Zabawa na niedzielny wieczór - znajdź wszystkie Niny!
Zabawa na niedzielny wieczór - znajdź wszystkie Niny!
Amerykańskie znaczki wydane w roku 1991. Autorem rysunków jest, zmarły w 2003 roku Al Hirschfield, jeden z najsłynniejszych karykaturzystów w historii.
W 1943 roku wziął ślub ze znaną aktorką Dolly Haas. Dwa lata później urodziła się Nina. Hirschfield od tamtego czasu zaczął ukrywał jej imię w swoich grafikach publikowanych w New York Timesie. Z czasem szukanie tego imienia stało się prawie sportem dla czytelników NYT. Do tego stopnia, że kiedy autor chciał porzucić ten pomysł, gazeta dostawała taką ilość listów, że rysownik stwierdził iż łatwiej będzie powrócić do zabawy w ukrywanie imienia córki, niż odpowiedzenie na każdy z listów. Był zły, że ta drobna sztuczka przesłania jego sztukę. W swojej antologii „World of Hirschfield" z 1966 roku zamieścił rysunek zatytułowany „Zemsta Niny", w którym można było znaleźć imiona rodziców samej Niny: Al i Dolly (szukajcie w komentarzu).

W porównaniu z innymi Ninami te tutaj są wyjątkowo łatwe do znalezienia. Być może to też część zemsty: może Hirschfield chciał odebrać przyjemność z szukania?
W 1991 zarząd United States Postal Service zlecił Hirchfeldowi narysowanie karykatur amerykańskich komików i komiczek. Głównie były to gwiazdy kina niemego, ale znalazło się też miejsce dla Abotta i Costello czy Jackiego Benny'ego.
Niezmiernie mi się podobają te karykatury. W dodatku dowiedziałem się o kilku komikach, o których nie miałem pojęcia jak Jack Benny czy Edgar Bergen.
Spędziłem kilkanaście minut na wpatrywaniu się w znaczki (co ja robię ze swoim życiem?). Udało mi się odnaleźć prawie wszystkie NINY. A Wam? ![]()
A tu na dokładkę łapcie dokument o artyście. Bardzo przyjemny, w dostatecznym stopniu laurkowy: The Line King. The Al Hirschfeld Story.
Joris Ivens - buntownik z Niderlandii
Joris Ivens - buntownik z Niderlandii
Czy reżyserzy wchodząc do salonu fryzjerskiego, na pytanie "Jak obcinamy?", odpowiadali "Na Eisensteina, poproszę"?
Holandia, połowa lat '20. Do kraju docierają pierwsze filmy awangardowe i kino radzieckie. „Matka" Pudowkina nie została dopuszczona do oficjalnej dystrybucji. W klubie De Kring udaje się ostatecznie zorganizować pokaz tego filmu. W międzyczasie do głosu dochodzi działacz lewicowy, Joris Ivens.
Już w 1922 roku brał udział w demonstracjach robotniczych w Niemczech. Został współzałożycielem Amsterdamskiej Ligi Filmowej, który we wrześniu opublikował manifest o następującej treści:
"DIE NIBELUNGEN, THE BIG PARADE, POTIOMKIN, MÉNILMONTANT, MAT', VARIÉTÉ.
Film jest w niebezpieczeństwie!
Raz na sto oglądamy film, poza tym oglądamy ruchome obrazy. Komercyjne obrazki. Ameryka! Kicz!
W tym stadium film i ruchome obrazy są naturalnymi przeciwnikami. Wierzymy w czysty, autonomiczny film; film, który jest sztuką. Film przyszłości może być ocalony tylko wtedy, jeśli ujmiemy sprawę w swoje ręce.
Tego chcemy dokonać.
Chcemy oglądać filmy eksperymentalne, filmy francuskiej, niemieckiej, i rosyjskiej awangardy. Chcemy rozwinąć krytykę filmową, która byłaby oryginalna, konstruktywna i niezależna. Dlatego zakładamy Amsterdamską Ligę Filmową, której celem byłoby pokazywanie ograniczonej ilości widzów - filmów, których nie wyświetla się w kinach, lub które widzowie odkrywają przypadkiem. Mamy pewne możliwości: dobre filmy nie są drogie, ponieważ szeroka publiczność ich się nie domaga. Dobre filmy leżą bezużytecznie w magazynach Paryża i Berlina. Chcemy je zakupić."
