie cenię. W puli oscarowej (nie tylko w tej kategorii) jest tyle POWAŻNYCH filmów, że taki „Eleven o'clock" jest jak haust świeżego powietrza po wyjeździe z centrum Katowic prosto na wieś.


dwóch mężczyzn prowadzi rower włoską uliczką

Z dystansu - recenzja filmu „Call me by your name" (2017)

Z dystansu - recenzja filmu „Call me by your name" (2017)

dwóch mężczyzn prowadzi rower włoską uliczkąSporo już na temat nowego filmu Guadagnino napisano. Powtarzać się nie ma sensu. Napiszę tylko o jednej kwestii, która zwróciła moją uwagę.

Był taki film z zeszłego roku... . Może ktoś słyszał. „Moonlight" miał w tytule. Wygrał nawet Oscara za najlepszy film. Mówiło się, że w końcu Akademia doceniła tym samym stronę formalną filmu, w którym wszystko, od zabawy światłocieniem po pracę kamery a nie tylko scenariusz, może "opowiadać" widzowi historię. Żeby tak subtelne środki nie zostały przytłoczone skomplikowaną fabułą ograniczono ją do niezbędnego minimum. Dzięki temu jednym z filarów filmu stało się aktorstwo, które musiało się opierać na najdrobniejszych niuansach. W efekcie otrzymaliśmy arcydzieło.

Natomiast „Call me by your name" jest przykładem jak źle konstruować relacje między bohaterami, nieumiejętnie dobierając filmowe środki. Sposób w jaki ujmuje kamera Mukdeeproma postać Olivera (Hammer) zupełnie nie współgra z tym w jaki sposób jest ona napisana. Dłuższe zbliżenia na twarz aktora, Hammera, na której akurat malują się jakiekolwiek emocje, są rzadkością. Jednocześnie rozmawia z Elio wykazując zainteresowanie a z czasem sporą czułość. To co na początku wydaje się całkiem rozsądnym podejściem, bo Oliver dla Elio (a co za tym idzie również dla widza) jest intrygującą tajemnicą, z czasem staje się nieznośne. Kamera ciągle trzyma na dystans postać Olivera. Woli nam pokazywać jego idealne ciało, skąpane w świetle słońca, miast przybliżyć go widzom jako człowieka, ukazując jego emocje (lub jeśli trzeba ich brak). Wrażenie niekonsekwencji zostało jeszcze bardziej podbite w finale, w który trudno uwierzyć, biorąc pod uwagę dotychczasowe działania Olivera. Przykro patrzeć kiedy sposób kadrowania nie pozwala się nacieszyć widzowi grą aktorską Hammera. Po seansie nie byłem w stanie nic powiedzieć na temat jego roli, skoro jego postać jest potraktowana tak bardzo przedmiotowo. Jego postać jest konstruktem, który bez emocji wypowiada swoje kwestie z oddali.

Na drugim biegunie znajduje się popis Chalameta. Kamera go kocha. On kocha kamerę. Ten dwudziestodwulatek ma ogromne pokłady charyzmy i zawładnął ekranem totalnie, przyćmiewając całe mnóstwo aktorów przewijających się przez ekran wraz z przezroczystym Hammerem. Ani nachalna symbolika, ani nienaturalne akademickie dialogi, nie były w stanie przekreślić przyjemności z oglądania tego młodziaka w filmie Guadagnino. Szkoda, że nie ma szans w starciu z Oldmanem i jego odtwórczą rolą w „Czasu mroku".

„Call me by your name" (reż. L. Guadagnino, 2017), 6


kolaż posterów

Recenzje filmów „Wielkie piękno" (2013) i „Nieściszalni" (2010)

Recenzje filmów „Wielkie piękno" (2013) i „Nieściszalni" (2010)

poster z filmu wielkiego piękna

Miałem ten luksus, że mój pierwszy kontakt z filmem Sorrentino nie był obarczony kontaktem z żadnym innym z jego dokonań. Miałem dzięki temu, podczas seansu WIELKIEGO PIĘKNA, unikalną możliwość spojrzenia na dzieło włoskiego reżysera zupełnie nie wiedząc czego mogę się po nim spodziewać.

