"Teraźniejszość staje się ciekawa dopiero jako przeszłość" - wywiad z Kirszenbaum [24. Festiwal Filmu Niemego]
"Teraźniejszość staje się ciekawa dopiero jako przeszłość" - wywiad z Kirszenbaum
[24. Festiwal Filmu Niemego]
Kirszenbaum jest jak Wyspiański na mefedronie.
Ożywia postfolkowe zgliszcza, wyznacza im świeże kierunki i wrzuca prosto na loopery, ze słowiańskim przytupem zderzając Toma Waitsa i Junip. Zola krzyczy na klezmerów, Henry Miller tańczy z Muminkami, a efektem jest melancholijna intertekstualna karuzela. Kierkegaard pisał o nich: „To chyba jazz”. Nic bardziej mylnego. W warstwie muzycznej, mocno eklektyczny styl projektu oparty jest na bliskiej współpracy gitar, post-rockowych skrzypiec i nagrywanych na żywo loopów. Wszystko to składa się na współczesną i bardzo specyficzną interpretację słowiańskich, klezmerskich i anglosaskich folków, podlaną dynamicznym, szepcząco-krzyczącym duetem wokalnym."
Tak piszą sobie Jakub Wiśniewski i Kacper Szpyrka z duetu Kirszenbaum, którzy w tym roku ponownie zagrają na żywo w ramach Festiwalu Filmu Niemego w Krakowie. Zagrają do filmu Mauritza Stillera Skarb rodu Arne (1919). Udało nam się w tym zabieganym festiwalowym czasie porozmawiać o przygotowaniach do koncertu, swojej wrażliwości czy wrażeń po seansie i jak film wypada w porównaniu z książkowym oryginałem. Zapraszam do lektury!
Robert Siwczyk: Zacznę od trochę banalnego pytania, ale nie potrafiłem na niego znaleźć odpowiedzi: czy Kirszenbaum jest nawiązanie do nazwiska jednego z uczniów z Bauhausu?
Kacper Szpyrka: To nie jest jakaś taka skomplikowana historia. Kirszenbaum to po prostu pseudonim Kuby z czasów studenckich. Dobrze brzmiało. Mieliśmy kilka różnych pomysłów na nazwę i ten dostał najwięcej punktów.
Robert Siwczyk: Wpada w ucho, zdecydowanie. Natomiast alternatywna historia z uczniem Bauhausu, która może wydarzyła się w równoległym świecie, byłaby całkiem zgrabna. Wasze teksty mają posmak surrealizmu, trochę dada. Bawicie się słowem i myślę, że na uczelni Bauhausu doskonale byście się odnaleźli.
Kacper Szpyrka: Następnym razem opowiemy taką wersję. (śmiech)
Skarb rodu Arne (1919), reż. Mauritz Stiller, Kadr pochodzi ze zbiorów © Svenska Filminstitutet Swedish Film Institute
Robert Siwczyk: Już chciałbym się skupić w tym wywiadzie na muzyce do filmów niemych, którą gracie. Byliście już obecni na Festiwalu filmu Niemego w Krakowie. Wtedy graliście do komedii slapstickowych z Chaplinem i Keatonem. Po czterech latach znowu zagracie w ramach FFN, tym razem do skandynawskiego dramatu, Skarb rodu Arne. Kiedy słuchałem was na koncercie w Gliwicach na koncercie w ruinach Teatru Victoria, bardzo szybko stwierdziłem, że Wasza muzyka idealnie by pasowała do takich niemych klasyków jak Pancernik Potiomkin czy do filmów niemieckiego ekspresjonizmu. Zakres Waszej wrażliwości muzycznej jest bardzo szeroki. Macie jakiś ulubiony gatunek filmowy, do którego lubicie grać?Kacper Szpyrka: Właśnie chyba uderzyłeś w samo sedno, przynajmniej tak mi się wydaje, że ekspresjonizm niemiecki to jest bardzo nasz klimat.Jakub Wiśniewski: Trochę tego ekspresjonizmu weszło w nasze pierwsze kolaże filmowe, więc chyba rzeczywiście coś w tym jest.Robert Siwczyk: Zobaczyłem sobie kilka Waszych kolaży, w trakcie przygotowań do wywiadu. Pierwszym z nich był Lou i uderzyło mnie jak wiele filmów niemych tak zawarliście i zestawiając fragmenty różnych filmów, stworzyliście własny język zahaczający o język surrealizmu i dada. I robicie to w tych kolażach na tyle swobodnie, że zastanawiam się jaką część Waszej twórczości stanowią ilustracje muzyczne do filmów niemych, na żywo czy w formie wideo właśnie.Kacper Szpyrka: Nie powiedziałbym, że granie na żywo do filmów niemych to jest główna nasza działalność, bo w niedzielę zrobimy to dopiero drugi raz.Jakub Wiśniewski: Nie licząc wyświetlania kolaży na koncertach, co też, technicznie rzecz biorąc, jest graniem do filmów niemych, ale poszatkowanych.Kacper Szpyrka: Sensu largo - tak. Na pewno te filmy ukształtowały nasz sposób myślenia o muzyce, którą tworzymy. Odkąd zaczęliśmy robić te klipy, to na niektórych trybikach w naszych mózgach odpowiedzialnych za tworzenie muzyki pojawił się wygrawerowany napis: „kino nieme”.Jakub Wiśniewski: Jakieś sprzężenie zwrotne się zrobiło, bo to zaczęło wpływać na to, co tworzyliśmy później, zrobiła się z tego kreatywna zamknięta pętla. Natomiast to nie jest tak, że my jesteśmy hardkorowymi znawcami i fanami kina niemego albo kina w ogóle. Pociągają nas różne rzeczy i kiedy wydają nam się ciekawe, to w nie idziemy. Czasem zabrniemy w takie rejony jak kino nieme, a że ostatnim razem na Festiwalu Filmu Niemego było bardzo fajnie, to bardzo się ucieszyliśmy, że będziemy mogli zagrać również w tym roku.
