uśmiechający się mężczyzna

23 lutego - Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją

„Max, victime du quinquina" (1911), reż. Max Linder, Maurice Delamare

23-go lutego miał miejsce Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją.

Król Slapsticku, czyli francuski aktor Max Linder, również cierpiał na przewlekłą depresję. Miał wszystko. Był największą gwiazdą filmową w tamtym okresie. Zawsze o krok przed konkurentami. Swego czasu był nawet przymierzany na największego zagranicznego konkurenta Chaplina. Ale Wielka Wojna oraz klapy frekwencyjne jego kolejnych filmów w Stanach i związane z nimi kryzysy twórcze nie pomogły w osiągnięciu celu, którym był międzynarodowy sukces na miarę wspomnianego Chaplina.

Postęp, który można zaobserwować w leczeniu choroby jaką jest depresja, od czasów kiedy aktor na nią cierpiał, jest niewątpliwie ogromny. Czy słyszał wtedy: "Ogarnij się?", "może wyjdź na spacer do ludzi?", "masz miliony, a ty ciągle marudzisz"? Możliwe. Wtedy mogłoby to być zrozumiałe, ze względu na brak wiedzy. Czemu więc takie wyrazy "wsparcia" pojawiają się ciągle dzisiaj, w odpowiedzi na słowa kiedy, ktoś zwierza się z cierpienia? Lenistwo, przekora, „poprzewracane w dupie", itd. Tymczasem przyczyną mogą być czynniki biologiczne, hormonalne, genetyczne, traumy i wiele innych.

Zapraszam do obejrzenia przezabawnego filmu „Max, victime du quinquina" (1911), uznanego przez jednego z największych krytyków filmowych i reżyserów w historii, Jeana Mitry'ego, za arcydzieło w filmografii Lindera.

PS Trzeba wziąć poprawkę, że tytuł przełożony na polski to „Max, ofiara quinquina". Chodzi o trunek na bazie chininy, który kiedyś był regularnie stosowany jako napój na wzmocnienie organizmu. Natomiast w linkowanym filmie napisane jest, że receptą lekarza był kieliszek wina z tonikiem, co nie jest prawdą. Max po prostu myli quinquina ze zwykłym winem.


cmokający się kobieta i mężczyzna

„Pocałunek" (1896), reż. William Heise - pierwszy pocałunek w filmie

„Pocałunek" (1896), reż. William Heise - pierwszy pocałunek w filmie

"Panie Klatek, Walentynki się zbliżają. Daj Pan jakiś krótki film na randkę" - piszecie ostatnio w listach do mnie. Nie wiem kto dzisiaj pisze listy, ale szanuję Was za to.

Walentynki. Święto lukru, demoralizacji duchowej i ogólnej degrengolady. To może jakieś krótkie porno? Liczę na kliki. Jakiś czas temu, a dokładniej o tutaj: Execution of Mary Stuart, wspominałem o panu Heisie, który w tamtym filmie był operatorem kamery.

Heis był też reżyserem. Jest autorem jednego z najbardziej skandalicznych filmów w niemowlęcej fazie kina pt. „The Kiss" (1896). I kiedy piszę "jednym z najbardziej skandalicznych" nie jestem pewien czy faktycznie nie był wtedy "największym" po prostu. Skoro w jego sprawie musiał interweniować Watykan (oskarżenia o pornografię), a Newsweek umieścił go na drugim miejscu największych skandali filmowych wszech czasów, to coś musiało być na rzeczy KLIK

Heise, kiedy w studio Edisona wynaleziono bardziej mobilny aparat zdjęciowy, skupił się na tym co najbardziej go fascynowało - na rejestracji rzeczywistości. Był jednym z pierwszych filmowców, którzy "wyszli" z kamerą w miasto. Jednak najsłynniejszym dokonaniem jest „The Kiss". Film jest ekranizacją jednej ze scen broadway'owskiej sztuki „The Widow Jones".

Jest też pierwszym udokumentowanym na taśmie filmowym pocałunkiem w usta. Prawdopodobnie jest też filmem, w którym dwójka ludzi najdłużej styka się policzkami.

„The Kiss" jest dostępny za darmo na archive.org. Czyli co? Archive.org and chill?  🌶  📺


kobieta z dwójką dzieci, jedno z nich trzyma na rękach

„Ingeborg Holm" (1913), reż. Victor Sjöström

„Ingeborg Holm" (1913), reż. Victor Sjöström

Moje życie to mniej lub bardziej świadome poszukiwanie równowagi. Zacząłem od najbardziej radykalnego ale jednak klasycznego podziału: jako kinomaniak poszedłem na studia mechaniczno-górnicze. Oparłem się wtedy pokusie pójścia na kulturoznawstwo.

