dziewczyna umazana błotem celuje ze strzelby przed siebie

Projekt Scope100, edycja 2018 - recenzje filmów

Projekt Scope100, edycja 2018 - recenzje filmów

Wreszcie! W bólach, ale udało się w końcu złożyć ranking filmów, które obejrzałem w ramach projektu Scope100. Zadanie to do łatwych nie należało. Czy docenić oryginalny formalnie, ale trudny w odbiorze „Obraz niemożliwy", czy wybrać nagradzony „Western", bez gwarancji tak ciepłego przyjęcia jak na Nowych Horyzontach? A może uniwersalna, ale ultranaturalistyczna historia hodowcy krów? A sam Scope to fantastyczna przygoda. Dziękuję Patrycji Musze za namówienie mnie na wysłanie zgłoszenia. Poznałem mnóstwo ciekawych osób i ich inspirujących historii. A burze mózgów, dyskusje po seansach, czyli to co kocham najbardziej w kinie, były dla mnie bardzo pomocne w pisaniu. Teksty powstały z punktu widzenia osoby, która nie zna jeszcze wyników, bo ich zarys ogólny miałem już w głowie tuż po seansach. Ciekawie oceniać filmy pod kątem możliwie jak największej recepcji u widza masowego. Człowiek ma autentyczne poczucie, że ma szanse COŚ zrobić a kropla drąży skałę, prawda? ;) Zapraszam do lektury!

kobieta w okularach mówi, że nie może opuścić swoich kotówJeden z czołowych francuskich dokumentalistów swój ostatni film nakręcił w szpitalu psychiatrycznym. Za punkt wyjścia, wziął przepis we francuskim prawie, który ustanawia obowiązkową rozmowę po dwunastu dniach pacjenta z sędzią, który/a to ma zdecydować o konieczności kontynuowania leczenia tego pierwszego.
Długi spacer kamery korytarzami szpitala, niczym po hotelu Overlook, świetnie rymował się z planszą, która ten spacer poprzedziła, z cytatem Michela Foucaulta: "Droga do istoty człowieczeństwa biegnie przez szaleństwo”.
Francuski dokument chwyta za serce. Rozmowy odbywane z pacjentami są tutaj traktowane, z wielkim wyczuciem, ale jednak też prawnym obowiązkiem, którego mogłoby nie być i niewiele by to zmieniło. Matka, która chce dogadać warunki widywania się z córka, czy kobieta, która nie czuje woli istnienia a jednocześnie nie chce opuszczać swoich kotów – to przykłady osób „uznanych za wyleczalne”. Bez względu na okoliczności i bez możliwości negocjacji.
Potencjał dystrybucyjny: prawie zerowy. Dokumenty zazwyczaj nie są wdzięcznym materiałem do promocji i przebicia się do masowego widza. Sam mam problem z oceną takich filmów i czuję się trochę jak dziecko we mgle analizując takie kino. Ale intuicyjnie rzecz biorąc, tak wybitnie statyczny i jednostajny film (mimo nieznacznych przebitek na deptak na świeżym powietrzu, odgrodzonym płotem), sporą część widzów by nużył. Tak czy inaczej film na pewno jest wart uwagi i jeżeli zobaczycie go w harmonogramie któregoś z kin studyjnych wybierzcie się koniecznie.
„12 jours" (2017), reż. Raymon Depardon. Ocena: bez oceny /10

dwóch starszych mężczyzn stoi naprzeciw siebieUwspółcześniony western. Główny bohater, to małomówny robotnik z Niemiec, który wyjechał z ekipą do pracy w Bułgarii. Konflikt między przedstawicielami dwóch narodów wydaje się być nieunikniony. Tymczasem nasz bohater stara się być ponad to. Brata się z Bułgarami, kocha przyrodę i... kobiety.
Szczególnie zabolało mnie to ostatnie. W czasach kiedy, żeby uznać postać kobiecą za udaną, musi być chociaż odrobinę zniuansowana, rozpisanie w scenariuszu kilka linijek tekstu i ustanowić ją trofeum dla samców jest krokiem w tył i znakiem, że twórcy nie nadążają za społecznymi nastrojami, dla których kino jest jak lustro, znajdując w nim swoje odbicie. A może WESTERN to po prostu nie moje kino? Jakkolwiek cenię sobie filmowe snuje (patrz miejsce 3), WESTERN kompletnie mnie nie zaangażował.
Potencjał dystrybucyjny: śladowy. Film Grisebach jest zeszłorocznym zwycięzcą Nowych Horyzontów. Nie widzę osobiście jednak szans na większą recepcję na większym zasięgu. Świetnie nadaje się do śledzenia tropów gatunkowych na dyskusjach w DKF-ach.
„Western" (2017), reż. Valeska Grisebach. Ocena: 5 /10

postać w cieniu, na tle święcącej lampyNiesamowity debiut. Upakować tyle symboliki w tak krótkim filmie (70 minut!) to nie lada wyczyn. Trudno pisać o tym filmie bez spojlerów, więc będę pisać ogólnikami.
To z pewnością najbardziej oryginalny formalnie film. Główna bohaterka kręci (?) swój film z ręki, rejestrując życie domostwa. I taka rejestracja stawia widza w pozycji detektywa, który analizując powolnie podawane poszczególne kadry, składa sobie z nich historię. Kiedy piszę powolnie, mam na myśli                          P O W O L N I E. Obserwujemy w jaki sposób demony rozlewają się po kolejnych pokoleniach. Mamy możliwość podejrzenia zasad funkcjonowania płci społecznej w czasach tuż po zakończeniu II Wojny Światowej. A to ledwie początek.
Film nie angażowałby tak bardzo gdyby nie narracja. Twórcy pogrywają sobie tutaj z oczekiwaniami widzów. Coś co z początku wygląda na thriller, zamienia się w dramat, by za chwilę uciec w estetykę prawie rodem z horroru, by zakończyć się sceną prawie poetycką.
No właśnie, koniec... . Cały film budowany jest aura tajemnicy. Mnożone są wątki, dyskretnie zapowiadana jest końcówka (co stwierdzam, w trakcie pisania tego tekstu właśnie). Po czym następuje wolta w stylu Hitchcocka, która odstaje stylistycznie do reszty. Sposób wprowadzenia twistu w stylu “obuchem w głowę”, zamiast kontynuowania poczucia zagrożenia w stylu Oza Perkinsa, zgrzyta mi okropnie pójściem na łatwiznę. Szkoda, że chęć szokowania wzięła górę nad budowaniem klimatu. Mimo wszystko, to najbardziej oryginalny film w zestawieniu i chyba mój ulubiony, pomimo swoich bolączek.
Potencjał dystrybucyjny: trochę większy niż w przypadku WESTERNU, ale i tak słaby. Głównie dzięki angażującej formie, która doskonale gra przestrzenią pozakadrową. Problem w tym, że to co dla mnie jest ogromnym plusem filmu dla innych może być gwoździem do jego trumny.
„Das unmögliche Bild" (2016), reż. Sandra Wollner. Ocena: 7 <3 / 10

dziewczyna z okiem w buziMysius w swoim filmie w pierwszej jego połowie składa obietnicę doświadczenia czegoś nowego w konwencji coming of age. Swoją surrealną narracją oraz niepokojącymi obrazami przemyca sporo symboliki na temat koszmaru dorastania u boku matki, która przeżywa kryzys wieku średniego. Już na wstępie dowiadujemy się o chorobie wzroku, która z czasem ograniczy jej pole widzenia w nocy do zera. Czyżby reżyserka widziała okres dojrzewania jako stopniowe zawężanie horyzontów, a dorosłych jako osoby hedonistyczne, skupione na chwilowych podnietach? Przykry to wniosek, ale w filmie niezwykle sugestywny.
Kiedy fabuła zaczyna nabierać nieco bardziej realistycznego kształtu, wszystko zaczyna się rozłazić w szwach i dłużyć. Niepokojąca oniryczna narracja, zastąpiona została mętną i nudną intrygą. Relacja rodzącego się uczucia, która zapowiadała młodzieńczą wersję Bonniego i Clyde'a ostatecznie okazuje się czymś zupełnie innym. Koniec, który koresponduje z finałem „Absolwenta", gdzie zamiast niewiadomej przyszłości pary bohaterów mamy młodzieńczy optymizm i ufność, jakby problemy dorosłego świata nie czekały na nich tuż za zakrętem. Czy to jeszcze otucha, czy już cynizm?