Robert Siwczyk: Myślę, że takie świeże spojrzenie na nieme kino, osób z zewnątrz, nie-fanów jest bardzo cenne. Dzięki temu możecie spojrzeć na materiał filmowy jako podstawę do dalszej obróbki, ciekawych zestawień montażowych.
Dobrze kojarzę, że sami montujecie swoje kolaże? Właśnie Lou zmontowałeś Ty Jakubie, prawda?
Kacper Szpyrka: Większość filmów Kuba zrobił, ja zrobiłem chyba trzy.
Jakub Wiśniewski: Teraz sobie pomyślałem, że nasze podejście do tego materiału jest w gruncie rzeczy hip-hopowe. Zabierasz fragment istniejącego dzieła i dajesz mu nowe życie.
Robert Siwczyk: To jest bardzo w duchu myśli found footage, według której zestawiacie ze sobą dwie rzeczy i tworzycie nową jakość.
Opowiedzcie proszę trochę o przygotowaniach do grania do niemych filmów na żywo. Jak bardzo różni się on od przygotowania się do nagrywania płyt studyjnych?
Kacper Szpyrka: Tak to jest osobna kategoria. Oprócz grania do filmu niemego, czytaliśmy performatywnie książki i graliśmy jednocześnie do tego improwizowaną muzykę. Tego typu wydarzenia wpisują się właśnie w ten nieco odmienny nurt naszej twórczości.
Jakub Wiśniewski: Ostatnio przeżyliśmy też brutalne zderzenie z improwizowaną muzyką instrumentalną podczas trasy w Japonii, gdzie mieliśmy okazję zagrać koncert z panem o nazwisku Keiji Haino (legendą japońskiej muzyki eksperymentalnej i performatywnej, w pełnym znaczeniu tego słowa). Zagraliśmy tam dwugodzinny koncert podzielony na dwie części, w trakcie którego żywioł porwał nas w stu procentach. W nieco podobny sposób podchodzimy grania do filmów niemych.
Kacper Szpyrka: Dzielimy sobie film na segmenty, ale w trakcie tych segmentów różne rzeczy się mogą wydarzyć.
Jakub Wiśniewski: Nie układamy soundtracku, tylko robimy swoje, rzucamy tym w ekran i patrzymy co się stanie.
Robert Siwczyk: W trakcie różnych seansów filmów niemych czy to z nagraną muzyką, czy z muzyką na żywo można czasem usłyszeć wokalizy, na przykład w postaci pojedynczych słów, które przechodzą w melodie, albo po prostu nucenie melodii. Czy myśleliście o tym, że dodawać takie elementy do swoich koncertów?
Kacper Szpyrka: Niczego nie wykluczamy, ale wydaje mi się, że mimo wszystko staramy się znać swoje miejsce w tej układance – mimo wszystko tylko tworzymy podkład muzyczny do przeżywania filmu, więc wydaje mi się, że pewien rodzaj wokalizy mógłby odciągnąć uwagę od tego, co się dzieje na ekranie, a to nie my jesteśmy w centrum. My jesteśmy z boku i gramy muzykę.
Nie chciałbym też, żeby to zabrzmiało, jakbym krytykował takie podejście tworzenia muzyki do filmu na żywo. Wydaje mi się, że np. transowe wokalizy jak najbardziej pasują.
Jakub Wiśniewski: Jest jeszcze jedna istotna kwestia: nie jesteśmy dobrymi wokalistami. Nasze wokale są folkowe, ale nie w znaczeniu europejskim, a amerykańskim: działają jedynie z tekstem. Są tylko najbliższym źródłu sposobem wyrażenia tego tekstu – po prostu akurat tak się zdarza, że ten sam człowiek, który go napisał, musi go wypowiedzieć, bo nikt inny tego za niego nie zrobi. Takie podejście do muzyki jest nieodłącznie związane z literaturą. To nie przypadek, że Dylan dostał Nobla z literatury…
Kacper Szpyrka: A nie na przykład z wokalu (śmiech).
Robert Siwczyk: Kilka razy już wspomniałem o tym jak bardzo kojarzy mi się Wasza warstwa tekstowa czy wizualna w wideoklipach kojarzy mi się z surrealizmem. Bardzo mnie ciekawi czy treść snów jest w jakiejś części podstawą Waszej twórczości?
Jakub Wiśniewski: Dobre pytanie. Nigdy o tym nie myślałem.
Kacper Szpyrka: To jest ciekawe pytanie, ale nie wiem czy do nas. Ja na przykład w ogóle nie pamiętam swoich snów….
Jakub Wiśniewski: …właśnie ja też.