"Historia kina. Tom I, wyd. Universitas, Kraków 2012"
Kiedyś to pisano manifesty, co? A Wy co, pewnie czekacie na nowy film z MCU? Nawet mi Was nie żal. Tak swoją drogą: niby nadeszły nowe czasy, ale problemy pozostają te same.
Wracając do Ivensa, został jednym z najbardziej utytułowanych holenderskich reżyserów filmów dokumentalnych. Jego dorobek charakteryzował się silnym wydźwiękiem propagandowym. Zmarł w roku 1989, czyli w roku upadku systemu, których wychwalał w swoich filmach.
Jedną z pozycji w jego filmografii była „Nędza w borinage", która ma kilka w wersji. Ivens wymieszał dokument z rekonstrukcją rzeczywistych wydarzeń, ze społeczności belgijskich górników z tytułowego miasta. Wersję z 1934 roku znajdziecie w komentarzu.
Marek Klimowicz wybrał wspomnianą „Matkę" Pudowkina na temat jednej z następnych notek, w związku z niedawnym konkursem. Będzie więc pisane. A film jest zaiste fascynujący!
Na zdjęciu Ivens z godną wielkiego reżysera fryzurą a'la Eisenstein.
10. Festiwal Kamera Akcja - podsumowanie
10. Festiwal Kamera Akcja - podsumowanie
Kolejna edycja Festiwal Kamera Akcja zakończył się w niedzielę. Ciągle wracam myślami do atmosfery tam panującej, do długich dyskusji, do seansów… i już zaczynam tęsknić. Nie ma drugiego festiwalu, po którym mam tak ogromny zapas energii do tworzenia tekstów o filmach. Zawsze kiedy wracam z Łodzi, moja głowa eksploduje od nowych pomysłów na popularyzowanie kina niemego/slapstickowego. Organizatorzy zapowiadają gruntowne zmiany przy okazji kolejnych edycji Kamery Akcji. Biorąc pod uwagę moje dotychczasowe doświadczenia z tym festiwalem, jestem z pewnością zaintrygowany, ale spokojny jednocześnie.
Kolejna edycja Festiwal Kamera Akcja zakończył się w niedzielę. Ciągle wracam myślami do atmosfery tam panującej, do długich dyskusji, do seansów… i już zaczynam tęsknić.W ciągu 5 nocy przespałem 21 godzin, co daje trochę ponad 4 godziny na dzień. Czyni to tę edycję najbardziej wyczerpującym festiwalem w moim życiu.
2 – w tylu warsztatach brałem udział. Pierwszy dotyczący programowania festiwali. Dobrze uporządkował wiedzę; podczas drugich miałem przyjemność słuchać jak tworzyć podcast/vlog filmowy. Dowiedziałem się, że podcast o kinie niemym „to już byłaby jakaś perwersja”, z czym się w zupełności zgadzam. Mam wiele inspirujących przemyśleń oraz pomysłów na przyszłość mojego bloga.
1 – tyle kubków wygrałem w trakcie całonocnej dyskusji w spontanicznym konkursie (za zadanie było odgadnąć filmowy kalambur, a chodziło o JOKERA); dyskusja ta, nawiasem, przyczyniła się prawdopodobnie do mojego skrajnego wyczerpania na festiwalu.
10 – tyle filmów zobaczyłem w trakcie festiwalu. Kilka zdań przemyśleń w pod każdym kadrem/plakatem w albumie.
0 – tylu filmom NIE dałem serduszka na Filmwebie. Zapytacie o pokaz z VHS HELL, no ale helo. Serduszko musi być
:D
1 – to pierwszy festiwal, na którym nie zobaczyłem słabego filmu (seansu VHS Hell w to nie wliczam). Klucz do sukcesu? Zaufałem osobie, która zna się na rzeczy, która dopieściła swój cykl filmów coming of age, czyli Patrycja Mucha aka Filmowe odloty. Dodatkowo zdałem się na nazwisko Melville'a (dzięki za kontekst w prelekcjach Sebastiana Smolińskiego czułem się dużo bezpieczniej w trakcie seansów), którego filmy i tak już dawno miałem nadrobić. Przy Zahlerze trochę ryzykowałem, ale koniec końców opłaciło się.