Potencjał dystrybucyjny: całkiem spory. Filmy coming od age mają w kinie bardzo długą tradycję. Zaczynając od „Buntownika bez powodu" i „400 batów", na niedawnych „Moonlight" i „Call my by your name" kończąc. Emocjonalna burza, przez którą przechodził każdy z nas, ukazana na ekranie łączy pokolenia: aktualnie doświadczanych nastolatków i tych, którzy mają już to za sobą. „Ava" ze swoją symboliką ma potencjał do łączenia gustów ponad pokoleniami, dzięki ukazaniu dorastania w odświeżającej formie. To co może odstraszać to sporo bezkompromisowej golizny, której nie widziałem w takiej formie w kinie już dawno.

„Ava" (2017), reż. Léa Mysius. 6 / 10

mężczyzna otoczony krowamiDrugi film w zestawieniu spod znaku "człowiek kontra bezduszne przepisy". Tym razem głównym bohaterem jest Pierre, hodowca krów mlecznych, który odkrywa, że w jego stadzie zaczyna rozprzestrzeniać się śmiertelna choroba. Wg unijnego prawa, po wykryciu u jednej z krów symptomów tej choroby, całe stado musi iść do odstrzału.
Nie bez powodu wybrałem taki a nie inny fotos. Pierre to człowiek, którego określa zawód. Ba! To hodowca, którego określa miłość do krów. Jest osobą na tyle wyalienowaną ze społeczeństwa, że każda próba posiadania życia osobistego (randki, wypad na kręgle z kumplami, też hodowcami) kończy się porażką. Wybicie całego stada, którym się opiekuje spowodowałoby utratę dochodu, ale i sensu życia. Świetnie koresponduje to z physis aktora Swanna Arlauda, jego siwizną, czy podkrążonymi oczami.
Im bardziej Pierre wydaje się być przyparty do muru, tym bardziej zdjęcia Goepferta podkreślają tragiczną miłość do jego „dzieci". Mnóstwo tu zbliżeń zarówno na twarz Arlauda, jak i oczu zwierząt. Czułość gestów Pierre'a jest coraz silniej obciążona bólem. Pojedynek drobny przedsiębiorca-poczciwiec (oryginalny tytuł to w wolnym tłumaczeniu "Mały wieśniak"), kontra prawna machina, nabiera uniwersalnego charakteru, ale

SPOJLER:... ale nie katartycznego. Seans jest dołującym doświadczeniem. KONIEC SPOJLERA

Potencjał dystrybucyjny: największy w zestawieniu, ale nie bez możliwych problemów. Pomijając uwagę w spojlerze, ten film naturalizmem stoi. Kręcony był na farmie reżysera. Nawet filmowy ojciec Pierre'a, jest ojcem Charuela w prywatnym życiu. Mamy możliwość obejrzenia jak wyglądają narodziny cielaka, co już może być niełatwym doświadczeniem dla wielu. W dodatku nie zauważyłem* informacji w napisach końcowych, czy podczas kręcenia filmu ucierpiało jakiekolwiek zwierzę. A dzisiaj, w przypadku takich filmów, taka notka jest już standardem. Jeżeli użyto przy kręceniu już chore osobniki, warto to było, gdzieś zaznaczyć, żeby nie wzbudzać kontrowersji. Efekt może być odwrotny do zamierzonego: film, który ma przesłanie ekologiczne i sprzeciwia się cierpieniu zwierząt, ma niejasne kulisy powstania. Trochę strzał w stopę. Tak, czy inaczej ciągle uważam, że uniwersalność tej historii to najsilniejszy atut tego filmu, który ma szanse zdobyć serca sporej ilości widzów w Polsce.

*Jeżeli ktoś wyłapał takie info, to odszczekam wszystko 

„Bloody milk" (2017), reż. Hubert Charuel. Ocena: 7 <3 / 10

 

...a wygrała „Ava". Jednym punktem wygrała z „Westernem". „Bloody milk" przegrał tylko dwunastoma punktami z miejscem pierwszym. Dalej już większa przepaść. „Das unmögliche Bild" dostał punktów 214, a „12 jours" - "tylko" 152, co jest i tak świetnym wynikiem jak na tak statyczny dokument.

Z wszystkich krajów, które brały udział w projekcie (Czechy, Węgry, Litwa, Norwegia, Portugalia, Szwecja), „Ava" wygrała tylko u nas.

Komentarz do wygranej: nie rozpaczam. Daleko mi do entuzjazmu Anii z Biegiem na film (która też brała udział w projekcie), ale hej! to był w końcu mój drugi typ! Mimo, że reżyserka „Ava" koniec końców, nie spełniła obietnic "jazdy po bandzie", którą złożyła w części pierwszej filmu, a od której powoli odchodziła im bliżej końca filmu, to... jest to jeden lepszych coming-of-age jakie widziałem ostatnimi czasy. Głównie dlatego, że w końcu temat eksplorowania własnej seksualności nie jest głównym, ale równoległym tematem (co tak bardzo mnie mierziło np. w „Sercu z kamienia").


kolaż kadrów filmowych

Oscary 2018 - aktorskie filmy krótkometrażowe

Recenzje aktorskich filmów krótkometrażowych nominowanych do Oscara w roku 2018

Rok temu w tej kategorii znalazło się jedno zgniłe jabłko w postaci „Silent nights" (do dzisiaj mam #ciarkiżenady na samą myśl). Natomiast w tym roku żadne z zaserwowanych pięciu jabłek nie jest w takim stopniu soczyste jak „Timecode" z zeszłego. Na szczęście jest kilka, które pozostawiają całkiem przyjemny posmak w ustach. W tym roku kategoria została zdominowana przez historie oparte na faktach.

smutna dziewczynka o blond włosach5. „Silent child" (2017), reż. Chris Overton. Pracownica opieki społecznej ma nauczyć języka migowego głuchoniemą dziewczynkę z wielodzietnej rodziny, oraz wchodzenia w bliższe interakcje z otoczeniem.
Z punktu widzenia społecznej świadomości to ważny film, ale filmowo to się nie broni w ogóle. Gdyby wyciąć 80% filmu, można by z tego co zostało zmontować dynamiczny spot kampanii reklamowej, naświetlającej problem niedostatecznej opieki na dziećmi głuchymi i głuchoniemymi. A tak? Nudno, schematycznie i bez polotu.

