„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi

„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi

"Panie Klatek, no weź pan coś zapodaj z nowości, co nie, bo ino nieme filmy i nieme."
Tak zapewne brzmiałyby początki listów, gdybyście takowe do mnie pisali.

[To jest recenzja, a więc może zawierać spojlery]

A byłem se w kinie wczoraj. A co. Moja ukochana żona wybrała tym razem film i jestem jej niezwykle wdzięczny. Ona zawsze wie, co fajnego i dobrego wyświetlają na srebrnym ekranie. Ufam jej i już nigdy nie będę kwestionował jej decyzji w tym zakresie. [zaufaj korektorce, to dostaniesz potem takie prezenty]

Także byłem na filmie w kinie i nie były to znowu Avędżersi. Nawet w zapowiadanej wersji rozszerzonej (jeśli wejdzie u nas do kin, to oleję chyba temat). Byłem na OSZUSTKACH (2019) Chrisa Addisona, który zadebiutował w roli reżysera filmowego.
Przez pierwsze kilkanaście minut żałowałem, że nie poszedłem jednak na „Rocketmana", który był wyświetlany w tym samym czasie w innej sali. Humor "genitalny" długo szuka tutaj swojego miejsca i odpowiedniego natężenia. Po tym przyciężkawym wstępie poczułem, że to jednak film idealny dla mnie.
Historia rywalizujących ze sobą oszustek to teatr dwóch aktorek, za którymi nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem: Anne Hathaway i Rebel Wilson. Jednak muszę się tutaj wznieść ponad własne resentymenty i stwierdzam, że chemia między nimi jest niezwykła.
Film stoi slapstickiem. W różnym w stylu. Takim a'la Three Stooges: fizykalnym, opartym na bolesnych, co bardziej wymyślnych, uderzeniach w różne partie ciała*. Sporo też typowych dla filmowej burleski, rewelacyjnie rozegranych i przemyślanych przebieranek (jeden z przykładów widoczny w załączonym kadrze), wchodzenia w różne role. Amatorzy gagów słownych oraz kąśliwych dialogowych popisów również znajdą tu coś dla siebie. „Oszustki"remakiem „Parszywych drani" z 1988 roku, do którego scenariusz napisał Dale Launer i który prawdopodobnie współpracował przy przeróbkach z debiutantką (!), Jac Schaeffer. Ich scenariusz ma odpowiedni, żwawy rytm, z lekkimi momentami zadyszki, chwilami zawieszenia niewiary i kompletnym poślizgiem w finale.
W „Parszywych draniach" gwiazdami byli Michael Caine i Steve Martin. „Oszustki" są kolejnym filmem z silnie feministycznym wydźwiękiem. Niedawno mieliśmy w kinach nieudaną kontynuację „Ocean's 8", a teraz „kobiecą wersję" filmu sprzed lat, którego producentką jest m.in. Rebel Wilson. Uwielbiam, kiedy patriarchat wyciera sobie ten głupi ryj o gorący asfalt. Film Addisona nie jest jednak aż tak brutalny, chociaż długo nie uświadczymy na ekranie mężczyzny nie będącego śliniącym się, bogatym, starzejącym się oblechem, z kompleksem Piotrusia Pana. Panowie, którzy wybierają się na ten film, proszeni są o „dystans".
Kobiety rządzą światem złodziei, nawet jeśli mężczyzna jest złodziejem, to wiedzę przekazuje mu kobieta. Główne bohaterki wpasowują się do patriarchalnego systemu, stając się jego plastycznymi (raz seksownymi, innym razem zagubionymi) trybikami. Wiadomo: to się musi zemścić.
A mści się niestety w sposób, który zgrzyta mi piachem między zębami. Okazuje się, że system działa dalej, bez szwanku, bo wystarczy... dopasować się jeszcze bardziej. Czyli niby feminizm, ale trzeba znowu uznać wyższość faceta. Bardzo bezpiecznie, a mogło być tak dobrze.
„Oszustki", to mimo wad, idealny film na weekend. Rzadko płaczę ze śmiechu na filmach, a tutaj miałem kilka momentów, że nie byłem w stanie przez łzy przeczytać napisów. Takie to dobre! Znak jakości: łzy śmiechu Pana Klatka