Kacper Szpyrka: …a jeżeli pamiętam, to nie są podstawą do niczego, oprócz przemilczenia
Jakub Wiśniewski: To jest pytanie do jakiegoś dobrego psychoanalityka, który spędziłby z nami dwa lata i podzielił się swoimi wnioskami.
Robert Siwczyk: Pytam, bo wasze teledyski przywołują we mnie skojarzenia z duchem pierwszych filmów surrealistycznych, takich jak Złoty wiek czy Pies andaluzyjski. Właśnie podobny klimat dostrzegłem w chociażby w Się.
Jakub Wiśniewski: To był pomysł Mikołaja Janika, ale mocno zahaczał o to, co wcześniej wykoncypowaliśmy sobie sami. Postacie przypominające bliźniaków syjamskich były nawiązaniem do okładki naszej EP-ki, autorstwa Zuzanny Wołejko. To swoją drogą może kojarzyć się z Golemem Wegenera, który też wylądował w paru naszych kolażach. No i proszę, rzeczywiście ten ekspresjonizm niemiecki gdzieś tu się przewija.
Robert Siwczyk: Zanim przejdziemy do filmu, do którego zagracie w ramach filmu zamknięcia tegorocznej edycji FFN, powiedzcie mi czy wśród filmów niemych, czy po prostu ogólnie rzecz ujmując starych, które widzieliście macie jakieś ulubione, które bardzo Wam zapadły w pamięć?
Kacper Szpyrka: Nie jest już film niemy, ale wykorzystałem z niego kilka kadrów w Dżinie. Chodzi mi konkretnie o meksykański film z lat ’60 pt. Macario. Jest to historia człowieka, który schodzi do zaświatów, które są wypełnione świeczkami, reprezentującymi życie jednej osoby. Główny bohater znajduje swoją świeczkę i próbuje własnymi siłami podtrzymywać jej płomień. Z ogromną chęcią widziałbym w podkładzie do tego filmu naszą muzykę.
Robert Siwczyk: Jakubie, a Tobie przychodzą do głowy jakieś starsze filmy, które szczególnie zapadły Ci w pamięć?
Jakub Wiśniewski: Na pewno duże wrażenie zrobił na mnie Vampyr Dreyera. Potężny film. Podobnie szwedzko-duński Häxan. Bardzo mocna rzecz, która też przeplata się w naszych kolażach.
Robert Siwczyk: Fascynujący film, który nawiasem jest częścią tegorocznego programu FFN.
Häxan (1922), reż. Benjamin Christensen
Jakub Wiśniewski: Z filmów niemych, zdecydowanie najlepiej czuję się w rejonie horroru, pewno ze względu na jakieś tam nie do końca uświadomione prywatne predyspozycje, ale ma to też chyba pewien okrutny sens, bo obcujemy przecież z dziełami ludzi martwych. Zaglądanie w przeszłość zawsze ma coś w sobie ze schodzenia do piwnicy. To współgra dobrze raczej z mroczniejszymi rzeczami.
Kacper Szpyrka: Po prostu teraźniejszość staje się ciekawa dopiero jako przeszłość. (śmiech)
Robert Siwczyk: Jakie wrażenie, jakie mieliście przemyślenia po seansie Skarbu rodu Arne, do którego zagracie w niedzielę?
Kacper Szpyrka: Ja najpierw przeczytałem książkę, potem obejrzałem film.
Jakub Wiśniewski: Zaczęliśmy razem czytać książkę w trasie. W aucie Kacper zapewnia nam rozrywkę jako lektor. Doszliśmy gdzieś do jednej trzeciej, a potem sobie dokończyliśmy osobno. To było moje pierwsze spotkanie z Selmą Lagerlöf.
Kacper Szpyrka: Ja miałem takie spostrzeżenie, że film dużo bardziej psychologizował elementy nadnaturalne. W książce autorka bardzo sugeruje, że te wydarzenia się dzieją naprawdę. Bohaterowie rozmawiają z duchami, obcują intensywnie z tą strefą nadnaturalną, która przenika stale naszą ziemską rzeczywistość. Bardzo dużo sytuacji opisanych w książce jest spowodowanych przez ingerencję tych duchów, które mają istotny wpływ na podejmowane przez bohaterów decyzje. Z kolei ich filmowe odpowiedniki podejmują te decyzje sami w oparciu o jakieś swoje przeżycia. Na przykład, kiedy głównemu złoczyńcy, Archiemu wydaje się, że włosy dziewczyny, którą zabił przeplatają mu się przez palce i jest to ukazane jako omam wzrokowy. Tak jakby tam siedział jakiś psycholog i mówił: Hola Hola, ja to zaraz wytłumaczę. To wcale nie tak, że to jakieś nadnaturalne siły tam ingerują.

Jakub Wiśniewski: Ja z kolei miałem wrażenie, że książka, zwłaszcza od połowy, robi się bardzo teatralna, czy nawet szekspirowska. Fabularnie to jest klasyczna historia, z mocno zaznaczonym morałem. Jako czytelnika współczesnego, trochę mnie to kłuje. Z drugiej strony, można ją potraktować jak baśń, trochę jak Balladynę. Z kolei motyw przybranej siostry głównej bohaterki kojarzy mi się z duchem Banka, z motywami makbetowskich wiedźm i tak dalej. Ci bohaterowie są w pewnym sensie sługusami jakiegoś fatum, które gdzieś krąży, a oni sami mają do podjęcia właściwie tylko jedną decyzję. Koniec końców to nawet nie oni ją podejmują, ponieważ bardzo widać, że jest ona narzucona przez autorkę. Realizmu psychologicznego tam nie widzę.
