„Jánošík" (1921), reż. Jaroslav Siakel' [współpraca patronacka]

Jánošík (1921), reż. Jaroslav Siakel'

Początki słowackiej kinematografii są tyleż skromne co skomplikowane. Brak rodzimej szkoły filmowej, trudność określenia do jakiego kraju przynależy film na podstawie składu ekipy filmowej czy lokacji kręcenia filmu (jaki procent Słowaków w czechosłowackim filmie czyni film słowackim?) czy wreszcie język w jakim kręcone były filmy (język słowacki bywa często marginalizowany, jako mniej popularny od czeskiego) - to wszystko nie ułatwia opisaniu historii kina naszych południowych sąsiadów.

Zanim rozpocząłem pracę nad tekstem o filmie Janosik, chciałem wyklarować sobie sytuację czy jest jakiś konsensus wśród historyków co do tego jak określa się w jakim stopniu dana produkcja była słowacka czy też nie. Od razu zaznaczę, że uważam ten film za wszech miar niezwykły, biorąc pod uwagę na warunki w jakich powstawał i jak wysoką wartość artystyczną prezentuje. Powszechnie uznaje się, że jest to pierwszy słowacki film pełnometrażowy. Jednak co działo się przed rokiem 1921? Wiedziałem, że okres kina niemego dla Słowacji to głównie dystrybucja filmów francukich wytwórni jak Goumont czy Pathe. Interesowało mnie czy działo się coś jeszcze. Spodziewałem się, że sprawa nie będzie tak oczywista. Zapytałem Olę Pykę, z bloga Słowacystka czy coś więcej na ten temat:

Z tego, co znalazłam, to wcześniej pojawiły się dwie osoby, które kręciły filmy, ale tutaj można się spierać czy chodzi o Słowaków i o filmy, jako takie. W 1909 roku odbyła się premiera filmu Košické korzo na filmovom plátne (Koszycka ulica główna) na płótnie filmowym, ale był to krótki film dokumentarny. Powstał w Koszycach, w ówczesnych Austro-Węgrach, jego oryginalny tytuł jest węgierski Kassai korzó mozivásznon. A jego reżyserem był Alexander Lifka (1880-1952), który w internecie figuruje jako jugosłowiański filmowiec. W 1910 premierę miał składający się z kilku scen gag/skecz Únos (Uprowadzenie), jego reżyserem jest Eduard Schreiber (1876-1962), który wcześniej kręcił filmy dokumentarne. Natomiast jeszcze przed nimi nakręcono dwa filmy, które mogą mieć związek ze Słowacją: Rýchlik Košice Bohumín (Pociąg pospieszny Koszce Bogumin, 1904) i Posledná výprava Františka Rákocziho a jeho druhov (Ostatnia wyprawa Františka Rákocziego i jego towarzyszy, 1906). Natomiast brak informacji co to były za filmy, kto je reżyserował, itd., ciężko więc stwierdzić czy to filmy słowackie, czy tylko kręcone na terenie Słowacji. Natomiast znalazłam jeszcze informację, że od 1908 roku ukazywał się periodyk Kino Noviny autorstwa publicysty Mariána Horvátha. Janosik to film pełnometrażowy, dlatego jest uważany za pierwszy prawdziwy słowacki film i od niego umownie zaczynają się dzieje słowackiej kinematografii.

Jaroslav Siakel o tym co było motywacją do utworzenia Tatra Film Corporation i nakręcenie Janosika

Nie wiadomo czy bracia Siakelowie, Daniel i Jaroslav widzieli wspomniane wyżej filmy i czy takie doświadczenie mogło mieć wpływ na ich karierę zawodową. Na pewno skrajnie trudne warunki życiowe w północnych Austro-Węgrzech (dzisiaj tamte tereny należą do Słowacji) zmusiły rodzinę Siakelów do przeprowadzenia się do Stanów w 1912. Tam Daniel zdobył kilka kinematograficznych patentów, a Jaroslav zdobywał szlify przy kręceniu krótkich dokumentów. Te doświadczenia przydadały im się przy nakręceniu Janosika.

Historia powstania Tatra Film Corporation, czyli firmy która miała wyprodukować Janosika, pokazuje skąd pochodziły inspiracje formalne przy kręceniu tego filmu. Wytwórnia zrodziła się z inicjatywy słowackich biznesmenów na emigracji w Chicago. Gatunkowe tropy, którymi nasiąkli zarówno producenci jak i bracia-filmowcy, twórcy Janosika zaważą na ostatecznym kształcie filmu.

Produkcja od początku napotykała problemy. Ze względu na to, że zdobyto tylko połowę pożądanego budżetu (lub też sami twórcy nie wierzyli w sukces filmu na szeroką skalę), Janosik nie otrzymał na czas angielskich napisów, co bardzo utrudniło jego szeroką dystrybucję i stało się jedną z przyczyn klęski filmu. Co jest o tyle smutne, że film był kręcony dwoma kamerami, na potrzeby rynku europejskiego i amerykańskiego (co było częstą praktyką, chociaż nie wiem czy tak bardzo w latach '20), co musiało pochłonąć znaczną część budżetu.

Firma Tatra Film Corporation wyprodukowała łącznie trzy filmy, z czego tylko dwa zachowały się do dzisiaj.

Podobnie jak reszta ekipy, aktorzy w głównej mierze byli filmowi debiutantami, albo osobami o bardzo skromnym dorobku w tej branży. Debiutujący w głównej roli, Theodor Pištěk*, który Janosika, był zdecydowanie największą gwiazdą na planie Janosika. Sławę zdobył na deskach teatru i to on miał byc magnesem przyciągjącym do kin słowacką publiczność*. Dla Marii Fabryowej (Anicki, ukochanej Janosika), był to pierwszy kontakt z kinem w ogóle, chociaż miała doświadczenie z amatorskim teatrem. Olga Augustová, która zagrała tutaj małą rolę baronowej Rewajowej, miała nieco bogatsze zaplecze tetralno-filmowe niż Pištěk, a w późniejszych latach zostanie śpiewaczką operową. Zaplecze sceniczne wspomnianej trójce przydało się w licznych zbliżeniach na ich twarze.

Jánošík miał oficjalną premierę w Pradze 25 listopada 1921, natomiast 1 grudnia 1921 pokazano go Chicago.

Mimo tych wszystkich problemów odniósł spory sukces wśród widowni czechosłowackiej. Debiut reżyserski w pełnym metrażu fabularnym Jaroslava Siakela (jego brat był operatorem wersji amerykańskiej) kosztował czternaście i pół tysiąca dolarów a zarobił łącznie dziewiętnaście milionów koron. Słowacki teoretyk filmu, Juraj Oniščenko tak mówi o niepowodzeniu na rynku amerykańskim, co mogło się przyczynić do upadku samej firmy Tatra Film Co.:

Osobiście uważam, że przyczyną niepowodzeń są trzy czynniki. Najważniejsze, że postać Janošíka jest nieznana amerykańskiemu widzowi, a Siakelowie polegali na swojej znajomości kontekstu historycznego i kraju i liczyli na jego sukces. Osobiście uważam, że wąskim gardłem filmu jest aktor grający Jánosíka [Theodor Pistek - przyp. tłum.], który był dobrze znany w środowisku praskim i dzięki temu mógłby przyciągnąć szeroką rzeszę widzów, natomiast w środowisku amerykańskim tak nie było. I na koniec, liczby również przemawiają przeciwko filmowi. W 1922 r. Stany Zjednoczone wyprodukowały 622 filmy, czyli prawie dwa filmy dziennie. Myślę, że Janošík raczej nie był filmem, który miał duże szanse na sukces. Był to pierwszy niskobudżetowy film nowo powstałej wytwórni, w której właściwie wszyscy byli debiutantami, a trafił do środowiska amerykańskiego ze słowacką tematyką. Prawdopodobnie nie było to zbyt atrakcyjne dla silnie nacjonalistycznych Amerykanów. A poza tym w tym czasie w USA istniał już pełnoprawny pociąg zwany przemysłem filmowym, na którego czele stała wymarzona fabryka zwana Hollywood. Myślę jednak, że ekipa braci Siakeli mogła spróbować zapewnić filmowi angielskie napisy, a nie zamykać go tylko dla około 300-tysięcznej mniejszości Słowaków w USA.

Co prawda Hollywood tak na dobre rozkręci się kilka lat później, ale na pewno potężny przemysł amerykański (w porównaniu z małą zagraniczną firemką produkcyjną, która zadebiutowała na rynku dość późno i z małym budżetem) mocno przyczynił się do pogrążenia tego ambitnego w założeniach przedsięwzięcia. Szczególnie, że miał ogromną konkurencję w postaci Pancernika Potiomkina, który był jednym z największych hitów tamtych lat, a rok wcześniej przetoczyła się przez prasę amerykańską awan tura o zbyt częste sprowadzanie do USA zagranicznych filmów. Pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego po tak niezłym wyniku finansowym, nie spróbowano chociaż szerszej dystrybucji w krajach ościennych. W Polsce, głównie dzięki twórczości Kazimierza Przerwy-Tetmajera pamięć o słowackim zbójniku była bardzo żywa, do tego stopnia, że teyrtorium jego działania obejmowało również polską stronę Tatr a nawet Śląsk. Nie było peniędzy na zrobienie plansz po tak dużym sukcesie kasowym? A może właśnie próbowano próbowano wyświetlać ten film w innych krajach? Jeśli tak to z jakim skutkiem?

Maria Fabryova w odpowiedzi czy miała wcześniej kontakt z kinem.

Czy tak skromne zaplecze finansowe i aktorskie sprawiło, że film okazał się porażką artystyczną?

W żadnym wypadku! Kiedy wcześnej zwróciłem uwagę na formalne inspiracje twórców Janosika, miałem na myśli jego westernową proweniencję. Film Siakela jest górskim westernem. Sporo tu scen plenerowych, walk na miecze, strzelanin, bijatyk, zbliżeń na twarze aktorów i dynamicznego montażu. Siakelowie doszli do słusznego wniosku, że historia to jedno, ale żeby film odniósł sukces musi nieść przede wszystkim rozrywkę. W latach emigracji bracia Siakel' mieli mnóstwo czasu na oglądanie filmów w gatunku najbardziej amerykańskim z możliwych na tamtą chwilę, czyli westernu. Thomas Ince, D. W. Griffith czy wreszcie John Ford albo podłożyli fundamenty pod tę estetykę, albo (jak Ford) powoli będą go dostosowywać pod swoją wrażliwość. Jaroslav i Daniel Siakelowie nauczeni jak tworzyć jakościową rozrywkę postanowili przeszczepić takie podejście na grunt swojej ojczyzny. Zminimalizowali patos wypełniajacy legendy o tytułowym zbójniku i niedoszłym zakonniku. Zamiast tego postawili na wartką akcję. Zaprzęgnięto do tego cały arsenał środków filmowych, ale w takich proporcjach, by zachować ducha oryginału. Węgrzy są tutaj co prawda źli, ale ich narodowość jest wspomniana w jednym momencie i zupełnie nie jest istotna. Patriotycznym fundamentem jest już tylko postać Janosika, słowacko-madziarskie animozje zostały odsunięte na margines. Egzystencjalne rozterki Janosika, które nie stanowią centrum filmu są subtelnym hołdem dla literackich źródeł, które odwoływały się do romantyczno-melancholijnego charakteru legend o tej historycznej postaci.

Podstawą nakręcenia historii o legendarnym zbójniku Juraju Janosíku były dwa utwory literackie: sztuka Janošík Jiří Mahena z 1910 roku, oraz powieść Jánošík, kapitán horských chlapcov I Gustawa Marsalla-Petrowskiego z 1905 roku. Powieść (możecie ją za darmo przeczytać TUTAJ) była źródłem dla scenarzysty Józefa Żak – Marusiaka, tylko do pewnego momentu. Do czasu wyjazdu ekipy na plan napisał jedna część, a kiedy dotarli na miejsce otrzymali drugą. Jednak ciągle brakowało domknięcia historii. Trzeba było improwizować. Siakel zdecydował się na sięgnięcie po sztukę Mahena. Nie wiem jak się ma powieść do filmu, ale już sztukę udało mi się przeczytać. Jest do ściągnięcia za darmo z praskiej biblioteki cyfrowej TUTAJ. Zakładając, że charakter zarówno powieści, jak i sztuki jest podobny (podobny czas powstania, obydwa teksty zostały oparte o te same legendy), widać że Siakel świadomie chciał zminimalizować dramatyczny aspekt całej historii. Mahen, tak w Janosiku, jak i całej swojej twórczości, eksplorował temat religii i stale z jej dogmatami wchodził w polemikę. Można wręcz postawić tezę, że tytułowy zbójnik to alter ego samego dramatopisarza.

