dziewczynka w czerwonym swetrze ucieka oglądając się za siebie

„Zazie w metrze" (1960), reż. Louis Malle

„Zazie w metrze" (1960), reż. Louis Malle

„Zazie w metrze" (1960), w reżyserii Louisa Malle'a to kompletny formalny odjazd.

Nowofalowa energia, wespół ze slapstickową estetyką doskonale rymuje się z dziecięcym spostrzeżeniem na otaczający świat. Zabawy montażowe, brak linearnej narracji, surrealna stylistyka i wiele innych czysto filmowych środków daje widzowi ogromną przyjemność z seansu. Jednocześnie im bliżej finału tym robi się smutniej. Z kolei finał nadaje tytułowi filmu jednej, z najbardziej gorzkich puent w historii kina, dotyczących dziecięcych marzeń i ich tłamszenia przez dorosłych. Coś co początkowo zdaje się być apoteozą dziecięcej ekspresji i radości z życia, okazuje się być czymś zgoła odwrotnym. Obejrzyjcie koniecznie. dostępny na vod TVP: https://vod.tvp.pl/video/zazie-w-metrze,zazie-w-metrze,43127954?fbclid=IwAR2-GVqGaKGVfTKKFAK0f09IgqOzVKJrNT1UiK1mXNu3RwZt1htz357JA_I#!


animowany ludzik narysowany białą kreską

„La Linea" (1971-1986), reż. Osvaldo Cavandoli

„La Linea" (1971-1986), reż. Osvaldo Cavandoli

Trochę nostalgii na wieczór. Kto pamięta „balum balum"?

„La Linea" to serial, który Polacy mogli oglądać w TVP w latach '80 i '90 jako przerywnik między innymi programami.

Jest jednym z moich ulubionych przykładów slapsticku w animacji. Osvaldo Cavandoli stworzył przezabawną animację wypełnioną symboliką, którą dostrzegam dopiero teraz, po latach kiedy do niej wróciłem.

Główny bohater, który w teorii miał skupiać jak w soczewce stereotypy typowego Włocha (nawet gestykulacja z charakterystycznym "ou!" na czele się zgadza) takie jak krzykliwość, złośliwość czy roszczeniowość, mógłby być każdym z nas. W chwilach słabości, łatwiej jest nam zażądać zmian od świata i poczekać spokojnie na zmiany, niż dokonać ich na własną rękę. Bohatera łączy z Demiurgiem-rysownikiem osobliwa relacja: "ludzik" żąda wygody, spokoju i życiowych ułatwień, tymczasem Ten Który Dzierży Białą Kredkę z osobliwym poczuciem humoru spełnia jego żądania, chociaż niekoniecznie po myśli Bohatera. Jednocześnie sam Bohater niewiele jest w stanie zrobić. Jest skazany na łaskę i niełaskę Demiurga. Bóg, Los, czy jakkolwiek inaczej nazwiemy wspomnianego Rysownika, stawia na jego drodze różne przeszkody, które często są przedłużeniem linii "zrośniętej" z głównym bohaterem.

Całość dostępna na portalu YouTube. Ten odcinek akurat znajduje się w domenie publicznej na archive.org


grupka mężczyzn rozmawia przed sklepem

„Mój wujaszek" (1958), reż. Jacques Tati - galeria

„Mój wujaszek" (1958), reż. Jacques Tati

„Mój wujaszek" został nakręcony po sporym sukcesie „Wakacji Pana Hulot" z 1953 roku. Nawet w Polsce ustawiały się kolejki do kina po jego premierze.

Reżyser błyskawicznie zebrał fundusze na założenie nowej firmy produkcyjnej, a potem zatrudnienie nowego rysownika czy wykonanie scenografii. A ta była dobrą rozgrzewką przed stworzeniem słynnego Tativille do filmu „Playtime". W „Moim wujaszku" od zera stworzona została naszpikowana technikaliami willa, w której mieszka bratanek tytułowego bohatera oraz firma produkująca węże ogrodowe. Natomiast moje ulubione sceny zostały nakręcone na przedmieściach Paryża. Nasycone ciepłymi kolorami i klimatem minionej epoki, która silnie kontrastuje z architektonicznym brutalizmem wspomnianego willi.