Były momenty w tej książce, gdzie miałem wrażenie, że autorka stara się, żebym polubił głównego bohatera, ale przez formę jaką obrała zupełnie jej się to nie udało. Chyba prędzej kupiłbym tę historię jako sztukę niż powieść. Film podchodzi jednak do niej inaczej, może w tym przypadku to nawet właściwsze medium?
Robert Siwczyk: To, o czym mówicie na temat filmu bardzo kojarzy mi się z Drem Caligarim, który powstał na rok po premierze Skarbu rodu Arne, który uznaje się za pierwszy film ekspresjonizmu niemieckiego. Był też jakąś próbą zgłębienia ludzkiego umysłu. To były też czasy Freuda i pierwsze kroki psychoanalizy, więc zwrot o którym mówicie jest też produktem swoich czasów.
Przechodząc powoli do końca naszej rozmowy, powiedzcie mi co planujecie na Wasz koncert w Kinie pod Baranami? Czego jako widzowie i słuchacze możemy się spodziewać?
Kacper Szpyrka: Ja nie powiem. (śmiech)
Jakub Wiśniewski: Sami do końca nie wiemy. Natomiast na pewno pojawi się dodatkowe instrumentarium.
Kacper Szpyrka: Instrumentarium, które pojawia się czasem na naszych albumach, a w trakcie grania muzyki do filmu będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, żeby przerzucić się z jednego instrumentu na drugi
Jakub Wiśniewski: …a w trakcie zwykłego koncertu nie mamy na to szans, bo jest nas tylko dwóch. Ciężar utrzymania uwagi odbiorcy jest podzielony między nas i film, więc możemy sobie pozwolić na więcej. Na przykład odłożyć na chwilę gitarę i wziąć coś innego, albo wsłuchać się na chwilę w tło, które nagrałem i nacieszyć się nim.
Robert Siwczyk: Czy to będą te same instrumenty, które są na koncertach?
Kacper Szpyrka: Tak plus coś dodatkowego, czego nie będziemy zdradzać.
Jakub Wiśniewski: Jeżeli organizatorzy ustawią nam fortepian w sali kinowej, to z chęcią skorzystamy.
Kacper Szpyrka: Niech nie ustawiają perkusji, bo Kuba jest uzależniony od grania na perkusji.
Robert Siwczyk: Dobrze pianino – tak. Perkusja – nie. Przekażę.
Kacper Szpyrka: Okej, możesz to dla mnie zrobić? Kiedy Kuba zaczyna grać na perce, cały świat przestaje istnieć. Wszyscy już się rozejdą, a Kuba tam jeszcze trzy dni będzie łoił w te gary.
Robert Siwczyk: Ogarnę temat.
Powiedzcie jeszcze gdzie można w najbliższym czasie was usłyszeć i zobaczyć?
Kacper Szpyrka: W styczniu szykuje się Kraków, ale jeszcze tego nie możemy potwierdzić.
Jakub Wiśniewski: Później za to na pewno szykuje się trasa ogólnopolska. Z dwoma innymi, bardzo ciekawymi składami.
Kacper Szpyrka: Też duetami, czyli szykuje się trasa trzech duetów…
Jakub Wiśniewski: …ale żeby było ciekawie, to nie powiemy jeszcze z kim. Natomiast wydarzy się to w kwietniu. Wcześniej będziemy mieli trochę pracy innego typu, bo w styczniu wchodzimy do studia, żeby nagrać nowy album. W najbliższym czasie to zdecydowanie nasz priorytet.
Robert Siwczyk: Jeśli mogę dorzuć na koniec coś od siebie, to moim małym marzeniem, po koncercie w Gliwicach, na którym byłem obecny, jest to, żebyście kiedyś nagrali muzykę do jakiegoś odrestaurowanego filmu przeznaczonego na nośniki fizyczne. Tego Wam życzę jako wielbiciel kina niemego i Wasz fan.
Jakub Wiśniewski: Nie mamy pojęcia jak się takie rzeczy załatwia, ale czekamy na propozycje. Właściwie to słowa „Czekamy na propozycje” stanowiłyby idealny nagłówek dla każdego wywiadu Kirszenbaum.
Kacper Szpyrka: Jak się to załatwia? – Kirszenbaum. (śmiech)
Robert Siwczyk: Idealny!
Trzymam kciuki za koncert za pełną salę. Z tego co wiem, to wszystkie bilety są już wyprzedane. Nie mogę się doczekać niedzieli i seansu zamknięcia.
Skarb rodu Arne z muzyką na żywo duetu Kirszenbaum. Niedziela, 10 grudnia, godzina 20.45 w Kinie pod Baranami
Do zobaczenia, dzięki wielkie za wywiad i Wasz czas.
Kirszenbaum: Do zobaczenia! Dzięki wielkie. Hej

Relacje i ciekawostki z prasy z okolic premiery filmów z programu 22. Festiwalu Filmu Niemego
Relacje i ciekawostki z prasy z okolic premiery filmów z programu 22. Festiwalu Filmu Niemego
W filmach niemych to ciała aktorów stanowią jeden z fundamentów przekazu emocjonalnego filmu. Cielesna ekspresja była w tym roku motywem przewodnim krakowskiego festiwalu.