Rok – tyle muszę czekać na kolejną edycję ☹
Dodatkowo: Największa "gwiazda" wśród obsługi festiwalu, ze względu na ogromne niewyspanie, nieogarnięcie życiowe: JA. Oczywiście zapomniałem odebrać nagrody.
Za korektę dziękuję Kornelii i Patrycji ![]()

Dzień pierwszy
„Milczenie morza" (1949), reż. Jean-Pierre Melville – urzeka mnie poziom poetyckiego dramatyzmu na granicy pretensjonalności. Potęga kulturowa Francji, jest tutaj tym silniejsza, gdyż ukazana z punktu widzenia wroga. Jak wielka musi być siła kraju skoro uwiodła nazistę? Plus: większość nazistów była zła, ale świetnie się ubierali.

Dzień drugi
„Szpicel"(1962), reż. Jean-Pierre Melville – poziom skomplikowania jest równy powieściom le Carre'a. W pewnym momencie przestałem śledzić fabułę, gdyż jej zaplątanie przekroczyło moją zdolność połączenia tego wszystkiego w sensowną całość. Szczególnie o dziesiątej rano po kilku godzinach snu. Ciut zbyt przeciągnięty finał. Mimo tego oglądałem „Szpicla" z ogromną przyjemnością. Jest pewien urok w tym jak bardzo Francuzi byli wtedy zapatrzeni w amerykańskie kino gangsterskie.

Dzień drugi
„Diego" (2019), reż. Asif Kapadia – nie znałem wcześniej zupełnie historii Diego Maradony. Ciągle tylko słyszałem, że jak chcę poznać styl gry tego piłkarza to powinienem zobaczyć dwie bramki, które strzelił Anglii na Mundialu w ’86. Kapadia nie ukrywa, że jeden z największych piłkarzy w historii futbolu kryształowym człowiekiem nie był. Mimo to film w finale wzruszył mnie do łez. Świetny dokument.

Dzień drugi
„Chłopczyca" (2011), reż. Céline Sciamma – 11-letnia dziewczynka poszukuje swojej tożsamości płciowej. Konfrontuje się z oczekiwaniami swoich rówieśników i rodziny. Mało odkrywcze ale ładne, subtelne (zazwyczaj), bez łatwych odpowiedzi. Uwielbiam tutaj, siedmioletnią wówczas, Malonn Lévana’e, która gra rezolutną i przeuroczą siostrę głównej bohaterki.

Dzień trzeci
„W kręgu zła" (1970), reż. Jean-Pierre Melville – Podobno najlepszy film Mellville’a. Z czterech, które widziałem zdecydowanie jest to tytuł słuszny. Poziom niewymówionej nigdy lojalności spowodował, że serce mnie bolało na finale. Scena napadu wykręciła ze mnie siódme poty ze stresu. Ostatnio czułem się podobnie na seansie „Serpico" de Palmy, na scenie w klubie bilardowym.
POLAK UKRADŁ TRUMNĘ Z CIAŁEM CHAPLINA [ZDJĘCIA]
POLAK UKRADŁ TRUMNĘ Z CIAŁEM CHAPLINA [ZDJĘCIA]
Sir Charles Spencer Chaplin Senior zmarł 25 grudnia, w 1977 roku, w wieku 88 lat. Pochowany został w szwajcarskiej wiosce Corsier-sur-Vevey. Trzy miesiące później, 2 marca dwóch mechaników samochodowych (24-letni Roman Wardas z Polski i 38-letni Bułgar Gantscho Ganev) postanowili wykopać trumnę z ciałem aktora i zakopać ją w innym miejscu. Zażądali 600 000 $ okupu za wskazanie miejsca, gdzie ją ukryli.
Dopóki wspomniana wyżej dwójka nie zażądała okupu, opinia publiczna tworzyła różne teorie spiskowe na temat tego co faktycznie zaszło. Na przykład podejrzewano atak na podłożu antysemickim. Spekulacje dotyczące rzekomego żydowskiego pochodzenia Chaplina, doprowadziło do podejrzeń o to, że znaleźli się ludzie, którym nie odpowiadało to, że taki człowiek został pochowany na cmentarzu chrześcijańskim. Na drugim biegunie znajdowali się ludzie wyznający teorię jakoby fani aktora-reżysera chcieli spełnić jego marzenie o tym by być pochowanym w Anglii, z której pochodził Chaplin.
