20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień piąty
20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień piąty
Na zdjęciu widać zza okna, na Cieszyńską Wenecję Flipa i Flapa <3
Dzień piąty na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici i trzy filmy. Wynik 2/3, więc jest całkiem dobrze.
1. „Fuga" (2018), reż. Agnieszka Smoczyńska - Miałem szczękę na podłodze po seansie. Szczęka znaleziona, ma się dobrze. Wrażenie niesamowitości pozostało. Skoro wreszcie w polskim kinie dostaliśmy film zrobiony przez kobiety, podejmujący się m.in. tematu oczekiwań społecznych wobec kobiet właśnie, nie pozostaje mi nic innego jak oddać głos krytyczce filmowej. Polecam zatem lekturę tekstu autorstwa Magdaleny Wichrowskiej opublikowanej na łamach Czasopismo EKRANy: http://ekrany.org.pl/odkrycia/fuga/ - podpisuję się pod każdym słowem tej recenzji.
Pozwolę sobie też na drobną dygresję. Na Mediakrytyk autorami recenzji filmu Smoczyńskiej to w dużej większości mężczyźni. Z kolei pod wszystkimi recenzjami z najniższymi ocenami (pięć oraz sześć na dziesięć) widnieją męskie nazwiska. Drobny szczegół a jak wiele mówi, prawda?
2. „Wielka majówka", reż. Krzysztof Rogulski (1981) - kontestacyjne kino drogi z klasycznym zderzeniem przeciwstawnych charakterów: romantycznego nastolatka i nieco starszego od cwanego mitomana. Buntują się przeciw zasadom stworzonym przez pokolenie ich rodziców. Kiedy świat zamyka drogę do marzeń, a negocjacje przestają mieć sens, jedyną dostępną formą buntu jest ciągła ucieczka. Film Rogulskiego jest także krytyką kapitalizmu. Młodzi żyją chwilowymi podnietami a starsi niby mają świadomość niepewnej przyszłości ekonomicznej, ale nikt im nie pokazał jak się przed nią zabezpieczyć. Wielce prorocze przemyślenia tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego.
Po latach można dostrzec jeszcze jednego bohatera „Wielkiej majówki". Jest nim Warszawa. Mamy jako widzowie, często młodzi, okazję zobaczyć stolicę od strony jak na tamte czasy luksusowej, a jednak z dzisiejszej perspektywy nieco przaśnej.
Chcecie się więcej dowiedzieć o tym fascynującym (i chyba jedynym) przykładzie kina kontestacji z czasów PRL? polecam tekst Patrycji: „Wielka majówka".
3. „Piwnica" (2018), reż. Igor Vološin - Táni pracuje w hodowli bydła. Przeczuwa, że Milan jej mąż i muzyk rockowy ma romans, ale ona ciągle ma nadzieję na uratowanie małżeństwa. Gdyby nie córka pewnie już dawno by się rozwiedli. Kiedy po suto zakrapianej imprezie znika Milan postanawia ja odnaleźć na własną rękę...
Macie wrażenie, że już widzieliście ten film? Coś z Liamem Neesonem? Byłoby fajnie, ale to nie jest przypadek tego filmu. Nawet kiedy wydaje się, że wjedzie klimat rodem z LABIRYNTU Villenueva, to szybko ta nadzieja zostaje pogrzebana. To najgorszy typ kina - nijaki. „Ostry nóż", który widziałem dzień wcześniej poruszał podobną tematykę. Można było zobaczyć kolokwialnie mówiąc „bez bólu" - to sprawnie, chociaż przewidywalne poprowadzony dramatem rodziny, borykającej się że stratą zamordowanego przez neonazistów syna. Ojciec był megairytującym bohaterem, ale był jakiś. Jedyne co wzbudziła we mnie Piwnica" to znużenie.
Nauczka na przyszłość: jeżeli chcesz coś obejrzeć, a dzień festiwalowy dobiegł końca, kup sobie dostęp do jakiegoś filmu na vod. Zaufaj swojej intuicji.
20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień czwarty
20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień czwarty
Słów kilka o filmach, które zobaczyłem we wtorek na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici.