*co warte zaznaczenia, Rebel Wilson przejęła tutaj typowo "męski" gag, czyli cios w krocze. Rzadka rzecz w kinie 

PS Ten film wygląda jak spin-off przygód Catwoman z ostatniego Batmana Nolana :o


„Dracula" (1931), reż. Tod Browning, Karl Freund

Nie czuję żadnego nostalgicznego przywiązania ani do samego Draculi, ani do żadnych potworów ze stajni Universalu. Co prawda widziałem jakieś dziesięć lat temu obie wersje Nosferatu, jak i Draculę Coppoli. Jednak było to już tak dawno, że jakiekolwiek wrażenia zostały przykryte innymi a ja dzisiaj jestem już kompletnie innym widzem. Do seansu wersji z 1931 roku Browninga i Freunda przed tygodniem podszedłem w miarę "czystą kartą".

Pierwsze zaskoczenie: muzyka z Jeziora Łabędziego w napisach początkowych. Trochę uspokajające, ale jednak w połączeniu z wizerunkiem nietoperza (który wygląda jak pre-logo Batmana) niepokojące nuty.
Drugie zaskoczenie: ciągłe poczucie dyskomfortu w trakcie oglądania tego filmu. 

Spójrzmy na ten dialog:

Mina Harker: Leżałam w łóżku i przez jakiś czas czytałam. I właśnie jak zaczynałam robić się senna, usłyszałam wycie psów. I kiedy sen przyszedł, wydawało mi się, że cały pokój był wypełniony mgiełką. Ona była tak gęsta... Mogłam tylko widzieć lampę przy łóżku, malutki przebłysk we mgle. A później zobaczyłam dwoje czerwonych oczu wpatrujących się we mnie, i białą wściekłą twarz |wynurzającą się z mgły. Była coraz bliżej... i bliżej. Czułam oddech na mojej twarzy, a potem wargi.
John Harker: Oh. Kochanie, to był tylko sen.
Mina Harker: A rano czułam się taka słaba. Wydawało mi się, że całe życie uszło ze mnie.
John Harker: Kochanie, spróbujmy zapomnieć |o tych snach, pomyślmy o czymś radosnym, dobrze?

Czytałem już o interpretacjach jakoby ukąszenie wampira miało symbolizować inicjację seksualną najmłodszych, głównie kobiet. Natomiast w kontekście fragmentu sceny z powyższego dialogu oraz motywu uzależnienia ofiar od oprawcy, ten film jest próbą ukazania następstw gwałtu. Co o tym myślicie? Na ile taki zabieg był świadomym zabiegiem twórców (o ile ta interpretacja jest prawdziwa), w czasach kiedy Kodeks Haysa już niebawem miał zapukać do drzwi studiów filmowych?

Uwielbiam tutaj nadekspresyjne aktorstwo. Film Browninga i Freunda doskonale korzysta z tradycji aktorstwa czasów kina niemego, które historycznie skończyło się cztery lata wcześniej. Słynne hipnotyczne spojrzenia Lugosiego, opętańcza gra Frye'a, bardzo mile połechtały moją miłość do pierwszych dekad kina.

W bonusie dużo mgły, mroku, pajęczyn... uwielbiam. Nabrałem ochoty na pozostałe filmy z potworami z Universalu. Polecacie któreś szczególnie? Totalnie chciałbym obejrzeć serię filmów z Abbottem i Costello


„A Florida enchantment" (1914), reż. Jacques Feyder

„A Florida enchantment" (1914), reż. Jacques Feyder

Skoro czerwiec i #lgbtpride to lecim z takimi motywami w kinie niemym.