Tati znowu skupił się na funkcjonowaniu ludzkiej jednostki w mieście. W mieszkaniu snobistycznego państwa Arpel najważniejsze jest pozoranctwo, kurtuazja. To bardzo smutny świat. Natomiast świat, do którego przynależy wujaszek Hulot, to środowisko wyzbyte z zawiści, wypełnione indywidualnościami, które są sobą zaintrygowane wchodząc we wzajemne interakcje.

Reżyser Józef Gębski o Jacques Tatim:

"Czerpał komizm z obserwacji rzeczywistości. Był typem miejskiego spacerowicza. Potrafił godzinami wystawać na ulicznych skrzyżowaniach i notować zachowanie przechodniów, policjantów i kierowców. Wysiadywał na kawiarnianych tarasach z kajetem w ręku, zapisując to, jak ludzie pija˛ kolejna˛ kawę, jak wyczekują spóźnialskich, jak podsypiają˛ etc., etc. Wyznał, z˙e jego najbardziej ukochanym elementem dekoracyjnym jest... szyba. Sytuacja obserwowana przez okno nabiera charakteru estetycznego, jest najpierw ujęciem z filmu niemego, które należy udźwiękowić. Zmyślne."

„Dzień świąteczny" z 1949 roku, film poprzedzający jeszcze „Wakacji...", był satyrą na kompleksy Francuzów wiecznie zapatrzonych w nowoczesne USA. Oprócz tego w zabawny sposób punktował ułomności ludzkiej psychiki, które pchają nas w dorosłym życiu do niezdrowego współzawodnictwa. „Mój wujaszek" w ostatniej scenie wspaniale puentuje te tematy. „W dniu..." źródło problemów Tati upatruje w utraceniu dziecięcej radości z życia. W świecie Wujaszka największą ofiarą pogoni dorosłych za atencją są właśnie dzieci - ciągle ignorowane, zmuszone maskować swoją samotność otaczając się pustą materią. A przecież wystarczy kiedy dorośli zwrócą się ku dzieciom i pozwolą im pokolorować swój świat ich nieprzewidywalnością.

„Mój wujaszek" jest jednym z najpiękniej sfotografowanych i zainscenizowanych filmów w dorobku Jacquesa Tatiego. Obejrzyjcie sobie kilkanaście wybranych przeze mnie kadrów.

Korzystałem z artykułu Józefa Gębskiego pt. "Tativille" z Kwartalnika Filmowego 56:120-132.

zaspany mężczyzna siedzi na łóżku

„Three's a crowd" (1927), reż. Harry Langdon

„Three's a crowd" (1927), reż. Harry Langdon

„Three's a crowd" to film Harry'ego Langdona, który dzisiaj często jest określany jako największe osiągnięcie jednego z królów niemej burleski filmowej.

Langdon gra tutaj bohatera, którego ubiór ewidentnie był wzorowany na postaci Trampa Chaplina. Różnica tkwi w czasie reakcji na otaczający świat. Charlie często wyprzedzał przeciwnika swoją obroną, przechodząc od razu do ataku. Postaci grane przez Langdona natomiast miały w sobie "syndrom opóźnionej reakcji" i zanim przyswoi informacje z zewnątrz a następnie zdecyduje czy w ogóle reagować na nie, mijają całe minuty. Jego gagi mają w sobie urokliwy „somnambuliczny" ładunek. W połączeniu z charakterem Harry'ego (imię aktora i głównego bohatera są takie same) tworzy ujmującą kompilację cech charakteru dużego, samotnego, łaknącego ciągłej atencji i poklasku dziecka. Co można odczuć również w samym sposobie realizacji „Three's a crowd". Jest w filmie scena, w której główny bohater wchodzi do swojego mieszkania, gdzie leży kobieta uratowana przez niego przed śmiercią na mrozie. Jak się później okazało, była w ciąży, co zmusiło do ściągnięcia odpowiedniej pomocy. Po szczęśliwym rozwiązaniu wszyscy gratulują głównemu bohaterowi, mylnie zakładając, że jest on ojcem. Ani razu w kadrze nie widać samej matki z dzieckiem. Jedynie ludzie wokół Harry'ego, który zachwycony jest faktem, że znajduje się w centrum uwagi. Żałosne? No, trochę. Ale w kontekście ostatnich minut filmu smutne. Ta scena dobrze też oddaje charakter samego Langdona.