źródło: https://kinonagranicy.pl/pl/film/ostrym-nozem
1. „Ostrym nożem" (2019), reż. Theodor Kuhn - mocno średnia i miejscami niepotrzebnie stereotypowa historia rodziców, stających w obliczu morderstwa ich syna. Oczywiście sprawa w sądzie zostaje umorzona, więc nie kto inny a ojciec zamordowanego chłopca próbuje dochodzić na własną rękę sprawiedliwości w organach państwowych, co zmusza go do walki z bezdusznym prawem karnym. Jak się okazuje, rodzice prawie nie znali swojego syna, a dzięki śledztwu wychodzą na jaw kolejne tajemnice. Całej sprawie nie pomaga fakt trudnych relacji na linii ojciec - syn. Jeśli dołożymy do tego fakt, że to matka pełni funkcję głosu rozsądku, kompletnie pozbawiając ją osobniczych cech charakteru, to będziemy mieli mniej więcej nakreśloną fabułę filmu jakich powstało całe mnóstwo.
Szkoda, że twórcy nie wykorzystali potencjału tkwiącego w postaci córki. Całkowicie pominięto tutaj jej cierpienie w związku z utratą brata. To świetny casting, więc istnieje spora szansa, że dziewczyna (nie potrafię znaleźć jej imienia aktorki) podołałaby temu aktorskiemu wyzwaniu.
Podobało mi się również pokazanie jak sobie radzą z utratą bliskich społeczności wiejskie, w scenie sekwencji pobytu rodziny u matki jednego z rodziców. Twórcy sportretowali intymny świat modlitw żałobnych w malutkim wiejskim kościółku. Szkoda, że brakło miejsca na więcej takich niuansów.
Jednak trzeba oceniać film, który się widziało. A mimo sprawnej realizacji (dobre zdjęcia i praca kamery) „Ostrym nożem" jest filmem przewidywalnym i niewiele wynoszącym do tematu żałoby po tragicznie zmarłych najbliższych.
„Szaleni", byli czeskim kandydatem do Oscara w 2006 roku. Niestety nie zakwalifikował się nawet do głównego konkursu. Nawet w Czechach film otrzymał Czeskie Lwy tylko za kostiumy i plakat filmowy, autorstwa Evy Švankmajerovej, który możecie zobaczyć powyżej.
2. „Szaleni" (2005), reż. Jan Švankmajer- surrealistyczna interpretacja postaci Markiza de Sade na podstawie opowiadań Markiza i opowiadań Poego. Historia opowiedziana jest z punktu widzenia Berlota, którego nękają koszmary o tym, że pracownicy szpitala psychiatrycznego siłą zakładają mu kaftan bezpieczeństwa.
Żyjemy w takich czasach, że ktoś spokojnie mógłby pozwać Švankmajera o obrazę uczuć religijnych po premierze tego filmu przez organizacje religijne (a może został? ktoś coś?). Są tu momenty, przy których określenie „jazda po bandzie" to bezpieczny spacerek chodnikiem. Reżyser nie pierdoli się w tańcu, nie bierze jeńców i w pierwszej części filmu serwuje widzom czarną mszę połączoną z orgią i stekiem bluźnierstw. I kiedy wydaje się, że pionki na planszy są już rozstawione, akcja przenosi się do psychiatryka, przejętego siłą przez de Sade (rewelacyjna rola Jana Třískawy) wyniku czego zmieniony został w siedlisko hedonizmu w najgorszym guście, gdzie spełnia się najdziwniejsze zachcianki pacjentów.
Švankmajer hołdując zasadzie "każdemu po równo", skierował fabułę w stronę kafkowskiej dezorientacji. Zagubiony Berlot, podobnie jak widz nie wie po czyjej stanąć stronie: sadystycznych (sic!) lekarzy, czy pielęgnującego fobie pacjentów, Markiza. Mniejsze zło? A co jeżeli nawet takiego wyboru nie ma?
To co początkowo wydaje się być filmem obliczonym na tanie szokowanie widza, płynnie zmienia się w groteskową wizję świata, w którym dobro nie ma racji bytu. Czymże jest kropla czystej wody, w obliczu rwącego potoku ścieków? Dla mnie był to bardzo (hehe) odświeżający seans, mimo że jak to bywa z filmami tego reżysera, bywał męczący.
3. „Rusałka" (1977), reż. Petr Weigl - czechosłowacka filmowa adaptacja "opery do libretta Jaroslava Kvapila o tragicznej miłości rusałki księcia" - tak brzmi opis filmu w katalogu festiwalowym. Podjąłem się ryzyka w imię poszerzania horyzontów, gdyż opera leży daleko poza spektrum moich zainteresowań.