Kiedy poszukiwałem swojej niszy, poszedłem na całość: postanowiłem skupić się na niemej burlesce filmowej. Nisza niszy.
Kiedy zacząłem intensywniej eksplorować „bezdźwiękowe" rejony kina los podsunął mi „Ingeborg Holm". Jeden z pierwszych filmów reżysera, którego twórczość inspirowała Bergmana - Victora Sjöströma.
Moja filmowa dusza chyba miała dość tortów lokowanych na twarzach innych ludzi, kopniaków, ucieczek, itd. Potrzebowała pocierpieć sobie.
Nigdy nie czułem się tak przewalcowany emocjonalnie przez kino nieme. Historia matki trójki dzieci, na którą spada ogromne nagromadzenie katastrof - umiera mąż, popada w długi, opieka społeczna odbiera jej dzieci - trafia jako Hiob, poniżona i sponiewierana do nizin społecznych.
Tytułowa bohaterka żyje w świecie, gdzie panujący porządek ustanawia bezduszny aparat państwowy oraz (prawie) kompletny brak ludzkiej solidarności. Wszystko jest tu ograne na minimalistycznej (jak na kino nieme) grze aktorskiej i zaskakująco małej ilości plansz dialogowych. To ostatnie szczególnie sobie cenię w filmach sprzed przełomu dźwiękowego - dobitność przekazu. Pokazuje się tylko te linijki scenariusza, które są niezbędne do zrozumienia fabuły.
Wykończył mnie ten film. Polecam, ale w towarzystwie wina, wódki czy czegoś innego co będzie Wam ryjoki wykrzywiać, kiedy oczy będą spijać w tym czasie gorycz z ekranu. Ja w tym czasie przywrócę sobie wewnętrzną równowagę i obejrzę trochę slapsticku.


Krótkie recenzje trzech czarno-białych nowości

Krótkie recenzje trzech czarno-białych nowości

Nie sądziłem, że tak bardzo mi będzie brakować tego uczucia kiedy składam kolejne zdania do pisania tekstów okołorecenzenckich.

W niekrótkim odstępie czasu obejrzałem niedawno trzy współczesne, czarno-białe filmy. Dwa wybitne a jeden narracyjnie kulejący, ale ciągle bardzo dobry. W każdym z nich wybór (bo to zawsze jest wybór), by kręcić nie-kolorowy film był podyktowany innymi pobudkami i w inny sposób wybór ten współpracował z historią.

Znalezione obrazy dla zapytania: roma 2018

„Roma" (2018), reż. Alfonso Cuarón. Bolesny i drażniący. Zrealizowany tak, żeby wzbudzić w widzu złość na dystans, który wprowadza między nim a wykreowanym światem i bohaterami. I rozumiem doskonale zarzuty ludzi, którym ten film nie przypadł do gustu. Bo całość, wespół z czarno-białymi kadrami, jest przeniesieniem na ekran niemocy, złości na widok braku komunikacji między postaciami z różnych sfer/klas społecznych. Współczesne filmy rzadko biorą na tapet niemożność porozumienia się kobiet między różnymi klasami. Tutaj zostało to jednak pokazane idealnie, co bardzo doceniam. Kapitalizm tworzy bariery? No jasne, ale w dobie III fali feminizmu (nie było manifestu, ale to taki mój skrót myślowy) owe bariery nabierają nowego, gorzkiego wymiaru. Jednocześnie bardzo mnie ujmuje, kiedy kino zajmuje się cierpieniem i troskami tych, o których tak często zapominamy - tych z najniższych warstw społecznych czy tych którzy ucierpieli w wyniku wojen (pośrednio lub bezpośrednio). Dlatego jedną z moich ulubionych scen jest ta, kiedy kamera zatrzymuje się na kobiecie trzymającej w ramionach prawdopodobnie już martwego mężczyznę. Kobieta woła o pomoc. Wszyscy wokoło uciekają w popłochu. Żadnego zbliżenia na tę kobietę. Tylko dystans.

spacerująca para„Zimna wojna" (2018), reż. Paweł Pawlikowski. Tak jak rozumiem brak zrozumienia dla zachwytów nad filmem wyżej, tak zarzutów w kierunku filmu Pawlikowskiego nie pojmuję. Czy bohaterowie są od tego, żeby ich lubić? Czy film jest od tego, żeby pieczołowicie dokumentować rzeczywistość świata, w której dzieje się jego akcja? Film jest niesamowicie skondensowaną, emocjonalnie piekielnie precyzyjną i alegoryczną historią uczucia niemożliwego. Uczucia okrutnie toksycznego, osadzonego w zimnowojennych realiach powojennej Europy. I tak do połowy myślałem sobie "no, takie solidne 7/10". A potem przyszedł finał. I wywindował "dziewiątkę". Zakończenie dopełnia i zabawnie puentuje, unikając „coelhizmów”. Zachwyca również scenariusz gorzko komentujący rzeczywistość po obu stronach żelaznej kurtyny, z którą muszą się mocować główni bohaterowie - lizanie tyłków w komunizmie niewiele różni się od tej samej czynności w demokratycznym, zachodnim świecie dla Polaków. Mimo, że bohaterowie składają się głównie z niedopowiedzeń, nie czułem niekonsekwencji. Odczułem to raczej jako zaproszenie do zabawy, by samemu sobie „złożyć” postać. Tym bardziej, że role te są zagrane na mistrzowskich nutach. Relacja bohaterów granych przez Kulig i Kota jest przykładem, że każdy emocjonalny krwiopijca potrzebuje swojej ofiary - człowieka, którego będzie mógł wodzić za nos. Każda ich ekranowa konfrontacja powoduje zagęszczenie powietrza wokół i zawłaszcza cały kadr. Wszystko jest tu soczyste, skondensowane... i smutne. Każdy gest, spojrzenie, nawet pocałunki, które wyglądają tak jakby kochankowie chcieli się wchłonąć wzajemnie, są naznaczone cierpieniem, którego nie sposób przeskoczyć.