Film ten jest drugim z cyklu "Z pięknem w tytule", który obejrzałem na seansie Klubu Filmowego „Grajfka" w Chorzowie. Pierwszym było „Coś pięknego". Wg reżysera, Paolo Virziego, piękne jest żarliwe uczucie matki do swoich dzieci i walka o ich godny byt. Punkt wyjściowy jak najbardziej słuszny, prowadzi jednak do absurdalnych mielizn fabularnych, które każą wierzyć, że miłość wybaczy absolutnie wszystko.

Piękno w „La grande bellezza" jest wszystkim. Dosłownie. Sorrentino płynnie, długimi ujęciami odsłania przed widzem kolejne karty, tak że nie ma się poczucia nachalności. Tutaj uliczny performance, okazuje się zalecaniem prostytutek, próba chóru przechodzi w nostalgiczny videoklip, a pogrzeb zmienia się w podniosłą sztukę teatralną.

[WTRĄCENIE - Uwielbiam dyskotekową sekwencję z początku filmu. Jej montaż skojarzył ambientowe klimaty muzyczne z intensywnością zarówno cielesną jak i dźwiękową. Szał splątanych, rozegranych ciał i poimprezowa samotność, doprawiona charakterystycznym świstem w uszach - z tym kojarzę imprezy - KONIEC WTRĘTU].

Powstaje pytanie czy jeśli wszystko jest pięknem, czy jest możliwe piękno ostateczne? Wielkie Piękno? A może jednak istnieje jakaś graniczna "meta-linia", po przekroczeniu której piękna nie ma? Czy jest nią śmierć? Samotność bez godności? Z tymi pytaniami zostawił mnie film Sorrentino. Może kolejny seans pozwoli mi na nie odpowiedzieć?

„Wielkie piękno" (reż. Paolo Sorrentino, 2013), 8 <3

Z „La grande bellezza" duński „Sound of noise" nie łączy z pozoru nic. Jest jednak jeden szczegół, który pozwolił płynnie przejść w repertuarze zachowując punkt wspólny (który wykorzystałem również w swojej prelekcji). Jep w filmie Sorrentino, który jest krytykiem sztuki, swoim spojrzeniem "wyławia" piękno z otaczającego go świata, próbując oddzielić ziarno od plew i odnaleźć tytułowe Wielkie Piękno. Reżyserski tandem Simonsson-Nilsson (dla obu to pierwszy i jedyny, jak dotąd, pełnometrażowy film fabularny), głównymi bohaterami uczynił muzycznych terrorystów i policjanta, który słuchając muzyki cierpi katusze. Na czym polega ten terroryzm? Grupa perkusistów pod dowództwem Sanny unauszniają światu, że jest on wypełniony muzyką, protestując przeciw jej akademickiej formie. W efekcie powstał film z kilkoma luźno połączonymi ze sobą koncertami. W filmie Sorrentino świat wypełniony jest lepszej lub gorszej jakości sztuką, w którym Jep zajmował się poszukiwaniem piękna przez duże „P". „Nieściszalni" są wyrazem protestu przeciw kiepskiej jakości sztuki, w tym wypadku sztuki jaką jest muzyka. Jak napisała Agata Malinowska:"Nie ma wątpliwości, że to właśnie cały ten zgiełk, uprawiany pod beznamiętną kontrolą metronomu, a jednak wspaniale anarchiczny, jest jądrem wokół którego zmontowano fabułę. Jeśli zatem zdecydujemy się szukać dziur w scenariuszu, to oczywiście je znajdziemy – ale w przypadku „Nieściszalni" jest to podejście z gruntu niestosowne".

Wybierając ten film na spotkanie Grajfki byłem pełen obaw, którego potwierdzenie znalazłem w ocenach znajomych na Filmwebie. Na szczęście pozytywne reakcje widzów w trakcie seansu jak i przebieg późniejszej dyskusji przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

„Sound of noise" (reż. O. Simonsson, J. S. Nilsson, 2010), 6


kolażkadrów

Recenzje filmów „Kształt wody" (2017) i „Trzy billboardy..." (2017)

Recenzje filmów „Kształt wody" (2017) i „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" (2017)

„The Shape of Water" jest niczym więcej niż przyjemnie i poprawnie poprowadzoną historią miłości niemożliwej.