Opłaciło się. To zdecydowanie największe zaskoczenie tego festiwalu. Absolutnie niesamowite doświadczenie filmowe. Będzie pisane ![]()
.
20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień trzeci
20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień trzeci.
Czy temat bananów w internetach jest już przebrzmiały w kontekście pozytywnego rozwiązania tego cyrku z cenzurą sztuki? Zaryzykuję, bo mam zaiste suchą opowiastkę będącą kolejnym przykładem mojego życiowego nieogaru. Otóż dwa razy kupiłem dwa kilogramy bananów, których, bo miałem sporo rabatu (aż 1,50 PLN) - za pierwszym razem zapomniałem go użyć, więc żeby się nie zmarnował zrobiłem zakupy ponownie. Tym samym na festiwal wziąłem ze sobą cztery kilogramy tych owoców i sieję zgorszenie na ulicach Cieszyna. Taka historia.
Poniżej słów kilka o poniedziałku na 20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici. Trzy filmy i jeden wykład.
1. „Czas sług" (1989), reż. I. Pavlaskova - czas na #ciarkiżenady. Film jest próbą dekonstrukcji patriarchatu jako systemu opartego na pieniądzach i manipulacji, w czasach komunistycznego reżimu w Czechosłowacji. Główną bohaterką jest Ivana, skupiająca w sobie wszystkie stereotypowe cechy jędzy ostatecznej. Jak sama mówi o sobie mądry mężczyzna to ten, który ją podziwia, a piękny jest ten, który chce ją poślubić. Nie dziwota, że wizja sukcesu feministek jest jej bardzo nie w smak. Poznajemy ją jako nieśmiałą studentkę ostatniego roku medycyny. Bierze ślub z chłopakiem swojej przyjaciółki, aby zrobić na złość donżuanowi, który niedawno ją porzucił dla innych kobiet. Papierowi małżonkowie zakochują się w sobie, mimo jasnych symptomów niestabilności psychicznej Ivany. Ze sceny na drugą, toksyczne uczucie staje się w pełni odwzajemnionym i płomiennym, bo tego wymaga fabuła.
Jest tu spory potencjał na kampowy film. Trzeba by tylko zostawić pomysł wyjściowy o toksycznej, niezrównoważonej kobiecie, która niszczy wszystkich, aby osiągnąć swój cel, a całość nakręcić w konwencji „Mody na sukces". Może, może wtedy dałoby się to oglądać. Przez seans tego pokracznego filmidła zrezygnowałem z zaplanowanego seansu. Pozwoliłem mojemu mózgowi ostygnąć po dwugodzinnym gotowaniu. Zamiast tego wybrałem...
2. ...wykład o filmie polskim po '89 roku Janusza Zaorskiego.
Reżyser „Matki królów" to bez wątpienia osoba o ogromnym doświadczeniu twórczym i charyzmie. Jednocześnie jest to człowiek o ogromnym uroku osobistym i świetnym poczuciu humoru. Dzięki temu wykład słuchało z ogromną przyjemnością. Reżyser opowiadał o swoim i znajomych po fachu, poczuciu zagubienia w nowej rzeczywistości po upadku żelaznej kurtyny. O nadziei jaką niósł ze sobą początek XX wieku, z utworzeniem PISF'u na czele. Mówił wreszcie o sukcesach polskiego kina obecnie, które triumfuje coraz częściej poza granicami naszego kraju. Co ciekawe reżyser pominął tak ważnych dla pokoleń "ejtisów" i "najntisów" reżyserów jak Machulski, czy Pasikowski. A to przecież ci twórcy właśnie na początku w latach '90 kształtowali kino popularne w naszym kraju, a wiele z nich jest dla przedstawicieli tych pokoleń określanych jako "kultowe". Podoba mi się, że pan Janusz docenia świeżą krew wśród reżyserów i reżyserek filmowych.