Znalezione obrazy dla zapytania: good night and good luck

„Good night and good luck" (2005), reż. George Clooney. Film sprzed trzynastu lat stał się dzisiaj aktualny w ciekawy sposób. Może stać się kolejnym przykładem tego, że historia kołem się toczy i będziemy niebawem potrzebować kogoś takiego jak dziennikarz Edward Murrow – człowieka z poczuciem misji, który weźmie na swoje barki odpowiedzialność za niesienie informacji nieskażonej paranoją i cenzurą. Film ciągle całkiem nieźle się broni. Ma problem z brakiem punktu kulminacyjnego i natłokiem dokumentalnych wstawek (przez co miałem wrażenie, że momentami oglądam rewelacyjnie zrealizowany pełnometrażowy dokument historyczny Wołoszańskiego). Ale ciągle jest to mistrzowsko nakręcony (praca kamery!) film o misji jaką pełnią mass media. W kontekście współczesnej "ery natłoku informacji” ciekawie ogląda się film, który dzieje się w czasach, jak to określiła moja Luba, kiedy „przejmowano się tym, co widzowie zobaczą na swoich kineskopach”. Ekipa redaktorów w telewizji CBS stale poszukuje różnych odcieni szarości, ukrywających się w historiach osób, które aparat dekomunizujący McCarthy’ego usilnie starał się ignorować. Świetnie współgra to z klaustrofobiczną pracą kamery. Przez cały film nie zobaczymy nic ponad duszne i ciasne pomieszczenia wspomnianego studia. Efekt ten wzmacnia czarno-biała kolorystyka filmu, która mocno podkreśla mimikę aktorów. Szczególnie postaci Murrowa, granej przez Strathairna (Oscar za pierwszoplanową rolę), którego kolejne próby ukrywania nerwowości po zakończonych nagraniach, mogą być analizowane na poszczególnych stopklatkach.


kobieta przygotowana na ścięcie głowy; kadr czarno biały

„Execution of Mary Stuart" (1895), reż. Alfred Clark

„Execution of Mary Stuart" (1895), reż. Alfred Clark

W okresie około świątecznym pisałem  o filmie w reżyserii jednego z pionierów kina, Edwina Portera, który nakręcił go dla Thomasa Edisona. O kontrowersjach, które narosły wokół postaci tego wynalazcy napisano już wiele, natomiast nie da się zaprzeczyć, że przyłożył on rękę do najbardziej przełomowych dzieł w historii kina.

Jednym z nich był „Execution of Mary Stuart". Wczoraj wspominałem, że jest on ze wszech miar wyjątkowy. Przede wszystkim to pierwszy film, w którym montaż potraktowano jako efekt specjalny w celu oszukania widza. Tylko, jeśli przyjrzymy się dokładnie w pewnym momencie widać cięcie montażowe. Postać tytułowej Mary Stuart zastąpiona została przez kukłę, której kat chwilę później [SPOILER!!!] ścina głowę. Pamiętam, że kiedy obejrzałem ten film pierwszy raz, naście lat temu (a zaraz potem kilkanaście razy z rzędu, analizując klatka po klatce), spędziłem trochę czasu w przedpotopowym internecie, żeby sprawdzić czy to nie jest aby film dokumentalny*. Ubytki taśmy, wyglądające jak cięcia montażowe z dzisiejszej perspektywy, wyglądają jak coś całkowicie normalnego i to pojedyncze, najważniejsze cięcie bardzo łatwo przeoczyć. Jest to o tyle niesamowite, że film działał tak samo na widzów w momencie premiery, jak na widzów współczesnych. Widownia w trakcie premiery 18 sierpnia 1895 roku naprawdę uwierzyła, że na planie ścięto człowiekowi głowę. Mówiąc współczesnym językiem - dała się strollować. Czy wśród wyznawców teorii spiskowych istniało wtedy wyrażenie „w piątej sekundzie widać cięcie!"?

Oprócz tego był to pierwszy film zatrudniający wykształconą ekipę filmową i profesjonalnych aktorów. And last but not least jak donosi Moja Szkocja, jest to pierwszy a zarazem najkrótszy film o Szkocji.

W najbliższym czasie opiszę pokrótce postaci operatora Williama Heise i reżysera Alfreda Clarka „Execution...". Wydają mi się bardzo ciekawymi osobami. Stay tuned!