ILČÍK: Czy zabicie człowieka jest grzechem?
JANOŠÍK (pewnie): Jest!
ILČÍK (kiwając głową): A kiedy jest to zemsta?
JANOŠÍK (zmieszany): Hm (Łapie Ilcika) A jeśli to zemsta?
ILČÍK: Jesteś prawie księdzem.Musisz wiedzieć!
JANOŠÍK: Nie wolno zabijać! Bóg tego zabronił!
ILČÍK: Ale oko za oko, ząb za ząb - to też powiedział?!
JANOŠÍK: W Starym testamencie. Ale nie w nowym!

(tłumaczenie z czeskiego moje, dokonane za pomocą automatycznego tłumaczenia dokumentów w Google Translator)

Takie  groteskowe, ocierające się o filozofię dywagacje o religii mogły odstraszyć widza w latach '20. Janosik u Mahena to postać legendarna już za życia, a jednocześnie miotana wewnętrznymi demonami, lojalnością wobec Boga i potrzebą zemsty na węgierskim hrabim, który zabił mu ojca. W filmie takie dylematy są sprytnie zredukowane do do kilku wtrąceń, jak np. stwierdzenie, że na zbójnicką drogę skierował go Szatan, czyli zło wyrządzone przez hrabiego, który odebrał mu rodzinę i traktuje jego ziomków jak niewolników. Janosik u Mahena jest postacią dużo bardziej refleksyjną na gruncie scenariusza sztuki. Siakel również w tym miejscu ucieka się do środka filmowego stosując zbliżenie na melancholijnie spoglądającego na swoich bawiących się przy ognisku kompanów herszta bandy.

Kiedy szukałem informacji na temat tego filmu znalazłem wzmiankę o dwóch różnych zakończeniach w wersji słowackiej i amerykańskiej. Chociaż we wspomnianym wywiadzie Juraj Oniščenko, mówi że najprawdopodobniej zakończenia były podobne. Wersja, którą oglądamy obecnie jest oparta w głównej mierze o amerykańską. Prawdopodobnie nie dowiem się jak wyglądała wersja słowacka, a jednak szczególnie interesuje mnie właśnie zakończenie. To jedyna rzecz, do której mam poważniejsze zastrzeżenie. Pojawiło się ono po przeczytaniu finału sztuki Mahena. Mianowicie Janosik w ramach ostatniego życzenia przed egzekucją, prosi Cygana o zagranie mu muzyki do tańca. Zbój stara się poruszać swoje obolałe od tortur ciało, by ostatkiem sił kultywować swoje korzenie, tańcząc wokół szubienicy tradycyjny taniec odzemek w takt pieśni Letí, letí roj! Wielka szkoda, że w Siakel' nie zawarł tego w filmie. Chociaż kto wie? Skoro zaginęła część, w której Janosik odmawia wydania swoich kompanów to może i ten fragment ukaże światło dziennie?

Kultowy w Polsce serial z Andrzejem Perepeczką w roli głównej jest oparty na twórczości Przerwy-Tetmajera. Jet historią polskiego tatrzańskiego zbója, działającego w XIXw., który przyjął pseudonim po Słowaku sprzed dwustu lat.

Cały film jest wielką retrospekcją. Zaczyna się od ujęcia grupki turystów, która spotyka na słowackim szlaku bacę, który rozpoznaje w jednym z wędrowców mężczyznę łudząco podobnego do Janosika. Bardzo mi się spodobała interpretacja wspomnianego Oniščenki, który powiedział, w TYM wywiadzie, że baca miał być przewodnikiem po słowackiej kulturze dla emigrantów, którzy byli od niej oddzieleni nie z własnej woli. Tym samym tytułowa postać jest już w punkcie wyjścia legendą i widz na starcie jest zaangażowany w historię. Inaczej niż w sztuce, gdzie Mahen obudowuje postać Janosika opowieściami jego kompanów o jego sile i mądrości, by wprowadzić samego ostatecznie herszta dopiero pod koniec pierwszego aktu. Co więcej sama opowieść bacy również zawiera retrospekcję. Ta szkatułkowa narracja jest prowadzona bardzo sprawnie i na żadnym etapie nie czyni jej skomplikowaną. Taki sposób prowadzenia historii musiał się wydać widzom bardzo atrakcyjny.

Wybór tematu na film w tak trudnej geopolitycznie sytuacji jak w Słowacji (powstania przeciw Habsburgom, a w konsekwencji połączenie się z Czechami), musiało poskutkować ekranizacją historii, która krzewiłaby kulturę narodu słowackiego. Janosik był pierwszym kamyczkiem, który popchnął kinematografię tego kraju w kierunku takiej wrażliwości. Filmy historyczne, tematy ludowe, ujęcia wiejskich krajobrazów - takie elementy naznaczą słowacką kinemtografię na lata. Jak to wygląda obecnie? Nie jestem na bieżąco, chociaż bardzo chciałbym to zmienić. Na pewno stali bywalcy festiwalu Kina na Granicy napiszą mi w jakim miejscu znajduje się aktualnie kino w Słowacji i polecą swoje ulubione filmy z tego regionu. Janosik w moim przypadku na pewno do nich dołączy.

*Jedenaście lat po premierze Janosika urodzi się Theodor Pištěk Jr, który już w zupełnie innej epoce kina, zostanie laureatem Oscara za kostiumy do filmu Amadeusz Formana


📽19 października o godzinie 20.30 w warszawskim Kino Luna odbędzie się pokaz Janosika z muzyką na żywo autorstwa Zbigniewa Chojnackiego 🎶 Szczegóły wydarzenia
Seans jest częścia cyklu Tydzień Warszawskich Kin Studyjnych, którego organizatorem jest Stowarzyszenie Kin Studyjnych. Wydarzenie otwiera seans LA CHIMERY, o którym pisałem TUTAJ. Zachęcam również!

Partnerzy: Goethe-Institut Warschau Instytut Słowacki w WarszawieCzeskie Centrum Instituto Camões Warszawa
Wydarzenie realizowane dzięki wsparciu finansowemu Urząd Miasta Stołecznego Warszawy.
Patroni medialni: Filmawka, Klatki na oczach. Blog Roberta Siwczyka, Pełna Sala.
Plakat i identyfikacja wizualna by Julia Fukiet

 


Literatura
1. 100 lat temu powstał pierwszy słowacki film długometrażowy - tekst, który autorka napisała z okazji setnej rocznicy premiery Janosika. Sporo wątków i ciekawostek,
które ja u siebie celowo pominąłem, żeby nie powielać za dużo rzeczy.
2. Legendarny film o Janosiku powstał 100 lat temu. Mówi się, że amerykańska wersja ma szczęśliwe zakończenie - bardzo ciekawy wywiad z Jurajem Oniščenko,
teoretykiem filmu.
3. Janosik był legendą w USA i Chinach - nie znalazłem informacji czy film Siakela był znany w Chinach czy sam Janosik, natomiast to świetny tekst o filmie
z mnóstwem wycinków prasowych, fotosów z planu czy innych zdjęć związanych z filmem
4. Janošík, jak narodziła się legenda? - chyba najlepszy artykuł o niejednoznacznej postaci Janosika, do jakiego się dokopałem
5. Janosik 2DVD - jedno z najepszych DVD z jakim miałem do czynienia. Mnóstwo extra filmów, fotosów, ciekawostek. Może kiedyś polskie nieme 
filmy doczekają się takiego cudownego kuratorstwa

Uczyłem się siebie oglądając „Tonię" (2022) - recenzja

Uczyłem się siebie oglądając Tonię (2022) - recenzja

Ciągle nie przepracowałem premierowego seansu Tonia. Kiedy po skończonym filmie, ze wszystkich trzech (pełnych) sal w Atlantic Kino, widzowie wyszli do foyer i przed kino, nie wiedziałem co ze sobą począć. Krążyłem niczym zabłąkany satelita, rozdygotany w środku, niosący w sobie odpowiedź na pytanie, na które długo nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi.

Moja przygoda z kinem Marcin Bortkiewicz zaczęła się od podcastu Powtórka z Munka Maćka Kędziory, który zaprosił mnie do rozmowy o Zezowatym szczęściu. Przygotowując się do odcinka chciałem poszukać we współczesnym polskim kinie scen slapstickowych co mnie zaprowadziło do Nocy Walpurgi. Zachwyciłem się tą munkowską z ducha tragifarsą i odnalazłem w Marcinie duchowego spadkobiercę wrażliwości reżysera Eroiki. To mnie zaprowadziło do pierwszego z wielu seansów Toni i przepadłem ponownie. Poczułem, że wreszcie znalazł się autor, który nadaje slapstickowi osobisty charakter. Uświadomiłem sobie coś jeszcze. Odczułem ogromną empatię z tytułową bohaterką. Tonia stara się swoje potrzeby stawiać w centrum i o nie walczyć. Zobaczyłem rozciągnięte na pełny metraż bolesne rozstanie Brzdąca z Trampem, ale w wersji, gdzie to Brzdąc walczy o utrzymanie istniejącego porządku. Bezpieczeństwo emocjonalne Toni jest ignorowane przez Tatkę-wdowca z chorobą alkoholową i sfrustrowaną całą sytuacją babcię. Każdy z nich żyje w świecie chwiejnych rytuałów. Kiedy na horyzoncie pojawia się perspektywa względnej stabilizacji finansowej, która poskutkuje długotrwałą rozłąką z ojcem, Tonia robi wszystko by go zatrzymać, łącznie z podtrzymywaniem jego nałogu. Tonia, jak sama mówi o sobie, jest główną bohaterką swojego filmu. „Żyje” w swojej głowie tak intensywnie, że rozpad tej kreacji jawi jej się jako rozkład świata w ogóle.

Materiały z planu udestępnione dzięki uprzejmości reżysera.

Slapstick ma u Marcina Bortkiewicza charakter nostalgiczny, ale jest w nim cały ogrom bólu i bezsilności wobec braku możliwości stanowienia o sobie, braku pozytywnych wzorców przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Takie rzadko spotykane u nas, długo oczekiwane przeze mnie, podejście do filmowej farsy stało się impulsem do zaproponowania reżyserowi patronatu medialnego nad Tonią. Z każdym kolejnym seansem, a było ich kilka, coraz silniej czułem, że jest tam głębiej coś jeszcze. Coś czego nie poczułem, zapewne dlatego, że Tonia błyskawicznie stała się dla mnie filmem tak dalece osobistym, że potrzebowałem czasu, rozpoczęcia własnej terapii, oraz kilku seansów tego filmu, by dopuścić do siebie czym jeszcze Tonia jest dla mnie. Poczułem to dopiero na premierowym seansie kinowym.

W moim ulubionym fragmencie filmu Tatko z Tonią próbują prawidłowo wymówić nazwy różnych emocji, w ramach zastępstwa za nieodbyte zajęcia logopedyczne dziewczyny. Każde z nich wymawia je źle, chociaż jest przekonane, że tak nie jest. Babcia, Tatko i Tonia – trzy pokolenia własnych wad nie tylko wymowy, ale także tych emocjonalnych. Złość, miłość, radość, nienawiść – kotłują się chaotycznie i w wysokiej temperaturze, by wreszcie wybuchnąć z ogromną siłą. W finale pozostawiona samej sobie Tonia musi poskładać swój świat na nowo.


Mój wywiad z Marcinem Bortkiewiczem, gdzie rozmawiamy m.in. o jego dzieciństwie kiedy oglądał komedie Chaplina oraz o fascynacji kinem Andrzeja Munka.

Chaplin w swoich filmach czynił skomplikowane problemy prostymi. Jest w nich nie tylko moc drzemiąca w eskapizmie. Wlewają w człowieka wiarę w ludzką sprawczość i zaradność. Autor Toni zderza ten optymizm z rzeczywistością nawarstwionych i niewypowiedzianych uraz. Bortkiewiczowska farsa nie pozwala na rozkoszną ucieczkę od trosk dnia codziennego. Dla mnie ten film jest jak terapia – z każdym kolejnym spotkaniem, odkrywam w sobie kolejne warstwy czegoś nieznanego. Tym razem było to dostrzeżenie jak bardzo za młodu potrzebowałem odpowiedniego nazywania emocji i zarządzania nimi. Kolejne seanse Toni, podobnie jak na terapii przytulam swoje wewnętrzne, długo niezaopiekowane dziecko i za to doświadczenie dziękuję. Teraz czas by dać ujście zablokowanym w trakcie premiery emocjom.

Materiały z planu udestępnione dzięki uprzejmości reżysera.

 


Anty-slapstickowy charakter filmów Shûichi Okity prezentowanych w trakcie 16. Festiwalu Pięciu Smaków

Anty-slapstickowy charakter filmów Shûichi Okity prezentowanych
w trakcie 16. Festiwalu Pięciu Smaków

Kiedy poproszono mnie o napisanie tekstu o humorze w filmach Shûichi Okity, obecnych w programie tegorocznej edycji Festiwalu Pięciu Smaków, pomyślałem, że może to być ciekawe wyzwanie.