źródło: https://kinonagranicy.pl/pl/film/lekcja-fausta
3. „Lekcja Fausta" (1993), reż. Jan Švankmajer - po kilku filmach tego czołowego współczesnego surrealisty-filmowca można bez problemu stwierdzić jak bardzo wszechstronnym tematycznie twórcą jest Švankmajer. „Spiskowcy rozkoszy" są filmem dekonstruującym obsesje seksualne w duchu freudyzmu; w „Małym Otiku" czeski twórca wziął na tapet temat macierzyństwa; „Don Juan" z kolei jest grosteskową parodią szekspirowskich dramatów. Oczywiście każdy z tych filmów ma swoje elementy wspólne, po których bardzo szybko można rozpoznać styl i inspiracje czeskiego surrealisty: teatr, pomieszanie porządków narracyjnych (teatralnej i filmowej), grosteska, czy silna anty-religijność. Švankmajer jest oczywiście kojarzony również z teatrem kukiełkowym. Po kilku jego filmach mogę spokojnie stwierdzić, że to najbardziej męczący element jego filmów. A w surrealistycznej interpretacji „Fausta" Goethego, drewniane kukiełki zajmują połowę czasu ekranowego. I jeśli męczyłem się podczas wspomnianego trzydziestominutowego Don Juana", to możecie sobie wyobrazić co czułem na ponad półtoragodzinnej Lekcja Fausta". Natomiast w żadnym wypadku nie był to słaby film! Znowu groteska, autotematyzm (teatr w filmie) i silny deliryzm królują. Jednak po takiej ogromnej dawce tego wszystkiego, stwierdziłem, że po seansie „Małym Otiku" mogą mnie wynieść w kaftanie z kina...
źródło: http://bombafilm.pl/glos-pana-na-podst-stanislawa-lema-jesienia-w-kinach/
4. „Głos Pana" (2018), György Pálfi - ...dlatego wybrałem się na najnowszy film twórcy „Panie i panowie: ostatnie cięcie". Tamten film jest uważany przez wielu za symboliczne zakończenie filmowej epoki postmodernizmu, jako nostalgiczny wideoesej ostateczny, którego narracja utworzona została z ogromnej ilości wycinków scen z różnych znanych filmów (do zobaczenia w całości na YouTube). Z „Głosem Pana", będący adaptacją opowiadania Stanisława Lema, łączy go właśnie ta wideoeseistyczna energia. Jednocześnie jest to film trudny do zakwalifikowania. Pálfi stosuje różne sposoby przekazu informacji wizualnej: filmu kręconego ręczną kamerą, przez komunikatory video, po obraz z nawigacji satelitarnej. W dodatku ilość i sposób wtrąceń montażowych, często nie mających nic wspólnego z fabułą, czyni film nieokreśloną hybrydą filmowo-wideoeseistyczną. Zapytacie, czy idzie za tym jakaś treść. Szczerze? Nie wiem. Porusza się tu co prawda temat poświęcenia rodziny na rzecz nauki i ochrony ludzkości, ale sami przyznacie, że brzmi to zbyt ogólnikowo. Co więcej, dotychczasowa zagraniczna recepcja krytyczno-filmowa nie jest zbyt pochlebna. Natomiast ten seans był ostatnim tego dnia, więc moje możliwości percepcji były już mocno ograniczone do samych wizualiów. Pozwoliłem, więc omamić się formą realizacji filmu i dał mi ogromną frajdę. Liczę na jakieś seanse w naszym kraju Bomba Film musicie. Ale kto wie? Może pojawi się na Festiwal Kamera Akcja? Tam lubi się wyświetlać takie smakowite kąski. Anyway: warto. Pálfi czuje tętno pulsu współczesnej widowni i współczesnych czasów. Polujcie na film w kinach studyjnych.
20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici.- dzień drugi
20. Kino Na Granicy - dzień drugi
Mój "zorganizowany" katalog festiwalowy. Zupełnie przypadkiem wyszło na to, że obejrzę większość filmów Švankmajera prezentowanych na festiwalu
Wczoraj #luźniutko - dwa filmy pełnometrażowe i jeden blok krótkich metraży.
1. „Piekielny miesiąc miodowy" (1970) - drugi dzień i drugi film mocno zakorzeniony w slapsticku, mocno przaśnym (ale nie obleśnym!). Dość powiedzieć, że twórcy zaserwowali widzom duet Sherlock & Watson w stylu Flipa i Flapa
Będzie pisane!