Na początku chciałbym zaznaczyć, że prób ukazania tęczowości w filmach przed przełomem dźwiękowym nie brakowało. Natomiast zawsze było to obarczone niemałym skandalem i najczęściej kończyło się finansowym fiaskiem.

Chciałbym polecić Wam film, który w sieci jest często opisywany jako „pierwszy lesbijski film w historii". Czy tak jest w istocie? Dzisiaj, kiedy język, którym operujemy mówiąc o widzialności osób nieheteronormatywnych kształtuje się na nowo, filmy takie jak „A Florida enchantment" (1914), nabierają zupełnie nowych kontekstów.

Film jest adaptacją opowiadania z 1891 roku i sztuki z 1896 roku o tych samych tytułach. To semifantastyczna historia Lilian Travers (Edith Storney), która w przededniu zamążpójścia zażywa specjalne ziarno, które zamienia ją stopniowo w mężczyznę. Zanim to nastąpi mamy sporo kobiecych pocałunków w usta, co pewnie tłumaczy tę internetową szufladkę.

[Czy spojlery dotyczą również filmów sprzed ponad stu lat? Bo tutaj za chwilę padnie jeden :P]
To, co nadaje temu filmowy tego szczególnego wydźwięku, to finał, w którym niedoszły mąż (Sidney Drew, również reżyser), również zażywa wspomniane ziarno... .

Z perspektywy czasu widać jak na dłoni prosty humor oparty na seksizmie (po zażyciu magicznego ziarna kobiety przed przemianą zaczynają obłapywać uciekające przed nimi, inne kobiety, którego niczego nie wzięły) czy rasizm (mnóstwo tu blackfaces, co może być trochę niekomfortowe w trakcie oglądania). Mimo tych wad film dziś robi wrażenie swoją postępowością i naturalnością, którą współcześni widzowie nie byli w stanie przeboleć. Jego premiera była sporym skandalem, który jednak szybko przycichł ze względu na piekło Wielkiej Wojny.

Interpretacja tego filmu sprawia mi nie lada problem. Na angielskiej Wikipedii widnieje:

"(...)the film has also been considered to have the first documented appearance of bisexual characters in an American motion picture"

- z referencją do artykułu z 15 września 2012 roku, gdzie znajdziemy potwierdzenie tych słów. Moim zdaniem jest to błędne założenie. Jeżeli ten film jest próbą czyjejś reprezentacji to prędzej osób transpłciowych, a nie biseksualnych. Główny bohater zażywa rzeczone ziarno, właśnie po to, żeby stać się kobietą i zostać partnerką Lawrenca, który niedawno był jeszcze Lilian. W dodatku finalnie wszystko okazuje się snem głównej bohaterki i wszystko wraca do swojego punktu startowego. Czyli normą w świecie przedstawionym jest związek kobiety i mężczyzny i tylko on może dać głównym bohaterom szczęście.

A Wy co myślicie?


Konstantin Märska - najważniejszy estoński pionier filmowy

Konstantin Märska - najważniejszy estoński pionier filmowy

Obudziłem się dzisiaj rano i pomyślałem: "Ale co z Estonią? Co z estońskim kinem niemym?"

No i jak się fortunnie składa akurat dzisiaj mija 123. rocznica urodzin największego estońskiego pioniera filmowego, Konstantina Märska.

Film, który możecie obejrzeć powyżej, dokumentujący życie na tallińskim rynku, wygląda trochę jak jeden z filmów Dżigi Wiertowa. W dniu premiery, 27 sierpnia 1926 był reklamowany jako „pierwszy trikowy film w historii kina estońskiego". Autorem zdjęć był właśnie Märska. Film został nakręcony dla firmy produkcyjno-dystrybucyjnej Estonia Film, którą Konstantin prowadził wraz ze swoim bratem Theodorem oraz fotografami-braćmi Parikasedami. Wyprodukowano tutaj jedną z najważniejszych serii filmów dokumentalnych w estońskim kinie pt. „Filmikaameraga läbi Eestimaa" („Z kamerą przez Estonię"), która dokumentowała życie estońskiej społeczności. Dla EF zrobiono również w 1930 roku pierwszy estoński film dźwiękowy "Kuldämblik" ("Złoty Pająk").