Okazało się, że panowie-szantażyści potrzebowali podreperować swój budżet wskutek problemów finansowych. Jak później zeznawał Wardas, zainspirowani zostali podobnym wydarzeniem we Włoszech. Oona Chaplin, wdowa po Charliem, po otrzymaniu telefonu z żądaniem okupu, natychmiast odmówiła, mówiąc że jej mąż uznałby takie ultimatum za niedorzeczne. W odpowiedzi oprawcy zaczęli grozić jej dzieciom. Ostatecznie Polak i Bułgar zostali schwytani, dzięki czujnej obserwacji każdej z budek telefonicznych w miasteczku.
Przestępcy mieli spory problem z lokalizacją miejsca, gdzie dokładnie zakopali trumnę. Ostatecznie udało im się ją znaleźć około półtora kilometra od rezydencji Chaplinów. Trumna ostatecznie wróciła nieuszkodzona do swojego pierwotnego miejsca na cmentarz w Corsier-sur-Vevey. Aby dodatkowo zabezpieczyć ją przed ewentualną powtórką z tej tej smutnej farsy, zalano ją betonem.
Wardas, jako mózg operacji, został skazany na cztery i pół roku ciężkiej pracy.
Ganev został skazany na 18 miesięcy w zawieszeniu.
Little Rascals - slapstick w wydaniu dziecięcym
Little Rascals - slapstick w wydaniu dziecięcym
Dla wielu dzieciaków dzisiejszy dzień był pierwszym dniem w szkole.
Z tej okazji chciałbym Wam przypomnieć o serialu, o którym kiedyś już na Klatkach pisałem. Mianowicie o „Our gang" znany również pod tytułem „Little Rascals".
W 1922 roku Hal Roach ze swojej wytwórni wypuścił pierwszy film pt. „Our gang". Zapoczątkował on serię krótkich metraży, które przetrwały przełom dźwiękowy, a później przekształciły się w serial telewizyjny. Powstało również kilka pełnometrażowych filmów inspirowanych LR (kojarzycie „Klan urwisów" z '94?).
Serial wyróżniał się nie tylko tym, że w głównej roli obsadzono dzieci. To pierwsza produkcja filmowa, w której kolor skóry bohaterów kompletnie nie miał znaczenia dla fabuły. Jak wspominał po latach Ernest Morrison (grał w latach '22-'24 afroamerykańskiego chłopca o imieniu Sammy Sunshine <3): "Jeśli chodziło o rasę, Hal Roach nie rozrózniał kolorów". Każdy z bohaterów pochodził z nizin społecznych i obśmiewanie bogatszej klasy było jednym z głównych tematów komizmu serii. Co więcej McGowan, który reżyserował większość filmów z serii do '33 roku, pozwalał aktorom dziecięcym na improwizacje i z rzadka ich partie dialogowe trzymały się skryptu (a pisał je m.in. Frank Capra).
Żadne słowa nie opiszą jak wielką miłością darzę tę serię. Pamiętam odcinek (już z ery dźwiękowej), w którym Alfalfa, który miał wiecznie "niedokładnie" ulizane brylantyną włosy, zjadł z jakiegoś powodu kawałek mydła. Żeby pozbyć się tego smaku wypił na raz cały dzbanek wody z kwiatków. Wywołany chwilę później w szkole do odpowiedzi nie był w stanie wydobyć z siebie dźwięku, gdyż ilekroć otwierał buzię wypuszczał z niej mydlaną bańkę.
Odcinek, który tutaj zamieszczam jest jednym z pierwszych nakręconych jeszcze w erze kina niemego. Ale zachęcam gorąco do zapoznania się z chociaż kilkoma dźwiękowymi.
„Małe dranie" na pewno jeszcze tu wrócą
Leni Riefenstahl - mistrzyni dokumentu w służbie reżimowi
Leni Riefenstahl - mistrzyni dokumentu w służbie reżimowi
117. urodziny obchodziłaby dzisiaj Leni Riefenstahl. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w historii filmu.
Fotografka, ale przede wszystkim "nadworna" reżyserka propagandowych filmów nazistowskich, w tym bodaj najsłynniejszego w tym gatunku, czyli „Triumfu woli" z 1935 roku.