* Na lekcjach historii nie zahaczyliśmy o Wielką Brytanię, poza Wielką Schizmą. Nie wiedziałem wtedy, że nie było wielkich szans na to by sfilmować rzeczywista egzekucję, która miała miejsce 8 lutego 1587 roku.


mężczyzna z dzieckiem siedzą na schodach

„Brzdąc" (1921), reż. Charles Chaplin - sceny usunięte

„Brzdąc" (1921), reż. Charles Chaplin - sceny usunięte

 

16 grudnia wygłosiłem prelekcję w ramach świątecznego pokazu Klub Filmowy Ambasada. Dotyczyła ona filmu „Brzdąc", której tekst znajdziecie tutaj: Brzdąc (1921) – tekst prelekcji z 16 grudnia 2018 W jej trakcie powiedziałem, że w latach '70 Chaplin przemontował wiele swoich filmów w tym i „Brzdąca".

W końcu Luba znalazła czas na zmontowanie filmu z wyciętymi scenami. Enjoy!

Sceny te mocno (może za wyjątkiem pierwszej z nich) zmieniają wydźwięk filmu, na jeszcze bardziej dramatyczny. Dlatego też Chaplin skrócił go o prawie 15 minut, czyniąc go bardziej komediowym niż w oryginale.

Oryginalną wersję, w całości można obejrzeć z polskimi napisami tutaj: https://archive.org/details/Brzdac1921


uśmiechający się Święty Mikołaj ze starego filmu

„The night before Christmas" (1905), reż. Edwin S. Porter

„The night before Christmas", reż. Edwin S. Porter, 1905

Czas na ostatni świąteczny post. Tym razem „The night before Christmas", w reżyserii jednego z największych pionierów kina Edwina S. Portera, który nakręcił go dla jednego z najbardziej kontrowersyjnych naukowców przełomu XIX/XX wieku - Thomasa Edisona.

Kojarzy ktoś pierwszy western w historii „Napad na express" z 1903 roku? To arcydzieło filmowej dramaturgii nakręcił właśnie Porter. Za dr. Rafałem Syską: "[Porter] uznał mianowicie, że dla widzów najważniejsza jest umiejętność opowiadania emocjonujących fabuł, a nie tylko rejestracja ruchu".

„The night before Christmas", nie jest najwybitniejszym osiągnięciem Portera w karierze, ale ma swój urok. Szczególnie w popisowej sekwencji przejazdu saniami z Bieguna Północnego do miasteczka. Sam film jest pierwszą adaptacją wiersza pt. „Visit from St. Nicholas", którego autorstwo przypisuje się Clementowi Moorowi (do poczytania: https://poets.org/poem/visit-st-nicholas). Wiersz ten ukształtował tradycję rozdawania prezentów świątecznych w amerykańskiej społeczności. Jednocześnie jest jednym z najsłynniejszych tekstów w historii amerykańskiej poezji.

Na archive.org dostępny jest film dokumentalny o twórczości Edwina S. Portera - „Before Nickledeon: the early cinema of Edwin Porter", z 1982: Before The Nickelodeon. Przyznaję, trudny w oglądaniu dokument, dla kogoś przyzwyczajonych do „czystych" kadrów, bez żadnych zakłóceń, pasków, plam, itp. Natomiast jeśli postaracie się to zaakceptować, to okaże się, że narracje z offu (kogo tu nie słychać! Blanche Sweet, aktorkę, która grała w filmach produkowanych przez Edisona, Milosa Formana, czy Richarda Linklatera!) są bezcennym komentarzem analitycznym, podobnie jak w „Braciach Lumiere", sprzed dwóch lat. Warto się przemóc.

PS Porter korzystał w swoich filmach z osiągnięć Meliesa. Muszę w końcu zrobić sobie przegląd jego filmów.
PS2 Film, który wstawiłem nie ma dźwięku. Możecie, więc puścić w tle swoje nuty. Ja słuchałem sobie w tle The Jazzual Suspects. Szczególnie „Infacto" wydało mi się tutaj pasować doskonale  Dajcie znać czego Wy słuchaliście 


kadr ze starego filmu ze świętym mikołajem

„Santa Claus"(1898), reż. George Albert Smith

„Santa Claus"(1898), reż. George Albert Smith


Trudno znaleźć slapstickowy film niemy, którego głównym tematem byłyby święta Bożego Narodzenia. Natomiast im bliżej Wigilii tym częściej piszecie w listach: "Panie Klatek! Kiedy Święty Mikołaj pierwszy raz pojawił się na ekranie?"

Już spieszę z odpowiedzią.