Märska, który już jako piętnastolatek był kinooperatorem, był autorem większości zdjęć w filmach kręconych dla EF, chociaż zdarzało mu się pojedyncze filmy reżyserować.

EF zostało z czasem przekształcone i znacjonalizowane w Eesti Kultuurfilm. Dla niej został nakręcony "Kalurid"
 Jeden z filmów z serii dokumentów "Z kamerą przez Estonię".

Dzień Matki - „Gribiche" (1926), reż. Jacques Feyder

Dzień Matki - „Gribiche" (1926), reż. Jacques Feyder

Z okazji Dnia Matki chciałbym wszystkim gorąco polecić francuski film „Gribiche" z 1926 roku, z rewelacyjną rolą Jeana Foresta, którego postać przypomina trochę Brzdąca z filmu Chaplina (do którego zresztą odwołuje się jawnie jeden z plakatów w pokoju głównego bohatera).

Pochodzący z klasy robotniczej bohater, żyje z samotnie wychowującą go matką i mimo niezamożności stara się czerpać radość z życia. Belgijski reżyser Jacques Feyder umiejętnie kontrastuje w swoim filmie bogatą burżuazję z biedną warstwą robotniczą. Ciepłe i przytulne rodzinne mieszkanie tytułowego chłopca, zestawia z chłodnym stylem art deco, w którym został wybudowany dom bogatej wdowy, która adoptowała chłopaka. Nie zrażajcie się symboliką - jej lekkość i subtelność plasuje „Gribiche'a" bardziej w okolicach feel good movie niż gdzieś przy melodramatach.

Ale przede wszystkim to film o rodzicielskiej (tutaj: matczynej) miłości, której siła wznosi się ponad status materialny bohaterów, udowadniając, że nie on stanowi o jej wielkości.

Wszystkiego najlepszego wszystkim mamom 


„Upadający kot" (1894), reż. James Searle Dawley

„Upadający kot" (1894), reż. James Searle Dawley

Z okazji #caturday pierwszy (umownie) kot w historii filmu.

Autorem „Upadającego kota" jest Étienne-Jules Marey francuski naukowiec, któremu zawdzięczamy spore odkrycia w dziedzinie kardiologii.

Étienne-Jules jest uznawany za jednego z ojców fotografii i jednego z najbardziej wpływowych pionierów kina. To jego dorobkiem inspirowali się bracia Lumière czy Thomas Edison.

Wynalazł chronotograf, urządzenie przypominające pistolet, które pozwalało na wykonanie dwunastu klatek na jednym obrazie. „Upadający kot" jest wykonany właśnie za pomocą chronotografu. Każdy z nas zadaje sobie pytanie "Czy koty są płynem?", "Czy koty ZAWSZE upadają na cztery łapy?", itp. Étienne-Jules zapewne też zadawał sobie takie pytania kiedy przystępował do realizacji filmu. Ba! "problem spadającego kota" i "odruch prostowania kota" to naukowe terminy (serio, skopiujcie sobie do gugla, koty obracają się na planie trójkąta IKS DE). Kiedy sobie pomyślę ile razy ten kociak był podnoszony na różne wysokości i opuszczany plecami w dół... wyrażenie "męczenie kota" nabiera nowego wymiaru


„Frankenstein" (1910), reż. James Searle Dawley

„Frankenstein" (1910), reż. James Searle Dawley

15 listopada 2018 roku, The Library of Congress wydało nową, odrestaurowaną wersję „Frankenstein".