Za polską Wikipedią:
"W październiku 2002, gdy Riefenstahl miała już 100 lat, niemieckie władze zdecydowały się umorzyć sprawę wytoczoną jej przez użytych przez nią w filmie Tiefland (Niziny) cygańskich więźniów obozów koncentracyjnych w jej filmie. Riefenstahl długo utrzymywała, że Cyganie występujący w filmie przeżyli wojnę, ale grupa Cyganów oznajmiła, że Riefenstahl wykorzystała ich do filmu i posłała ich z powrotem do obozu, gdy przestała ich potrzebować. Jako powód umorzenia sprawy władze niemieckie podały zaawansowany wiek Riefenstahl."
Zmarła rok później z przyczyn naturalnych.
Trzy lata temu miałem okazję zobaczyć „Triumfu woli" w Kinie Kosmos. Pierwsza połowa filmu jest apologią siły niemieckiego państwa III Rzeszy, którą symbolizowały piękne ujęcia nagich męskich torsów. Do dzisiaj pamiętam komentarz jednego z widzów po seansie (cytat z pamięci): „męska muskulatura pokazywana jest tam tak często, że można by ten film zakwalifikować jako film LGBT".
Jeśli w pierwszej połowie filmowa immersja ma bardzo wysoki poziom, tak później wieje nudą. Druga połowa filmu to marsze wojska, przeplatane z wypowiedziami podczas kolejnych dni zjazdów partii NSDAP. Idą, gadają, idą, gadają. Byłem na zmianę znudzony, w sekwencjach "wojskowych", i przerażony, kiedy słuchałem wypowiedzi np. Goebbelsa (chociaż nawet i to z czasem zmieniło się w nużącą irytację).
Ktoś z Was miał okazję widzieć coś tej reżyserki?
„Inaczej niż inni" (1920), reż. Richard Oswald
„Inaczej niż inni" (1920), reż. Richard Oswald
„Inaczej niż inni" z 1919 roku Richarda Oswalda to pierwszy w historii kina film tak otwarcie opowiadający się po stronie homoseksualizmu.
Punktem wyjściowym jest homofobiczny paragraf 175 w Cesarstwie Niemieckim z 1871 roku, który skazywał mężczyzn na dwa lata więzienia za stosunku seksualne z osobami tej samej płci. Jego brzmienie stawiało gejowski seks na równi z zoofilią [za polską Wikipedią]: "Przeciwny naturze nierząd, do którego dochodzi pomiędzy osobami płci męskiej albo między człowiekiem i zwierzęciem, jest karany więzieniem, z możliwością utraty praw obywatelskich". Paragraf ostatecznie usunięto w 1990 roku.
Film Oswalda to historia uczucia muzyka Paula Körnera (znany z „Casablanki" aktor Conrad Veidt), do skrzypka a zarazem ucznia Paula, Kurta Siversa. Kiedy Franz, znajomy Paula z przeszłości, dowiaduje się o relacji łączącej tych dwojga, zaczyna szantażować Paula. Jedną z ostatnich scen w filmie jest rozprawa sądowa, w której oskarżonymi są Franz i Paul. Franz dostaje wyrok trzech lat więzienia za szantażowanie, Paul natomiast "tylko" tydzień, za nieprzestrzeganie paragrafu 175. Ten tydzień niszczy mu karierę i w efekcie Paul popełnia samobójstwo.
Film zaskakuje swoją postępowością. Zajrzyjcie do plansz tekstowych. Film, który powstał pod koniec lat '20 ubiegłego wieku promował bardzo, jak na tamte czasy postępowe idee na temat orientacji seksualnej i płciowej. Tak bardzo postępowe, że w momencie premiery wywołał ogromny skandal, nie tylko w II Rzeszy, ale i w Europie. Do 1920 roku spalono większość kopii tego filmu. Co ciekawe paragraf 175 stosowano dość wybiórczo. Sam temat homoseksualizmu często był tematem omawianym na uniwersytetach (co możemy zobaczyć w filmie), a egzekwowanie prawa w zasadzie nie dotyczyło lesbijek. Powstała wtedy książka o lesbijkach w Berlinie, prężnie działała również lesbijska prasa.