2. Krótkie metraże Jana Švankmajera.
Z surrealizmem zawsze mi było po drodze. Zaczęło się od tematu mojej matury ustnej z języka polskiego, gdzie miałem wskazać elementy surrealizmu w literaturze i sztuce XX wieku. Tropienie surrealnych poetyk w kinie też daje mi sporo frajdy. W okresie maturalnym natrafiłem też, na którąś z animacji Švankmajera i tak mi się spodobała, że obiecałem sobie, że kiedyś nadrobię jego filmografię. Teraz w Cieszynie wreszcie jest ku temu okazja.
W pierwszym bloku krótkich metraży (drugi w czwartek) zobaczyłem cztery filmy. Mój faworyt to „Mieszkanie" z 1968 roku. Główny bohater trafia do pomieszczenia, w którym rządzi prawo "złośliwego boga" (określenie moje). To świat inspirowany dziełami takich artystów surrealizmu jak Dali, czy Ray. Przedmioty tracą swoją użytkowość, często stając się swoim przeciwieństwem. Tytułowe mieszkanie staje się w tej sytuacji więzieniem. Film dobrze realizuje postulaty pierwszych surrealistów o wyrugowaniu utylitarności przedmiotów codziennego użytku. Po więcej zapraszam do lektury tekstu Minervy: Szaleństwo przedmiotu. 3 najsłynniejsze obiekty surrealistyczne
A film możecie zobaczyć tutaj: https://youtu.be/M8u_DJln_0A
3. „Spiskowcy rozkoszy", (1966) reż. Jan Švankmajer - skoro surrealizm to i freudyzm. Każdy z tytułowych spiskowców realizuje projekt pozwalający spełnić swoje seksualne obsesje - mamy dziwaczne masażery z gwoździami, piórami i papierem ściernym, jest mechaniczny masturbator, czy kukła wypchana sianem, którą właścicielka będzie mogła torturować. Wiele z tych fantazji opiera się o potrzebę władzy, kontroli, chociaż są i zupełnie nieszkodliwe. Co znamienne nikt z nikim tu nie rozmawia. Nie ma tu żadnych dialogów. Ich fantazje wzbudzają wstyd., czego wyrazem są liczne szuflady i szafy (polecam poczytać sobie o symbolice szuflady psychiatrii). Film przy całej swojej grotesce, jest jednocześnie przejmującym studium zamkniętego koła samotności.
A teraz siedzę sobie w pizzerii po czeskiej stronie. Zjadłem pizzę cztery sery z ananasem
w pizzerii gdzie kelnerką jest Pani w legginsach NIKE z wielkim, białym napisem JUST DO IT na łydce i crocsami na stopach
![]()
20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici. - dzień pierwszy
20. Kino Na Granicy - dzień pierwszy

To zdjęcie, które widzicie to moje śniadanie i jest dowodem życiowego nieogaru. Nie przewidziałem, że rano w niedzielę wszystkie restauracje, lidle i inne takie będą zamknięte. Zjadłem więc jajecznicę z serem. Nie wiem czemu tylko podpisana była jako sernik 
Słów moich kilka na temat tego co obejrzałem wczoraj na Kino Na Granicy / Kino Na Hranici.
1. „Wóz do Wiednia" (1966) - przypowieść, której akcja rozgrywa się pod koniec II Wojny Światowej, o Czeszce, która dobrego Niemca nie chciała (początkowo). I jest to przypowieść, która zawiera wszelkie wady i zalety tego typu narracji: momentami dość toporną dydaktykę, mniej lub bardziej subtelną symbolikę, czy średnio umotywowane fabularnie przemiany bohaterów. Jednak jako całość broni się jako ciekawe, trzymające w napięciu kino drogi, nawet jeśli próby zniuansowania historii nie zawsze do mnie trafiały. Spodobał mi się też finał, którego cyniczny wydźwięk podnosi ten film w moich oczach oczko wyżej. Szkoda tylko, że zbyt długo kazano mi czekać na tę puentę, mając w pamięci poprzedzającą ją nudę.
Film do zobaczenia za darmo z lektorem na vod.pl (do końca maja 2021 roku): „Wóz do Wiednia"
PS Film przed premierą w '66 został poddany ostrej cenzurze i został skrócony o prawie czterdzieści minut. Być może (ale nie na pewno) z tego wynikają jego słabe strony.