Miałem przyjemność zobaczyć w tym roku na tym festiwalu trzy filmy stacjonarnie: Kobietę na Księżycu (film otwarcia), Opium oraz Cienie. Resztę repertuaru obejrzałem na własną rękę, czego niezmiernie żałuję. Każdy seans filmu niemego z muzyką na żywo, to jakby oglądać go na nowo. Dobrze dobrana muzyka (a tak się dzieje niezmiennie na FFN) bardzo często potrafi namieszać w interpretacji czy gamie towarzyszących emocji, nawet jeśli film widziało się wcześniej. Każdy seans jest wyjątkowy, jednak seanse takie jak te, które przeżyłem w Krakowie są unikalne w swojej wyjątkowości, nie tylko dzięki kameralnej Sali Czerwonej w Kinie pod Baranami, nie tylko dzięki zbiorowemu doświadczeniu filmu z innymi widzami, ale dzięki tym koncertom właśnie zapamiętuję te pokazy na długo. Szczególnie jeden zapadł mi w sercu głęboko. Jaki? Zapraszam do relacji z festiwalu oraz krótkich wrażeń po zobaczeniu filmów z tegorocznej edycji, w połączeniu z wycinkami z prasy z okolic premiery filmów.
Oczywiście nie wstawiłem wszystkich wycinków prasowych. Wybrałem te najciekawsze i/lub najbardziej estetyczne (kadry z Alicji w Krainie Czarów, Kobieta na Księżycu i Kobieta znikąd!). Pod tym -> LINKIEM znajdziecie prasówkę w wersji PDF, z której można teksty kopiować. Przyda się to dla osób, które nie rozumieją języka, w których zostały te teksty opublikowane. A mamy tutaj oprócz języka angielskiego, niemiecki, francuski i hiszpański. Załączyłem tam też instrukcję jak najszybciej można usunąć entery w celu dokładniejszej translacji. Wynik automatycznego tłumaczenia nigdy nie będzie rewelacyjny, jednak najważniejszy jest kontekst. Uważam, że to super opcja, bo w tej sytuacji, archiwa prasowe w zasadzie nie posiadają ograniczeń językowych. Ściągałem gazety głównie z najobszerniejszego archiwum prasowego w domenie publicznej https://lantern.mediahist.org/.
Zapraszam Was do lektury tej prasówki. Ułożone chronologicznie, układają się w ciekawą opowieść, a lektura zamienia się w niesamowitą podróż w przeszłość. Na pewno nie jest to rzecz na jeden dzień. Trzeba to sobie rozłożyć na kilka tygodni. Jednak na pewno warto wracać!
Mój blog pełnił funkcję patrona medialnego festiwalu w Krakowie.

Frau im mond (Kobieta na Księżycu, 1929, reż. Fritz Lang)
Pierwsze filmowe sci-fi pełną gębą.
Pierwsza filmowa podróż na Księżyc autorstwa Meliesa, była przedłużeniem podstawowej działalności mistrza - iluzji. Klasyk kina atrakcji nigdy nie miał ambicji naukowych. Jak cała twórczość iluzjonisty-pioniera (w tej kolejności), Podróż na księżyc miała być kinoatrakcyjnym festiwalem tricków filmowych wystrzelonych w kosmos, w których naukowe osiągnięcia astronomów tamtych czasów byłyby zbędne (pomijam tutaj ograniczenie długości taśmy filmowej). Lang miał ambicje stworzenia filmu silnie osadzonego w aktualnych osiągnięciach naukowych. Potwierdzenie znajdziecie w poniższej prasówce, natomiast dość powiedzieć, że na potrzeby tego filmu została powołana naukowa rada doradcza, której przewodził profesor Herman Oberth, zajmujący się możliwymi sposobami eksploracji kosmosu.
Po seansie nietrudno było zrozumieć skąd przypuszczenia Tomasza Kłysa w książce Dekada doktora Mabuse, o tym czy Fritz Lang mógł w głębi duszy sympatyzować z nazistami. Fascynacja postępem, technologią czy psychoanalizą są w tym filmie silnie odczuwalne. Langowi nigdy tych fascynacji nie udowodniono, ale czytając wspomnianą książkę, można stwierdzić że ewidentnie coś jest na rzeczy. A seanse Metropolis czy właśnie Kobiety na Księżycu tylko to potwierdzają.
Z kolei seans w Muzeum Sztuki Sztuki i techniki Japońskiej Mangghaa z muzyką SARAPATY & Marceli Rybskiej dostarczył poziom emocji odpowiedni do poziomu patosu wylewającego się z ekranu. Siedziałem w pierwszym rzędzie! ❤
- 1. Informacja o zdjęciach do Kobiety... w Obserwatorium w Mount Wilson w hrabstwie Los Angeles, dokąd Lang z ekipą dotarli z Nowego Jorku.
- 2. Wyjątkowo kiepsko zeskanowany artykuł, ale w samym finale autor/ka zwraca uwagę na osiągnięcia kobiet w przeciągu ostatnich dwudziestu lat.