Warto nadmienić, że barierą, którą wtedy twórcy nie byli jak widać w filmie przeskoczyć to pokazanie gejowskiego pocałunku. Co więcej według ostatniej zamieszczonej przeze mnie planszy wynika, że „małżeństwa nie leżą w naturze homoseksualistów" (w Paulu zakochana była Elsa, jego wielbicielka, siostra Kurta). Trudno mi teraz napisać, czy wynika to z wierzeń twórców filmu, czy ich autocenzorskich zapędów. Jednak fakt ten bardzo rzuca się w oczy.
Pod koniec wspomniana dydaktyczna rola filmu wysuwa się na czoło. Szczególnie podczas sceny wykładu na uczelni, kiedy zamienia się w pokaz zdjęć, przeplatanych planszami tekstowymi. To sprawia, że pod kątem filmowym jest to pozycja dość trudna w odbiorze. Dodatkowo sprawy nie ułatwia fakt, że to co możemy oglądać, to zaledwie część filmu, którą udało się odzyskać i odrestaurować w 2004 roku. Jednak jest to pozycja nad wyraz ciekawa, którą polecam wszystkim obejrzeć. Dobrze punktuje bezsilność instytucji reprezentującej chore prawo, wobec tragedii jednostki, które nie wpisuje się z społeczno-statystyczną normatywność. A nade wszystko pokazuje, że homoseksualizm nie jest żadnym wynaturzeniem, ale dziełem samej natury i takie osoby również mają prawo do szacunku.
Wydarzenia w Białymstoku pokazały jak wiele jest do zrobienia w kwestii społecznej świadomości w kwestiach tożsamości płciowej czy orientacji seksualnej. Przeraża mnie szerząca się nienawiść. Jednocześnie w całej swojej naiwność wierzę, że będzie jeszcze lepiej i zapanuje pełny szacunek 🏳️🌈
<3 🏳️🌈
<3 🏳️🌈
<3 🏳️🌈
<3 🏳️🌈
<3 🏳️🌈
<3 🏳️🌈
<3
„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi
„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi
"Panie Klatek, no weź pan coś zapodaj z nowości, co nie, bo ino nieme filmy i nieme."
Tak zapewne brzmiałyby początki listów, gdybyście takowe do mnie pisali.
[To jest recenzja, a więc może zawierać spojlery]
A byłem se w kinie wczoraj. A co. Moja ukochana żona wybrała tym razem film i jestem jej niezwykle wdzięczny. Ona zawsze wie, co fajnego i dobrego wyświetlają na srebrnym ekranie. Ufam jej i już nigdy nie będę kwestionował jej decyzji w tym zakresie. [zaufaj korektorce, to dostaniesz potem takie prezenty]
Także byłem na filmie w kinie i nie były to znowu Avędżersi. Nawet w zapowiadanej wersji rozszerzonej (jeśli wejdzie u nas do kin, to oleję chyba temat). Byłem na OSZUSTKACH (2019) Chrisa Addisona, który zadebiutował w roli reżysera filmowego.
Przez pierwsze kilkanaście minut żałowałem, że nie poszedłem jednak na „Rocketmana", który był wyświetlany w tym samym czasie w innej sali. Humor "genitalny" długo szuka tutaj swojego miejsca i odpowiedniego natężenia. Po tym przyciężkawym wstępie poczułem, że to jednak film idealny dla mnie.
Historia rywalizujących ze sobą oszustek to teatr dwóch aktorek, za którymi nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem: Anne Hathaway i Rebel Wilson. Jednak muszę się tutaj wznieść ponad własne resentymenty i stwierdzam, że chemia między nimi jest niezwykła.
Film stoi slapstickiem. W różnym w stylu. Takim a'la Three Stooges: fizykalnym, opartym na bolesnych, co bardziej wymyślnych, uderzeniach w różne partie ciała*. Sporo też typowych dla filmowej burleski, rewelacyjnie rozegranych i przemyślanych przebieranek (jeden z przykładów widoczny w załączonym kadrze), wchodzenia w różne role. Amatorzy gagów słownych oraz kąśliwych dialogowych popisów również znajdą tu coś dla siebie. „Oszustki" są remakiem „Parszywych drani" z 1988 roku, do którego scenariusz napisał Dale Launer i który prawdopodobnie współpracował przy przeróbkach z debiutantką (!), Jac Schaeffer. Ich scenariusz ma odpowiedni, żwawy rytm, z lekkimi momentami zadyszki, chwilami zawieszenia niewiary i kompletnym poślizgiem w finale.