Dzisiaj mija 142 rocznica urodzin Jamesa Searle'a Dawley'a, reżysera pierwszej filmowej adaptacji książki Marry Shelley „Frankenstein".

Searle, był uczniem Edwina Portera, jednego z największych pionierów filmowych w historii (pisałem o nim tutaj: „The night before Christmas”). Ostatecznie preferował metody kręcenia zgoła odmienne od swojego mistrza. Porter lubował się opowiadaniem historii za pomocą języka filmu, głównie przez cięcia montażowe oraz zbliżenia. Searle wolał natomiast kamerowanie statycznymi, długimi ujęciami, redukując cięcia do minimum. Nadawało to jego filmom klimat przedstawień teatralnych.
Edison, dla którego studia „Frankenstein" był kręcony, stworzył specjalną grupę cenzorską, która miała eliminować z treści powstających u niego filmów elementy mogące zbytnio szokować ówczesną publiczność. Jednak filmowi Searle'a wcale to nie pomogło w recepcji u widowni a przez to w kinowym sukcesie. Pomimo ciepłego przyjęcia przez krytykę filmową, dla publiczności tajemniczy mistycyzm, którym jest przesiąknięty film stał się bardzo problematyczny i błyskawicznie o nim zapomniano.
Dopiero po latach możemy docenić ten film. Poza wspomnianym mistycyzmem (potwór Frenkesteina, jako odbicie skrytych pragnień doktora, potwór jako postać tragiczna) zachwyciło mnie w jak fantastyczny sposób Searle poszerzył przestrzeń kadrową, ustawiając wielkie lustro w takim miejscu, żeby kamera z operatorem nie byli w nim widoczni. Następnie to samo lustro w finale służy bardzo pomysłowemu efektowi specjalnemu, który doprecyzował symboliczny wydźwięk filmu.


„Wyjście robotników z fabryki" (1895), reż. bracia Lumière

„Wyjście robotników z fabryki" (1895), reż. bracia Lumière

Czy może być lepszy film z okazji piąteczku niż „Wyjście robotników z fabryki" od braci Lumière z 1895 roku?

Są trzy wersje tego filmu. Ta, którą zamieszczam to wersja z dwoma końmi w zaprzężonymi do powozu. Uznałem, żew taki dzień musi być na bogato. Wersje biedniejsze (z jednym koniem i bez żadnego konia), nie nadają się do zamieszczenia tutaj, kiedy świętuje się weekendu początek.
Co więcej: Film ten miał swoją premierę 22 marca w roku 1895, ale był również pokazywany 28 grudnia tego samego roku. Tego dnia była sobota  Podczas symbolicznych narodzin kina, które nastąpiły w weekend, widzowie oglądali robotników mających fajrant. I taką symbolikę to ja szanuję 


„Uśmiechnięta Pani Beudet" (1923), reż. Germaine Dulac

„Uśmiechnięta Pani Beudet" (1923), reż. Germaine Dulac

Skoro #czwarteczek, to feminizm. Bo czemu nie.

Film, który linkuję o ironicznym, biorąc pod uwagę fabułę, tytule wyreżyserowała jedna z najbardziej kreatywnych twórczyń epoki kina niemego, Germaine Dulac. Ironicznym, gdyż tytułowa bohaterka ani razu w filmie nie uśmiecha się, co doprowadza do wściekłości jej męża. Co jest tylko jednym z punktów, na długiej liście co panu Beudet w jego żonie nie odpowiada. Jego ciągłe niezadowolenie, doprowadza bohaterkę do ostateczności.

Dulac zainteresowała się kinem, za namową Stasi Napierkowskiej, słynnej towarzyszki filmowej Maxa Lindera.

Jej drugim najważniejszym filmem jest „Muszelka i Pastor" - jeden z pierwszych filmów surrealistycznych w historii kina.