Otóż Święty Mikołaj pojawił się pierwszy raz w filmie z 1898 roku pod tytułem „Santa Claus", a jakże. Film jest niesamowicie nowatorski jak na tamte czasy. Brytyjski reżyser George Albert Smith (o którym za chwilę) wykorzystał tutaj podwójną ekspozycję, w momencie kiedy jednocześnie widać dziecięce łóżko oraz wydzieloną, okrągłą część ekranu, w której widać Mikołaja z prezentami, idącego po dachu. współcześnie po prostu dzieli się ekran w postprodukcji. Na przełomie wieków, we wczesnych filmach taki zabieg wymagał niebywałych umiejętności. Wersji tego jak to zostało wykonane, wg badaczy kina są dwie: albo sklejono ze sobą dwa negatywy w trakcie montażu, albo wykonano drugą ekspozycję po przewinięciu taśmy. Jeśli ktoś skojarzył takie zabawy z innym pionierem kina, Georgesem Mélièsem to bardzo słusznie. Otóż Smith konsultował się z ojcem kina sci-fi w sprawie efektów specjalnych. Jego wpływ na twórczość brytyjskiego reżysera jest bardzo widoczny, m.in. w „Santa Claus" właśnie.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wpisał nazwiska reżysera do wyszukiwarki i nie zaczął szukać o nim informacji. Ależ to był gagatek (lub jak kto woli dzban). Otóż Smith oprócz tego, że był jednym z najważniejszych pionierów kina w historii filmu, był również hipnotyzerem. Występował na scenie Edmundem Gurneyem, - też kolorowa postać, swoja drogą - który pod wpływem sfałszowanych badań, (prawdopodobnie przez samego Smitha, dzięki którym budował swoją reputację jednego z najsłynniejszych hipnotyzerów) miał umrzeć w wyniku przedawkowania narkotyków.

Smith był też jednym z pierwszych filmowców, który kręcili kolorowe filmy. Opatentował Kinemacolor, skomplikowany system naprzemiennego filtrowania negatywów przez płaty kolorowej żelatyny. System nie odniósł sukcesu ze względu na koszty, które generował. Natomiast po drodze zdarzyła się kolejna „ciekawa" historia, która też kładzie się cieniem na karierze Smitha. Otóż w międzyczasie William Friese-Greene też wymyślił sposób na produkcje filmów w kolorze. Smith przewidując prawdopodobnie, że wynalazek może zakończyć jego karierę, wraz Charlesem Urbanem, który odpowiadał za dystrybucję Kinemacoloru w ich wspólnej firmie, podali Friesa-Greena do sądu za naruszenie ich patentu. Sąd oddalił ich zarzut, ze względu na to, że Biocolor został opatentowany wcześniej.

W „Santa Claus", matką dwójki dzieci jest Laura Bayley, która była prawdopodobnie pierwszą filmowczynią w historii kina. Oraz żoną Smitha - w tej kolejności (swoją drogą te dzieci w filmie to Harry i Dorothy, które były prawdziwymi dziećmi Laury i George'a). Ale jej postać pozostawię na osobnego posta.

Tymczasem wesołych i radosnych świąt wszystkim! Mokrego jajka, wesołego karpika! I pamiętajcie: torty się je a nie wzorem Chaplina, rozsmarowuje innym na ich buziach 


mężczyzna z dzieckiem siedzą na schodach

Brzdąc (1921) - tekst prelekcji z 16 grudnia 2018

Brzdąc (1921) - tekst prelekcji z 16 grudnia 2018

mężczyzna z dzieckiem siedzą na schodachPoniższy tekst jest tym, który wygłosiłem w trakcie prelekcji 16 grudnia w ramach Klub Filmowy Ambasada w katowickim Kinie Kosmos. Uzupełniłem go o kilka informacji, na które zabrakło czasu lub wypadły mi z głowy w trakcie.

Przede wszystkim bardzo mnie ucieszył widok tylu widzów. Podoba mi się, że wielu ludzi nieme kino burleski wciąż intryguje i daje nadzieje, na przyjemnie spędzony czas w trakcie seansu. Tym bardziej, iż doszły mnie słuchy, że dla kilku osób był to pierwszy kontakt nie tylko z filmem Chaplina, ale kinem niemym w ogóle.