W „Parszywych draniach" gwiazdami byli Michael Caine i Steve Martin. „Oszustki" są kolejnym filmem z silnie feministycznym wydźwiękiem. Niedawno mieliśmy w kinach nieudaną kontynuację „Ocean's 8", a teraz „kobiecą wersję" filmu sprzed lat, którego producentką jest m.in. Rebel Wilson. Uwielbiam, kiedy patriarchat wyciera sobie ten głupi ryj o gorący asfalt. Film Addisona nie jest jednak aż tak brutalny, chociaż długo nie uświadczymy na ekranie mężczyzny nie będącego śliniącym się, bogatym, starzejącym się oblechem, z kompleksem Piotrusia Pana. Panowie, którzy wybierają się na ten film, proszeni są o „dystans".
Kobiety rządzą światem złodziei, nawet jeśli mężczyzna jest złodziejem, to wiedzę przekazuje mu kobieta. Główne bohaterki wpasowują się do patriarchalnego systemu, stając się jego plastycznymi (raz seksownymi, innym razem zagubionymi) trybikami. Wiadomo: to się musi zemścić.
A mści się niestety w sposób, który zgrzyta mi piachem między zębami. Okazuje się, że system działa dalej, bez szwanku, bo wystarczy... dopasować się jeszcze bardziej. Czyli niby feminizm, ale trzeba znowu uznać wyższość faceta. Bardzo bezpiecznie, a mogło być tak dobrze.
„Oszustki", to mimo wad, idealny film na weekend. Rzadko płaczę ze śmiechu na filmach, a tutaj miałem kilka momentów, że nie byłem w stanie przez łzy przeczytać napisów. Takie to dobre! Znak jakości: łzy śmiechu Pana Klatka ![]()
*co warte zaznaczenia, Rebel Wilson przejęła tutaj typowo "męski" gag, czyli cios w krocze. Rzadka rzecz w kinie ![]()
PS Ten film wygląda jak spin-off przygód Catwoman z ostatniego Batmana Nolana :o
„Dracula" (1931), reż. Tod Browning, Karl Freund
Nie czuję żadnego nostalgicznego przywiązania ani do samego Draculi, ani do żadnych potworów ze stajni Universalu. Co prawda widziałem jakieś dziesięć lat temu obie wersje Nosferatu, jak i Draculę Coppoli. Jednak było to już tak dawno, że jakiekolwiek wrażenia zostały przykryte innymi a ja dzisiaj jestem już kompletnie innym widzem. Do seansu wersji z 1931 roku Browninga i Freunda przed tygodniem podszedłem w miarę "czystą kartą".
Pierwsze zaskoczenie: muzyka z Jeziora Łabędziego w napisach początkowych. Trochę uspokajające, ale jednak w połączeniu z wizerunkiem nietoperza (który wygląda jak pre-logo Batmana) niepokojące nuty.
Drugie zaskoczenie: ciągłe poczucie dyskomfortu w trakcie oglądania tego filmu.
Spójrzmy na ten dialog:
Mina Harker: Leżałam w łóżku i przez jakiś czas czytałam. I właśnie jak zaczynałam robić się senna, usłyszałam wycie psów. I kiedy sen przyszedł, wydawało mi się, że cały pokój był wypełniony mgiełką. Ona była tak gęsta... Mogłam tylko widzieć lampę przy łóżku, malutki przebłysk we mgle. A później zobaczyłam dwoje czerwonych oczu wpatrujących się we mnie, i białą wściekłą twarz |wynurzającą się z mgły. Była coraz bliżej... i bliżej. Czułam oddech na mojej twarzy, a potem wargi.
John Harker: Oh. Kochanie, to był tylko sen.
Mina Harker: A rano czułam się taka słaba. Wydawało mi się, że całe życie uszło ze mnie.
John Harker: Kochanie, spróbujmy zapomnieć |o tych snach, pomyślmy o czymś radosnym, dobrze?