chłopak z bronią siedzi w szkolnym sekretariacie4. „Dekalb elementary" (2016), reż. Reed van Dyk. Oparte na historii prawdziwego telefonu na 911, który miał miejsce w trakcie strzelaniny w tytułowej szkole (http://on-ajc.com/2Fb67La). Główna bohaterka, jedna z recepcjonistek stała się mediatorką pośredniczącą między niestabilnym psychicznie (jak on sam twierdzi) mężczyzną a policją.
Fala napaści z bronią na szkoły w ostatnim czasie w USA jest inspiracją jak najbardziej słuszną. Szkoda, że nie dane mi było odczuć niebezpieczeństwa oglądając film. Nie ma tu prawie nic co mogłoby zbudować napięcie. Sam początek i jedna scena pod koniec wprowadzają jakiś suspens i tyle. Pogroził, postrzelał, przeprosił i został wyprowadzony. Główna aktorka za to gra tak, jakby zamawiała obiad w restauracji. W ogóle nie poczułem, że jest w sytuacji granicznej. Więc jej histeryczny płacz w finale nie zrobił na mnie wrażenia. Mam serce z kamienia?

grupa terrorystów celuje bronią w zakładników na tle autobusu3. „Watu wote: all of us" (2017), reż. Katja Benrath. Jedyny w stawce całkowicie nieanglojęzyczny film. Wszyscy tu mówią w suahili. Reżyserka wzięła na tapet napięcia muzułmańsko-chrześcijańskie. Główną bohaterkę uczyniła chrześcijankę, która chce dotrzeć do rodziny oddalonej o trzydzieści jeden godzin drogi autobusem po sawannie. W trakcie podróży autobus zostaje zaatakowany przez terrorystów... .
Przyznaję, bywam czasem łasy na takie banalne historie. Po wyjściu z kina niemal natychmiast stwierdziłem, że to jest mój faworyt. Tylko im dłużej o tym filmie myślę, tym bardziej jestem przekonany, że można było ograć temat subtelniej. A może to jeden z tych przypadków, gdzie potrzebne było takie prostolinijne podejście, bez finezji? Czasem trzeba zobaczyć/usłyszeć, że fanatycy z wypranymi mózgami to też ludzie a jednocześnie szkodliwe ideologie, których są wyznawcami nie „metkują” wszystkich wyznawców danej religii? Są natomiast sceny, które szczególnie mnie urzekły. Ujęcie muzułmanina z plecakiem w autobusie (ciekawe co ma w środku?), radość ludzi, którzy przytulają się wzajemnie, po wyjściu żywym z ataku, itp. Takie pojedyncze smaczki mają w sobie odpowiednią dla krótkiego metrażu intensywność. Dlatego mimo, że można było całość, w moim zdaniem, zrobić trochę lepiej, nie będę płakał jeśli film Benrath wygra. Film oparty jest na faktach.

afroamerykanin siedzi ze strzelbą i wypatruje czegoś1. „My nephew Emmett" (2017), reż. Kevin Wilson Jr. Kolejne „based on true story” (http://bit.ly/1K8LyjA). Film nakręcony jest z punktu widzenia wujka tytułowego Emmeta. Temat rasizmu jest już przepracowany na tyle różnych sposobów, że Wilson musiał zdać sobie sprawę, że należałoby "uzbroić" swój film od strony formalnej. Zdecydował się na nocne zdjęcia, rozświetlone słabym, pomarańczowym światłem pojedynczych żarówek. Dialogi ograniczono do niezbędnego minimum, co pozwoliło w odpowiedni sposób nadawać tempo narracji i wprowadzić niezbędny suspens. Co prawda nic tutaj nie wykracza poza utarty schemat, ale całość ma w sobie tak potrzebną emocjonalną intensywność („Myślisz, że jestem tu dla zabawy” - rasizm jako przykry obowiązek samca alfa). W efekcie powstał bardzo solidny film, który ma spore szanse na zgarnięcie statuetki.

https://image.tmdb.org/t/p/original/7kVaE2IfeY2fyuxNzJKDxsoVha5.jpg

mężczyzna w okularach, w biurze patrzy przed siebie1 „Eleven o'clock" (2016), reż. Josh Lawson, Derin Seale. Pamiętacie taki film z Murrayem „What about Bob?" (swoją drogą jedna z moich ulubionych, durnych komedii ever)? Film duetu Lawson-Seale opiera się na podobnym pomyśle. Jak doprowadzić do szaleństwa psychiatrę? Niech jego pacjentem zostanie ktoś, kto podczas sesji będzie używał technik leczenia psychiatrycznego przeciw samemu lekarzowi. „Eleven o'clock" to klasyczna komedia nieporozumień, w stylu skeczu „Sęk" kabaretu Dudek (http://bit.ly/1PlR7Mx), która jest w iście mistrzowskim stylu pociągnięta do granic nieznośnej irytacji u widza. Całość prowadzi do dość oczywistego finału, chociaż z bardzo sympatyczną puentą, której nie zdradzę. Może będziecie mieli okazję go kiedyś obejrzeć. Szans na złotą statuetkę ten film raczej nie ma. W końcu to komedia, która ważne społecznie tematy pozostawia prawie nietknięte, ale może dlatego tak bardzo go sobie cenię. W puli oscarowej (nie tylko w tej kategorii) jest tyle POWAŻNYCH filmów, że taki „Eleven o'clock" jest jak haust świeżego powietrza po wyjeździe z centrum Katowic prosto na wieś.


dwóch mężczyzn prowadzi rower włoską uliczką

Z dystansu - recenzja filmu „Call me by your name" (2017)

Z dystansu - recenzja filmu „Call me by your name" (2017)

dwóch mężczyzn prowadzi rower włoską uliczkąSporo już na temat nowego filmu Guadagnino napisano. Powtarzać się nie ma sensu. Napiszę tylko o jednej kwestii, która zwróciła moją uwagę.

Był taki film z zeszłego roku... . Może ktoś słyszał. „Moonlight" miał w tytule. Wygrał nawet Oscara za najlepszy film. Mówiło się, że w końcu Akademia doceniła tym samym stronę formalną filmu, w którym wszystko, od zabawy światłocieniem po pracę kamery a nie tylko scenariusz, może "opowiadać" widzowi historię. Żeby tak subtelne środki nie zostały przytłoczone skomplikowaną fabułą ograniczono ją do niezbędnego minimum. Dzięki temu jednym z filarów filmu stało się aktorstwo, które musiało się opierać na najdrobniejszych niuansach. W efekcie otrzymaliśmy arcydzieło.

Natomiast „Call me by your name" jest przykładem jak źle konstruować relacje między bohaterami, nieumiejętnie dobierając filmowe środki. Sposób w jaki ujmuje kamera Mukdeeproma postać Olivera (Hammer) zupełnie nie współgra z tym w jaki sposób jest ona napisana. Dłuższe zbliżenia na twarz aktora, Hammera, na której akurat malują się jakiekolwiek emocje, są rzadkością. Jednocześnie rozmawia z Elio wykazując zainteresowanie a z czasem sporą czułość. To co na początku wydaje się całkiem rozsądnym podejściem, bo Oliver dla Elio (a co za tym idzie również dla widza) jest intrygującą tajemnicą, z czasem staje się nieznośne. Kamera ciągle trzyma na dystans postać Olivera. Woli nam pokazywać jego idealne ciało, skąpane w świetle słońca, miast przybliżyć go widzom jako człowieka, ukazując jego emocje (lub jeśli trzeba ich brak). Wrażenie niekonsekwencji zostało jeszcze bardziej podbite w finale, w który trudno uwierzyć, biorąc pod uwagę dotychczasowe działania Olivera. Przykro patrzeć kiedy sposób kadrowania nie pozwala się nacieszyć widzowi grą aktorską Hammera. Po seansie nie byłem w stanie nic powiedzieć na temat jego roli, skoro jego postać jest potraktowana tak bardzo przedmiotowo. Jego postać jest konstruktem, który bez emocji wypowiada swoje kwestie z oddali.