Nie oglądam na co dzień japońskich filmów. Jednym z głównych obszarów moich poszukiwań jest niemy slasptick, więc siłą rzeczy oglądam głównie amerykańską burleskę filmową. A jednak japońska kinematografia wbrew pozorom wcale nie jest tak odległym skojarzeniem. Yasujirô Ozu w Co z tego, że oblałem wprost cytował The Freshman  - debiut pełnometrażowy z Haroldem Lloydem, jeden z największych hitów w dorobku komika. Z kolei dorobek Chaplina ma w Japonii swoje spore grono fanów, czego dowodem jest chociażby Dansingu Chapurin z 2011 roku w reżyserii Masayuki Suo.

W trakcie seansów filmów Okity (Rybie dziecko, Mori. Siedlisko artysty, Letnia opowieść), rzuciło mi się w oczy jak często slapstick w nich się nie wydarza. Rzadko kiedy kamera poszukuje miejsca na gagi w szerokich przestrzeniach portretując miejską tkankę czy naturę. Wnętrza domów, widziane z pozycji osoby klęczącej, która jest w miarę stabilna, również nie interesują Okity jako miejsca do ekscesy filmowej burleski. Piękne w swojej sterylności domostwo bohatera Siedliska artysty nie jest miejscem na sianie chaosu destrukcji przez intensywne fizyczne interakcje między postaciami.


Rybie dziecko (Sakana no Ko, 2022). Kadr pochodzi z finału wspomnianej poniżej przepychanki.

W jednej z najbardziej slapstickowych z ducha scen w Rybim dziecku ma miejsce bijatyka między dwoma grupami nastolatków. Jej uczestnicy z początku odrzucają pałki nabite gwoździami by wzajemnie się przepychać. Ta prześmieszna szarpanina zainscenizowana jest w taki sposób by odrzeć ją z przemocy. Komizm potęguje główna bohaterka, Mibou, chodząc ze skrzypłoczem w rękach i strzelając krwią stawonoga w twarze szarpiących się. Ta przypominająca finałową bitwę w Speedy z Haroldem Lloydem bójka kończy się bardzo szybko. W niemej komedii sprzed stu lat trwa ona cztery minuty i kończy się przypalaniem tyłków zakapiorów za pomocą gorącego żelazka. W Rybim dziecku trwa dwa razy krócej. Zgodnie z maksymą muzyka jedzenie łagodzi obyczaje bójkę kończy posiłek. Co więcej jest to posiłek, który w przyszłości zmieni życie jednego uczestników bójki. Okity w swoich filmach nie interesuje komedia fizyczna. Ilekroć zbliża się do slapstickowej estetyki subtelnie od niej ucieka….


Mori. Siedlisko artysty (Mori no Iru Basho, 2018)

…lub uderza znienacka metalowymi miskami w głowy gości tytułowego artysty Morikazu i jego żony Hideko w Siedliskach artysty. Wykorzystując przestrzeń pozakadrową pozbawia gag jego fundamentu – oczekiwania. Takie formalne ucieczki od farsy są znamienne dla całej trójki filmów z tegorocznej edycji Pięciu Smaków. Z drugiej strony nie można powiedzieć, że reżysera nie interesuje ciało jako narzędzia ekspresji aktora, jednak nie jest ono źródłem komizmu, co jest podstawą w slapsticku. Ciało służy Minami do rozwijania pasji do pływania (Letnia opowieść), dłonie malują i/lub kaligrafują (Siedlisko artysty, Letnia opowieść). Bohaterowie Okity są w ciągłym biegu. W Letniej opowieści chłopak, jak się później okaże niepotrzebnie, pędzi by uratować dziewczynę, w której się powoli zakochuje. Bieg może być też formą współdzielenia radości jak w finale Rybiego dziecka. Jest też Morikazu - podtrzymując stare ciało, wspierając się na dwóch laskach, przygląda się bacznie otaczającej jego dom faunie i florze. W swoim odseparowanym od świata ogrodzie kontempluje nieruchomo kamieniem trzymanym w dłoni lub leżąc na boku obserwuje z reporterami pracujące mrówki. Konfrontacja fizycznych przeciwieństw nie źródłem komizmu u Okity. Trzymając się wspomnianej sceny, takie zestawienie jest propozycją głębszej refleksji: bezruchu Mirokazu z nieustającym przemieszczaniem się mrówek; starego, ludzkiego ciała, którego właściciel sprzeciwia się przejściu do krainy świetlików z malutkimi, malutkimi (w ludzkim oku) zwrotnymi i bezwolnymi owadami. Humor wkracza w momencie kiedy młody fotograf próbuje dostrzec to co zobaczył swoim dociekliwym okiem artysta: mrówki rozpoczynają swój ruch od prawego odnóża. Podobnie zabawnie wypada moment Letniej opowieści, kiedy biologiczny ojciec Minami udziela jej krótkiej lekcji telepatii. Ponadnaturalny element istnieje w tych tytułach na równi z naturalnymi skłonnościami bohaterów do nawiązywania relacji. Nawiązują je dzięki swoim pasjom i wiedzy. Moment kiedy nawiązują relacje, to często również momenty kiedy się tą wiedzą dzielą z innymi. To są właśnie te chwile, które są punktem wyjścia dla humorystycznych sytuacji. Zestawienie wiedzy i niewiedzy. Okicie udała się rzecz niesamowita: nie ma w tym nic z obśmiania postaci. Tutaj mogę odesłać do wywiadu Łukasza Mańkowskiego z reżyserem, w którym twórca opowiada jak ważna dla niego jest jakość relacji między ludźmi, tak w życiu jak i na planie filmowym, gdzie stara się stworzyć bardzo przyjazną atmosferę.

Letnia opowieść (Kodomo wa Wakatte Agenai, 2020)

Świadome lub nie, ucieczki od slapstickowej estetyki czynią świat bohaterów Shûichi Okity bardziej przytulnym. W komedii pełnej gagów bohaterowie, by osiągnąć swój cel, pędzą pociągiem, wspinają się na budynki, próbują przeżyć na morzu w trakcie sztormu czy po prostu rozbijają się łokciami i sprzedają kopniaki każdemu kto się nawinie. Świat klasycznych niemych komedii rzadko bywa przyjazny dla swoich bohaterów. Ludzie w filmach japońskiego reżysera tworzą relacje z pełnym poszanowaniem granic drugiej osoby. Wyznanie uczucia w Letniej opowieści, kiedy chłopak bez poganiania w pełni wspiera dziewczynę w przezwyciężeniu stresu związanego z wyrażeniem jej emocji, pozostanie dla mnie jedną z najbardziej wzruszających scen nie tylko w nurcie coming of age. Cierpienie związane przeżywaniem trudnych chwil dzieje się na obrzeżach historii tej trójki filmów. Utrata dzieci, rozwód rodziców, samotne wychowywanie dziecka – nigdy nie są centralnymi punktami opowieści, są subtelnie zasugerowane lub stanowią punkt wyjścia dla rozwoju storytellingu.

Anty-slapstickowy charakter trzech ostatnich filmów Shûichi Okity prezentowanych na tegorocznej edycji Festiwalu Pięć Smaków czyni je tytułami o niezwykłym uroku. Czyż nie jest prawdziwą sztuką uchwycenie w kadrze muchy myjącej sobie pyszczek, w sposób który z najbardziej upierdliwego zwierzęcia na tej planecie czyni uroczego owadziego kotka? Filmy Okity to potężna dawka trochę dziwnej, ale przewrotnie zabawnej i dzięki temu solidnie orzeźwiającej łagodności.


(Prawie) wszystko co mnie irytuje w serialu „Man vs Bee"


(Prawie) wszystko co mnie irytuje w serialu „Man vs Bee"

Jak się mianowało badaczem slapsticku to trzeba czasem sprawdzić, jak się trzyma również współczesna filmowa burleska. Kiedy trafiam na taki serial jak Man vs bee to mam ochotę już nigdy nie wkraczać w te rejony. Serial Netfliksa to jedna z najbardziej niekreatywnych, nieśmiesznych i źle skonstruowanych komedii jakie ostatnio oglądałem.

Atkinson wypracował w kulturze popularnej w uproszczeniu dwie postaci: cynika i fajtłapy. Ten pierwszy jest szczególnie dobrze znany fanom serialu Czarna Żmija, ale z powodzeniem odgrywał ją także w swoich skeczach scenicznych. Jednak ten typ bohatera w świadomości społecznej przyćmił drugi z nich, którego korzenie, można odnaleźć u takich komików jak Chaplin czy Jacques Tati, a opierała się w dużej mierze na jakościowej pantomimie. Czasem bywał wredny, innym razem trochę rozkojarzony, a jeszcze innym zbyt pewnym siebie. Wszystkie te postaci łączyła niewiarygodna niezdarność i imponująca umiejętność pakowania się w kłopoty. Miał już twarz Jasia Fasoli, Johnny’ego Englisha, a teraz został Trevorem. Rozwodnikiem, ojcem nastoletniej córki, z chorobliwą obsesją na punkcie detali. Rozpoczął pracę w agencji zajmującej się pilnowaniem mieszkań pod nieobecność ich właścicieli. Właśnie otrzymał pierwsze zlecenie.


Kiedy pierwszy raz usłyszałem o serialu Netfliksa obejrzałem sobie ten fragment. Dostałem głupawki. Zresztą jak przy jakimkolwiek odcinku Mr. Beana. A potem obejrzałem zwiastun tej nowej produkcji. Nie zaśmiałem się ani razu. Nie spodziewałem się jednak, że to będzie tak złe.

Koncept wyjściowy produkcji Netfliksa to z grubsza rozbudowany fragment jednego z odcinków serialu Mr. Bean z lat '90, w którym upierdliwa pszczoła nie pozwala biednemu Panu Fasoli zjeść ciastka z wisienką. Owada poza dwoma sekundami praktycznie nie widać. Dzięki czemu możemy obserwować przezabawną walkę człowieka-pierdoły z powietrzem, ubraną w formę świetnej pantomimy. W nowym serialu umieszczono sporo gagów nie tylko z tego, ale też innych odcinków. Komedie farsowe od zawsze wzajemnie siebie inspirowały. Ba! w samym serialu o Fasoli gagi wielokrotnie powracały. Ich recycling wymaga jednak kreatywnego wykorzystania. Tymczasem, na przykład wspomniane ciastko pojawia się dosłownie na chwilę i potem nigdy nie wraca. Przecież nic nie stało na przeszkodzie, by powtórzyć całość w nowych warunkach: niezdarny Trevor, którego potęgująca złość na wredną pszczołę, zaczyna zmieniać się w słonia w składzie porcelany, slapstickową wersję Hulka w mieszkaniu wypełnionym ultradrogimi eksponatami. Pogoń za pszczołą następuje równie szybko, jak zaczyna nudzić. Atkinson, który jest współscenarzystą serialu, umieścił w nim również taniec z pszczołą w spodniach, który nawiązuje do tego, który można było zobaczyć we wspomnianym odcinku sprzed lat. Tylko co z tego, jeśli nie jest on spójny z postacią? Trevor to starszy pan, który nie radzi sobie z nowoczesną technologią, jaką naszpikowany jest dom, którym się opiekuje. To nie ta sama postać co Jaś Fasola. Dobrze skonstruowany gag ma konkretne zadanie. Nie jest to jedyne wyjście, ale jest wtedy dużo śmieszniej. Gag może być puentą sytuacji w jakiej znalazł się bohater, może też podkreślać cechy jego osobowości. Powtórzcie sobie jakikolwiek odcinek brytyjskiego serialu. Gagi wynikają w nim z pomysłowości Fasoli (powrót z centrum handlowego na dachu samochodu), albo z jego bycia wrednym (scena odbijanego na dyskotece) i tak dalej. Całość spinał brak kompetencji społecznych i komiczna dezynwoltura, co wzbudzało konsternację otoczenia, jak na konkursie na najbardziej posłusznego zwierzaka. Kiedy widzę przytłoczonego hi-techową rzeczywistością Trevora, któremu pies przyssał się do krocza nie widzę żadnego związku z postacią i żart mnie nie śmieszy. Kiedy oglądam ocierającego się bohatera granego przez Atkinsona tym samym kroczem o drzwi w ramach przetworzonego tańca z osą w spodniach, którego widzem jest funkcjonariusz policji, nie czuję nic poza zażenowaniem, bo nie ma on nic związanego z przerażonym narastającym chaosem Trevorem. Inne gagi również nie należą do najwybredniejszych. Chociażby ten pochodzący rodem z gross comedy scena, w której Trevor ląduje twarzą w psiej kupie, którą ścieranie z twarzy oglądamy zdecydowanie zbyt długo.


Na miniaturce Atkinson ma podobny wyraz twarzy do tej, którą miałem ja w trakcie oglądania tego co się odpszczelało w trakcie kolejnych odcinków.