Sally Hawkins gra personifikację krystalicznego dobra, tym bardziej niewinnego, że jej bohaterka jest niemową. Jak na klasyczną baśń przystało musimy dostać również zło wcielone. Mamy więc klasycznego złodupca, którego gra nie kto inny a Michael Shannon. Jego Strickland to frustrat, czytający couchingowe książki o tym, jak nie dać ponosić się złości. Jednym słowem: koszmar każdego trenera personalnego, będący jednocześnie delikatnym wykpieniem ich działalności. Jego fizjonomia (idealny byłby to casting na kolejnego potwora Frankensteina!) w połączeniu ze scenariuszowym przerysowaniem i niewątpliwym talentem Shannona stają się filarem nośnym całego filmu.

Del Toro krok po kroku jak wprawny rzemieślnik wypełnia baśniowy schemat. Wrzuca właściwe elementy do odpowiednich przegródek. Reżyserowi udała się rzecz moim zdaniem całkiem ciekawa: film o miłości pomiędzy człowiekiem a trytonem (syrenem?) jest zaskakująco poprawny. Wypełniająca go prosta symbolika czy dziwne momenty w żaden sposób nie próbują nawet bawić się formą baśni czy w jakikolwiek sposób redefiniować tematyki poruszanej przez „Kształt wody". W dobie takich szalonych pomysłów jak „Czerwony kapturek - prawdziwa historia" nie sądzę, żeby taki film mógł zawojować coś na rozdaniu Oscarów, mimo tylu nominacji. Czas, który spędziłem w kinie był przyjemny ale nic ponadto.

„Kształt wody" (reż. Guillermo Del Toro, 2017), 6

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" (reż. M. McDounagh, 2017) to emocjonalny splątaniec w stylu coenowskim, z tą różnicą, iż widz darzy sympatią dużo większą ilość bohaterów niż w przypadku filmów wspomnianego braterskiego duetu.

Prawie każdej postaci, gdybym ją spotkał, postawiłbym piwo. Nawet takiemu Dixonowi, którego trudno nie polubić mimo, że bywa strasznym burakiem. Swoją drogą, jeśli Rockwell, który wcielił się w jego rolę, nie zgarnie Oscara to będzie mi smutno, bo zagrał koncertowo.

Film McDounagha wprowadza widza w rausz melancholijną muzyką ora powolnymi i długimi ujęciami (nagroda publiczności za zdjęcia na Festiwalu Camerimage dla Bena Davisa). Nawet scenariusz McDounagha nie kreśli realistycznych dialogów. Bohaterowie są impulsywni, histeryczni a nagromadzenie patologii w dialogach nie pozwala wyłączyć widzowi ram umowności. „No to już jest przesada. Ludzie tak nie rozmawiają!” – co jakiś czas pojawiała się myśl. Nie rozmawiają, bo też przyłożenie miary naszego świata do świata „Trzy billboardów…" mija się z celem. Twórca kreśli obraz rozedrganych emocjonalnie Amerykanów, którzy są obecnie o krok od wzięcia sprawy w swoje ręce i zaprowadzenia jedynie słusznych według nich porządków. McDonaugh podaje w wątpliwość takich przemocowych rozwiązań, ale robi to dość powierzchownie. Mnóstwo tu klisz (policjant rasista, zbuntowana nastolatka, motyw reinkarnacji, itd.), fabularnie idzie trochę za często na skróty (SPOJLER: podpalenie posterunku jako deus ex machina akcji filmu KONIEC SPOJLERU). Mimo tych mankamentów, ogląda się go ze sporą przyjemnością.

PS Muzyka w tym filmie jest doskonała zaiste. To jest takie melancholijne country, które przy drugim kuflu piwa będzie w stanie wycisnąć niejedna kowbojska łza.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" (reż. M. McDounagh, 2017), 7


oko a w nim odbija się postać

Perkinsverse? – recenzja filmu „I am the pretty..." (2016)

Perkinsverse?– recenzja filmu „I am the pretty things lives in that house" (2016)

Gdy Grzegorz Fortuna napisał, że nowy film Perkinsa jest „jeszcze dziwniejszy i wolniejszy” od „February" pomyślałem, że „I am the pretty thing lives in that house", będzie jednym z tych, które każdym kadrem będą krzyczeć do widza „jestę arthałzę, zachwycajcie się, bom ambitnym dziełę jest”. Ostatecznie można odnieść wrażenie, że jego twórca zrobił wszystko, by odbiorca nie mógł mu zarzucić pójście na łatwiznę.