Na drugim biegunie znajduje się popis Chalameta. Kamera go kocha. On kocha kamerę. Ten dwudziestodwulatek ma ogromne pokłady charyzmy i zawładnął ekranem totalnie, przyćmiewając całe mnóstwo aktorów przewijających się przez ekran wraz z przezroczystym Hammerem. Ani nachalna symbolika, ani nienaturalne akademickie dialogi, nie były w stanie przekreślić przyjemności z oglądania tego młodziaka w filmie Guadagnino. Szkoda, że nie ma szans w starciu z Oldmanem i jego odtwórczą rolą w „Czasu mroku".

„Call me by your name" (reż. L. Guadagnino, 2017), 6


kolaż posterów

Recenzje filmów „Wielkie piękno" (2013) i „Nieściszalni" (2010)

Recenzje filmów „Wielkie piękno" (2013) i „Nieściszalni" (2010)

poster z filmu wielkiego piękna

Miałem ten luksus, że mój pierwszy kontakt z filmem Sorrentino nie był obarczony kontaktem z żadnym innym z jego dokonań. Miałem dzięki temu, podczas seansu WIELKIEGO PIĘKNA, unikalną możliwość spojrzenia na dzieło włoskiego reżysera zupełnie nie wiedząc czego mogę się po nim spodziewać.

Film ten jest drugim z cyklu "Z pięknem w tytule", który obejrzałem na seansie Klubu Filmowego „Grajfka" w Chorzowie. Pierwszym było „Coś pięknego". Wg reżysera, Paolo Virziego, piękne jest żarliwe uczucie matki do swoich dzieci i walka o ich godny byt. Punkt wyjściowy jak najbardziej słuszny, prowadzi jednak do absurdalnych mielizn fabularnych, które każą wierzyć, że miłość wybaczy absolutnie wszystko.

Piękno w „La grande bellezza" jest wszystkim. Dosłownie. Sorrentino płynnie, długimi ujęciami odsłania przed widzem kolejne karty, tak że nie ma się poczucia nachalności. Tutaj uliczny performance, okazuje się zalecaniem prostytutek, próba chóru przechodzi w nostalgiczny videoklip, a pogrzeb zmienia się w podniosłą sztukę teatralną.

[WTRĄCENIE - Uwielbiam dyskotekową sekwencję z początku filmu. Jej montaż skojarzył ambientowe klimaty muzyczne z intensywnością zarówno cielesną jak i dźwiękową. Szał splątanych, rozegranych ciał i poimprezowa samotność, doprawiona charakterystycznym świstem w uszach - z tym kojarzę imprezy - KONIEC WTRĘTU].

Powstaje pytanie czy jeśli wszystko jest pięknem, czy jest możliwe piękno ostateczne? Wielkie Piękno? A może jednak istnieje jakaś graniczna "meta-linia", po przekroczeniu której piękna nie ma? Czy jest nią śmierć? Samotność bez godności? Z tymi pytaniami zostawił mnie film Sorrentino. Może kolejny seans pozwoli mi na nie odpowiedzieć?

„Wielkie piękno" (reż. Paolo Sorrentino, 2013), 8 <3

Z „La grande bellezza" duński „Sound of noise" nie łączy z pozoru nic. Jest jednak jeden szczegół, który pozwolił płynnie przejść w repertuarze zachowując punkt wspólny (który wykorzystałem również w swojej prelekcji). Jep w filmie Sorrentino, który jest krytykiem sztuki, swoim spojrzeniem "wyławia" piękno z otaczającego go świata, próbując oddzielić ziarno od plew i odnaleźć tytułowe Wielkie Piękno. Reżyserski tandem Simonsson-Nilsson (dla obu to pierwszy i jedyny, jak dotąd, pełnometrażowy film fabularny), głównymi bohaterami uczynił muzycznych terrorystów i policjanta, który słuchając muzyki cierpi katusze. Na czym polega ten terroryzm? Grupa perkusistów pod dowództwem Sanny unauszniają światu, że jest on wypełniony muzyką, protestując przeciw jej akademickiej formie. W efekcie powstał film z kilkoma luźno połączonymi ze sobą koncertami. W filmie Sorrentino świat wypełniony jest lepszej lub gorszej jakości sztuką, w którym Jep zajmował się poszukiwaniem piękna przez duże „P". „Nieściszalni" są wyrazem protestu przeciw kiepskiej jakości sztuki, w tym wypadku sztuki jaką jest muzyka. Jak napisała Agata Malinowska:"Nie ma wątpliwości, że to właśnie cały ten zgiełk, uprawiany pod beznamiętną kontrolą metronomu, a jednak wspaniale anarchiczny, jest jądrem wokół którego zmontowano fabułę. Jeśli zatem zdecydujemy się szukać dziur w scenariuszu, to oczywiście je znajdziemy – ale w przypadku „Nieściszalni" jest to podejście z gruntu niestosowne".

Wybierając ten film na spotkanie Grajfki byłem pełen obaw, którego potwierdzenie znalazłem w ocenach znajomych na Filmwebie. Na szczęście pozytywne reakcje widzów w trakcie seansu jak i przebieg późniejszej dyskusji przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

„Sound of noise" (reż. O. Simonsson, J. S. Nilsson, 2010), 6


kolażkadrów

Recenzje filmów „Kształt wody" (2017) i „Trzy billboardy..." (2017)

Recenzje filmów „Kształt wody" (2017) i „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" (2017)

„The Shape of Water" jest niczym więcej niż przyjemnie i poprawnie poprowadzoną historią miłości niemożliwej.

Sally Hawkins gra personifikację krystalicznego dobra, tym bardziej niewinnego, że jej bohaterka jest niemową. Jak na klasyczną baśń przystało musimy dostać również zło wcielone. Mamy więc klasycznego złodupca, którego gra nie kto inny a Michael Shannon. Jego Strickland to frustrat, czytający couchingowe książki o tym, jak nie dać ponosić się złości. Jednym słowem: koszmar każdego trenera personalnego, będący jednocześnie delikatnym wykpieniem ich działalności. Jego fizjonomia (idealny byłby to casting na kolejnego potwora Frankensteina!) w połączeniu ze scenariuszowym przerysowaniem i niewątpliwym talentem Shannona stają się filarem nośnym całego filmu.

Del Toro krok po kroku jak wprawny rzemieślnik wypełnia baśniowy schemat. Wrzuca właściwe elementy do odpowiednich przegródek. Reżyserowi udała się rzecz moim zdaniem całkiem ciekawa: film o miłości pomiędzy człowiekiem a trytonem (syrenem?) jest zaskakująco poprawny. Wypełniająca go prosta symbolika czy dziwne momenty w żaden sposób nie próbują nawet bawić się formą baśni czy w jakikolwiek sposób redefiniować tematyki poruszanej przez „Kształt wody". W dobie takich szalonych pomysłów jak „Czerwony kapturek - prawdziwa historia" nie sądzę, żeby taki film mógł zawojować coś na rozdaniu Oscarów, mimo tylu nominacji. Czas, który spędziłem w kinie był przyjemny ale nic ponadto.

„Kształt wody" (reż. Guillermo Del Toro, 2017), 6

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" (reż. M. McDounagh, 2017) to emocjonalny splątaniec w stylu coenowskim, z tą różnicą, iż widz darzy sympatią dużo większą ilość bohaterów niż w przypadku filmów wspomnianego braterskiego duetu.