  • Spotkaliśmy się tutaj prawie rok po seansie „Generała" w reżyserii innego króla komedii slapstickowej – Bustera Keatona. Natalia Gruenpeter mówiła wtedy podczas prelekcji, że Keaton był tą osobą, która na świat reagowała dostosowaniem się do niego. Jak powiedział badacz kina Mathieu Bouvier „był ciałem rzuconym w świat i przerzucanym z kąta w kąt”. Chaplin byłby tym, który by go tam raz za razem wrzucał. Doskonale to widać w słynnej scenie wspólnego wykonania utworu w „Światłach rampy". Calvero, grany przez Chaplina zaczyna nagle przyspieszać grę na skrzypcach. Postać Keatona, która gra z kolei na pianinie, próbuje się dostosować, co skutkuje rozsypaniem nut i „małą katastrofą”.
  •  Okoliczności powstania „Brzdąca"
    - „Brzdąc" był jednym z ostatnich filmów wyreżyserowanych dla wytwórni First National (łącznie zrobił dziewięć filmów, po „Brzdącu” były jeszcze „Nieroby”, „Pielgrzym”, „Dzień wypłaty”). Tworzony był pod ogromną presją czasu (co wywołało chwilowy kryzys twórczy u reżysera), ze względu na to że w międzyczasie wespół z Mary Pickford, Douglasem Fairbanksem, Davidem Griffithem w styczniu 1919 roku założyli wytwórnię filmową United Artists, przewidując, że wielkie molochy będą forsować niekorzystne dla twórców warunki.
    - był to pierwszy pełnometrażowy film w reżyserii Chaplina a zarazem jeden z pierwszych pełnometrażowych filmów burleskowych w kina w ogóle. Komedie pełnometrażowe były już kręcone wcześniej, jak chociażby „Erotikon" Mauritza Stillera z 1920 roku. Natomiast twórcy komedii slapstickowych mieli problem, by taką poetykę „rozciągnąć" do długiego metrażu. Konieczność umotywowania kolejnych gagów wymuszała obudowanie ich fabułą, co dotychczas nie zawsze w burleskach było konieczne. Pełny metraż, który w innych gatunkach, był już od dawna standardem, dla twórców komedii slapstickowych wciąż był problematyczny. W przypadku „Brzdąca", coś co początkowo miało być krótkim metrażem, zaczęło się rozrastać do pełnego, czego Chaplin nie przewidział. Budżet filmu wyniósł 0,5 mln $. Zażądał od First National 1,5 mln $ za odsprzedanie praw. Przedstawiciele wytwórni zgodzili się dopiero po postawieniu ultimatum - „albo dajecie 1,5mln zielonych, albo nie dostaniecie filmu w ogóle".
    - w obliczu pogarszającego się stanu zdrowia psychicznego matki Chaplina, jego przybrany brat Sydney, podjął próbę sprowadzenia jej do Stanów. Chaplin się nie zgodził, bo wiedział, że będzie to zbyt traumatyczne dla niego spotkanie. Do czasu ukończenia „Brzdąca" mieszkała w nadmorskim kurorcie w Anglii.
    - 10 lipca 1919 - umiera Norman Spencer, syn Chaplina, urodzony jako kaleka 7 lipca. Bardzo to załamało reżysera, ale już miesiąc później rozpoczął przesłuchania do tytułowej roli.
    - Chaplin rozwodził się z Mildred Harris, której długi język wykorzystywała prasa w celu zdobycia „sensacyjnych” materiałów do artykułów, które później wykorzystywali prawnicy Harris przy kolejnych próbach wyciągnięcia z Chaplina jak największej ilości pieniędzy na ugodę,
  • O filmie „Brzdąc"
    - Marcel Martin w swojej monografii o Chaplinie napisał, że około 1930 roku aktor miał powiedzieć do Eisensteina, że gardzi dziećmi. Natomiast David Robinson w najlepszej biografii mistrza burleski (wydanej również w naszym kraju pod tytułem „Chaplin. Jego życie i sztuka" (wyd. PIW Wa-wa 1995) napisał, że według słów matki Jackiego Coogana, (tytułowy Brzdąc) Chaplin urywał się z planu razem z jej synem na całe godziny, żeby się z nim bawić. „Ludziom w wytwórni trudno było oprzeć się wrażeniu, że Jackie zastąpił mu zmarłego synka” - dodaje Robinson. Dlaczego o tym mówię? Biografia Chaplina, szczególnie mając dzisiejszą wiedzę o nim, obfituje w masę sprzeczności. Na przykład Robinson w swojej książce umieścił bardzo rozbudowane drzewo genealogiczne rodu Chaplinów. Tymczasem jak się okazało dwanaście lat temu, Chaplin mógł celowo ukryć fakt, że urodził się w obozie cygańskim. Jeżeli okazałoby się to prawdą, spora część tego rodowodu może być nieprawdziwa. Chaplin aniołem w życiu prywatnym nie był na pewno, ale kiedy czytam w kolejnym artykule znaną plotkę (powieloną całkiem na poważnie), że aktor miał rzekomo ponad dwa tysiące kochanek, to wzbiera się we mnie pusty śmiech.*
    - jak prawie każdy film Chaplina zawiera w sobie wątki autobiograficzne, lub nawiązania do osobistych przeżyć – poddasze (tzw. mansarda) zostało w filmie bardzo dokładnie odtworzone na wzór tej, w której Chaplin żył w dzieciństwie. Również słynna już scena rozstania faktycznie miała miejsce w życiu reżysera, ale wtedy Brzdącem był ośmioletni Chaplin, którego wyrwano z rąk jego matki, by następnie trafić do przytułku.
Na archive.org „Brzdąc" dostępny jest z polskimi napisami! <3

- znany francuski badacz kina, Jean-Pierre Coursodon powiedział, że gdyby usunąć z burleski gagi, zostanie czysty dramat. Doskonale oddaje to filmowy charakter „Brzdąca". Dr hab. Iwona Sowińska w „Historii kina niemego", wydawnictwa Universitasu, pisze o „Brzdącu" jako "burleskodramacie", ja z kolei traktuję go jako "dramatokomedię". Jakkolwiek byśmy ten film nie określili, nie sposób zaprzeczyć, że nie jest to typowy film w dorobku Chaplina. Natomiast jak się później okazało wymieszanie dwóch poetyk: melodramatu i slapsticku było receptą na pierwszy ogromny sukces kasowy mistrza slapsticku.
- znajduje się w filmie sekwencja snu, która intryguje badaczy kina od dawna. Zarzucano jej oderwanie stylistyczne od reszty filmu i nadmierny patos. Tymczasem jest to Kraina Snów widziana oczami człowieka urodzonego w biedzie i z elementów świata biedoty ta kraina jest ukształtowana. Moim zdaniem zdaniem jest to jedna z najbardziej uroczych wizji raju jakie widziałem w kinie. Jednocześnie ta sekwencja jest interesująca pod kątem tego jakie miała przełożenie na życie reżysera „Brzdąca". Otóż Lilita Murray (później Lita Murray, istnieją niepotwierdzone plotki, że była prawdopodobną inspiracją dla Nabokova dla stworzenia Lolity), która w filmie gra wodzącą na pokuszenie anielicę, 4 lata później w wieku 16 lat została żoną Chaplina. Wystąpiła z nim jeszcze w „Gorączce złota”.