Autorką zdjęć znowu została Julie Kirkwood, która ma niesamowite oko do zamkniętych przestrzeni wypełnionych lepkim od grozy powietrzem. Ciągle przesuwa granicę wytrzymałości widza, przeciągając ujęcia w nieskończoność. To, co różni ten film od reżyserskiego debiutu Perkinsa to to, że niewiele jest tutaj momentów, które pozostawione są bez muzyki. Po raz kolejny jednak autorem ścieżki dźwiękowej został brat reżysera, Elvis. Ciągle słyszymy w tle drażniące dźwięki, które w finale stają się diegetyczną (wewnętrzną) częścią filmowego świata przedstawionego.

„February" był ogołoconym z tanich chwytów straszakiem, który w dodatku tematycznie postawił na głowie cały koncept opętania przez siły nieczyste. „I am the pretty..." zawiera za to większość typowych dla gatunku elementów. Znalazło się nawet miejsce dla jednego jump scare'a. To była misja niemożliwa: przywrócić do łask horrorową poetykę w jej najoczywistszych aspektach i nie polec. Znowu minimalizm staje się kluczem do sukcesu. Pytanie, które mnie nie opuszcza od czasu seansu: czy Perkins jednak nie przekroczył tej cienkiej linii, poza którą zwolnienie tempa narracji staje się niebezpiecznym skrętem w gorszą stronę arthousowego horroru? Czy tym razem nie przekombinował?

Nie potrafię odpowiedzieć jeszcze na te pytania. Mimo to jestem zaskoczony jak wysoki poziom immersji osiągnął syn Anthony'ego Perkinsa, znanego z thrillera wszech czasów „Psychozy". Pomijając oczywisty „genetyczno-filmowy” smaczek, Oz splata swoje dzieła delikatnymi nawiązaniami tworząc coś na kształt uniwersum. Ciekawy jestem ogromnie jak dalej będzie się rozwijać ten aspekt jego twórczości. Nie będę tutaj żadnego konkretnie wymieniał, bo to cześć zabawy z perkinsverse (hoho), ale gwarantuję – zabawa przednia*. A to dopiero początek. Uwielbiam ten moment, kiedy scenariusz skręca w metafilmowość, zwracając się wprost do widza i komentuje ustami głównej bohaterki, granej przez Ruth Wilson: „Widzu, wiedz, że to co wiesz to nic. Poczekaj jeszcze chwilę – będziesz wiedział jeszcze mniej”.

Nieważne czy patrzeć na ten film jak na transmedialny komentarz o tym jak sztuka film, książka, muzyka i proza życia przenikają się wzajemnie czy jak na nostalgicznie potraktowany motyw nawiedzonego domu, czy wreszcie jak na oniryczny i niepokojący straszak – każda z dróg obranych przez widza, nie będzie gwarancją łatwego seansu. Na pewno będzie to doświadczenie intrygujące, a Anthony Perkins jawi mi się jako jeden z tych współczesnych twórców, który będzie nadawał kierunek niezależnemu kinu grozy. Oby to nie było tylko myślenie życzeniowe.

*może tylko zaznaczę delikatnie, żeby np. zwracać na tytuły książek, które będą pojawiać się w filmie 

PS Ruth Wilson jest cudowną scream queen. Zaiste wyczuwam jakieś powinowactwo z Mickiem Jaggerem.

 


baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (warsztaty)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(warsztaty)

Na Festiwal Kamera Akcja wziąłem udział w dwóch bardzo ciekawych spotkaniach. Pierwsze z nich było panelem dyskusyjnym o wideoesejach dotyczących m.in. tematu wykluczeń podejmowanych przez polskie filmy. Prowadzili go Kuba Mikurda, wraz z Jakubem Majmurkiem. Drugim były warsztaty poprowadzone przez Michała Piepiórkę (Bliżej Ekranu), który podjął się odpowiedzi na pytanie czy podział na krytyków i blogerów filmowych ma sens.