Mam spory problem również z tytułowym pojedynkiem. Nie rozumiem jak w dobie pogłębiającego się kryzysu klimatycznego, powiększającej się świadomości społecznej na temat roli zwierząt w ekosystemie, ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby postawić przeciwko niestabilnemu emocjonalnie człowiekowi pszczołę i żeby przez cały czas się nad nią znęcał. W trakcie bardzo krótkich odcinków (większość nie przekracza dziesięciu minut) Trevor próbuje usmażyć pszczołę w mikrofali, truje aerozolami gospodarstwa domowego (przypadkowo trując również psa), wciąga odkurzaczem, traktuje wodą z prysznica i zaraz potem gorącym powietrzem z suszarki… . Większość komicznych w zamierzeniu sytuacji obraca się wokół torturowania zwierzęcia. Rzeczona pszczoła zdecydowanie nie jest tym samym typem natrętnego owada, które irytowało Jasia Fasolę we wspomnianym wyżej odcinku*. Niewiele jest momentów, w których naprzykrza się Trevorowi. Tutaj dochodzę do momentu, który niepokoi mnie najbardziej. W czwartym odcinku Trevor rozmawia z żoną. Jest to okazja, by widz otrzymał coś na kształt historycznego tła swojej obsesji na punkcie drobiazgów bez znaczenia, które rzekomo mają zburzyć jego spokój ducha. Taki psychologiczny fundament jest tej historii niepotrzebny. Późniejsze sytuacje czynią całość jeszcze bardziej niepokojącą. Po rozcięciu zabytkowego jaguara piłą tarczową, będącym wynikiem aktu furii, Trevor zdaje sobie sprawę z tego co zrobił i wpada w rozpacz. Połączenie psychologicznego dramatu i slapsticku nie jest niemożliwe, ale trzeba się na takim terenie poruszać bardzo uważnie. Scena ta jest bardzo symptomatyczna dla całości. Pokazuje jak brak wyczucia złotego środka, wpływa na to komizm sceny. Kiedy tragizm, przeważa nad komedią, zabija ją w w konsekwencji zarodku.

Zadziwiająca, jak na Atkinsona, który ma ogromne doświadczenie na polu filmowej burleski, jest bardzo zła konstrukcja serialu. Jak napisał u siebie Gniazdo Szeptunów, produkcja napotykała po drodze mnóstwo problemów i początkowo miała być filmem, który ostatecznie pocięto na życzenie producentów na bardzo krótkie odcinki. Myślę, że slapstick lepiej sprawdza się w zamkniętej formie, ale jeżeli już tworzyć z półtoragodzinnego filmu serial, to nie można go pociąć na tak krótkie kawałki. Nie sposób zaangażować się w sytuację bohatera, kiedy po siedmiu, ośmiu minutach pojawiają się cliffhanger i napisy końcowe. W Człowieku kontra pszczole sytuacje komiczne następują jedna po drugiej, bez miejsca na oddech czy powolną eskalację chaosu. Miast śmiechu, pojawia się znużenie. W dodatku scenariusz, źle wprowadza widza w przestrzeń w jakiej będą poruszał się Trevor. Na samym początku, po błyskawicznym oprowadzeniu po willi, otrzymuje instrukcję w formie notatnika. Miała zawierać wszystkie niezbędne informacje, potrzebne do funkcjonowania w domu. Nie mamy okazji dowiedzieć się co było w środku, ponieważ Trevor przypadkiem ją spala. A wszystko to w pierwszym odcinku. Rzecz, bez której teoretycznie Trevor nie mógłby wykonywać swojej pracy, nie tylko znika, ale okazuje się ostatecznie bez znaczenia i widz nie ma okazji poczuć wagi tej straty. A jest to przecież doskonały materiał na spokojne wprowadzenie topologii ogromnego mieszkania i zbudowania relacji bohatera z technologią willi. Z jakiegoś powodu w pierwszych dwóch odcinkach zostały odhaczone większość punktów z listy, na którą Trevor miał w szczególności uważać. Wskutek tego widz jest zmuszony oglądać, jak Trevor ugania się za pszczołą. I goni. I goni. I goni. I złapać nie może. I kiedy w finale pojawia się okazja na refleksję… zaczyna ją znowu ścigać, tym razem w przestrzeni kampera.


Powyżej jeden z wielu przykładów dobrze skonstruowanej komedii, w której chaos i komizm narastają w tempie geometrycznym. Prosty, absurdalny i nierealistyczny pomysł wyjściowy, owocuje prześmiesznym slapstickiem.

Podobno powstaje serial Old Bean o przygodach Jasia Fasoli na emeryturze. Mam nadzieje, że będzie to kolejna animacja, której plany powstania ogłoszono jakiś czas temu, a nie dwa niezależne projekty. Tym bardziej, że Atkinson wspomina w wywiadach, że jest zmęczony odgrywaniem tej postaci. Może to czas na powrót wrednego emploi komika?

Dlaczego napisałem ścianę tekstu o produkcji, która tak szczerze mnie zawiodła swoją bylejakością? Man vs bee pokazuje, że slapstick to nie rurki z kremem. Nie wystarczy nakręcić coś co wygląda jak The best of Mr. Bean. Taki zlepek skutkuje produkcją bez serca. Był tu potencjał na współczesną wersję Mojego Wujaszka. Krytyka konsumpcjonizmu, multimiliarderów, bezdusznej technologii – to tematy, które po wielu latach od premiery filmu Jacquesa Tatiego znów bardzo silnie rezonują. Ta nieszczęsna pszczoła nawet nie byłaby konieczna, ewentualnie mogłaby grać drugie skrzypce i pojawiać się od czasu do czasu. Atkinson wybrał drogę na skróty. Widzowie otrzymali kolejną kiepską produkcję z korporacji Netfliksa, która wygląda tak jakby wyśmiewała osoby z problemami psychicznymi. Szczerze wątpię, żeby Atkinson właśnie to miał na myśli krytykując cancel culture mówiąc, że komedia musi mieć swoją ofiarę. Nie jest to serial perfidny, tylko niechlujnie zrobiony. Czekam na powrót komika do formy.

* Na marginesie, animatorzy zrobili świetną robotę kreując to skrzydlate cudo, ale chyba tworzyli ją w oddzieleniu od scenariusza, ponieważ tytułowa pszczoła, to konkretnie trzmiel, a nie pszczoła samotnica (solitary bee), co jest powiedziane w serialu.


Rusalka (1977), reż. Petr Weigl

Rusalka (1977), reż. Petr Weigl


Přemysl Kočí jako Wodnik, ojciec Rusałki. Charakteryzacja i kostiumy w tym filmie są obłędnie piękne. Film jest dostępny z angielskimi napisami na portalu YouTube pod TYM linkiem.

Jeszcze całkiem niedawno nikt nie dopuszczał możliwości, że pojęcie „festiwal online” wejdzie na stałe do słownika każdego kinomana. Tymczasem rzeczywistość zmienia się na naszych oczach i najpierw Festiwal Kamera Akcja a w zeszłym tygodniu Festiwal Nowe Horyzonty zebrały fantastyczne frekwencje. A przed nami kolejne edycje kolejnych festiwali. Dzisiaj na przykład zobaczyłem wiadomość, że Festiwal Filmu Niemego również przenosi się do eteru, co mnie ogromnie cieszy. Cieszyński festiwal nie pozostaje w tyle i po wielu perturbacjach rozpoczął swoją kolejną, dwudziestą drugą (omg!) edycję.

Ponad półtora roku temu odbył się 21. Przegląd Filmowy Kino na Granicy  / Kino na Hranici w Cieszynie. Po powrocie do domu obiecałem sobie, że napiszę tutaj kiedyś o kilku filmach, które tam obejrzałem. Teraz nadarza się idealna okazja, by sobie o jednym z nich przypomnieć.

Idąc na Rusałkę Petra Weigla (1977) myślałem, że to jakaś czechosłowacka baśń filmowa. W swoim festiwalowym nierozgarnięciu nie doczytałem, że to filmowa opera, co sprawdziłem po kilkunastu minutach od rozpoczęcia seansu. „Nie może być! Kurde, pomyliłem filmy”. „No, nie. Panie Klatek, jesteś pan nieogarem. Teraz cierp”. Możliwe, że nie tylko ja tego nie doczytałem, bo po jakimś czasie widzowie zaczęli wychodzić
z sali Centrum Kultury Strzelnica po czeskiej stronie Cieszyna. Czemu się nie dziwię, bo opera (nieważne czy filmowa, czy w wersji tradycyjnej) to niełatwa rzecz do oglądania. Mój problem polegał na tym, że następny film, który chciałem zobaczyć, zaczynał się dopiero za kilka godzin, a inne tytuły nie wchodziły w grę, ponieważ z nim kolidowały, albo właśnie się rozpoczynały. Skoro byłem „skazany” na ten film, uznałem, że muszę coś z tego wyciągnąć dla siebie. Zacząłem przypatrywać się realizacji, grze aktorskiej, kostiumom i nagle mnie olśniło.

Wysoki poziom dramaturgii, duże zbliżenia na twarze aktorów czy ich bardzo ekspresyjna gra to przecież elementy bardzo przypominające kino nieme! Oczywiście nie chodzi o świadome zapożyczenia, bo w do tej relacji należałoby dodać jeszcze teatr i związki ten „kulturalny trójkąt” wzajemnie się przenikał w historii. W każdym razie tego momentu (po jakiejś pół godziny filmu) zacząłem czerpać ogromną przyjemność z seansu. Tak bardzo, że jeśli na początku byłem o krok od wyjścia z perspektywą kilkugodzinnego włóczenia się po Cieszynie (piękne miasto, kocham, ale to jednak za małe miasto na takie spacery), to po tym „odkryciu” przestawiłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Co scena – zachwyt. Co kolejny zwrot akcji – coraz większe zaangażowanie. Obłędne charakteryzacje, świetne efekty specjalne a nawet przepiękne plenery… Wszystko mnie w tym filmie zaczęło nagle zachwycać. Jakby przestawił mi się przełącznik w głowie. Gdyby nie to jedno spostrzeżenie doceniłbym zapewne kilka jego elementów, a film dostałby ode mnie łatkę „niezłe, ale nie dla mnie”.

Filmo-opera Weigla, oparta jest na libretcie opery Antonína Dvořáka pod tym samym tytułem. Libretto do niej napisał Jaroslav Kvapila. Rusalka uważana jest za jedno z arcydzieł czeskiej opery w historii. Można w niej odnaleźć motywy m.in. z Jeziora łabędziego i Syrenki Andersena. Nie będę tu streszczał całej fabuły, tym bardziej, że od seansu minęło sporo czasu. Możecie go przeczytać na czeskiej Wikipedii [LINK] (Google translator daje radę).

Ruzena Maturova jako Rusalka. Fotos zrobiony na potrzeby reklamy premiery spektaklu w roku 1901. Więcej zdjęć i projekty kostiumów TUTAJ.

Powyższa obserwacja zaprowadziła mnie do wniosku, że jeżeli ktoś chciałby przekonać się do opery, ale boi się wysokiego progu wejścia, to filmowe wersje takich spektakli wydają mi się nadawać idealne jako początek przygody z tym medium. Wszystko co „filmowe” (montaż, praca kamery) w takich pozycjach sprawia, że opera wydaje mi się bardziej przystępna dla kogoś, kto jest przywiązany do estetyki filmu. Jak widać nie są to też wnioski specjalnie odkrywcze. Przecież w tym przypadku działa ten sam mechanizm, dzięki któremu wielu widzom (w tym i mnie) spektakle Teatru Telewizji, lepiej się oglądają niż spektakle sceniczne. I przez „lepiej” nie mam na myśli jakości, ale kwestię przyzwyczajenia do obcowania, jak sądzę, z jednym typem medium kulturowym i braku możliwości wzniesienia się ponad to przyzwyczajenie. Jestem typem odbiorcy, którego percepcja potrzebuje innego typu dynamiki. Przekonałem się o tym idąc na operę na podstawie opowiadania Powiatowa Lady Makbet Leskowa. Dzięki powyższym obserwacji o nieintencjonalnym związku  opery z kinem niemym na pewno mogłem spektakl docenić bardziej. Jednak ten rodzaj sztuki to ciągle „nie moja bajka”.

Odkrycie, że opera może mi się podobać była jednym z najważniejszych odkryć z pogranicza świata filmu. Czy w tym roku doznam równie ważnych przeżyć? Zapowiada się dobrze. Zdążyłem obejrzeć wnikliwy dokument o rasowych uprzedzeniach wśród Czechów, na podstawie grupki nastoletnich hokeistów, którzy wyjechali do Maroka w poczuciu wyższości, że to oni będą uczyć grać hokeja tych „z Afryki co to śniegu na oczy nie widzieli”. Zobaczyłem film dyplomowy łódzkiej filmówki pt. Nic nie ginie, której seans był mi bardzo potrzebny w tych parszywych czasach. Kilka historii ludzi spotykających się na terapeutycznej grupie wsparcia bardzo podniosło mnie na duchu. Zostałem też zaproszony do świata czechosłowackiej poezji. W filmie  Samotni biegacze poznałem historię grupy poetów, którzy działali w tamtym okresie w tym kraju. Nawet jeśli nie jest to dokument idealny (stylizacja na przypadkowość bywa niezamierzenie zabawna), to ma on ogromny urok a sam film jest dowodem, że są przyjaźnie, których chemia potrafi przetrwać dziesiątki lat. Wreszcie, jeśli Czechosłowacja to i surrealizm. Pani czarodziejka ze zjawiskową Jolantą Umecką to intrygujący film, obśmiewający męską chuć, interpretowaną w kontekście freudowskich instynktów. A, to przecież nie wszystko. Była rewelacyjna Kontrola, bolesna i wzruszająca Nasza klątwa a kiedy to piszę kończę oglądać interesujący Słodki czas Kaimagdory, portret człowieka, którego rytm życia wyznaczają pory roku. Co przyniosą kolejne dni festiwalu? Czekam z niecierpliwością!