  • „Brzdąc" a wizerunek dzieci w kinie niemym
    - nie jest niczym niezwykłym, że dziecko pojawiło się na ekranie w tamtym czasie. Już francuska wytwórnia Gaumont wydała serię około kilkudziesięciu filmów z chłopcem o imieniu Bout de Zan, postać granym przez René Poyen'a odkąd miał 4 lata.
    - po premierze „Brzdąca" Jackie Coogan został wielką dziecięcą gwiazdą kina. Co również nie było pierwszym takim przypadkiem w historii kina (chociaż zostawały nimi głównie dziewczynki). Dla przykładu inne dziecięce gwiazdy: Gladys Houlette, Helen Badgley, oraz jedna z największych gwiazd kina niemego, debiutująca na ekranie w wieku 3 lat, kończąca w tym roku 100 lat – Baby Peggy.
    To co wyróżnia „Brzdąca" na tle innych filmów z dziecięcymi aktorami w rolach głównych, to fakt, że ramię w ramię Jackie Coogan gra tutaj u boku dorosłego aktora, co nie jest częste w kinie.
  • Chaplin a kwestia japońska - co zaskakujące chaplinowska estetyka doskonale przyjęła się w Kraju Kwitnącej Wiśni.
    – wzajemne przenikanie się cierpienia i szczęścia, smutku i radości doskonale trafiło w serca Japończyków. Innym powodem było inspirowanie się przez Chaplina teatrem kabuki, co bardzo imponowało Japończykom. Jego filmy były adaptowane w formie teatru kabuki.
    - Sadao Yamanaka otwarcie czerpał z dorobku Chaplina. Jego film „The milion ryo pot".
  • Podsumowanie – „Brzdąc” pozostaje jednym z niewielu przykładów filmu, w którym dziecko partnerując dorosłemu w grze aktorskiej nie tylko dotrzymuje mu kroku, ale w niektórych momentach kradnie całą uwagę. Jednocześnie jest najbardziej wzruszającym filmem slapstickowym w historii, którego koncept wykorzystał w „Niesfornej Zuzi” John Hughes jeden z ulubionych reżyserów naszej byłej koordynatorki Patrycja Mucha , która zaangażowała mnie do Ambasady i przez ostatnie dwa lata miałem przyjemność dyskutować z Klubowiczami w charakterze członka ekipy Ambasady. Tymczasem w drugą rocznicę mojego dołączenia do tego klubu odchodzę a wszystkie wspólne chwile (w tym żenujące kartki z kalendarza i reakcje widzów) zachowam głęboko w sercu i będę wspominał jako jedne z najprzyjemniejszych w moim życiu kinomana. Do zobaczenia w Kosmosie na kolejnych seansach!

*  Muszę w tym miejscu dodać swój przypis. Piszę to w 16 grudnia, 2022 roku, Dokładnie cztery lata po wygłoszeniu powyższej prelekcji. Po tylu latach muszę się zdobyć na refleksję. Chaplin był człowiekiem pełnym sprzeczności. Z jednej strony wielkie humanista, a z drugiej tyran, który bez oporów manipulował młodymi dziewczynami i kobietami u progu dorosłości, z które nierzadko porzucał a czasem brał z nimi ślub. Szczególnie oburzająca jest historia Lity Grey, którą prasa zniszczyła, za bycie rzekomo roszczeniową i rozpuszczoną, która dybała na Wielkiego Komika, gdy tymczasem chciała by zainteresował się jej  losem i ich wspólnego dziecka. Powyższych słów nie usuwam, niech będą znakiem tego jak wiele się może zmienić w głowie kinofila na przestrzeni lat. Wtedy nie przyjmowałem do wiadomości, że człowiek, który był jedną z osób które ukształtowały moją wrażliwość i miłość do kina, może być tak okrutny. moje obecne spojrzenie na jego postać jest dalekie od tego co myślałem o nim te cztery lata temu.

mężczyzna pomalowany na czarno odbiera nagrodę

Twoja twarz brzmi znajomo - komentarz do inby

Twoja twarz brzmi znajomo - komentarz do inby

 

mężczyzna pomalowany na czarno odbiera nagrodęŹródło: fanpage programu Twoja twarz brzmi znajomo.