Czym jest wideoesej lub inaczej esej audiowizualny? Jak sama nazwa wskazuje jest to esej w formie zarówno audialnej jak i wizualnej co, jak zauważył Bartosz Zając z Uniwersytetu Łódzkiego, już samo w sobie nastręcza problemy jego definiowalności ze względu na zakres formalny jaki obejmuje jego piśmienny odpowiednik. W dużym uproszczeniu można przyjąć, że wideoesej wypełnił lukę między filmem dokumentalnym a fabularnym. Ze względu na to, że twórcy takiej formy wizualnej bazują tylko na stworzonych już produktach kultury, wideoeseje wywodzą się bezpośrednio z formy zwanej found footage (mogliście się z nimi spotkać przy okazji horrorów typu [REC], czy BLAIR WITCH PROJECT), która polega na łączeniu różnego rodzaju „wycinków”, cytatów tekstów kultury, czego efektem jest nowe dzieło.

Pierwszym wideoesejem panelu byli GŁODNI, Joanny Ostrowskiej i Łukasza Surowca, którego można było zobaczyć w ramach poznańskiej wystawy „Późna polskość” w sierpniu). Tematem dzieła było ogólnie pojęte wykluczenie przedstawione w polskim kinie ze względu na płeć lub brak pieniędzy. Autorzy połączyli w jedną całość rożne polskie filmy na zasadzie prostych przejść: ktoś kładzie telewizor na półce – cięcie – ktoś włącza telewizor, itp. Mało angażujące, mnóstwo gadających głów, szybko się znudziłem. Wprost odwrotnie było w przypadku następnego wideoeseju...

PARY (Wojciech Puś, Monika Talarczyk-Gubała) to wizualny kolaż stworzony w całości w oparciu o formę tzw. split screen'u, czyli podzielenia ekranu ( w przypadku PAR, na dwa poziomy), na których równolegle opowiadane są historie, wzajemnie się uzupełniające. Forma ta sprawiła, że PARY są nie tylko prostą zabawą w skojarzenia. Zapadł mi w pamięć szczególnie fragment, który cytował symultanicznie „W imię..." Magdaleny Szumowskiej i „Wszystko co kocham" Jacka Borcucha. W obydwu tytułach zagrali Mateusz Kościukiewicz i Andrzej Chyra. Zestawienie tych dwóch filmów pokazało w ciekawy sposób jednocześnie miłość w dwóch odmianach: jako miłość fizyczną i w relacji ojciec-syn. Tandem Puś-Talarczyk-Gubała swoim filmem zabrali również głos w sprawie uprzedmiotowienia kobiet, m.in. poprzez gwałt. No, i to był bardzo trudny fragment. Pojawił się jakiś nieznany mi fragment filmu nakręconego kamerą z ręki, lub telefonem. Forma tylko dodawała realizmu temu, co się działo na jednej z połówek ekranu. Pominę dokładny opis. Dość powiedzieć, że nie pamiętam zupełnie co w tym czasie działo się na „drugiej połówce”... . Jako całość „Pary" są wideoesejem luźno powiązanych ze sobą cytatów płynnie przechodzących od jednego tematu do drugiego. Świetny pomysł a efekt wwierca się w umysł i daje momentami bardzo nieszablonowe skojarzenia i porównania.

Kolejne dwa eseje audiowizualne były dużo „lżejsze” w przekazie. Pierwszym z nich była „Wojna polska-ruska pod flagą biało-czerwoną" autorstwa jednego z prowadzących warsztaty, Kuby Mikurdy, filmoznawcy i filozofa. Zmiksował ze sobą dwa produkty kultury: film „Wojna polsko-ruska" Xawerego Żuławskiego, oraz książkę „Pamiętniki" Jana Chryzostoma Paska. Kreacja Borysa Szyca pozostaje jedną z najlepszych w dorobku aktora. Jego Silny to doskonałe przełożenie na ekran tzw. „typowego Seby” z blokowiska posługującego się polszczyzną z pojęciami oderwanymi od swoich definicji, sposobem poruszania się i w ogóle sposobem bycia, który w każdym momencie akcentuje „jestem tu! Jeżeli na mnie patrzysz to patrz ze strachem!”. Na ekranie oczywiście, jak pamiętamy, wypadło to komicznie i samo w sobie już stało się bardzo ciekawym komentarzem do subkultury pseudokibicowskiej. W swoim wideoeseju Mikurda podkreślił absurdalność poczynań Silnego planszami z cytatami PAMIĘTNIKÓW. Jak określił na warsztatach Pasek nie był wybitnym pisarzem, a „nieusystematyzowana forma językowa, brak wewnętrznej spójności, czy rubaszność” unaoczniły widzom jeszcze bardziej humorystyczny wydźwięk „Wojny polsko-ruskiej".