Nakręcił z królem amerykańskiej komedii Frankiem Caprą dwie komedie - „Siłacza" i „Długie spodnie". Capra wspomina w swojej biografii, że kiedy po premierze tego drugiego Langdon został ogłoszony „drugim Chaplinem" i poczuł się na tyle pewnie, że prawił uwagi Caprze na temat jego reżyserii. Kiedy Capra nie zgodził się na takie traktowanie, Langdon go zwolnił. Na marginesie: to pokazuje jak wielką władzę mieli kiedyś aktorzy. „Three's a crowd" nie jest filmem idealnym. W momencie premiery był zresztą krytykowany, że ma za mało gagów i za bardzo skupia się na opowiadaniu historii. I nie tutaj moim zdaniem tkwi problem, tylko w tym, że Langdon miał problemy z prowadzeniem narracji. Wątki są połączone ze sobą trochę chaotycznie a wspomniane ego reżysera-aktora nieco wadzi całemu filmowi. Mimo wszystko, minusy nie przysłaniają plusów takich jak świetne wykorzystanie potencjału somnambulicznego charakteru głównego bohatera i usypiania dziecka, poranna senna gimnastyka czy (jak na tamte czasy) kapitalne wykorzystanie ekspozycji ukazując w kadrze przedmioty określające charakter bohatera... Te i wiele innych zalet sprawiły, że film oglądało mi się z nieskrywaną przyjemnością.


złota karoca prowadzona przez kościutrupa-konia

„Les Quatre cents farces du diable" (1902), reż. G. Méliès

„Les Quatre cents farces du diable" (1902), reż. Georges Méliès

Trzy szóstki wskoczyły do licznika polubień na Facebooku. To doskonała okazja, żeby Georges Méliès w końcu pojawił się na tym profilu. "Dlaczegóż to akurat teraz, Panie Klatek? W ogóle SHAME ON YOU. Tyle miesięcy i żadnego słówka o mistrzu". Kajam się.

Otóż Méliès nakręcił kilkanaście filmów z diabłem, Mefistofelesem, lub Szatanem w tytule, obsadzając siebie (a jakże) w tytułowych rolach.. Większość z nich to typowa zabawa w kino, montażem filmowym, taka popisówka byłego iluzjonisty scenicznego (przez jakiś czas pełnił nawet funkcję prezesa stowarzyszenia magików). Ale za to jaka! Z filmów Mistrza wypływa czysta radość z zabawy materią filmową, ale i miłość do jej eksploracji.

Z tych kilkunastu filmów wybrałem najdłuższy, czyli „Les Quatre cents farces du diable" („Czterysta żartów diabła") z 1902 roku. Oglądany dzisiaj film, którego taśmy malowane były ręcznie przez francuskiego reżysera, wygląda jak coś czym mógłby inspirować się przy tworzeniu swoich charakterystycznych kolaży Terry Gilliam. A może faktycznie tak było? Musiałbym w wolnej chwili zerknąć do autobiografii Gilliama. Podobieństwo estetyczne jest uderzające.