- 3. / 4. / 16. / 17. / 20. Niemieckie magazyny są jednymi z najładniejszych i najlepiej ustrukturyzowanych jakie miałem okazję przeglądać w trakcie prasówki. Na ostatnim screenie, widać kawałek utworu, który mógł być grany w trakcie wyświetlania filmu. Może ktoś rozpoznaje? Mnie nie udało się znaleźć.
- 5. Ogólna notka na temat współpracy reżysera z aktorami. Bez wzmianki o Langu, za to ze zdjęciem z planu Kobiety... z reżyserem i Margarete Kupfer, która zagrała panią Hippolt.
- 6. W tej krótkiej notce zwraca się uwagę na to, że Lang unikał elementów fantastycznych w filmie (mimo fantazji o złocie po niewidocznej stronie Księżyca - wkład autorki scenariusza a zarazem opowiadania, na podstawie, której powstał film, Thei von Harbou) i gdzie mógł opierał się na aktualnych dokonaniach naukowych. Wspomina się również o trudności z przetransportowaniem piasku na plan.
- 7. / 11. W pierwszej notce jest informacja o wykładzie połączonym z eksperymentami, finansowanymi przez UFA, producenta filmu. Wykład miał poprowadzić profesor Hermann Oberth który pracował jako główny doradca naukowej rady doradczej filmu Langa. Druga notka mówi o tym, że w związku z wystrzeleniem rakiety dalekiego zasięgu przez profesora ogłoszono, „że w trakcie swoich eksperymentów dokonał kilku ważnych odkryć, które pozwolą(...) przeprowadzić pierwszą próbę pocisku dalekiego zasięgu. Składanie pierwszego pocisku dalekiego zasięgu, o którym wiadomo, że przenika stratosferę, rozpocznie się za około osiem dni, a profesor Oberth spodziewa się, że będzie w stanie wystrzelić start około 20 listopada, w zależności od warunków pogodowych." Teraz już wiemy, że wystrzelenie tej rakiety nie powiodło się zgodnie z planem. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, byłaby to kampania reklamowa, którą ludzkość zapamiętałaby na zawsze,
- 8. Niby wyżej zachwalałem niemieckie magazyny, ale jest jedna rzecz, której nie umiem zrozumieć: ilustrowanie tekstu fotosami z filmów, które są w tym tekście niewspominane. Akurat tutaj tekst o kostiumach aktorów w Hollywood. Słabo się kopiuje. Polecam korzystać ze skanera translatora google.
- 9. / 10. Pełna zachwytów recenzja Kobiety... . Wymieniono wszystkie ważniejsze role, szczególną uwagę zwracając uwagę na tytułową rolę Gerdy Maurus, która udowodniła, że liczy się nie tylko zewnętrze, ale przede wszystkim gra aktorska. Zwraca się również uwagę, że ten film udowadnia, że film niemy ma się dobrze i dźwięk mu nie grozi. Na koniec zaznaczono, że muzyka skomponowana przez Willy'ego Schmidta-Gentner, jakkolwiek niezła, zapada w pamięć po seansie.
- 12. / 13. Refleksyjny tekst na temat synergii materii naukowej i filmowej w przypadku Kobiety... i dokonań, które zostały osiągnięte w międzyczasie przez Obertha. Dość trzeźwo wskazuje się, że nie ma szans na, to by rakieta doleciała do Ameryki, a co dopiero do na Księżyc. Jednak spodziewany jest przełom, bo to ledwie początek serii prób.
- Recenzja filmu Langa, w którym obraża się Juliusza Verne'a (#ironicfont). Jules Verne nie był wielkim narratorem, bajka jego książek jest sucha i pouczająca jak katalog techniczny, tak że nie ma nic więcej do powiedzenia nam, którzy już dawno doświadczyli spełnienia jego technicznych fantazji. Kto jeszcze w dobie radia używa wiadomości w butelce? - pisze autor/ka recenzji. Jakkolwiek, by te słowa nie raniły mej duszy (jestem wielkim fanem Verne'a), te słowa pokazują jaka wielka była wiara w naukę i postęp w tamtym czasie, w Niemczech. Chwilę później pojawia się istotny fragment, o tym jak traktowano medium filmowe, nie tylko w omawianym filmie, ale w ogóle w ojczyźnie Langa:
Zadaniem filmu jest także przekształcenie obrazów, które twórca widział w swoim umyśle, w realizm obrazu filmowego. Film jest jedynym fenomenem, który potrafi zamienić sztuczki techniczne w sztukę. To, co zostało wynalezione w trakcie mozolnych godzin w studio, zbudowane i utrwalone za pomocą skomplikowanych sztuczek, na pierwszy rzut oka wydaje się być rzeczywistością sfotografowaną na płótnie.
Przedstawiciele pierwszej awangardy filmowej we Francji (o których więcej w akapicie o Kobiecie znikąd), również chcieli osadzić swoje filmy maksymalnie w rzeczywistości. A jak różne filmy otrzymaliśmy!