Za to połączenie w wideoeseju z 2001 roku „Bitwa pod Grunwaldem" Bogny Burskiej „Potopu" Hoffmana i inscenizacji najazdu Szwedów w wersji LEGO z cut-scenkami (animowane wstawki filmowe w grach) z gier komputerowych sprawiło że pękałem ze śmiechu. Wiem dużo w jednym, więc powtórzę: POTOP Hoffmana + POTOP w wersji LEGO + bitewne cutscene z komputerowych gier. Podniosłość aktorskich scen bitewnych w połączeniu z infantylnością walk ludzików z plastyku to jakiś surrealistyczny odjazd. Uwielbiam gdy patos ściągany jest na Ziemię i wydobywa się z niego śmieszność przez takie zestawienia. A patos w wydaniu sienkiewiczowsko-hoffmanowskim nadaje się do tego doskonale.

Podczas Festiwalu Kamera Akcja byłem również na warsztatach Michala Piepiórki, który starał się m.in. przekazać praktyczne rady, zarówno jako bloger oraz jako krytyk filmowy, młodym, aspirującym do tego miana, pasjonatom. Dla mnie były to bardzo owocne w przemyślenia. Dość powiedzieć, że głównie ja zadawałem pytania. Miałem poczucie, że jak teraz nie zapytam to potem stracę okazję na zawsze. Najważniejszym wnioskiem jaki powinienem wyciągnąć z tego spotkania to, żeby krytyk filmowy mógł zbudować wokół siebie wiernych czytelników potrzebne jest regularne i systematyczne publikowanie tekstów.

Ekhm. Ta... . Obiecuję poprawę, cóż mogę więcej napisać 

Pod tym linkiem można zobaczyć „Bitwa pod Grunwaldem" B. Burskiej -> https://artmuseum.pl/…/pr…/burska-bogna-bitwa-pod-grunwaldem

PS Chciałbym z tego miejsca serdecznie podziękować panu Mikurdzie za pomoc i udzielenie mi niezbędnych informacji o prezentowanych na warsztatach wideoesejach, oraz udzielenie mi dostępu do swojego eseju. bez tej pomocy ten tekst byłby bardzo ubogi.


baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (dzień trzeci)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(dzień trzeci)

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Kawa zimna, ale co tam! Teksty same się nie napiszą.

Przez pomyłkę zamiast warsztatów pt. "Kinofilia czy akademia?" poszedłem na „Grę Ciieni" Kim Jee-woona. Mówią, że wszędzie lepiej, gdzie nas nie ma. Mam jednak nieodparte wrażenie, że moje gapiostwo zadziałało na moją niekorzyść. „Gra..." to dwugodzinna epopeja szpiegowska. Nagromadzenie splątanych ze sobą wątków​ i pędząca na złamanie karku akcja powoduje, po pierwsze, znużenie, a po drugie, nie pozwala im wystarczająco wybrzmieć. Spowodowało to, że w finale zawarto zbyt wiele punktów kulminacyjnych. Mimo plejady gwiazd koreańskiego kina i bardzo dobrych zdjęć autorstwa Kina Ji-yonga, reżyser nie uniknął niepowodzenia.
„Gra cieni" (Mil-yeong, reż. Kim Jee-woon, 2016), 5/10

Drugi pełnometrażowy film w karierze Villenueva wygląda jak porzucony projekt von Triera. Eksperymentalny montaż, gadająca ryba w roli narratora i emocjonalne szantaże na widzu... . Czy to nie brzmi jak zaginiony odcinek KRÓLESTWA? Niepokojący, z groteskowym humorem, eksperyment formalny z przed ośmiu lat sprawia wrażenie jakby Kanadyjczyk chciał złapać za dużo srok za jeden ogon. „Wir", dla którego punktem wyjścia jest trauma poaborcyjna przeradza się w thriller, by pod koniec stać się specyficzną komedią romantyczną obśmiewającą schematy gatunku. Za dużo jak na 90 minut.
„Wir" (Maelström, reż. Dennis Villenueve, 2000), 6/10

Trailer „Wiru" daje jakieś ogólne pojęcie jaką produkcją jest ten film.