PS Czy ktoś mógłby polecić jakąś książkę o relacjach teatru-opery-filmu w historii?


„The Great Dictator" (1940), reż. Charles Chaplin

The Great Dictator (1940), reż. Charles Chaplin


Na powyższym  autorstwa Alana Reeve'a wykonany z okazji premiery Dyktatora opublikowany w grudniu 1940 w Fortune magazine. Z lewej strony znajduje się lista znanych osobistości, które zostały na nim uwiecznione.

Dyktator to jeden z tych filmów, który jest przestrogą w spokojnych czasach. Niestety co jakiś czas staje na powrót czymś aktualnym i z sygnału ostrzegawczego staje się komentarzem do „tu i teraz”. Taką próbą obśmiania aktualnego stanu rzeczy była właśnie wspomniana wyżej produkcja, znana również jako pierwszy w pełni „mówiony” film Charliego Chaplina.

Uznany dzisiaj za jeden z najważniejszych filmów karierze mistrza, w swoim czasie wróżono mu klęskę, jeszcze na długo przed premierą. Chaplin jednak od początków swojej kariery przejawiał ogromną wrażliwość na „zachodzące wokół niego zmiany, a niekiedy potrafił je nawet przewidzieć”. Takie pozycje w jego twórczości jak Gorączka złota, Charlie żołnierzem czy Emigrant pokazują, że nie unikał drażliwych tematów społecznych. Dyktator nie jest, więc niczym niezwykłym spoglądając całościowo na twórczość reżysera i aktora. Wzbudzał natomiast bardzo silne kontrowersje od momentu ogłoszenia rozpoczęcia pracy nad nim.

1. Szkic koncepcyjny autorstwa Rusella Spencera. 2. Szkic koncepcyjny autorstwa Russella Spencera. 3. Szkic koncepcyjny sceny finałowej przemowy, która miała na celu ułożyć plan rozlokowania 300 statystów na planie filmowym.

Co więcej jak zauważa autor artykułu z 1939 roku „opatrzność była w ironicznym nastroju, gdy pięćdziesiąt lat temu zarządziła, aby Charles Chaplin i Adolf Hitler przyszli na świat w odstępie czterech dni”. Takie skojarzenia pojawiały już na początku lat trzydziestych, czego dowodem są liczne karykatury z tamtego okresu. Jak napisał w swojej autobiografii Chaplin po premierze Dzisiejszych czasów w 1936 roku, cierpiał na głód pracy z jednoczesnym brakiem pomysłu na film. Rok po premierze tamtej pozycji, reżyser i producent filmowy Aleksander Korda zasugerował mu nakręcenie filmu o Hitlerze, ze względu na fizyczne podobieństwo postaci trampa do dyktatora III Rzeszy. Sugestia ta stała się katalizatorem i Chaplin prawie natychmiast zabrał się do pracy nad filmem.

Ależ oczywiście! Jako Hitler mógłbym przemawiać do tłumów szwargotem i mówić, co bym tylko chciał. A jako włóczęga mogłem być  mniej czy więcej milczący, Historia o Hitlerze dawała pole do burleski i pantomimy. Toteż z entuzjazmem pospieszyłem na powrót do Hollywood zabrałem się do pisania scenariusza. Praca nad nim trwała dwa lata.

1. Główną atrakcją, która przyciągała publikę do kin aby zobaczyć Dyktatora było fizyczne podobieństwo między Chaplinem a Hitlerem. Powyższe karykatury wykonał Al Hirshfeld. Więcej o tym fantastycznym artyście przeczytacie tutaj: Zabawa na niedzielny wieczór – znajdź wszystkie Niny! 2. Chaplin usuwa swe charakterystyczne wąsy, przypominające te hitlerowskie, które mają powodować złość z Niemczech  Mimo wielu plotek, do dzisiaj nie udało się ustalić czy Hitler zobaczył Dyktatora. Karykatura autorstwa Rollina Kirby'ego. New York World Telegram, wrzesień 1933.

Przy pracy na Dyktatorem korzystał z pomysłów ze swoich wcześniejszych niewykorzystanych pomysłów. Użył m.in. scenę u golibrody wyciętą z Idylla na wsi z 1919. Z kolei taniec z balonem to przetworzony gag, który został uwieczniony na imprezie zorganizowanej przez Marion Davies w 1929 (może być to również plagiat o czym pisałem tutaj: Chaplin plagiatorem?). Jednak przede wszystkim korzystał z doświadczenia uzyskanego w trakcie przygotowań do nigdy nieukończonego filmu o Napoleonie Bonaparte. Jak pisze David Robinson w biografii Chaplina miał w nim znaleźć się wątek planu „ucieczki Napoleona ze Świętej Heleny przy pomocy poświęcającego się sobowtóra, który zajmie jego miejsce. (…) Chaplin chciał także przedstawić poprzez postać Napoleona własne poglądy na pokój i politykę. Na konferencji dotyczącej Dyktatora powiedział: Każdy aktor marzy by zagrać Napoleona. Mam to za sobą. Zagrałem jednocześnie Napoleona i Hitlera i szalonego cara Pawła [Pawła I Romanowa – przyp. własny].”

Produkcja Dyktatora najeżona była problemami.

Kiedy zdjęcia ukończone były w połowie, do reżysera zaczęły docierać wiadomości o możliwej cenzurze filmu. W Stanach w tamtym czasie wzrastały nastroje narodowościowe i izolacjonistyczne, popierające działalność Hitlera w Europie, a jednocześnie sprzeciwiające się udziałowi Amerykanów w II Wojnie Światowej. Filmy takie jak Dyktator czy prawie rok You Nazty Spy! z serii The Three Stooges, były uważane za propagandę antyhitlerowską mającą zachęcić Amerykanów do zmiany optyki w kwestii udziału ich kraju w militarnym sporze. Chaplin pisał, że dostawał listy z pogróżkami, które po premierze jeszcze przybrały na sile. Mimo wszystko był zdeterminowany by zrobić ten film, choćby miał stracić pięć milionów dolarów, jak napisał w autobiografii.

Głównym źródłem trudności był jednak charakter samego reżysera. Dyktator zwiastował spore zmiany w procesie produkcyjnym twórcy. Chaplin był podekscytowany faktem drobiazgowego scenariusza. Wcześniej na każdym każdy etapie zdjęć skrypt był rozpisywany przez Brytyjczyka na bieżąco. W przypadku tego filmu rozrósł się do monstrualnych trzystu stron, jeszcze przed przystąpieniem do zdjęć. Dla porównania standardem pełnometrażowego filmu fabularnego było 100-150 stron scenariusza. Harmonogram pracy był trudny do ustalenia ze względu na przypadkowość godzin w jakich na planie stawiał się Chaplin. O ile w ogóle się pojawiał. Współpracownicy zwracali uwagę na nieprzystawalność jego stylu pracy do zmieniających się warunków na planach filmów. Niczym żydowski fryzjer ze swojego filmu, zachowywał się jakby na jakiś czas zapadł w śpiączkę, w czasie kiedy organizacja produkcji filmowej zrobiła ogromne postępy. Kłócił się z pracownikami technicznymi czy asystentką reżysera, tzw. script girl , których roli na planie nie mógł zrozumieć. Chwalił się, że używa najnowszych rozwiązań technicznych takich jak bardziej mobilne kamery, wózki, itp., które de facto były używane na planach filmowych od lat.

Dyktator stał się największym sukcesem komercyjnym Chaplina. Natomiast jego recepcja w prasie była mieszana. Dyllis Powell z New York Times zachwycał się konstrukcją gagów i udanym balansem między satyrą a brutalnym realizmem. Z drugiej strony, wskazuje na niekompatybilność formalną finałowej przemowy fałszywego dyktatora. Jak można się domyślić pojawiały się również zarzuty, że komedia to nie najlepszy wybór na film o niemieckim zbrodniarzu. Co więcej, co jak pisał w swojej recenzji Rudolph Arnheim w 1940, Chaplin swoim filmem wyważał otwarte drzwi. Absurdalność i głupota postulatów nazistów są widoczne dla każdego kto zacznie ich analizę. Niemiecki pisarz zanotował również, że fokusowanie się na parodiowaniu jednej postaci, spowodowało, że ostrze satyry chyba celu, zamiast skupiać się na obśmianiu szkodliwej ideologii.

1. W III Rzeszy odbył się tylko jeden pokaz „Dyktatora". Był to pokaz dla hitlerowskiej armii. Pierwsze oficjalne pokazy w Niemczech miały miejsce dopiero w roku 1958. Plakat powyżej chociaż wykonany w 1940, reklamował właśnie tamte seanse. Źródło: https://www.filmposter.net/en/the-great-dictator-original-release-german-movie-poster/. 2. Plakat reklamujący Dyktatora pochodzący z All Family News Magazine. 3. Węgierski plakat reklamujący Dyktatora

Z perspektywy czasu jesteśmy w pełni docenić skalę i moc satyry jakie nosił w sobie w tamtym burzliwym okresie Dyktator. Paweł Mościcki swoją książką Chaplin. Przewidywanie teraźniejszości, której obszerne fragmenty poświęcone są właśnie temu filmowi, stworzył najbardziej kompletną obronę tego filmu, w ostatnich latach w naszym kraju.

Zaskakujące wydaje się to, jak ambiwalentną figurą jest ów dyktator z punktu widzenia krytyków filmu Chaplina. Z jednej strony wydaje się zbyt mało istotny, aby symbolizować problem nazizmu w całości, z drugiej zaś – wystarczająco ważny, aby śmiech z jego zachowań obrażał jego ofiary. W pierwszym wypadku krytycy wydają się rozdzielać coś, co wcale nie występuje oddzielnie. Owszem, nazizm miał źródła historyczno-polityczne i opierał się na masowym ruchu, w którym uczestniczyła, lub który przynajmniej popierała, znaczna część społeczeństwa. Ale ów ruch nie byłby aż tak prężny i dynamiczny, gdyby nie spajała go wyrazista i intensywnie oddziałująca postać Wodza. W takim wypadku satyra na Hitlera nie jest wyłącznie krytyką jednego elementu, unikającą namysłu nad działaniem całej struktury nazistowskiego fantazmatu, lecz właśnie uderzeniem w ten punkt, w którym cała struktura osiąga stan najwyższej kondensacji.

Autor zauważa również, że obśmianie może być najsilniejszą bronią w walce ideologią nazistowską. Z kolei kontrowersyjna finałowa przemowa, (…)która prawicy pachniała komunizmem, a dla lewicy była podejrzanie sentymentalna(…), oddała szacunek ofiarom reżimu jednocześnie dając nadzieję, a nawet wyrokując nadejście lepszego tu i teraz. Podniosły finał, w którym następuje metafizyczne na gruncie świata przedstawionego i formalne, dzięki montażowi, połączenie bohaterów, paradoksalnie kolejny raz w historii twórczości Chaplina, zamienia dramat z komedią miejscami. Francuski badacz kina, Jean-Pierre Coursodon powiedział, że gdyby usunąć z burleski gagi, zostanie czysty dramat. Działalność reżysera filmu, o którym tutaj piszę, jak żadna inna jest na to doskonałym dowodem. Chaplin pokazał, że można jednocześnie śmiać się z oprawcy, na przykład parodiując manierę hitlerowskich przemówień i nie szczędząc widzom brutalnych scen, okazując rewerencję buntującym się przeciw totalitaryzmowi. Co znamienne, to pierwszy raz kiedy Chaplin pozwala przemówić postaci wagabondy, dla którego to ostatnie wystąpienie na ekranie. Wszyscy są jednak zgodni: mimo tego, że z mównicy przemawia żydowski fryzjer, omyłkowo wzięty za dyktatora Tomanii, z ekranu patrząc prosto w kamerę, mówi do nas sam Chaplin. Co jak zauważył inny recenzent Paul Goodman jeśli nie jest głosem jego serca, byliśmy zwodzeni przez dwadzieścia pięć lat.


Fragment końcowej przemowy z polskimi napisami. Polecam obejrzeć całą, około dwie minuty dłuższą. Tutaj nie zobaczymy montażowych przebitek na postać Hanny i jej towarzyszy w Austerii.