Ilość twistów na każdą minutę filmu wynosi niecały jeden, co daje około piętnaście zwrotów akcji na cały film 

Tymczasem dziękuję Wam, że czytacie, oglądacie, klikacie lajeczki, serduszka, "wow" i inne buniowe ekwiwalenty emocji, które w Was wzbudzają Klatkowe wpisy  Ale wiecie jak jest - nie trzeba utrzymywać tej diabelskiej liczby zbyt długo  Nie obrażę się jak sobie powoli, tuptusiami (po tylu zjedzonych pączusiach) doczłapiemy kiedyśtam do pełnego tysiączka <marzymisię>


„Mary Jane's Mishap" (1903), reż. George Albert Smith

„Mary Jane's Mishap" (1903), reż. William Heise

A wiecie, że jedną z najwybitniejszych reżyserek we wczesnym okresie kina niemego była Laura Bayley? Wszyscy pamiętają najsłynniejszych pionierów kina, jak braci Lumière czy Thomasa Edisona, tymczasem dopiero szesnaście lat temu w British Film Institute stwierdzono, że no w sumie to coś tam dokonała. W sumie to była nawet pionierką. Co więcej, wcale nie ustępowała kroku współczesnym jej kolegom z branży.

Była żoną. Żoną swojego męża, który na jej nieszczęście był jednym z największych pionierów kina w historii. I tak ją też do niedawna pamiętano, jako „żona pana Smitha". Swoją drogą, rzeczony pan Smith, był niezłym gagatkiem (jestem zbyt delikatny), ale nie o nim jest ten post, więc odeślę do jednego z moich około świątecznych tekstów, o tu: Santa Claus.

„Mary Jane's Mishap" z 1903 roku, który możecie obejrzeć poniżej to jeden z rzadkich przykładów slapsticku, w którym kobieta gra pierwsze skrzypce. Co jeszcze bardziej wyjątkowe to film, w którym nie tylko kobieta nie towarzyszy żadnemu facetowi, ale żadnego mężczyzny nie uświadczycie przez całą długość filmu (chociaż faceta tak jakby udaje)! Czy jestem hehe feministką? Ja po prostu szukam zapomnianych historii ludzi ze środowiska filmowego, którzy zostali zepchnięci przez patriarchalną machinę tego cynicznego środowiska. Jeśli to mnie czyni feministą, białym rycerzem, itp. to możecie mi takie łatki przypiąć.

Pani Bayley na pewno jeszcze na łamy Klatek powróci. Dotarcie do źródeł opisujących jej dokonania będzie trudniejsze niż znalezienie biografii mało znanych aktorów kina niemego. Ale przekopię internet, może nawet odnowię swoją kartę do biblioteki jeśli będzie taka potrzeba. Stay tuned!


animowane owady

Serial „Minuscule" jako spadkobierca slapsticku

Serial „Minuscule" (2006) - doskonały spadkobierca slapstickowej poetyki filmowej

Slapstick współcześnie nie kojarzy się zbyt dobrze. Kojarzy się z infantylnością i niezbyt wysublimowanym prostym humorem. Co samo w sobie nie jest niczym złym, czego przykładem są komedie braci Farellych („Głupi i Głupszy"). Ten typ komedii na dobre zrósł się z często kloacznym humorem, który nie niesie ze sobą żadnego przesłania (jak kiedyś komedie Harolda Lloyda) oferując niezobowiązującą rozrywkę. Nawet nazywamy często takie filmy „odmóżdżaczami".

Nie bez powodu tak świetnie ta estetyka sprawdza się w animacjach dla najmłodszych. Tam zadomowiła się, zachowując swoją świeżość i urok, bez nadmiernej wulgarności.

Jedną z takich animacji jest francuska seria „Minuscule" (polski tytuł „Chrząszczyki"). Czego my tu nie mamy już w pierwszym odcinku! Pająk z werwą Harry'ego Langdona (nazywany "komikiem-somnambulikiem"), próbuje utkać misterną sieć, która co chwila jest przerywana przez wredną i siejącą zniszczenie, niczym Chaplin, Biedronkę i ścigające ją Muchy. On kojarzą mi się z kolei z innymi włóczęgami albo policjantami, z którymi tak często Chaplin ścierał się w swoich filmach. Biedny Pająk odbudowuje swoją sieć, z uporem i efektem podobnym w „One week", gdzie bohater grany przez Bustera Keatona próbuje urządzić z ukochaną wymarzone gniazdko.