2. „Jan Palach" (2018) - film otwarcia a jednocześnie polska premiera o tytułowym studencie filozofii, który akcie protestu przeciw czechosłowackiej cenzurze dokonał aktu samospalenia. Film wczoraj zdobył nagrodę czeskich krytyków. I już to utrudnia mi jego ocenę. Niewątpliwie jest to film ważny dla Czechów, tak jak dla nas Polaków ważnym filmem jest dokument „Usłyszcie mój krzyk" w reżyserii Macieja Drygasa. Zapewne dlatego nie potrafiłem się tak bardzo zaangażować w historię prezentowaną na ekranie. Denerwowały mnie niepotrzebne w moim odczuciu makabryczne sceny, jak ta z topieniem „nadprogramowego" szczeniaka w rzece (mnóstwo osób wyszło z sali projekcyjnej cieszyńskiego teatru w tym momencie), czy scena seksu głównego bohatera z ponętną koleżanką. Główny bohater zdradził tym samym swoją dziewczynę, chorą na polio. Zbliżeń między ta parą z kolei widz nie zobaczy. Takich dziwnych wyborów reżyser dokonał więcej, co czyni film w moich oczach mocno kulawym. Mimo to w jak pokazuje wspomniana nagroda, w jakiś sposób spełnionym, spełniającym się w samych Czechach.
3. „Kto chce zabić Jessi?" (1966) - to jest film, o którym chciałbym Wam napisać dłuższy tekst, gdyż jest przezabawnym połączeniem estetyki komiksowej, (co w prostej linii prowadzi do kina niemego) z nieco surrealną poetyką slapsticku. Sami widzicie, że to coś co mi w duszy gra ![]()
„Profesor Bosco" (1919), reż. Charles Chaplin
„Profesor Bosco" (1919), reż. Charles Chaplin
Tydzień temu minęła 130. rocznica urodzin Charlesa Spencera Chaplina. Długo zastanawiałem się o czym napisać tutaj z tej okazji, żeby w efekcie nie streszczać notki z Wikipedii.
Pomyślałem, że warto napisać o jednym z najbardziej tajemniczych filmów aktora/reżysera, czyli o „Profesor Bosco" z 1919 roku.
7-minutowa scenka to prawdopodobnie jedyny zachowany fragment tego filmu. Był jednym z punktów spornych w negocjacjach we wrześniu 1922 roku między Chaplinem, którego reprezentował jego brat Sydney a Harrym Schwalbe, sekretarzem i skarbnikiem wytwórni First National. Głównym filmem, którego dotyczyły owe rozmowy, był czteroaktowy (czyt. "około godzinny") „Pielgrzym" (który miał ostatecznie premierę w 1923 roku). Włodarze wytwórni nie chcieli się zgodzić na podział wpływów z dystrybucji „Pielgrzyma" . Jako dodatek, który miał przekonać tandem Charles&Sydney, chcieli „dorzucić" „Profesora Bosco" właśnie. W pewnym momencie zrobiło się tak gorąco, że Chaplin rozpoczął rozmowy o prawa do dystrybucji „Pielgrzyma" z konkurencyjną wytwórnią United Artist, zostawiając First National z prawami do krótszego o połowę „Profesora...". Ostatecznie prawa do „Pielgrzyma" nabyli ci pierwsi, a o krótkiej formie wszyscy zapomnieli.
Listy, które wymieniali między sobą bracia oraz wzmianka o prywatnym pokazie w roku 1939 są jedynymi dowodami na istnienie tajemniczej „dwuaktówki". Jak pisze Dave Robinson w biografii Chaplina:
"Żaden film Chaplina pod tym tytułem nie był nigdy pokazywany ani rozpowszechniany, ani też w szczegółowych dziennych raportach studia Chaplina nie ma wzmianki o jego produkcji".
Robinson pisze o możliwości, że „Profesor Bosco" był wielkim blefem, którym miał przekonać pracodawców Schwalbego do przystania na niewygodne dla nich warunki kontraktu. Spekuluje się też, że mógł to być film zmontowany z odrzutów filmów wyprodukowanych zarówno dla First National jak i dla poprzedniej wytwórni, dla której Chaplin kręcił - Mutual.