Jak zauważa Mościcki w jednej ze scen po długim i męczącym marszu w obozie jenieckim, fryzjer zasypia w baraku. Nigdy nie doczekamy się natomiast sceny pobudki. Można, więc interpretować ciąg dalszy jako sen śpiącego. Podkreśla to idylliczna scena wyjazdu ukochanej do sąsiedniego państwa. Wszystko, łącznie z podmianą i końcową mową staje się w tym odczytaniu się mrzonką, niemożliwą do spełnienia. Autor przywołuje w swojej książce niemieckiego filozofa Theodora Adorno, wg którego bez niemieckiej powagi Hitler nigdy nie zdobyłby władzy. W krajach zachodnich stałby się ofiarą śmiechu. Wg Adorno śmiech z reżimowej ideologii często przychodził zbyt wcześnie (np. przewidując rychły upadek szkodliwej doktrynie), lub za późno, gdy śmiech nie ma oznak buntu, lecz jest postawą z gruntu oportunistyczną. Chaplin kręcąc Dyktatora wykorzystał okazję, by użyć narzędzia, którym posługiwał się najlepiej, komedią slapstickową zaprzęgniętą w służbie satyrze, która trafiła idealnie w swój czas. Mimo, że Chaplin, jak przyznał nie nakręciłby tego filmu, gdyby wiedział o okrucieństwach wyrządzonych ludziom przez ojca nazistowskiej ideologii.

Dzisiaj, kiedy historia zatacza zaskakujące koło, Dyktator niesie współczesnym widzom nowe przesłanie, które można ująć w parafrazę słynnych słów księdza Twardowskiego: śpieszmy się śmiać z naszych oprawców. Tak szybko dochodzą do władzy.

___________________________________________________________________ 

Literatura 

[1]  Chaplin. Jego życie i sztuk (1985). David Robinson. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1995
[2]  My autobiography (1975). Charles Chaplin. Wydawnictwo Dolnośląskie, Poznań 2006-2007
[3]  Chaplin. Przewidywanie teraźniejszości. Paweł Mościcki. Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2017
[4]  The Charlie Chaplin Archives. Paul Duncan. Wydawnictwo Taschen, 2015
[5]  http://www.charliechaplinarchive.org/en
[6]  Dokumenty Chaplin's Napoleon i The Tramp and the Dictator, będących dodatkami w wydaniu Blu-Ray kolekcji Criterion Collection
[7]  Historia kina. Kino nieme. Tom I. Wydawnictwo Universitas, Kraków 2012

„The Little Lord Fauntleroy" (1921), reż. A. E. Green, J. Pickford

„The Little Lord Fauntleroy" (1921), reż. Alfred E. Green, Jack Pickford

Jednym z największych hitów w dorobku Mary Pickford, najpopularniejszej amerykańskiej aktorki kina niemego, był The Little Lord Fauntleroy z 1921 roku. Jego premiera był wypadkową kilku nieprzypadkowych decyzji aktorki, a pozycja Mary Pickford w świecie przemysłu filmowym była tak duża, że gwarantowała jej sporą swobodę twórczą.

Na początku kilka informacji na temat różnych wytworów kultury, który wpłynęły na ostateczny kształt The Little Lord Fauntleroy.

Film jest adaptacją jednej z najsłynniejszych powieści Frances Hodgson Burnett, autorki takich pozycji jak The Secret Garden (Tajemniczy ogród) czy The Little Princess (Mała Księżniczka). Little Lord Fauntleroy była jedenastą powieścią w jej dorobku, ale pierwszą, której grupą docelową była młodzież. Sukces książki zachęcił niejakiego E. V. Seebohma do przeniesienia fabuły na deski teatru bez porozumienia z autorką literackiego oryginału. Kiedy Burnett skontaktowała się z nim w celu ściągnięcia sztuki z afisza, Seebohm w zamian zaoferował jej udział w zyskach. Burnett odrzuciła tę propozycję. Postanowiła za to napisać swoją sztukę pod znamiennym tytułem The Real Little Lord Fauntleroy, która odniosła spory sukces frekwencyjny. Następnie wytoczyła sprawę Seebohmowi o naruszenie praw autorskich. Jej wygrana ustanowiła precedens w przypadku dochodzenia praw do scenicznych adaptacji dzieł literackich [1].


Z lewej strony jedna ze scen The Little Lord Fauntleroy z Mary Pickford w roli głównej, z prawej jedna z ilustracji autorstwa Reginalda B. Bircha.

Powieść Burnett miała spory wpływ na modę wśród nastoletnich chłopców. Autorem ilustracji do pierwszego wydania książkowego tej historii, w 1886 roku, był Reginald B. Birch. On z kolei wzorował wygląd głównego bohatera, Cedrika, na Busterze Brownie. Był on postacią komiksową autorstwa jednego z ojców medium komiksowego, Richarda F. Outcaulta. Jego seria pasków komiksowych o Busterze Brownie opowiadała o przygodach psotnika z bogatej rodziny, jego przyjaciółki Mary Jane oraz pierwszego komiksowego psa, który mówił. Imię Browna Outcault zapożyczył najprawdopodobniej od Keatona, który był w tamtym czasie popularnym dziecięcym aktorem wodewilowym, występującym z rodzicami pod szyldem Three Keatons.


Buster Brown i jego pies rasy pitbulterier o imieniu Tygrys. Trochę niepokojący ten piesek.

Outcault tworząc postać Bustera Browna inspirował się ubiorem młodego Księcia Edwarda (późniejszego Edwarda VII-go). Królowa Wiktoria ubierała syna na wzór brytyjskich żeglarzy. Po premierze książki, strój stał się bardzo popularny wśród biedniejszych rodzin, które próbowały ukrywać pochodzenie swoich synów, dzięki tej królewskiej stylizacji. Strój Bustera Browna składał się z (za Wikipedią):

(…) a belted, double-breasted tunic or jacket worn with a large round collar, floppy bow, and shorts or knickerbockers.

Bardzo często strój Bustera Browna noszono do fryzury typu pageboy 1. Młody Książę Edward, syn Królowej Wiktorii. 2. Historia zatoczyła koło: Buster Keaton w stroju Bustera Browna. Prawda, że wygląda uroczo? 3. Audrey Tatou jako Amelia we fryzurze w stylu pageboy. 4. Postać He-mana również nosiła ten fryz. W dodatku tutaj  za przyjaciela ma prawdziwego tygrysa a nie udawanego jak Buster Brown.

Sophie Warner, która była autorką kostiumów w The Little Lord Fauntleroy z dość dużą dokładnością odtworzyła strój z ilustracji książkowej wersji Małego Lorda, który nosiła w filmie Mary Pickford. [2].

Współcześnie Amerykanie kojarzą wizerunek Bustera Browna głównie z reklam Brown Shoe Company, firmy obuwniczej która wykupiła prawa do używania tej postaci w 1904 roku. Jedną z tych reklam możecie zobaczyć TUTAJ.

Wróćmy do powieści Burnett i jej adaptacji. W rolę Małego Lorda nie pierwszy raz wcieliła się aktorka. Podobna sytuacja miała miejsce w czasie od 3 grudnia 1888 do 11 maja roku następnego. W tym okresie na deskach Broadway Theatre wystawiana była wersja Małego Lorda scenariusza samej Frances Burnett [4]. W głównej roli wystąpiła siedmioletnia wówczas Elsie Leslie – w swoim czasie najpopularniejsza i najlepiej opłacana dziecięca aktorka w USA. Podobno jej charakter był bardzo podobny do postaci, którą grała – mówiono, że była przemiłą i  komunikatywną osobą.


Leslie Elsie jako Cedric Fauntleroy w sztuce napisanej przez autorkę książkowego powieściowego oryginału, Frances Hodgson Burnett.

Dla Mary Pickford film The Little Lord Fauntleroy był drugą w karierze ekranizacją powieści Burnett. W 1917 roku dwudziestopięcioletnia wówczas aktorka zagrała w The Little Princess (Mała Księżniczka 1917, reż. Marshall Neilan) główną rolę dziesięciolatki Sary Crew, córki wdowca, brytyjskiego żeglarza pracującego na terenie Indii czasów kolonialnych.

W chwili premiery prasa chwaliła film za antydyskryminacyjny wydźwięk i polecała go zwłaszcza na okres zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia [4]. Aktorka, mierząca wtedy 154 centymetry, mówiła później, że cała organizacja planu filmowego było podporządkowane ukryciu jej faktycznego wieku i wzrostu:

I was supposed to look like a girl of eight or ten. In order to create the illusion of small child everything I touched had to be a third bigger than life. That was the first time artificial proportion was used on the screen. If I touched a glass it would be a third larger than the actual glass. Knobs of doors were both larger and higher, and of course the people I worked with were selected for their abnormal height. [5]

The Little Princess (Mała Księżniczka 1917, reż. Marshall Neilan) .

Podwójna rola Pickford w The Little Lord Fauntleroy nie była pierwszą tego typu w jej karierze. Z ważniejszych filmów należy tu wymienić Rags (1915) i Stella Maris (1917). Ten ostatni jest o tyle ważnym tytułem, że obydwie postaci grane przez Pickford kilkukrotnie pojawiają się jednocześnie w kadrze.

Piszę o tych filmach nie bez powodu. Chciałem pokazać, że The Little Lord Fauntleroy, nie jest dziełem przypadku a konsekwencją wielu świadomych wyborów Pickford: od wyboru powieści do adaptacji, przez podwójną rolę (w tym jedną męską), na charakterze głównej postaci kończąc. Aktorka, która była również producentką tego filmu, miała ogromną władzę decyzyjną na planie. Dojście do takiego punktu w karierze było efektem jej ogromnej determinacji.


Mary utrzymywała bardzo dobre relacje ze swoją matką. Cały czas wzajemnie się wspierały. Więcej o tym możecie przeczytać na stronie fundacji Mary Pickford: KLIK

Mary Pickford, a właściwie Gladys Louise Smith, urodziła się 8 kwietnia w 1892 roku (niektóre źródła podają 1893 rok). Była najstarszą z trójki rodzeństwa, córką potomków angielskich imigrantów osiadłych w Kanadzie. Matka Mary, Charlotte również aktorka, pozwalała siedmioletniej wówczas córce występować w drobnych rólkach teatralnych. Zmusiła ją do tego kiepska sytuacja materialna rodziny. Jej mąż i ojciec Mary, John Charles Smith, zmarł w wyniku wypadku na parowcu linii Niagara Steamship Lines, na których był głównym kelnerem. Od tamtej pory, Mary przyjmowała z biegiem lat coraz większą ilość ról, by z czasem stać się główną żywicielką rodziny. Jej brat John Jack i siostra Charlotte Lottie również grali w filmach, ale nigdy nie odnieśli takiego sukcesu jak Mary [6].

Pickford zdała sobie sprawę, że w im większej ilości filmów będzie grać, tym większe zapotrzebowanie będzie na jej role [7]. Dzięki temu była w stanie zapewnić dochód swojej rodzinie. Jak wspominała po latach w wywiadzie była outsiderką, która poświęciła życie towarzyskie na rzecz tego, co kochała robić:

I suppose……it was that my pictures were my whole life, outside of my family. I never went any place. I never went to cafes, restaurants, never went dancing.  I had no social life whatsoever. My whole life was wrapped up in the creative.  As a mother lion or tigress, I had to assume the business role, in order to protect the thing I loved, my work……It was a protective measure……I run my own business; so I have to tend to these dry, dreadful meetings….I never enjoyed it, to tell you the truth….It’s just a foreign atmosphere that I dislike. There’s something about a typewriter that upsets me. It looks as if it’s going to bite me – I don’t know – I really detest it. [8]


Tess of the Storm Country (Tess z Burzy, 1914, reż. Edwin S. Porter). Film, który uczynił Pickford najważniejszą aktorką w USA.

Po premierze Tess of the Storm Country (Tess z Burzy, 1914, reż. Edwin S. Porter) Mary stała się jedną z najpopularniejszych aktorek w USA, o ile nie na świecie, jak napisał w jej biografii Kevin Brownlow, słynny historyk filmowy. Dwa lata później wynegocjowała, jako pierwsza aktorka, kontrakt na ponad milion dolarów.

Emploi Pickford, które praktycznie nie wykraczało (zgodnie z panującym systemem gwiazd) poza postać tzw. ingénue (z francuskiego ingénu - pomysłowy, szczery), czyli prawdomównej, niewinnej i energicznej osoby, która często wikłała się w relacje z równie niewinnymi partnerami. Wizerunek granych przez Pickford postaci, tylko częściowo pokrywał się z prawdziwym charakterem aktorki. Prywatnie była także sprawną biznesmenką. Dwa lata po sukcesie filmu Portera, mogła nie tylko negocjować sobie stawki, ale także nadzorowała produkcję filmów z jej udziałem, dzięki firmie Mary Pickford Film Corporation [9]. Ich dystrybucją zajmowała się firma Artcraft, również pod czujnym okiem aktorki. Pickford przetarła szlaki na polu większej kontroli twórców nad ich filmami. Wszystko to osiągnęła w wieku dwudziestu czterech lat. I nie zamierzała na tym poprzestać.  5 lutego 1919 roku wraz z Charlesem Chaplinem, Douglasem Fairbanksem i Dawidem W. Griffithem została współzałożycielką firmy produkcyjnej United Artist, która była pierwszą tego typu firmą na rynku filmowym założoną przez reżyserów i aktorów na tak wielką skalę:

In 1919, Pickford, Fairbanks, Griffith, and Chaplin formed United Artists (UA). UA was not only a production company, but a distribution business, which offered filmmakers access to UA's own screens as well as the rental of temporarily unbooked cinemas owned by other companies. Producers who signed with UA were true independents: producing, creating and controlling their work to an unprecedented degree [10].