Prawie każdej postaci, gdybym ją spotkał, postawiłbym piwo. Nawet takiemu Dixonowi, którego trudno nie polubić mimo, że bywa strasznym burakiem. Swoją drogą, jeśli Rockwell, który wcielił się w jego rolę, nie zgarnie Oscara to będzie mi smutno, bo zagrał koncertowo.

Film McDounagha wprowadza widza w rausz melancholijną muzyką ora powolnymi i długimi ujęciami (nagroda publiczności za zdjęcia na Festiwalu Camerimage dla Bena Davisa). Nawet scenariusz McDounagha nie kreśli realistycznych dialogów. Bohaterowie są impulsywni, histeryczni a nagromadzenie patologii w dialogach nie pozwala wyłączyć widzowi ram umowności. „No to już jest przesada. Ludzie tak nie rozmawiają!” – co jakiś czas pojawiała się myśl. Nie rozmawiają, bo też przyłożenie miary naszego świata do świata „Trzy billboardów…" mija się z celem. Twórca kreśli obraz rozedrganych emocjonalnie Amerykanów, którzy są obecnie o krok od wzięcia sprawy w swoje ręce i zaprowadzenia jedynie słusznych według nich porządków. McDonaugh podaje w wątpliwość takich przemocowych rozwiązań, ale robi to dość powierzchownie. Mnóstwo tu klisz (policjant rasista, zbuntowana nastolatka, motyw reinkarnacji, itd.), fabularnie idzie trochę za często na skróty (SPOJLER: podpalenie posterunku jako deus ex machina akcji filmu KONIEC SPOJLERU). Mimo tych mankamentów, ogląda się go ze sporą przyjemnością.

PS Muzyka w tym filmie jest doskonała zaiste. To jest takie melancholijne country, które przy drugim kuflu piwa będzie w stanie wycisnąć niejedna kowbojska łza.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" (reż. M. McDounagh, 2017), 7


oko a w nim odbija się postać

Perkinsverse? – recenzja filmu „I am the pretty..." (2016)

Perkinsverse?– recenzja filmu „I am the pretty things lives in that house" (2016)

Gdy Grzegorz Fortuna napisał, że nowy film Perkinsa jest „jeszcze dziwniejszy i wolniejszy” od „February" pomyślałem, że „I am the pretty thing lives in that house", będzie jednym z tych, które każdym kadrem będą krzyczeć do widza „jestę arthałzę, zachwycajcie się, bom ambitnym dziełę jest”. Ostatecznie można odnieść wrażenie, że jego twórca zrobił wszystko, by odbiorca nie mógł mu zarzucić pójście na łatwiznę.

Autorką zdjęć znowu została Julie Kirkwood, która ma niesamowite oko do zamkniętych przestrzeni wypełnionych lepkim od grozy powietrzem. Ciągle przesuwa granicę wytrzymałości widza, przeciągając ujęcia w nieskończoność. To, co różni ten film od reżyserskiego debiutu Perkinsa to to, że niewiele jest tutaj momentów, które pozostawione są bez muzyki. Po raz kolejny jednak autorem ścieżki dźwiękowej został brat reżysera, Elvis. Ciągle słyszymy w tle drażniące dźwięki, które w finale stają się diegetyczną (wewnętrzną) częścią filmowego świata przedstawionego.

„February" był ogołoconym z tanich chwytów straszakiem, który w dodatku tematycznie postawił na głowie cały koncept opętania przez siły nieczyste. „I am the pretty..." zawiera za to większość typowych dla gatunku elementów. Znalazło się nawet miejsce dla jednego jump scare'a. To była misja niemożliwa: przywrócić do łask horrorową poetykę w jej najoczywistszych aspektach i nie polec. Znowu minimalizm staje się kluczem do sukcesu. Pytanie, które mnie nie opuszcza od czasu seansu: czy Perkins jednak nie przekroczył tej cienkiej linii, poza którą zwolnienie tempa narracji staje się niebezpiecznym skrętem w gorszą stronę arthousowego horroru? Czy tym razem nie przekombinował?

Nie potrafię odpowiedzieć jeszcze na te pytania. Mimo to jestem zaskoczony jak wysoki poziom immersji osiągnął syn Anthony'ego Perkinsa, znanego z thrillera wszech czasów „Psychozy". Pomijając oczywisty „genetyczno-filmowy” smaczek, Oz splata swoje dzieła delikatnymi nawiązaniami tworząc coś na kształt uniwersum. Ciekawy jestem ogromnie jak dalej będzie się rozwijać ten aspekt jego twórczości. Nie będę tutaj żadnego konkretnie wymieniał, bo to cześć zabawy z perkinsverse (hoho), ale gwarantuję – zabawa przednia*. A to dopiero początek. Uwielbiam ten moment, kiedy scenariusz skręca w metafilmowość, zwracając się wprost do widza i komentuje ustami głównej bohaterki, granej przez Ruth Wilson: „Widzu, wiedz, że to co wiesz to nic. Poczekaj jeszcze chwilę – będziesz wiedział jeszcze mniej”.

Nieważne czy patrzeć na ten film jak na transmedialny komentarz o tym jak sztuka film, książka, muzyka i proza życia przenikają się wzajemnie czy jak na nostalgicznie potraktowany motyw nawiedzonego domu, czy wreszcie jak na oniryczny i niepokojący straszak – każda z dróg obranych przez widza, nie będzie gwarancją łatwego seansu. Na pewno będzie to doświadczenie intrygujące, a Anthony Perkins jawi mi się jako jeden z tych współczesnych twórców, który będzie nadawał kierunek niezależnemu kinu grozy. Oby to nie było tylko myślenie życzeniowe.

*może tylko zaznaczę delikatnie, żeby np. zwracać na tytuły książek, które będą pojawiać się w filmie 

PS Ruth Wilson jest cudowną scream queen. Zaiste wyczuwam jakieś powinowactwo z Mickiem Jaggerem.

 


baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (dzień trzeci)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(dzień trzeci)

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Kawa zimna, ale co tam! Teksty same się nie napiszą.

Przez pomyłkę zamiast warsztatów pt. "Kinofilia czy akademia?" poszedłem na „Grę Ciieni" Kim Jee-woona. Mówią, że wszędzie lepiej, gdzie nas nie ma. Mam jednak nieodparte wrażenie, że moje gapiostwo zadziałało na moją niekorzyść. „Gra..." to dwugodzinna epopeja szpiegowska. Nagromadzenie splątanych ze sobą wątków​ i pędząca na złamanie karku akcja powoduje, po pierwsze, znużenie, a po drugie, nie pozwala im wystarczająco wybrzmieć. Spowodowało to, że w finale zawarto zbyt wiele punktów kulminacyjnych. Mimo plejady gwiazd koreańskiego kina i bardzo dobrych zdjęć autorstwa Kina Ji-yonga, reżyser nie uniknął niepowodzenia.
„Gra cieni" (Mil-yeong, reż. Kim Jee-woon, 2016), 5/10

Drugi pełnometrażowy film w karierze Villenueva wygląda jak porzucony projekt von Triera. Eksperymentalny montaż, gadająca ryba w roli narratora i emocjonalne szantaże na widzu... . Czy to nie brzmi jak zaginiony odcinek KRÓLESTWA? Niepokojący, z groteskowym humorem, eksperyment formalny z przed ośmiu lat sprawia wrażenie jakby Kanadyjczyk chciał złapać za dużo srok za jeden ogon. „Wir", dla którego punktem wyjścia jest trauma poaborcyjna przeradza się w thriller, by pod koniec stać się specyficzną komedią romantyczną obśmiewającą schematy gatunku. Za dużo jak na 90 minut.
„Wir" (Maelström, reż. Dennis Villenueve, 2000), 6/10

Trailer „Wiru" daje jakieś ogólne pojęcie jaką produkcją jest ten film.