Co możemy wywnioskować z tej 7-minutowej scenki? Pierwsze co rzuca się w oczy to charakteryzacja, która mocno postarza Chaplina. Co ciekawe, wychodzenie poza standardowe trampowskie emploi nie było niczym nowym w karierze aktora, mimo że nie robił tego za często. Jego metamorfozy ograniczały się do przebierania postaci Trampa za postaci kobiece („Panna Charlie", 1920), czy po prostu graniu postaci kobiecych („Pani Charlie", 1914). Takie zmiany były zawsze czymś ryzykownym w tamtym czasach. Zaszufladkowanie, czyli coś przed czym współcześni aktorzy starają się uciekać, w czasach kina niemego było wymagane. Z tego powodu takie eksperymenty jak „Profesor Bosco" czy kobiece metamorfozy filmowe Chaplina zdarzały się sporadycznie. Czy postać tytułowego profesora, właściciela cyrku z pchłami, mogła zdobyć wtedy uznanie publiczności? Dziś możemy jedynie zgadywać. Coraz większą popularnością cieszyły się pełne metraże, krótkie formy powoli traciły na znaczeniu. Z drugiej strony, Chaplin który bardzo nie lubił nie wykorzystywać swoich gagów w filmach, z powodzeniem użył pomysłu z cyrkiem pcheł trzydzieści lat później w „Światłach rampy".
Fragment, o którym mowa został odnaleziony w archiwum Chaplina przez Kevina Brownlowa i Davida Gilla, którzy przygotowywali dokument „Chaplin nieznany".
Notka na marginesie: cyrk pcheł to tak doskonały pomysł na zastosowanie tradycyjnej pantomimy, że aż dziw, że tak rzadko był wykorzystywany w komediach slapstickowych.
„Film" (1964), reż. Samuell Beckett
„Film" (1964), reż. Samuell Beckett
„Film" wpisuje się w renesans poetyki slapsticku oraz samych aktorów w latach 50. i 60.
Zaczęło się umownie od artykułu Jamesa Agee’go z '49 roku w LIFE, zatytułowanego „Największa epoka komedii” z Benem Turpinem na okładce (KLIK). Najlepsze filmy w swoim dorobku zrobił w tym okresie Jacques Tati. W roku premiery „Do utraty tchu" Godarda (1960) miał premierę również nowofalowy przedstawiciel filmowej burleski, „Zazie w metrze" Louisa Malle’go. Jerry Lewis, jeden z największych komików epoki kina dźwiękowego w USA, rozpoczynając solową karierę „Boy'em hotelowym", stał się jednym z największych spadkobierców zarówno niemego, jak i dźwiękowego slapsticku. Z kolei w '68 roku miała premierę absolutnie szalona komedia „Skidoo" z Groucho Marxem w roli Boga. Bracia Marx stworzyli zaś fundamenty dźwiękowej komedii w USA, doskonale wykorzystując siłę dźwięku w kinie oraz dorobek klasycznych Wielkich Komików epoki kina niemego, takich jak Max Linder czy Charlie Chaplin.
„Film" z Busterem Keatonem — którego „kamiennej twarzy” kamera bardzo długo nie pokazuje — jest o tyle ciekawym przykładem, że daleko mu do komedii. Surrealna narracja 17-minutowego filmu przywodzi na myśl wczesne krótkometrażowe dokonania Davida Lyncha. W moim odczuciu „Film" jest przede wszystkim próbą przeniesienia na ekran lęku przed ciągłą obserwacją. Dochodzi do tego niechęć do mody na utrwalanie wspomnień na trwałych nośnikach takich jak fotografie.
To bardzo ciekawa pozycja w dorobku Keatona: jego sława w tamtym czasie dawno już bowiem przebrzmiała (komik grał jedynie epizodyczne role w filmach oraz w reklamach), co w kontekście tego filmu jest znamienne. W końcu jego głównym bohaterem jest człowiek, który jak duch przemierza miasto unikając kontaktu z jakimikolwiek istotami. Fotografie traktuje jak znienawidzone totemy przeszłości, przynoszącej niegdyś radość, a teraz nic ponad cierpienie. Owo połączenie — obserwacji społecznych z refleksją na temat fotografii, a przez to samego kina — czyni „Film" swoistym komentarzem do samego życia Bustera, który rok później odejdzie z tego świata niedoceniony.
Korekta: Patrycja Mucha
„Little Rascals: Teacher's Pet" (1930), reż. R. F. McGowan
„Little Rascals: Teacher's Pet" (1930), reż. R. F. McGowan
„Our gang" , znany też później pod tytułem „Little Raascalls" to jeden z moich ulubionych seriali w dziećmi na pierwszym planie. Wyprodukowany przez wytwórnię Hala Roacha, wypełniony jest po brzegi przeuroczym slapstickiem i skrzy się równie uroczymi dialogami (scenariusze do odcinków pisał m.in. Frank Capra).