Od lewej: Griffith, Pickford, Chaplin (siedzi), and Fairbanks (ostatni z prawej) podpisują kontrakt na założenie firmy United Artist w 1919. Prawnicy Albert Banzhaf (z lewej) i Dennis F. O'Brien (z prawej) stoją w tle. Mary Pickford bardzo się spieszy na plan kolejnego filmu.

Mimo swojego kanadyjskiego pochodzenia Pickford szybko stała się ulubienicą Amerykanów. W 1916 roku wraz z Constance deMille, aktorką i żoną słynnego reżysera Cecila, założyła Hollywood Studio Club, akademik dla młodych kobiet działających w przemyśle filmowym. W 1921 roku została współzałożycielką i wiceprezeską Motion Picture & Television Fund [11]. Jest to działająca do dziś organizacja charytatywna wspierająca osoby z przemysłu filmowego i telewizyjnego, które mają ograniczony budżet. Ze względu na wsparcie, jakiego udzielała amerykańskiej armii podczas I Wojny Światowej, dostała tytuł honorowego pułkownika a marynarka wojenna nazwała ją swoją „Małą Siostrą”. Dzięki takim działaniom oraz wielu drobniejszym akcjom, jak wystawienie jednego ze swoich słynnych loków na aukcji charytatywnej czy publiczne całowanie flagi amerykańskiej, miała swoje stałe miejsce w sercach Amerykanów.

Podsumujmy, w momencie rozpoczęcia prac na planie The Little Lord Fauntleroy Mary America’s Sweatheart Pickford:

  • była jedną z najlepiej opłacanych aktorek w Hollywood
  • miała własną firmę produkcyjną
  • była współwłaścicielką niezależnej firmy produkcyjnej, w której miała równe udziały
  • ta sama firma miała zająć się współdystrybucją Małego Lorda
  • miała doświadczenie w graniu podwójnych ról w jednym filmie oraz wcielaniu się w dziecięce role w filmach, w których wykorzystywano podwójną ekspozycję.

Tak wielka swoboda twórcza i doświadczenie musiały zaowocować sukcesem.

Jak przyznaje Steve Massa w swojej książce Slapstick Divas: The Women of Silent Comedy Mary Pickford nigdy nie była aktorką stricte komediową, jednak miała ogromny talent komediowy, co wyróżniało ją od innych aktorek D.W. Griffitha (w latach 1909-1913 zagrała u niego w stu dwudziestu ośmiu filmach) [12].

Jej talent zarówno dramatyczny, jak i komediowy, doskonale widać w filmie The Little Lord Fauntleroy. Z jednej strony widzimy rolę Cedrika – uroczego, kipiącego pozytywną energią chłopca, który jest przekonany, że zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych. Pewnego dnia zostaje mu zakomunikowane, że jest wnukiem bogatego lorda z Wielkiej Brytanii, po którym ma przejąć majątek. Z drugiej strony gra matkę chłopca (nazywana przez Cedrica Najdroższą) – kiedyś wyszła za syna wspomnianego brytyjskiego lorda, czym wzbudziła nienawiść, swojego teścia. Nie pałał on, delikatnie mówiąc, sympatią do Amerykanów. Po śmierci prawowitego spadkobiercy majątku, czyli ojca jej syna, zmuszona jest przepłynąć Atlantyk, aby Cedric mógł przyjąć swój nowy tytuł. Pickford biorąc na swoje barki obydwie role, pokazała jak bardzo była wszechstronną aktorką. The Little Lord Fauntleroy potwierdził, że status najpopularniejszej aktorki swoich czasów nie był wynikiem przypadku, a efektem kombinacji ciężkiej pracy i ogromnego talentu aktorskiego.

Kto z Was wyrywał zęby na nitkę?

Jednym z moich ulubionych fragmentów filmu jest pewna z końcowych scen. Mały Cedric próbuje wyrwać swojego zęba sposobem na nitkę. Widząc to, jego matka patrzy to na niego, to na lorda. Ta wymiana spojrzeń, będąca zapowiedzią happy endu, jest jednym z TYCH spojrzeń, pełnych wyrozumiałości, wymieszanych z politowaniem i troską. Lubię tę scenę ze względu na to, że określa nie tylko spektrum możliwości aktorskich Pickford, ale też klimat całego filmu, którego pozytywne uczucia niosą cały film (głównie za sprawą postaci Cedrica).

The Little Lord Fauntleroy był bardzo dużym sukcesem komercyjno-krytycznym. W momencie premiery prasa zachwycała się przede wszystkim tym aspektem, dzięki którym pamiętany jest do dzisiaj. Chodzi oczywiście o mistrzowskie wykorzystanie podwójnej ekspozycji:

The double exposures are the finest that have ever been mad in the history of the business. When Mary Pickford (…) kisses herself as 'Dearest' and hugs herself, and when both characters walk off together, one ahead of the other—well, it's almost uncanny. Hats off to Rosher. [13]

Krytyk w powyższym cytacie zachwycał się pracą Charlesa Roshera, jednego z najlepszych operatorów filmowych w swoim czasie. Był autorem zdjęć m.in. do pierwszego hollywoodzkiego filmu F. W. Murnaua, czyli Sunrise: A Song of Two Humans z roku 1927. Oprócz tego pracował przy wspomnianym wyżej Tess of the Storm Country oraz remake’u pod tym samym tytułem z 1922 roku. Zdjęcia Małego Lorda z 1936 roku w reżyserii Johna Cromwella również są jego autorstwa.

Jedna aktorka, dwoje bohaterów - podwójna ekspozycja jeszcze nigdy nie była tak doskonała. [14]
Najbardziej pamiętna scena z The Little Lord Fauntleroy z użyciem podwójnej ekspozycji to ta, w której Cedric całuje w policzek swoją śpiącą mamę. Dlaczego to tak niezwykła scena? Jej wykonanie jest perfekcyjne, dzięki wyeliminowaniu jakiegokolwiek przenikania na linii ust. Na IMDB.com, wśród ciekawostek na temat filmu, można znaleźć informację jak nakręcono tę scenę:

In scene in which Little Lord Fauntleroy meets Dearest (both parts being played by Mary Pickford) the kiss-on-the-cheek cut took 15 hours to film and lasts 3 seconds on-screen due to the complexity of the multiple exposures. To ensure stability between takes, the camera used by cinematographer Charles Rosher was weighted down to the tune of close to a ton.

Zachwyca mnie jeszcze jeden moment, w którym talent aktorski Pickford i maestria operatora skrzyżowały się ponownie. Mam na myśli scenę z około połowy filmu, w której Cedric i jego matka spotykają się pierwszy raz po przybyciu do zamku Lorda Fauntleroya. Bohaterowie chwilę ze sobą rozmawiają, patrząc sobie w oczy, po czym Cedric przechodzi za krzesłem, przed którym stoi jego matka. Ta odwraca się do syna (ciągle widzimy jej profil) i znowu ich spojrzenia się spotykają. Na pierwszy rzut oka ten fragment nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dla mnie jest jak sztuczka magika, który po wykonaniu numeru pokazuje, że kapelusz, który unosi się w powietrzu na naszych oczach, nie jest zawieszony na sznurkach. Tutaj podobnie: w tej scenie zagrała ta sama żywa aktorka, która w jednej z wersji stoi na platformach podwyższających a w drugiej ma tylko 154 centymetry .

Dziwi mnie natomiast decyzja, by Pickford jako Cedric miała ciemno pomalowane usta. Biorąc pod uwagę jak łatwo można było zrezygnować z tak drobnego detalu oraz charakter roli Pickford, której sposób mówienia i poruszania się był typowo chłopacki, nie bardzo rozumiem taki zabieg. Mimo tego, nie był to szczegół, który zniszczył mi odbiór. Jeśli szukacie filmu w stylu feel good, po którym poczujecie się naładowani pozytywnymi emocjami to The Little Lord Fauntleroy to idealny wybór dla Was.

The Little Lord Fauntleroy był kilka dni temu jedną z propozycji Kino Szkoły Filmowej w Łodzi. Obecnie możecie tam obejrzeć inny hit z filmografii Pickford The Poor Little Rich Girl z 1917 roku. Pełen harmonogram seansów znajdziecie na Facebooku KSF.

PS W filmie jest sporo scen, w których postać matki stoi tyłem a obok stoi Cedric. W takich momentach dublerem Mary Pickford w roli matki, była legenda wśród statystów, Harvey Perry. TUTAJ opowiada o dublowaniu Harolda Lloyda w Safety last! z 1923 roku.

___________________________________________________________________

Przypisy

[1] www.copyright.gov/history/lore/pdfs/201003%20CLore_March2010.pdf
[2] Sophie Wachner była również autorką kostiumów do adaptacji Małego Lorda 
z 1936 roku w reżyserii Johna Cromwella z dziecięcą gwiazdą Freddiem Bartholomew.
[3] https://www.ibdb.com/broadway-production/little-lord-fauntleroy-5718
[4] https://archive.org/details/exhibitorsherald05exhi/page/n1047/mode/2up
[5] Seeing the American Woman, 1880-1920: The Social Impact of the Visual Media 
Katherine H. Adams, Michael L. Keene, Jennifer C. Koella. Wyd. McFarland, 2011, s.35
[6] Jednym ze współreżyserów Małego Lorda był brat Mary Jack. Był on wtedy
w głębokiej depresji po śmierci żony Olive Thomas jednej z Ziegfield Follies 
(polecam w tym temacie artykuł Patrycji Muchy o chorus girls w najnowszym numerze
czasopisma Ekrany pt. Bezimienne piękności. Chorus girls). Jack Pickford
wyreżyserował jeszcze jeden film. Był nim Through the Back Door również z 1921 roku. 
Ze starszą siostrą w roli głównej oczywiście.
[7] https://www.nytimes.com/1979/05/30/archives/mary-pickford-is-dead-at-86-americas-sweetheart-of-films-outshone.html
[8] Slapstick Divas: The Women of Silent Comedy (2017). Steve Massa. Wyd. BearManor Media, 2017, s.225
[9] https://marypickford.org/mary-pickford-chronology/
[10] https://u-s-history.com/pages/h3890.html
[11] Mary Pickford: queen of the movies (2012). Edited by Christel Schmidt.
Wyd. The University Press of Kentucky, s.77
[12] Slapstick Divas: The Women of Silent Comedy (2017). Steve Massa. Wyd. BearManor Media, 2017, s.224
[13] The parade's gone by… (1968) Kevin Brownlow. Wyd. University of California
Press (1970), s.259
[14] https://drnorth.wordpress.com/2014/10/27/how-special-effects-work-5-mary-pickford-kisses-herself/

„Santa Claus Conquers the Martians" (1964), reż. Nicholas Webster

Santa Claus Conquers the Martians (1964), reż. Nicholas Webster

Santa Claus Conquers the Martians - nie kumam o co biega z tym tytułem, bo nikt tam nie kolonizuje Marsa, ten głupek z filmu, Święty Mikołaj tym bardziej. Pozwólcie, że opiszę tu w skrócie fabułę, bo jest to hit.

Dzieci na Marsie tylko wlepiają gały w telewizor oglądając ziemskie programy, uczą się, śpią i jedzą tabletki, które imitują w smaku ziemskie jedzenie. Od jakiegoś czasu te dwie ostatnie czynności nie wychodzą im najlepiej. Stan apatii zmartwił marsjańskich rodziców, więc ojciec, który jest kimś w rodzaju lidera społeczności, poszedł do Chochem (w jidysz oznacza mędrca) który wygląda jak bieda wersja Gandalfa i jako jedyny z jakiegoś powodu nie ma zielonej skóry. Radzi im, żeby sprowadzili z Ziemi Świętego Mikołaja, który wskrzesi w małych dorosłych, jak mówią o swoich dzieciach Marsjanie, dziecięcą radość z życia. Wybierają się na Ziemię i spotykają parę dzieciaków (jedne z najgorszych dziecięcych aktorów w historii kina). Mierząc do nich z czegoś co przypomina karabin AK-47 mówią tym dzieciakom, żeby się ich nie bały i wskazały im drogę do prawdziwego Świętego Mikołaja.