Gdyby Stephen King postanowił pewnego dnia napisać komedię prawdopodobnie wyszłoby z tego coś pokroju książkowego „Sing Street".  Z tą różnicą, że fabuła traktowałaby o szkolnej gazetce a nie, jak w przypadku filmu Johna Carneya, o raczkującym zespole rockowym. Wszystko jest tutaj tak bardzo schematyczne jak się da: muzyka jest sposobem na wyrażenie siebie, buntem przeciw światu dorosłych, czy zdobyciem miłości. Mamy szkolny bal, księdza, który jest dyrektorem i sadystą. Carney przekuwa prostotę historii w jej zaletę. Świat widziany oczami dziecka pełen jest przecież uproszczeń i wyolbrzymień, jak słusznie zauważył prelegent w ramach festiwalowego konkursu Krytyk Mówi. Wygląda to jak ekranizacja młodzieżowych fantazji o podboju swojego mikroświatka. Ma w sobie nastoletnią energię, która doświadczana przez dorosłego potrafi wzruszyć. „Sing Street" jest biletem od reżysera „Once" w nostalgiczny świat nastoletnich, często porzuconych, marzeń. Zastanawia mnie tylko dlaczego reżyser wytycza granicę do ich spełnienia w zależności od wieku? Czyżby Carney był orędownikiem mocy jaką niesie za sobą okres dojrzewania, ale z pozycji zrezygnowanego, pogodzonego ze swoim losem pesymisty?
Polska premiera podobno jest planowana około lutego. Wypatrujcie tytułu Młodzi przebojowi"

„Sing Street", reż. John Carney 2016), 8/10

PS polecam posłuchanie tego kawałka ze ścieżki dźwiękowej. Cały OST rządzi, ale przy tym nóżka chodzi.

Czy ktoś z Was był kiedyś na pokazie VHS HELL? Ja tak. Dwa razy. Za każdym razem na Kamerze Akcji. Oba filmy wyreżyserował Tom Kincaid, którego filmografia zamyka „Jej powrót" z '89 roku (rok moich urodzin) z Carrie Fisher w jednej z głównych ról. Przypadek czy Wszechświat daje mi znaki bym zrobił przegląd Klatkowy "dzieł" tego pana?

Koncepcja pokazów VHS HELL LIVE! jest taka, że lektor "tworzy" improwizowaną fabułę w trakcie seansu. I tak historia walki grupki ludzi z korporacją, kontrolującą cyborgi (Deckard by się uśmiał) przerodziła się w trakcie pokazu w coś, co gdyby powstało naprawdę byłoby jednym z moich top ukochanych filmów w ogóle. Wyobraźcie sobie taką historię...
Nieokreślona przyszłość. Potężna korporacja, zarządzana przez fanatyków (miłośnikami bym ich nie nazwał) różnej maści tekstyliów i krojów w pikowane trójkąty. Wysyłają swoje cyborgi do gościa, który uwielbia walczyć w białych majtaskach. Jest też fanem zamków błyskawicznych. Skrzykuje paczkę przyjaciół, którzy mają mu pomóc w walce z robotami dziesięć razy silniejszymi od człowieka. Wśród nich jest typ, który bierze kilometrowy rozbieg by zadać superkopniaka, którego nie powstydziłby się sam Chuck. Jest też rudowłosa piękność, która lubi wchodzić nieproszona do czyjegoś pokoju. Całe szczęście w lubieżnym celu. Wszyscy wyposażeni w przydatne zegarki do grania w kółko i krzyżyk na pięciolinii mogą stawić czoła zagrożeniu. Czy im się uda? Czy domina dostanie swoje ocieplane spodnie? Czy pojawi się cyborg wzorowany na bałwanku Michelina? Cały film w komentarzu. Przekonajcie się sami!

„Polowanie na roboty" (Mutant hunt, reż. Tom Kincaid, 1987) bez oceny, ale milion serduszek 

PS Był jeden moment podczas seansu, że dostałem takiego ataku śmiechu, że myślałem że czas się żegnać ze światem. A zaczęło się od tego, że anulowali dostawę spodni dominy, bo "zjebał się overlock" :D

Obraz może zawierać: 1 osoba

Jaki film taka jakość zdjęcia.

 


baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (dzień drugi)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(dzień drugi)

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

Tradycyjny pakiet festiwalowicza plus mój ulubiony plecak typu "worek".

Wczorajszy dzień zacząłem od studium przypadku Twojego Vincenta. Producent Sean Bobbit, oraz operator dźwięku i autor sound designu „Loving Vincent" przez godzinę odpowiadali na pytania prowadzącej Magdaleny Stasiak oraz słuchaczy na temat tego wyjątkowego dzieła. Uznałem, że najlepiej będzie podać Wam te informacje w czytelny i zwięzły sposób. Poniżej garść z mniej lub bardziej istotnymi informacjami/ciekawostkami o filmie:

1. W amerykańskiej wersji scena na prostytutką została wycięta, aby filmowi nie przydzielono kategorii R.
2. Z ponad 900 tysięcy obrazów, które powstały w ramach filmu, spora ilość została już sprzedana prywatnym kolekcjonerom. Cytuję: "do tanich nie należą".
3. W grudniu planowana jest wystawa obrazów z filmu, oraz przedstawiających kolejne etapy produkcji. Łącznie wystawa ma obejmować 12 obrazów.
4. Czasem trzeba było zmienić paletę kolorów oryginalnych obrazów, np. dziennych na nocne.
5. Powstało 7 wersji scenariusza. W jednej z pierwszych koncepcji Twój Vincent miał być mockumentem, czyli filmem nakręconym w konwencji tradycyjnego dokumentu, lecz opowiadającym fikcyjną historię.
6. Malarze zostali podzieleni że względu na umiejętności, na takich, którzy zajmowali się malowaniem np. tylko w określonym stylu (realistyczne sekwencje czarno-białe), statycznych ujęć, portretów.
7. Ze względu na odbijanie światła od białych powierzchni, w trakcie kręcenia zdjęć aktorskich każdy z technicznej ekipy filmowej musiał nosić czarne koszulki z napisem "Loving Vincent Crew".
8. Film w pierwszej kolejności sprzedał się w Hongkongu i we Francji a jako ostatni byli Niemcy, Australia, USA.
9. We Włoszech podczas pokazów eventowych (2 pokazy/tydzień) film zarobił 1,3 mln euro w 3 dni od pierwszego pokazu.
10. Munch, Bosch, Hopper, Goya - te nazwiska padły w odpowiedzi na pytanie o obrazy jakich malarzy twórcy chcieliby ożywić na ekranie. Przy czym film z obrazami Goyi miałby być horrorem. Na kolejny tego typu film widzowie musieliby poczekać ok. 10 lat.

Obraz może zawierać: 6 osób, uśmiechnięci ludzie

Producent „Twoim Vincenta" Sean Bobbit opowiada o  historii powstawania filmu.