Gdyby Stephen King postanowił pewnego dnia napisać komedię prawdopodobnie wyszłoby z tego coś pokroju książkowego „Sing Street".  Z tą różnicą, że fabuła traktowałaby o szkolnej gazetce a nie, jak w przypadku filmu Johna Carneya, o raczkującym zespole rockowym. Wszystko jest tutaj tak bardzo schematyczne jak się da: muzyka jest sposobem na wyrażenie siebie, buntem przeciw światu dorosłych, czy zdobyciem miłości. Mamy szkolny bal, księdza, który jest dyrektorem i sadystą. Carney przekuwa prostotę historii w jej zaletę. Świat widziany oczami dziecka pełen jest przecież uproszczeń i wyolbrzymień, jak słusznie zauważył prelegent w ramach festiwalowego konkursu Krytyk Mówi. Wygląda to jak ekranizacja młodzieżowych fantazji o podboju swojego mikroświatka. Ma w sobie nastoletnią energię, która doświadczana przez dorosłego potrafi wzruszyć. „Sing Street" jest biletem od reżysera „Once" w nostalgiczny świat nastoletnich, często porzuconych, marzeń. Zastanawia mnie tylko dlaczego reżyser wytycza granicę do ich spełnienia w zależności od wieku? Czyżby Carney był orędownikiem mocy jaką niesie za sobą okres dojrzewania, ale z pozycji zrezygnowanego, pogodzonego ze swoim losem pesymisty?
Polska premiera podobno jest planowana około lutego. Wypatrujcie tytułu Młodzi przebojowi"

„Sing Street", reż. John Carney 2016), 8/10

PS polecam posłuchanie tego kawałka ze ścieżki dźwiękowej. Cały OST rządzi, ale przy tym nóżka chodzi.

Czy ktoś z Was był kiedyś na pokazie VHS HELL? Ja tak. Dwa razy. Za każdym razem na Kamerze Akcji. Oba filmy wyreżyserował Tom Kincaid, którego filmografia zamyka „Jej powrót" z '89 roku (rok moich urodzin) z Carrie Fisher w jednej z głównych ról. Przypadek czy Wszechświat daje mi znaki bym zrobił przegląd Klatkowy "dzieł" tego pana?

Koncepcja pokazów VHS HELL LIVE! jest taka, że lektor "tworzy" improwizowaną fabułę w trakcie seansu. I tak historia walki grupki ludzi z korporacją, kontrolującą cyborgi (Deckard by się uśmiał) przerodziła się w trakcie pokazu w coś, co gdyby powstało naprawdę byłoby jednym z moich top ukochanych filmów w ogóle. Wyobraźcie sobie taką historię...
Nieokreślona przyszłość. Potężna korporacja, zarządzana przez fanatyków (miłośnikami bym ich nie nazwał) różnej maści tekstyliów i krojów w pikowane trójkąty. Wysyłają swoje cyborgi do gościa, który uwielbia walczyć w białych majtaskach. Jest też fanem zamków błyskawicznych. Skrzykuje paczkę przyjaciół, którzy mają mu pomóc w walce z robotami dziesięć razy silniejszymi od człowieka. Wśród nich jest typ, który bierze kilometrowy rozbieg by zadać superkopniaka, którego nie powstydziłby się sam Chuck. Jest też rudowłosa piękność, która lubi wchodzić nieproszona do czyjegoś pokoju. Całe szczęście w lubieżnym celu. Wszyscy wyposażeni w przydatne zegarki do grania w kółko i krzyżyk na pięciolinii mogą stawić czoła zagrożeniu. Czy im się uda? Czy domina dostanie swoje ocieplane spodnie? Czy pojawi się cyborg wzorowany na bałwanku Michelina? Cały film w komentarzu. Przekonajcie się sami!

„Polowanie na roboty" (Mutant hunt, reż. Tom Kincaid, 1987) bez oceny, ale milion serduszek 

PS Był jeden moment podczas seansu, że dostałem takiego ataku śmiechu, że myślałem że czas się żegnać ze światem. A zaczęło się od tego, że anulowali dostawę spodni dominy, bo "zjebał się overlock" :D

Obraz może zawierać: 1 osoba

Jaki film taka jakość zdjęcia.

 


Privacy Preference Center