Marsjanie mają pistolet, który pozwala zamrozić przeciwnika na jakiś czas. No, to zamrozili pomocników i panią Klausową (na marginesie: to pierwszy film, w którym pojawia się żona Świętego Mikołaja). Święty okazuje się śmieszkiem: "Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałem, żebyś tak długo stała bez ruchu i nic nie mówiła". Tak czy owak, porywają go na Marsa.

Wtrącenie: w trakcie podróży Mikołaj rzuca dowcipem, którego nie zrozumiałem, może mi ktoś pomoże: KLIK. Czy to jest nawiązanie do wielkiego londyńskiego smogu z roku 1952? 


Przytul misia. Misiu zimno. Aktor przebrany za niedźwiedzia polarnego w tej scenie, Gene Lindsey, zagrał potem we Wszystkich ludziach prezydenta Alana J. Pakuli, w roli Alfreda D. Baldwina.

Na miejscu Marsjanie budują Klausowi małą fabrykę zabawek a ten utyskuje, że nie może robić ich ręcznie, tylko za pomocą przycisków na maszynie (krytyka mechanizacji przemysłu wjechała jak hiszpańska inkwizycja). Marsjanin Voldar, bad guy tego filmu, nie zgadza się na to, by ich dzieci były dziećmi, cały czas próbuje sabotować pracę Mikołaja. Pod koniec filmu porywa jednego ze swoich współobywateli przebranych za Świętego, przekonany, że to sam Mikołaj, który zaczął transformować w Marsjanina. Kiedy zdaje sobie sprawę z pomyłki atakuje fabrykę, ale czeka tam na niego zasadzka, którą zorganizował Mikołaj. Polegała ona na tym, że dzieciaki (ziemskie i marsjańskie) zaczęły rzucać czym popadnie w swojego wroga. Pojawia się tam przez moment czołg. Dlaczego marsjańskie dziecko, chciałby czołg na święta? - pomyślałem. Nim zdążyłem rozwikłać tę zagadkę film się skończył odlotem Świętego Mikołaja wraz z Billym i Betty (ziemskimi dziećmi) jakimś statkiem kosmicznym na Ziemię. Kto tym kieruje? Co to za statek? Skąd się tam wziął? Po co pytać. Film się skończył a widz zostaje z poczuciem, że obejrzał coś niezwykłego. Dziwnego, ale niezwykłego.

Film jest absolutnie okropny, ale ma swój urok. Co jakiś czas pojawia się na liście najgorszych filmów wszech czasów. Film z miejsca stał się kultowy w Stanach a ze względu na to, że film jest częścią domeny publicznej, co jakiś czas popkultura sobie o nim przypomina. Paul L. Jacobson, procent i scenarzysta swój jedyny film, który zrobił w karierze określił (za angielską Wikipedią):

>>(...)a „yuletide science fiction fantasy" and said he made it because of a perceived gap in the market. „Except for the Disneys, there's very little in film houses that children recognize as their own".<<

Muszę kiedyś zerknąć ile jeszcze Jacobson takich luk wymyślił. Parafrazując: space is the limit.

Braki budżetowe widać na każdym kroku. Aktor przebrany za niedźwiedzia polarnego, którego morda może przyprawić o koszmar niejednego dzieciaka, kartonowe dekoracje, absurdalne stroje Marsjan, ich makijaże, które kończą się tam, gdzie zaczyna szyja, wycinki z filmów reklamujących, jak mi się zdaje, NASA, koszmarna gra aktorów na czele z dziecięcymi... . Mimo to lubię ten film. Szczególnie za slapstickową scenę z końca, w której dzieciaki atakują Voldara zabawkami z fabryki zabawek. To była chwila dziecięcej ostatecznej unii ziemsko-marsjańskiej, który miał w sobie tę nieposkromioną energię, jaką charakteryzują się najmłodsi. Jeśli miałbym na coś narzekać w tym miejscu, to na to, że słabo tę scenę podbudowano. Ten moment prawdziwego, szczerego dziecięcego szaleństwa w tym filmie, jak szybko się zaczął, tak szybko skończył. Bęc, nie ma. Przyszedł niszczyciel dobrej zabawy i uśmiechów dzieci w postaci ojca i powiedział DOŚĆ! i zabawa skończona. Nie mogę jednak wymagać za dużo. Nie był to czas stracony, chętnie obejrzałbym więcej takich zjaranych filmów :D


To co widzicie to jeden z moich ulubionych „niedorobionych" momentów tego filmu wynikających z braków budżetowych. O tym, że Ziemianie dowiadują się o porwaniu dowiadujemy się ze stron tytułowych gazet w różnym języku. Ostatnia anglojęzyczna (fikcyjna jak się domyślam) zatrzymała się na dłużej. Jej nagłówek brzmiał: "Święty Mikołaj porwany!". Widz ma się domyślić, że pozostałe nagłówki miały podobny zatrważający ton. Jak widać Życie Warszawy olał temat porwania Klausa. Cóż..., mieliśmy wtedy sowieckiego Dziadka Mroza :D

To w tym filmie zadebiutowała Pia Zadora, jedna z najgorszych aktorek w historii kina, ale całkiem spora gwiazda muzyki. Możecie ją kojarzyć z hitu When the Rain Begins to Fall z Jermainem Jacksonem. Polski akcent: nazwisko jej matki, Polki (Zadorowski) posłużyło jej za sceniczny pseudonim sceniczno-aktorski.

PS Niech ktoś zrobi dziesięciogodzinną wersję tego fragmentu: KLIK 2 - czy tylko ja czuję niepokój oglądając to? :D to w sumie jedyny taki dziwny moment, który jak mi się zdaje, wyszedł przypadkiem.


„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi

„Oszustki" (2019) - slapstick w służbie feminizmowi

"Panie Klatek, no weź pan coś zapodaj z nowości, co nie, bo ino nieme filmy i nieme."
Tak zapewne brzmiałyby początki listów, gdybyście takowe do mnie pisali.

[To jest recenzja, a więc może zawierać spojlery]

A byłem se w kinie wczoraj. A co. Moja ukochana żona wybrała tym razem film i jestem jej niezwykle wdzięczny. Ona zawsze wie, co fajnego i dobrego wyświetlają na srebrnym ekranie. Ufam jej i już nigdy nie będę kwestionował jej decyzji w tym zakresie. [zaufaj korektorce, to dostaniesz potem takie prezenty]

Także byłem na filmie w kinie i nie były to znowu Avędżersi. Nawet w zapowiadanej wersji rozszerzonej (jeśli wejdzie u nas do kin, to oleję chyba temat). Byłem na OSZUSTKACH (2019) Chrisa Addisona, który zadebiutował w roli reżysera filmowego.
Przez pierwsze kilkanaście minut żałowałem, że nie poszedłem jednak na „Rocketmana", który był wyświetlany w tym samym czasie w innej sali. Humor "genitalny" długo szuka tutaj swojego miejsca i odpowiedniego natężenia. Po tym przyciężkawym wstępie poczułem, że to jednak film idealny dla mnie.
Historia rywalizujących ze sobą oszustek to teatr dwóch aktorek, za którymi nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem: Anne Hathaway i Rebel Wilson. Jednak muszę się tutaj wznieść ponad własne resentymenty i stwierdzam, że chemia między nimi jest niezwykła.
Film stoi slapstickiem. W różnym w stylu. Takim a'la Three Stooges: fizykalnym, opartym na bolesnych, co bardziej wymyślnych, uderzeniach w różne partie ciała*. Sporo też typowych dla filmowej burleski, rewelacyjnie rozegranych i przemyślanych przebieranek (jeden z przykładów widoczny w załączonym kadrze), wchodzenia w różne role. Amatorzy gagów słownych oraz kąśliwych dialogowych popisów również znajdą tu coś dla siebie. „Oszustki"remakiem „Parszywych drani" z 1988 roku, do którego scenariusz napisał Dale Launer i który prawdopodobnie współpracował przy przeróbkach z debiutantką (!), Jac Schaeffer. Ich scenariusz ma odpowiedni, żwawy rytm, z lekkimi momentami zadyszki, chwilami zawieszenia niewiary i kompletnym poślizgiem w finale.
W „Parszywych draniach" gwiazdami byli Michael Caine i Steve Martin. „Oszustki" są kolejnym filmem z silnie feministycznym wydźwiękiem. Niedawno mieliśmy w kinach nieudaną kontynuację „Ocean's 8", a teraz „kobiecą wersję" filmu sprzed lat, którego producentką jest m.in. Rebel Wilson. Uwielbiam, kiedy patriarchat wyciera sobie ten głupi ryj o gorący asfalt. Film Addisona nie jest jednak aż tak brutalny, chociaż długo nie uświadczymy na ekranie mężczyzny nie będącego śliniącym się, bogatym, starzejącym się oblechem, z kompleksem Piotrusia Pana. Panowie, którzy wybierają się na ten film, proszeni są o „dystans".
Kobiety rządzą światem złodziei, nawet jeśli mężczyzna jest złodziejem, to wiedzę przekazuje mu kobieta. Główne bohaterki wpasowują się do patriarchalnego systemu, stając się jego plastycznymi (raz seksownymi, innym razem zagubionymi) trybikami. Wiadomo: to się musi zemścić.
A mści się niestety w sposób, który zgrzyta mi piachem między zębami. Okazuje się, że system działa dalej, bez szwanku, bo wystarczy... dopasować się jeszcze bardziej. Czyli niby feminizm, ale trzeba znowu uznać wyższość faceta. Bardzo bezpiecznie, a mogło być tak dobrze.
„Oszustki", to mimo wad, idealny film na weekend. Rzadko płaczę ze śmiechu na filmach, a tutaj miałem kilka momentów, że nie byłem w stanie przez łzy przeczytać napisów. Takie to dobre! Znak jakości: łzy śmiechu Pana Klatka

*co warte zaznaczenia, Rebel Wilson przejęła tutaj typowo "męski" gag, czyli cios w krocze. Rzadka rzecz w kinie 

PS Ten film wygląda jak spin-off przygód Catwoman z ostatniego Batmana Nolana :o


„Dracula" (1931), reż. Tod Browning, Karl Freund

Nie czuję żadnego nostalgicznego przywiązania ani do samego Draculi, ani do żadnych potworów ze stajni Universalu. Co prawda widziałem jakieś dziesięć lat temu obie wersje Nosferatu, jak i Draculę Coppoli. Jednak było to już tak dawno, że jakiekolwiek wrażenia zostały przykryte innymi a ja dzisiaj jestem już kompletnie innym widzem. Do seansu wersji z 1931 roku Browninga i Freunda przed tygodniem podszedłem w miarę "czystą kartą".

Pierwsze zaskoczenie: muzyka z Jeziora Łabędziego w napisach początkowych. Trochę uspokajające, ale jednak w połączeniu z wizerunkiem nietoperza (który wygląda jak pre-logo Batmana) niepokojące nuty.
Drugie zaskoczenie: ciągłe poczucie dyskomfortu w trakcie oglądania tego filmu. 

Spójrzmy na ten dialog:

Mina Harker: Leżałam w łóżku i przez jakiś czas czytałam. I właśnie jak zaczynałam robić się senna, usłyszałam wycie psów. I kiedy sen przyszedł, wydawało mi się, że cały pokój był wypełniony mgiełką. Ona była tak gęsta... Mogłam tylko widzieć lampę przy łóżku, malutki przebłysk we mgle. A później zobaczyłam dwoje czerwonych oczu wpatrujących się we mnie, i białą wściekłą twarz |wynurzającą się z mgły. Była coraz bliżej... i bliżej. Czułam oddech na mojej twarzy, a potem wargi.
John Harker: Oh. Kochanie, to był tylko sen.
Mina Harker: A rano czułam się taka słaba. Wydawało mi się, że całe życie uszło ze mnie.
John Harker: Kochanie, spróbujmy zapomnieć |o tych snach, pomyślmy o czymś radosnym, dobrze?

Czytałem już o interpretacjach jakoby ukąszenie wampira miało symbolizować inicjację seksualną najmłodszych, głównie kobiet. Natomiast w kontekście fragmentu sceny z powyższego dialogu oraz motywu uzależnienia ofiar od oprawcy, ten film jest próbą ukazania następstw gwałtu. Co o tym myślicie? Na ile taki zabieg był świadomym zabiegiem twórców (o ile ta interpretacja jest prawdziwa), w czasach kiedy Kodeks Haysa już niebawem miał zapukać do drzwi studiów filmowych?

Uwielbiam tutaj nadekspresyjne aktorstwo. Film Browninga i Freunda doskonale korzysta z tradycji aktorstwa czasów kina niemego, które historycznie skończyło się cztery lata wcześniej. Słynne hipnotyczne spojrzenia Lugosiego, opętańcza gra Frye'a, bardzo mile połechtały moją miłość do pierwszych dekad kina.

W bonusie dużo mgły, mroku, pajęczyn... uwielbiam. Nabrałem ochoty na pozostałe filmy z potworami z Universalu. Polecacie któreś szczególnie? Totalnie chciałbym obejrzeć serię filmów z Abbottem i Costello


Privacy Preference Center