Czytałem już o interpretacjach jakoby ukąszenie wampira miało symbolizować inicjację seksualną najmłodszych, głównie kobiet. Natomiast w kontekście fragmentu sceny z powyższego dialogu oraz motywu uzależnienia ofiar od oprawcy, ten film jest próbą ukazania następstw gwałtu. Co o tym myślicie? Na ile taki zabieg był świadomym zabiegiem twórców (o ile ta interpretacja jest prawdziwa), w czasach kiedy Kodeks Haysa już niebawem miał zapukać do drzwi studiów filmowych?
Uwielbiam tutaj nadekspresyjne aktorstwo. Film Browninga i Freunda doskonale korzysta z tradycji aktorstwa czasów kina niemego, które historycznie skończyło się cztery lata wcześniej. Słynne hipnotyczne spojrzenia Lugosiego, opętańcza gra Frye'a, bardzo mile połechtały moją miłość do pierwszych dekad kina.
W bonusie dużo mgły, mroku, pajęczyn... uwielbiam. Nabrałem ochoty na pozostałe filmy z potworami z Universalu. Polecacie któreś szczególnie? Totalnie chciałbym obejrzeć serię filmów z Abbottem i Costello ![]()
„A Florida enchantment" (1914), reż. Jacques Feyder
„A Florida enchantment" (1914), reż. Jacques Feyder
Skoro czerwiec i #lgbtpride to lecim z takimi motywami w kinie niemym.
Na początku chciałbym zaznaczyć, że prób ukazania tęczowości w filmach przed przełomem dźwiękowym nie brakowało. Natomiast zawsze było to obarczone niemałym skandalem i najczęściej kończyło się finansowym fiaskiem.
Chciałbym polecić Wam film, który w sieci jest często opisywany jako „pierwszy lesbijski film w historii". Czy tak jest w istocie? Dzisiaj, kiedy język, którym operujemy mówiąc o widzialności osób nieheteronormatywnych kształtuje się na nowo, filmy takie jak „A Florida enchantment" (1914), nabierają zupełnie nowych kontekstów.
Film jest adaptacją opowiadania z 1891 roku i sztuki z 1896 roku o tych samych tytułach. To semifantastyczna historia Lilian Travers (Edith Storney), która w przededniu zamążpójścia zażywa specjalne ziarno, które zamienia ją stopniowo w mężczyznę. Zanim to nastąpi mamy sporo kobiecych pocałunków w usta, co pewnie tłumaczy tę internetową szufladkę.
[Czy spojlery dotyczą również filmów sprzed ponad stu lat? Bo tutaj za chwilę padnie jeden :P]
To, co nadaje temu filmowy tego szczególnego wydźwięku, to finał, w którym niedoszły mąż (Sidney Drew, również reżyser), również zażywa wspomniane ziarno... .
Z perspektywy czasu widać jak na dłoni prosty humor oparty na seksizmie (po zażyciu magicznego ziarna kobiety przed przemianą zaczynają obłapywać uciekające przed nimi, inne kobiety, którego niczego nie wzięły) czy rasizm (mnóstwo tu blackfaces, co może być trochę niekomfortowe w trakcie oglądania). Mimo tych wad film dziś robi wrażenie swoją postępowością i naturalnością, którą współcześni widzowie nie byli w stanie przeboleć. Jego premiera była sporym skandalem, który jednak szybko przycichł ze względu na piekło Wielkiej Wojny.
Interpretacja tego filmu sprawia mi nie lada problem. Na angielskiej Wikipedii widnieje:
"(...)the film has also been considered to have the first documented appearance of bisexual characters in an American motion picture"
- z referencją do artykułu z 15 września 2012 roku, gdzie znajdziemy potwierdzenie tych słów. Moim zdaniem jest to błędne założenie. Jeżeli ten film jest próbą czyjejś reprezentacji to prędzej osób transpłciowych, a nie biseksualnych. Główny bohater zażywa rzeczone ziarno, właśnie po to, żeby stać się kobietą i zostać partnerką Lawrenca, który niedawno był jeszcze Lilian. W dodatku finalnie wszystko okazuje się snem głównej bohaterki i wszystko wraca do swojego punktu startowego. Czyli normą w świecie przedstawionym jest związek kobiety i mężczyzny i tylko on może dać głównym bohaterom szczęście.
A Wy co myślicie?

