- 18. / 19. Fritz Lang opisał tutaj pokrótce przebieg pracy nad filmem. Jak pisze zainspirowały go wierzenia Chińczyków, nazywających siebie Synami Niebios, mówiące o tym, że obywatele Państwa Środka przybyli z kosmosu. Zaznaczając jednocześnie, brak podstaw by temu wierzyć, pomyślał o sytuacji odwrotnej: a może to ludzie kiedyś zaczną kolonizować kosmos? Żadnej Utopii! - pisze dalej - Żadnego Verne'a! Ewidentnie chciał nie chciał, by film kojarzono z kinem przygodowym, zabawą, itp. To miało być poważne kino sci-fi. Ważne: pojawia się spoiler dotyczący tego ile osób wraca w finale na Ziemię. Oczywiście Lang adoptował książkę/opowiadanie swojej żony, Thei von Harbou. Opowiadanie, jak zauważa sam Lang, było wtedy powszechnie znane i popularne, ale prawem reżysera jest iść swoją drogą. Nie wiem jak wtedy podchodzono do kwestii bycia wiernym względem oryginalnych tekstów, jednak wydaje mi się, że można to traktować, z współczesnego punktu widzenia, jak całkiem potężny spoiler. Którym jak widać nie przejmował się ani reżyser, ani redakcja Film-Magazin.

La femme de nulle part (Kobieta znikąd, 1922, reż. Louis Delluc)
Nowatorski film nakręcony w impresjonistycznym stylu, odniósł spory sukces krytyczny, jednak poniósł klęskę frekwencyjną.
Delluc nie miał bogatego filmowego. Nakręcił łącznie siedem filmów. Jednak jego myśl filmowa, wespół z innymi impresjonistami, jak L'Herbier, Dulac czy Gance, miała spory wpływ zarówno na kino awangardowe, jak i głównego nurtu w swoim czasie. Jednak śledząc francuską prasę, wyraźnie można odczuć, że wśród publiczności Kobieta znikąd cieszyła się miernym zainteresowaniem, mimo bardzo zachęcających recenzji krytycznych, przed premierą.
Impresjoniści filmowi postulowali skupienie się na emocjonalnej warstwie filmu, przekazywanej nie za pomocą scenografii czy ekspresyjnej grze aktorskiej (jak w przypadku ekspresjonizmu filmowego, w kontrze, którego poniekąd wyrósł ruch impresjonizmu). Impresjonizm filmowy miał u swoich fundamentów założenie karkołomne. Postulował przenoszenie na ekran ulotności: przy pomocy minimalistycznych technik filmowych, bez ingerencji w scenografię, opierając się na samej realistycznej grze aktorskiej, próbowano przekazać emocje tkwiące w bohaterach.
Kobieta... to film z jednej strony o fatalizmie losu, kary za pomyłki z przeszłości a z drugiej o wierze, że można naprawić skutki fałszywych podszeptów serca, naprawiając cudze życie. Dojmujący to film, przepięknie zagrany przez Eve Francis, w roli tytułowej. Jej postać z przeszłości, przeplata się z teraźniejszością jak w deliriach, co jest realizacyjnie niezmiernie nowatorskie, a jednocześnie łatwo mogło zostać zamienione w rolę karykatury wampa, czy histerycznej kobiety upadłej. Tymczasem Francis bez żadnej szarży, odegrała smutek, samotność i bezsilność, w sposób, który w kinie rzadko można było oglądać.
- 1. Długo musiałem się myśleć nad tym, jakiej sceny dotyczy ta wzmianka. Myślałem, że może była wystawiana sztuka z tą samą historią (co nie byłoby tak od rzeczy, bo rzecz jest dość kameralna). Tymczasem scena tańca trwa ledwie kilkadziesiąt sekund. Ujmuje mnie, że nawet taki detal okazał się na tyle istotny, żeby mu poświęcić wzmiankę w gazecie. Otóż tancerka Edmonde Guy (która na co dzień tańczyła scenie teatro-kawiarni Bataclan) zatańczyła układ autorstwa Ernesta Van Diérena (nie znalazłem niczego na jego temat). Akompaniował Jeana Wiénera. Z drugiej strony Guy musiała być całkiem rozpoznawalną gwiazdą, bo za chwilę pojawi się w prasówce ponownie. Jedno z moich ulubionych odkryć. Mały-wielki akapit.
- 2. Wnętrza domu, do którego wróciła tytułowa kobieta, udekorowany był obrazami Henry'ego Ottmana, który odniósł sukces na wystawie w Salonie Jesiennym
- 3. W związku ze zbliżającą się premierą filmu Delluca, ogłoszono konkurs na plakat do trzech filmów, w tym Kobiety znikąd. Miały zostać zorganizowane specjalne pokazy dla uczestników konkursu a plakaty opublikowane w Cinea. Podane są wymagane wymiary prac i wysokość głównej nagrody pieniężnej.
- 4. / 5. / 6. / 12. Standardowo film reklamowano twarzami gwiazd grającymi główne role. Gene Avril, grająca młodą kobietę kuszoną przez młodzieńca do ucieczki od męża, chyba nie była wtedy rozpoznawalną aktorką, gdyż jej twarz nie znalazła się na żądnej okładce.
- 7. / 8. Robi się nerwowo. Wg ogłoszeń były jakieś problemy z ustaleniem pokazu filmu i w związku z tym rozstrzygnięciem konkursu na plakat.
- 9. Informacja o prywatnym pokazie Kobiety..., na którym pojawiła się śmietanka francuskiej awangardy filmowej. Film został znakomicie przyjęty.
- 10. Wstęp do entuzjastycznej recenzji, której rozwinięcie niebawem się pojawi, w następnym numerze Cinea. Recenzent zachwyca się, mimo drobnych potknięć, świeżością filmu i tytułową rolą Eve Francis.