To jeden z pierwszych wyraźnie profeministycznych filmów w historii kina. Bardzo lubię do niego wracać (pomimo karykaturalnej postaci męża). To kino jednej aktorki. Germaine Dermoz w roli pani Beudet, jest absolutnie rewelacyjna. Jej minimalistyczna mimika, czyni w mojej opinii, film Dulac ogromnie immersyjnym. Pani Beudet jest osobą o zdeptanej osobowości, bez szans na rozwijanie swoich zainteresowań. Dulac nie zdecydowała się na tanie szokowanie. Jej bohaterka nie jest kobietą, która nienawidzi mężczyzn. To doprowadzona na skraj rozpaczy osoba, która próbuje ratować siebie. Nie dający nadziei finał nadaje  smutnie aktualne przesłanie.


20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień szósty i siódmy

20. Kino Na Granicy / Kino Na Hranici - dzień szósty i siódmy

Na zdjęciu moje cieszyńskie zdobycze (które mnie cieszą, rzecz jasna) i Gracjan. Kociak i zdobycze leżą na poduszkach. Kupiłem je u pani, która sprzedaje je za śmieszne dwa złote za sztukę. Pani przesiaduje na ulicy Głębokiej w Cieszynie. Często od godziny dziesiątej, przy księgarni Mole Mole, ale też nie zawsze. Trzeba wypatrywać. Cieszynianie i drodzy turyści odwiedzający to piękne miasto: pomóżcie tej pani i kupujcie te poduszki. Każda z nich służy mi i moim kotom, kiedy siedzimy na twardych krzesłach. Pomóżcie tej Pani uzbierać na potrzebne leki, na których kupno nie może sobie pozwolić z pieniędzy z renty. Dobre słowo i chwila wolnego czasu na pewno też będą pomocne.

W czwarteczek było #króciutko, jednocześnie #szybciutko. Bardzo krótkie seanse, ale przerwy między projekcjami były tak krótkie, że obiad zjadłem dopiero o godzinie dwudziestej #sohealthy #zyciefestiwalowicza.

1. „Książę i Dybuk" (2017), reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski  – Jedna z pozycji na moim stosie wstydu sprzed dwóch lat. Niesamowity portret wyalienowanego pasjonata, Miszo Waksa, znanego bardziej jako Michał Waszyński. A był to człowiek fascynujący i tajemniczy, którego życie przebiegało prawdopodobnie pod znakiem ciągłej autokreacji i wyparcia swojego „ja”. Piszę „prawdopodobnie”, gdyż mnóstwo informacji nie jest podana jako stuprocentowy pewnik. Aura tajemnicy unosząca się nad postacią reżysera czyni ten film trzymającą w napięciu opowieścią o tytanie pracy, który był jednocześnie (idąc za Piotrem Czerkawskim) rzeczywistym wcieleniem Zeliga. Niewiera i Rosołowski wykonali potężny risercz, by wydobyć na światło dzienne fotografie i wspomnienia pojedynczych osób, które pamiętały jeszcze Waszyńskiego.

2. Drugi blok krótkich metraży Jana Švankmajera – w sobotę zobaczyłem cztery filmy: „Ogród" (1968), „Mieszkanie"(1968), „Don Juan" (1969), oraz „Zamek Ontarntski (1977). W drugim bloku znalazło się pięć „szortów”: „Upadek domu Usherów" (1980), „Wymiary dialogu" (1983), „Wahadło, studnia i nadzieja" (1983), „Koniec stalinizmu w Czechach" (1990), „Jedzenie" (1992).