Pierwszym filmem, który zobaczyłem tego dnia to „Wróg" Villenueva to film bez pretensji do bycia ambitnym kinem. Reżyser konsekwentnie prowadzi fabułę naszpikowaną biedafreudyzmem, biorąc się za motyw Księcia i Żebraka klimacie thrillera. Reżyser chyba potrzebował oddechu po nakręceniu tak, kolokwialnie pisząc, ciężkich klimatycznie filmów, jakimi niewątpliwie były Pogorzelisko a później Labirynt. W efekcie widzowie otrzymali zabawny, miejscami wręcz rubaszny dreszczowiec (tak bardzo kino klasy B!), bezwstydnie czerpiący garściami z estetyki Hitchcocka czy Lyncha. Jest to film, który równie dobrze mógłby też nakręcić Refn. Z tą różnicą, że paleta kolorów nie zawiera tej neonowości tak bardzo charakterystycznej dla filmów Duńczyka. Całość jest mało subtelna, ale konsekwentna na każdej płaszczyźnie czego nie sposób nie docenić.
„Wróg" (Enemy, 2013) 6

Zaraz po „Wrogu" zobaczyłem „Pogorzelisko" tego samego reżysera. Nie jestem w stanie pisać o nim bez zdradzania szczegółów fabuły, dlatego streszczę się pięciu zdaniach. Takie filmy jak ten zwykło się określać emocjonalnymi walcami. Wojna kreuje cyniczne historie, które mają konstrukcję naczyń połączonych. Uważam ten film na tyle niejednoznaczny, że można go interpretować na wiele różnych (czyt. potwierdzających chore poglądy) sposobów. Seanse powinny być połączone z dyskusją jak w przypadku Mein Kampf.
„Pogorzelisko" (Incendies, 2010) 9 

Nie od dzisiaj wiadomo, że praca architekta/budowlańca nie cieszy się wielkim zaufaniem w Korei Południowej (patrz: historia dla której punktem wyjścia jest krótki metraż pt. „Simpan", Park Chan-wooka). Pokłosiem takiego postrzegania tych zawodów jest film „Tunel". Reżyser nie ogranicza się tylko do krytyki etyki wyżej wymienionych profesji. Pyta czy w ekstremalnych sytuacjach towarzysz niedoli może być pasożytem i jak istotna jest wtedy ludzka dobroć. Ale czy ostatecznie idealizm nie pociąga za sobą zbyt wiele kosztów? Nawet jeżeli pod koniec twórcy niepotrzebnie operują oczywistościami, warto dowiedzieć się co mają w tej kwestii do powiedzenia.
PS Amerykański „Tunel" (Daylight, 1996) ma z tym filmem wspólny tylko tytuł. Koreański Stallone to taki sympatyczny, trochę pierdołowaty idealista.
„Tunel" (Teo-neo, reż. Seong-hoong Kim, 2016) 7


baner 8 FKA

8. Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017 (dzień pierwszy)

Festiwal Kamera Akcja 19-22.10.2017

(dzień pierwszy)

Opaski festiwalowe nosiłem jeszcze przez kilka tygodni po powrocie do domu.

W tym roku festiwal odbył się w Łódzkim Domu Kultury. Po odebraniu karnetu i wypiciu pysznego podwójnego, festiwalowego espresso doczekałem się pierwszej dyskusji.

Michał Pabiś-Orzeszyna (znowu w roli prowadzącego, Uniwersytet Łódzki), Marcin Kotyła (Legalna Kultura), Michał Walkiewicz (Filmweb), Dawid Adamek (kanał Sfilmowani), Anna Sienkiewicz-Rogowska (Filmoteka Narodowa - Instytut Audiowizualny) dyskutowali o pułapkach jakie czyhają na twórców audiowizualnych treści w internecie, o tym jak nasze polskie prawo bywa mętne w kwestii wydawałoby się prostej zasady prawa cytatu. Generalnie można było odnieść wrażenie, że twórcy recenzji pisanych mają nieco prościej, chociaż już w kwestii publikowania konkretnych kadrów na stronach bloga trzeba uważać. Poruszona została również kwestia jak bardzo zmieniło się oblicze krytyki filmowej na przestrzeni lat, kiedy zawód ten startował z pozycji niepodważalnego autorytetu. Przetrwał kryzys mediów papierowych a dzisiaj w czasach, gdy każdy ma prawo aspirowania do tytułu krytyka filmowego, działalność ta jest bardziej hobby, a po dłuższym czasie i ogromnych pokładów cierpliwości, dodatkowym (niestety tylko) źródłem utrzymania. Cóż... Na bogactwo przyjdzie mi jeszcze poczekać.

Po dyskusji postanowiłem coś wszamać. Krytyk biedny, ale coś jeść musi. Z pustym żołądkiem nie sposób oglądać filmów ani o nich pisać. Zrezygnowałem, więc oficjalnego otwarcia festiwalu i quizu w o Łodzi filmowej i poszedłem do Papuvege. Żadnych hipsterskich trocin tam nie uświadczycie. Dużo wege pyszności.

Pierwszy film obejrzany w Łodzi mógłby być lepszy niż „Niemiłość" Zwiagincewa. Mógłby gdyby reżyser chciał chociaż trochę bardziej polubić swoich bohaterów. Najpierw każe im się taplać przez godzinę w basenie wypełnionym betonem a kiedy po godzinie beton zaczyna schnąć (budowlańcy muszą przymknąć oko na tę metaforę) zaczyna kopać ich po wystających głowach. Co prawda jest kilka zaledwie momentów kiedy głaszcze ich po głowach, ale w kontekście całego filmu jawi mi się to jako coś bardzo cynicznego. Film otwiera ujęcie rzeki sobą płynącej pośród powalonych drzew. Zestawiając go z następnym, pokazującym dzieci wybiegające ze szkoły w słoneczny, jesienny dzień, reżyser mówi widzowi "Za chwilę zrobi Ci się zimno, smutno". I to się udaje. Historia rodziców poszukujących swojego zaginionego dziecka łatwo mogła przerodzić w płaczliwy dramat. Zwiagincew przesadził w drugą stronę i stworzył pretensjonalny film, pełen nachalnych metafor (dorośli utracili kontakt z rzeczywistością wpatrując się w ekrany smartfonów), z bohaterami napisanymi w jakiś sadystyczny sposób, których nie da się polubić mimo szczerych chęci. A wystarczyło trochę odpuścić. 5/10


Piękna pusta skorupa – recenzja filmu „Blade Runner" (2017)

Piękna pusta skorupa – recenzja filmu „Blade Runner" (2017)

Film Scotta po dziś dzień zachwyca wykreowanym weń światem. Mimo głównego bohatera bez charakteru i budzącej wątpliwości natury moralnej sceny miłosnej Deckarda z Rachael, Blade Runner z 1982 roku, jest dziełem niepokojącym i intrygującym m.in. dzięki wielości interpretacji, którą wygenerował na przestrzeni lat. Upakowanie klimatu kina noir lat ’40 w neonowy świat przyszłości, spod znaku cyberpunku, zaowocowało jednym z najbardziej niepokojących dzieł postmodernizmu.