W dodatku pomysł, żeby owady imitowały pojazdy mechaniczne jest strzałem w dziesiątkę, bo doskonale podkreśla komiczno-absurdalny charakter kolejnych potknięć i wyścigów. Miód.

Gdyby tak przeanalizować całą serię otrzymalibyśmy obraz doskonałego przeniesienia najlepszych tradycji kina slapstickowego do współczesnego dzieła kultury.

8 marca, czyli w Dzień Kobiet, będzie miał premierę drugi pełnometrażowy film kinowy z "chrząszczykowej" serii „Robaczki z Zaginionej Dżungli"... nie mogę się doczekać. A teraz porady Pana Klatka: GOŚCIU, BĄDŹ MENSZCZYZNOM I WEŹ 8 MARCA SWOJĄ KOBIETĘ NA BAJKĘ DLA DZIECI!

Mam pomysł na serię takich postów, w których śledziłbym slapstickowe tropy we współczesnych filmach i serialach. Dajcie znać w komentarzach czy czytalibyście coś takiego  Większość odcinków jest dostępnych na YouTube a odcinki trwają po parę minut, więc śmiało korzystajcie!


uśmiechający się mężczyzna

23 lutego - Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją

„Max, victime du quinquina" (1911), reż. Max Linder, Maurice Delamare

23-go lutego miał miejsce Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją.

Król Slapsticku, czyli francuski aktor Max Linder, również cierpiał na przewlekłą depresję. Miał wszystko. Był największą gwiazdą filmową w tamtym okresie. Zawsze o krok przed konkurentami. Swego czasu był nawet przymierzany na największego zagranicznego konkurenta Chaplina. Ale Wielka Wojna oraz klapy frekwencyjne jego kolejnych filmów w Stanach i związane z nimi kryzysy twórcze nie pomogły w osiągnięciu celu, którym był międzynarodowy sukces na miarę wspomnianego Chaplina.

Postęp, który można zaobserwować w leczeniu choroby jaką jest depresja, od czasów kiedy aktor na nią cierpiał, jest niewątpliwie ogromny. Czy słyszał wtedy: "Ogarnij się?", "może wyjdź na spacer do ludzi?", "masz miliony, a ty ciągle marudzisz"? Możliwe. Wtedy mogłoby to być zrozumiałe, ze względu na brak wiedzy. Czemu więc takie wyrazy "wsparcia" pojawiają się ciągle dzisiaj, w odpowiedzi na słowa kiedy, ktoś zwierza się z cierpienia? Lenistwo, przekora, „poprzewracane w dupie", itd. Tymczasem przyczyną mogą być czynniki biologiczne, hormonalne, genetyczne, traumy i wiele innych.

Zapraszam do obejrzenia przezabawnego filmu „Max, victime du quinquina" (1911), uznanego przez jednego z największych krytyków filmowych i reżyserów w historii, Jeana Mitry'ego, za arcydzieło w filmografii Lindera.

PS Trzeba wziąć poprawkę, że tytuł przełożony na polski to „Max, ofiara quinquina". Chodzi o trunek na bazie chininy, który kiedyś był regularnie stosowany jako napój na wzmocnienie organizmu. Natomiast w linkowanym filmie napisane jest, że receptą lekarza był kieliszek wina z tonikiem, co nie jest prawdą. Max po prostu myli quinquina ze zwykłym winem.


cmokający się kobieta i mężczyzna

„Pocałunek" (1896), reż. William Heise - pierwszy pocałunek w filmie

„Pocałunek" (1896), reż. William Heise - pierwszy pocałunek w filmie

"Panie Klatek, Walentynki się zbliżają. Daj Pan jakiś krótki film na randkę" - piszecie ostatnio w listach do mnie. Nie wiem kto dzisiaj pisze listy, ale szanuję Was za to.