Bardzo istotnym elementem tej serii są postacie nauczycieli. Jedną z popularniejszych była panna June Crabtree (June Marlowe). Pierwszy raz pojawia się w odcinku pt. „Pet's teacher". Zatrudnia się na miejsce nauczycielki, którą dzieciaki wprost uwielbiały (nigdy jej w serialu nie pokazano). Wkupiając się w łaski najmłodszych za pomocą ogromnej porcji lodów z łatwością przeskakuje wysoko postawioną poprzeczkę przez poprzedniczkę. Postać grana przez Marlowe była zawsze blisko swoich podopiecznych. Ze względu na niskie zarobki mieszkała w mieszkaniu rodziców jednego z uczniów. Była empatyczną, maksymalnie zaangażowaną w problemy swoich wychowanków nauczycielką.
Przez moje życie przewinęła się ogromna ilość nauczycieli. Spora większość z nich to pasjonaci, którzy oddali swoje serce swojej profesji. Z perspektywy czasu dopiero widzę z czym musieli się borykać. Ten zawód trawi niewyobrażalna ilość problemów. Nie będę się nawet podejmował ich punktowania. W tym celu polecam obserwowanie Leszek Legut na Facebooku. Chciałem tylko napisać, że każdemu obserwującemu mnie nauczycielowi ślę ogromne wyrazy wsparcia. Mam nadzieję, że z tej walki o godne warunki zatrudnienia wyjdziecie z tarczą ![]()
„Winky causes a smallpox panic" (1914), reż. Cecil Birch
„Winky causes a smallpox panic" (1914), reż. Cecil Birch
Temu weekendowi patronuje huncwot Winky, czyli postać grana w latach 1913-15 przez jednego z najpopularniejszych komików brytyjskich w tamtym czasie, Reginalda Switza.
Jego wygłupy przypominają różne akcje współczesnych pranksterów, z tą różnicą, że krótkie metraże w których grał Switz były oczywiście reżyserowane.
Na przykład w „Winky causes a smallpox panic" z 1914 roku straszy ludzi w przebraniu niedźwiedzia. Na końcu trafia do baru, skąd w popłochu uciekają na jego widok klienci zostawiając swoje kufle z piwem. Bardzo szybko opróżnia dwa z nich.
Polecam zerknąć też do notki o twórcy serii i samym Switz w zakładce "Context" pod miejscem, gdzie powinien wyświetlić się film (u niektórych może nie działać przez geoblokadę): WINKY CAUSES A SMALL-POX PANIC
Film idealny na weekend prawda? Jakie szaleństwa planujecie na te dwa dni? Włączycie sobie na komputerze odtwarzanie losowe na Spotify? Tylko pamiętajcie bez patologii! Spokojnego weekendowania wszystkim ![]()
„Bout-de-Zan et l'embusqué" (1916), reż. L. Feuillade
„Bout-de-Zan et l'embusqué" (1916), reż. L. Feuillade
Tytułowy bohater powyższego filmu Bout-de-Zan był głównym bohaterem jednej z pierwszych serii filmowych w historii kinematografii.
Wyreżyserowana została przez Louisa Feuillade'a, jednego z największych twórców kina niemego w kinematografii francuskiej. Postać Bout-de-Zan grał René Poyen, nieprzerwanie przez cztery lata od premiery pierwszego filmu z serii, czyli od 1912 roku. Stał się jedną z pierwszych dziecięcych gwiazd w historii kinematografii. Wystąpił w sześćdziesięciu dwóch filmach wyreżyserowanych przez Feuilladego. Większość z nich to seria o psotnym chłopcu Bout-de-Zan.
Bardzo urocze to filmy. Większość filmów z serii, które znajdziecie na YouTube zawiera sporo burleskowego humoru. Trudno znaleźć do nich angielskie napisy (ten film, to jeden z wyjątków), ale jak to bywa z takim humorem jest uniwersalny, więc nie powinno Wam to odebrać przyjemności z oglądania.
Zarówno dorobek reżysera Feuillade'a jak i Poyen będą jeszcze wracać na łamy Klatek
Tymczasem dziękuję za przekroczenie szczęśliwej siódemki z przodu przy liczbie lajków
dobrej nocy Robaczki ![]()