I to właśnie ta ostatnia pozycja przypadła mi szczególnie do gustu. Odebrałem ją jako przezabawną krytykę kapitalizmu, przez pryzmat trzech posiłków: śniadania, obiadu i kolacji. Śniadanie to tutaj wyzysk człowieka przez człowieka. Obiad to szpila wbita w różnice klasowe, gdzie niższe klasy próbują bezskutecznie aspirują do wyższych poziomów drabiny ekonomicznej, podczas gdy bogatsi głodni sukcesów, choćby po trupach osiągną swój cel. Kolacja z kolei jest tutaj satyrycznym przedstawieniem snobizmu i wynikającego z niego ekshibicjonizmu wyższych klas społecznych.
To moja interpretacja a przecież każdy ma swój surrealizm. Napiszcie w komentarzach czym dla Was jest „Jedzenie" Švankmajera!

3. „Love express. Zaginięcie Waleriana Borowczyka" (2018), reż. Kuba Mikurda – to kolejna poważna zaległość w zakresie dokumentów z ostatnich lat. Podszedłem do tego filmu będąc kompletnie zielonym ze znajomości twórczości Borowczyka. Pomimo, że jest to jeden najważniejszych twórców nurtu surrealizmu (nie tylko filmowego) w Polsce, jego dorobek filmowy zupełnie mnie jako widza ominął. I jako zachęta do zapoznania się z jego filmami ten dokument sprawdza się doskonale. Z filmu Mikurdy wyłania się człowiek, którego ogromne pokłady kreatywności zniszczyły oczekiwania producentów. Łatka „reżysera filmów soft porno”, którą reżyser w LOVE EXPRESS stara się zerwać, ciążyła Borowczykowi do końca jego kariery filmowej. Świetny film o fascynującej osobie. Z wielką chęcią zasiadłem do seansu „Dzieje grzechu" w dniu następnym.

Ostatni dzień Kinie Na Granicy. I tylko dwa filmy.

1. „Coś z Alicji" (1988), reż. Jan Švankmajer – ostatni film tego reżysera na festiwalu. Adaptacja książki Lewisa Carrolla, w formie sennej mary na oko dziewięcio~, dziesięcioletniej Alicji. Koszmar będącej u progu dojrzewania dziewczynki najeżony jest subtelnymi, acz wywołujących dyskomfort odwołaniami do Freuda*. To był ten seans, na którym stwierdziłem, że tak długi odpoczynek od surrealizmu sprawił, że moje ulubione filmy Švankmajera to te najbardziej przystępne w odbiorze (czyt. „najłatwiej poddające się szybkiej i prostej analizie). Jednak po przeczytaniu artykułu Adriany Prodeus na łamach kwietniowego wydania Kina przypomniałem sobie, dlaczego tak bardzo fascynuje mnie ten nurt w kulturze. U jego podstaw leży wywoływanie dyskomfortu, szokowanie, ale przede wszystkim wymykanie się różnym próbom jego analizy. Wygląda na to, że moja podświadomość bardzo się rozleniwiła.

*Książkowe przygody Alicji bywają interpretowane w duchu Freuda, jako seksualne dojrzewanie młodych dziewczyn. Fascynujący trop.

2. „Dzieje grzechu" (1975), reż. Walerian Borowczyk – Jeden z tych filmów, które doceniam za niesamowitą spójność realizacyjną, scenariuszową, aktorską, a jednak jego estetyka nie do końca do mnie przemówiła. Film Borowczyka odebrałem jako groteskową dekonstrukcję kruchego męskiego ego, o przewrotnie profeministycznym wydźwięku. I wszystko mi się tu składa i do siebie pasuje, nic nie zgrzyta a jednak barokowa poetyka zupełnie do mnie nie trafia. Co mnie irytuje, bo nie potrafię tego rozgryźć. Może konieczny jest kolejny seans, żeby docenić tę barokową estetykę?
Wiem jedno: przeczytaniu recenzji Michała Oleszczyka, nabrałem ochotę na powtórny seans: „CARNAL KNOWLEDGE: "STORY OF SIN" COMES TO BLU-RAY". Może i Was zachęci do obejrzenia (w całości na YouTube), po jego lekturze tego tekstu.