Walentynki. Święto lukru, demoralizacji duchowej i ogólnej degrengolady. To może jakieś krótkie porno? Liczę na kliki. Jakiś czas temu, a dokładniej o tutaj: Execution of Mary Stuart, wspominałem o panu Heisie, który w tamtym filmie był operatorem kamery.

Heis był też reżyserem. Jest autorem jednego z najbardziej skandalicznych filmów w niemowlęcej fazie kina pt. „The Kiss" (1896). I kiedy piszę "jednym z najbardziej skandalicznych" nie jestem pewien czy faktycznie nie był wtedy "największym" po prostu. Skoro w jego sprawie musiał interweniować Watykan (oskarżenia o pornografię), a Newsweek umieścił go na drugim miejscu największych skandali filmowych wszech czasów, to coś musiało być na rzeczy KLIK

Heise, kiedy w studio Edisona wynaleziono bardziej mobilny aparat zdjęciowy, skupił się na tym co najbardziej go fascynowało - na rejestracji rzeczywistości. Był jednym z pierwszych filmowców, którzy "wyszli" z kamerą w miasto. Jednak najsłynniejszym dokonaniem jest „The Kiss". Film jest ekranizacją jednej ze scen broadway'owskiej sztuki „The Widow Jones".

Jest też pierwszym udokumentowanym na taśmie filmowym pocałunkiem w usta. Prawdopodobnie jest też filmem, w którym dwójka ludzi najdłużej styka się policzkami.

„The Kiss" jest dostępny za darmo na archive.org. Czyli co? Archive.org and chill?  🌶  📺


kobieta z dwójką dzieci, jedno z nich trzyma na rękach

„Ingeborg Holm" (1913), reż. Victor Sjöström

„Ingeborg Holm" (1913), reż. Victor Sjöström

Moje życie to mniej lub bardziej świadome poszukiwanie równowagi. Zacząłem od najbardziej radykalnego ale jednak klasycznego podziału: jako kinomaniak poszedłem na studia mechaniczno-górnicze. Oparłem się wtedy pokusie pójścia na kulturoznawstwo.

Kiedy poszukiwałem swojej niszy, poszedłem na całość: postanowiłem skupić się na niemej burlesce filmowej. Nisza niszy.
Kiedy zacząłem intensywniej eksplorować „bezdźwiękowe" rejony kina los podsunął mi „Ingeborg Holm". Jeden z pierwszych filmów reżysera, którego twórczość inspirowała Bergmana - Victora Sjöströma.
Moja filmowa dusza chyba miała dość tortów lokowanych na twarzach innych ludzi, kopniaków, ucieczek, itd. Potrzebowała pocierpieć sobie.
Nigdy nie czułem się tak przewalcowany emocjonalnie przez kino nieme. Historia matki trójki dzieci, na którą spada ogromne nagromadzenie katastrof - umiera mąż, popada w długi, opieka społeczna odbiera jej dzieci - trafia jako Hiob, poniżona i sponiewierana do nizin społecznych.
Tytułowa bohaterka żyje w świecie, gdzie panujący porządek ustanawia bezduszny aparat państwowy oraz (prawie) kompletny brak ludzkiej solidarności. Wszystko jest tu ograne na minimalistycznej (jak na kino nieme) grze aktorskiej i zaskakująco małej ilości plansz dialogowych. To ostatnie szczególnie sobie cenię w filmach sprzed przełomu dźwiękowego - dobitność przekazu. Pokazuje się tylko te linijki scenariusza, które są niezbędne do zrozumienia fabuły.
Wykończył mnie ten film. Polecam, ale w towarzystwie wina, wódki czy czegoś innego co będzie Wam ryjoki wykrzywiać, kiedy oczy będą spijać w tym czasie gorycz z ekranu. Ja w tym czasie przywrócę sobie wewnętrzną równowagę i obejrzę trochę slapsticku.


Privacy Preference Center