- 13. 14. / 15. + plakat 16. Wybrane przez redakcję plakaty Kobiety..., które brały udział w konkursie. Pozostałe konkursowe plakaty z innych filmów zawarłem w PDF'ie.
- 11. Zbiór opinii redaktorów różnych francuskich gazet. Prosty, jednocześnie poetycki, fotogeniczny, autentyczny psychologicznie, melancholijny, piękny - takie przymiotniki się w nich pojawiają. Sporo z nich osadza Kobietę znikąd w kontekście twórczości Delluca, która miała wyznaczyć nowy kierunek w twórczości reżysera. Jacques Berthet zwraca uwagę na konstrukcję filmu, który miesza przeszłość z teraźniejszością. Mimo to nie tylko nie przeszkadza w odbiorze, a wręcz wzmacnia emocjonalny odbiór filmu. Z kolei Marce Achard zwraca uwagę na psychologiczną wiarygodność każdej z odgrywanych postaci. Polecam lekturę. Nawet tę niedoskonałą, z translatorów.
- 16. Jak się okazuje tytułowa rola była przeznaczona dla włoskiej aktorki, Eleonory Duse. Ze względu na problemy zdrowotne, rolę tę przejęła Ève Francis. Z tego co rozumiem Francis (w chwili produkcji filmu - 36 lat), miała grać młodszą, a Duse (lat 62) jej współczesną wersję bezimiennej kobiety znikąd. Duse zmarła dwa lata po premierze.
- 17. Lionel Landry, rozwija swoją myśl z pkt. 10. Niestety nie znalazłem nic na temat tego krytyka, ale znalazłem antologię francuskiej krytyki filmowej z lat 1907-1929 (TUTAJ), wnioskuję więc że był osobą w środowisku poważaną. Wnosząc po powyższej recenzji - nie dziwię się. Bardzo mi się podoba ta recenzja. Wspominałem, że Cinea był magazynem, którego naczelnym był Delluc? To by teoretycznie tłumaczyło recenzenckie zachwyty, które gromadził dotychczas na jego łamach. Otóż tekst Landry'ego przełamuje ten schemat, co jest całkiem odważne ze strony Delluca, który potrafił docenić dobrą robotę krytyczno-filmową, ale niekoniecznie w stu procentach pozytywną, ale też pokazuje jakim zaufaniem cieszył się sam autor tekstu. Landry narzeka trochę na nieobecność Rogera Karla, który grał męża młodej kobiety. Zwraca uwagę również na niezdecydowanie realizatorskie: czasem pokazuje za dużo, czasem za mało, ale nigdy nie robi tego źle. (Na marginesie:: to chyba pierwszy tekst recenzencki w ogóle z jakim znalazłem, w którym ktoś wymienia z nazwiska operatora kamery!). Poza tym Landry w pięknym stylu rozpływa się nad arcydzielnością Kobiety...
- 18. Według angielskiej Wikipedii oficjalna premiera we Francji miała miejsce 26 lipca, 1922 roku. W paryskich kinach wtedy żadnego pokazu nie było, więc jak sądzę sierpniowy wysyp recenzji jest wynikiem jakieś pokazu prasowego, albo czegoś w tym stylu. To jest trochę sprawa dla reportera, bo mogę wychodzić z błędnego założenia, że skoro filmu nie wyświetlano w wcześniej w Paryżu, to nie wyświetlano nigdzie we Francji. W każdym razie wyjątkowo zrobiłem screen z wynikami wyszukiwania tytułu filmu, żeby było widać ilość zaplanowanych seansów w paryskich kinach...
- 19. ...tymczasem dwa tygodnie później miał miejsce tylko jeden seans. Film okazał się kompletną porażką. Do końca istnienia magazynu (1923) nie było wzmianki o Kobiecie... . Nawet w repertuarach kin w Paryżu go już nie wyświetlono. Mogę sobie tylko wyobrazić co czuł wtedy Delluc. Szczególnie, że przy tak fantastycznej recepcji krytycznej, nic nie zapowiadało takiej klęski. Współcześnie uważa się go za arcydzieło awangardy filmowej.
- Na osłodę pozytywna recenzja, autorstwa René Jeanne'a. opublikowana w magazynie, którego, tak na marginesie Delluc kiedyś również był naczelnym redaktorem. W zasadzie nie ma tu niczego, co by się nie pojawiło w innych tekstach. Zastanawiająca jest tylko ostatnia uwaga. Czy to może być prztyczek w kierunku Louisa Feuillade'a i jego seriali kinowych?

Das cabinet des dr. Caligari (Gabinet doktora caligari, 1920, reż. Robert Wiene)
To jeden z największych hitów, w chwili premiery, z puli filmów tegorocznej edycji Festiwalu Filmu Niemego.
W prasie można było odczuć, że ten film ukształtuje historię. Recenzenci nie mieli wcześniej z czymś podobnym do czynienia. W Stanach porównywano film Wiene do prozy Edgara Alan Poego i a scenografię do obrazów Picassa. Z drugiej strony wybuchły protesty, nawołujące do bojkotu tego filmu, który miał zajmować czas ekranowy rodzimym produkcjom. Znalazłem artykuł pokazujący absurd tych protestów. Polecam zerknąć.

























