Scott oddał hołd kinu okresu złotych lat ’40, nadając swoim bohaterom artefakty behawioralne (główny bohater o wiecznie smutnej minie Forda a’la Bogart, Rachael jako kobieta fatalna), jak i fizyczne (trencz, papierosy, broń). Jednocześnie działał na własnych zasadach. Zadawał fundamentalne pytania o istotę człowieczeństwa, o relację człowieka z technologią w oryginalny sposób, mieszając porządki i uaktualniając ich istotę. Oglądając Blade Runnera 2049 można odnieść wrażenie, że Dennis Villenueve nie był w stanie się zdecydować, którą drogę wybrać: stworzenie nostalgicznego pomnika filmowi Scotta, czy stworzenie filmu osobnego, ale z szacunkiem traktującego starszego o 35 lat poprzednika. Szwy między tymi dwoma wizjami są tak grubymi nićmi szyte, że brakuje tu wyważenia, balansu. Główny temat filmu, czyli kwestia rozmnażania się androidów, jest „ładowany” na ekran w równie mało subtelny sposób. Między innymi to jest przyczyną sporej, nawet jak na dzisiejsze standardy, długości filmu, bo aż prawie 3 godzin. Skracając o zbędne dialogi (dziwnym trafem w większości przypadające postaci granej przez Jareda Leto) film tylko by zyskał a lakoniczne kwestie wypowiadane przez aktorów korespondowałyby z kontemplacyjnym tempem BR2049., odzwierciedlonym w długich ujęciach. Nie są one jednak problemem tego filmu. Bynajmniej. Są zdecydowanie jego najmocniejszą stroną. Pozwalają zawiesić oko na przepięknej urody kadrach autorstwa operatora Richarda Deakinsa, jednego z czołowych estetów w Hollywood. Pytanie czy wyszło to na dobre samemu filmowi i czy efekty pracy Deakinsa łączą się w spójną całość z wizją Villenueva?

Deakins postanowił odkurzyć nieco świat uchwycony na zdjęciach „Łowcy…” z ’82 przez Jordana Cronenwetha. Odkurzyć dosłownie. Z brudnego, mrocznego, światła dnia nie zaznającego Las Vegas w wersji Scotta, pozostały jedynie kolory. Scott dopieszczał w swoim filmie każdy, wydawałoby nieistotny, szczegół (jak etykiety na produktach widocznych tylko dla aktorów). Porównując te dwie wizje, Miasto Grzechu widziane oczami operatora Villenueva wydaje się być wręcz aseptyczne a jego tajemnica jakby uleciała wraz z wpuszczeniem weń światła słonecznego. Widzowi pozostaje więc bierne podziwianie pięknych, filtrowanych pomarańczowych, chłodno niebieskich, lub szarych kadrów. Tam gdzie Vegas u Scotta było kolejnym bohaterem, u Villenueva stało się, piękną co prawda, ale tylko wymuskaną i zbyt idealną skorupą, w której dzieje się akcja. I niewiele jest momentów w filmie, w których ten nowy świat działa jak powinien. Jedną z nich jest scena bijatyki w kawiarni. Pojawiające się w serii hologramy tancerek wykonujących cancana, czy boskiej Marylin lub Elvisa, są nostalgiczną, popkulturową pocztówką z czasów, dla głównego bohatera już bardzo zamierzchłych. Jednocześnie Harrison Ford, który jest twarzą Kina Nowej Przygody, sci-fi, sensacyjnego i wielu innych, doskonale działa jako swoisty „spinacz” dla czasów współczesnych (reprezentowanych przez Goslinga) jak i w makrokosmosie wykreowanym przez Villenueva. Takich autotematycznych scen, dających widzowi możliwość smakowania kina per se w BR2049 jest jak na lekarstwo. Dzięki niej film jest nieco lepszy, ale nie ratuje go w całości.

Nieco lepiej bywa z postaciami. Najlepszą gra Gosling, który wciela się w androida K, zwanego później Joe. Pinokio przyszłości, o kamiennej twarzy i maślanych oczach młodego Herkulesa wypada zaskakująco dobrze. Mimo skrajnie lakonicznej gry aktora, udaje mu się wiarygodnie oddać marzenie o posiadaniu duszy. Chociaż scena, w której aktor wydaje z siebie krzyk (szczęścia, rozpaczy?), zawarta w jednym z trailerów, jawi mi się kuriozalna. Może reżyser chciał tym sposobem dać przytyk wszystkim #heheszkom w Internecie pokazując, że Gosling ma zakres mimiki większy niż standardowy trademark pt. „zabrali mi pączka i teraz mi smutno”?

Na drugim biegunie znajduje się rola Leto jako szefa korporacji Tyler, Niandera Wallace’a. Już w wywiadach czuć było, że coś nie gra („It was like seeing Jesus walking into a temple” – Villenueve o Leto, ćwiczącym do roli w oślepiających soczewkach). Efekt tylko potwierdził te obawy. Każde jego pojawienie się na ekranie wzbudza niezamierzony śmiech. Dopóki nie zacznie wypowiadać swoich kwestii, możemy podziwiać pretekstowe, pomarańczowo-złote kadry pokazujące korporację Wallace’a. Kiedy Boss się odzywa i zaczyna wygłaszać „piękne” kwestie o bólu, radości, schyłki cywilizacji, cały czar pryska. „Guilty” zaczyna wygrywać z „pleasure”, widz dostaje zgagi od pretensjonalnych gadek i zdaje sobie sprawę, że Villenueve źle odrobił pracę domową i nie załapał, że „nie dopowiedzieć” nie znaczy „ująć wartości” a wręcz przeciwnie. Luv, prawa ręka Wallace’a cierpi na tę samą przypadłość. To android z ambicją bycia najlepszym, doskonałym i… nic ponadto. A można to naprawić jedną sceną. [SPOJLER] Wyobraźmy sobie sytuację, że Luv podaje pilot do hologramu Joi K miast to rozdeptywać [KONIEC SPOJLERU]. Jak bardzo zmieniłaby się w oczach widza postać Luv? A tak jest zwykłym zakapiorem z żądzą bycia morderczą córeczką tatusia, tylko w wersji robociej. Za mało trochę na odświeżenie konwencji, o co wydaje się zabiegać Villenueve. To ciągle Roy Batty , w wykonaniu Rutgera Haura z filmu z 1982 roku, ze swoim zwierzęcym romantyzmem, pozostaje najbardziej intrygującą postacią ze świata Łowców Androidów.

Blade Runner 2049 mimo, że urzekający swym pięknem wyzbyty jest z całej seksowności jaką posiadał film Scotta. Mimo tego, że Gosling wreszcie ma w swoim dorobku rolę wartą uwagi, niewiele jest w filmie twórcy WROGA jasnych aktorskich punktów (chociaż muszę przyznać: Harrison Ford, zagrał o niebo lepiej niż filmowym pierwowzorze). BR2049 nie działa również jako komentarz do rozwoju cybernetyki. Ten film cierpi na casus filmów sci-fi ostatnich lat, które wydają się nie nadążać za trendami w technologiach IT. Jak pisze Marcin Michno z bloga Nolife Style: „(…)od lat 80 technologia rozwinęła się w takim tempie i nieoczekiwanych (wtedy) kierunkach, że można by zadawać setki ciekawszych pytań. Zresztą padają one nawet na konferencjach branżowych. W tym kontekście to wszystko co dostajemy w kinematografii jest aktualnie strasznie wtórne. My już mamy cyberprotezy, testujemy SI, pozwoliliśmy algorytmom decydować o naszym życiu i śmierci”.

Chociaż bardzo chciałem ten film polubić, w mojej opinii jest to film niepotrzebny w takiej formie a brak kolejnego oczekiwanego sukcesu finansowego (po fiasku GHOST IN THE SHELL na przykład) może spowodować opóźnienia w produkcji innych filmów w klimacie cyberpunku, jakim jest na przykład AKIRA, planowana aktorska wersja klasycznego anime z 1988 roku w reżyserii Katsushiro Otomo.

 


Privacy Preference Center