"Przez kilka tygodni (w I edycji przez osiem, w II – dziewięć, od III – dziesięć) osiem polskich osobowości ma za zadanie jak najwierniej odwzorować (wokalnie, ruchowo i wizualnie) wylosowane przez siebie postacie, którymi są artyści polskiego i zagranicznego rynku muzycznego." - zasady programu Twoja twarz brzmi znajomo [źródło: Wikipedia]

"(...) Biali ludzie o twarzach mocno pomalowanych utwierdzali pewne stereotypy, przywołując w czasie przedstawień zachowania kojarzone z karykaturą zachowań ludzi czarnych." [źródło: ibidem]

I w zasadzie tyle by wystarczyło za komentarz w tej sprawie... ale nie. Sprawa jest wyjątkowo śliska. Nie jest tak, że u nas nigdy niewolnictwa nie było (pańszczyzna), ani na europejskich ziemiach na przełomie wieków XIX/XX nie było zjawiska "blackface". Argument o różnicach kulturowych, który czytam w każdym artykule komentującym tę sprawę, trafia zatem w próżnię.

Minstrelsy (przedstawienia satyryczne z blackfaces), są z dzisiejszego punktu widzenia, jednym z najbardziej cringe'owych doświadczeń dla współczesnych ludzi. Co więcej są przykłady, kiedy występowali w nich Afroamerykaniehttps://tiny.pl/g39gv* - tutaj przykład tzw. "czarnego wodewilu", który działał w ramach oprawy minstrels show. Tak, był to pewien wyłom, bo w porównaniu z resztą minstrelsów mało tutaj karykatury (serio, zobaczcie sobie inne), ale nawet tutaj widać, że to rozrywka kierowana bezpośrednio do białych ludzi, których ego miało być głaskane.

To pokazuje, że "blackface" zawsze za podstawę miało parodię. Bez względu na to kto w nich występował. Imitacja Drake'a wykonana przez Bogumiła Romanowskiego i jego makijażystów nie miał zatem znamion "blackface" i moim zdaniem za taki uznać go nie można. Jasne, jest beznadziejny. Twarz typa wygląda jakby ktoś mu wyprasował balon na twarzy, ale to ciągle nie jest parodia. To próba (zaznaczam: NĘDZNA) odwzorowania rzeczywistości. Moim zdaniem występ powinno rozpatrywać się tylko w kategoriach estetycznych. Nie etycznych. Tej kobiecie, która naśladowała Adele (zapomniałem kto to był), charakteryzatorzy nie dodali kilogramów, żeby naśmiewać się z grubych ludzi. Ona została ucharakteryzowana na Adele. To już więcej problemów etycznych nastręcza alternatywna wersja Moniki z „Friendsów".

Ale...
Niedawno w Stanach Al Rooker z okazji Halloween przebrał się za Emmeta Browna z „Back to the future". Nie pomalował twarzy. Został oskarżony o rasizm. Rooker odpowiedział, że dopóki nikt nie maluje twarzy to o żadnym whiteface/blackface/asianface mowy być nie może. Idąc tokiem rozumowania wywodu, który przeczytaliście wyżej w tym poście, osobiście nie widziałbym problemu, gdyby aktor pomalował sobie twarz, bo przebiera się za konkretną postać i to tę postać starałby się imitować. Naśladownictwo byłoby po prostu dokładniejsze. No, ale skoro Rooker stwierdził, że źle czułby się z tym, malując sobie twarz, to ja nie widzę problemu. Czyli: każdą sprawę trzeba rozpatrywać indywidualnie, ale przede wszystkim konieczna jest rozmowa, wzajemny szacunek i zrozumienie.

Jeszcze na koniec: "jakiś przykład "~face", panie Klatek?" - ktoś z Was na pewno chciałby zapytać. A proszę bardzo! Pamiętacie sąsiada-Japończyka z „Śniadanie u Tiffany'ego"? Otóż grał go Mickey Rooney, ucharakteryzowany na Azjatę i jest ucieleśnieniem najgorszych stereotypów o Azjatach. Polecam film, który daje głos osobom, których ta rola w sposób obrzydliwy, z ich perspektywy, miała parodiować (kiedyś zamieścił go u siebie Bartek z Liczne rany kłute).

Natomiast nie znajduję wytłumaczenia dla inicjatyw takich jak ta: https://tiny.pl/g39rc. Główny argument jakim było podtrzymanie tradycji już się dawno wypalił, kiedy przejęli go nacjonaliści. Serio, powinno się takie inicjatywy zaorać jak najszybciej.

Tak samo jak Asia Express (hehe kolonializm taki zabawny), Damy i wieśniaczki (hehe he he) i inne takie durne programy, które tylko pogłębiają stereotypy i społeczne animozje. TTBZ jest programem słabym (albo po prostu nie jestem targetem), ale dopiero przy tych można doznać #ciarkiżenady

Więcej i sprawie Ala Rookera: https://tiny.pl/g39tb 

*Jeśli kojarzycie skądś gościa z trąbką, to sprawdźcie sobie kto grał Dicka Hallorana w „Lśnienia" Kubricka
**ale kiedy Skrzynecka ogłosiła Romanowskiego bohaterem to się posmarkałem ze śmiechu